W porządku, przyznaje bez bicia. To moja wina. Przecież mówiono mi żebym się ogarnął. Przynajmniej jako tako. Chwila, ale o so chozi? Już śpieszę z wyjaśnieniami. Jest źle. Sesja oficjalnie skończyła się tydzień temu a mi zostały trzy przedmioty do zaliczenia. Tak, jako jedynemu na roku. Uchodzę teraz za największego debila, lenia (co po części jest prawdą) i nieroba. Jestem obiektem głupich żartów i docinek. Ale sam się tego dorobiłem. Wykładowce z przedmiotów które mi pozostały raczej nie są chętni do współpracy, nie licząc pana profesora z fizyki. Na oficjalnie ostatni termin zaliczenia przyszedłem żeby zakomunikować mu, że nic nie potrafię. Czułem, że wewnątrz facet się gotuje i walczy sam ze sobą że nie powiedzieć mi co tak naprawdę o mnie myśli...
Takich oporów nie mieli pozostali wykładowcy:
-"Bardzo mi przykro, ale moim zdaniem nie nadaje się pan na studenta"
-"To mówi pan, że co panu zostało do zaliczenia? I pan myśli, że da radę? Bo ja nie daje panu najmniejszych szans"
I wiele innych nie wartych powtarzania. Po oddaniu do dziekanatu sporego pliku podań i wniosków czekam na obrót spraw, stale zakuwając (a przynajmniej się starając) żeby móc udowodnić światu i sobie że się da.
Szkoda by było zawalić ten rok. Nie dla tego, że jak to się mówi, zmarnowało się tyle czasu. Nie uważam tego czasu za zmarnowany, nawet jeśli nie uda mi nie zdać semestru. Poznałem ciekawych ludzi i już wiem, że wiem za mało żeby nazywać się studentem. Wiem gdzie leży mój problem, co z tym zrobić i jak z nim walczyć...
Doba, ponarzekałem, wracam do nauki.