Po dłuższej nieobecności, po zbieraniu doświadczeń, załatwiania różnych pierdół, jednych większych innych mniejszych, w końcu wróciłem. Pewnie nawet nikt nie tęsknił. To nic. Ja tęskniłem.
Mam tyle do opowiedzenia, że aż nie wiem od czego zacząć. Najlepiej od początku, co? Ale to nie takie proste jak się wydaje. Wszystko jest w rzeczywistości o wiele bardziej spieprzone.
Pewne rzeczy ruszyły na przód, inne zaczęły się cofać, jeszcze inne ani drgnęły. Co ruszyło na przód? Choćby to, że poznałem nowych ludzi, niektórych na nowo. Dowiedziałem się że jestem homoseksualistą, a nawet jeśli nie jestem, do będę (hipoteza znajomej nie potwierdzona żadnymi racjonalnymi dowodami). Co się cofnęło? Po części ja. Ale tylko trochę, i nie mówię o tym głośno. Rozumiecie, męska duma nie pozwala na przyznanie się do błędu. Natomiast moja mentalność nie uległa najmniejszej zmianie. Dalej uważam że planowanie jest nudne i że psuje całą zabawę polegającą na spontanicznym marszu przez życie. Dalej potrafię być skrystalizowaną postacią chamstwa, krytykując, komentując i obrażając przypadkowych ludzi, choć głównie jestem biernym obserwatorem tego co się wokół mnie dzieje.
Dlaczego mnie tak długo nie było? Bo byłem gdzieś indziej. W miejscu, gdzie lampy na ulicy są dla ozdoby, mimo że są w 100% sprawne, gdzie żeby wykonać prostą rozmowę telefoniczną trzeba znajdować się około 5 metrów nad ziemią a i to nie zawsze działa. Gdzie można położyć się na jezdni i spokojnie zasnąć nie obawiając się śmierci pod kołami jakiegokolwiek pojazdu. Gdzie jedynym zajęciem znacznej części młodzieży i dzieci jest nadmierne spożywanie alkoholu na który nie rzadko nie mają pieniędzy.
Tak, byłem na wsi. Pewnie wszyscy już widzą oczami wyobraźni zapuszczoną wiochę, chaty kryte strzechą i takie tam historie. Ale aż tak źle nie było, choć niewiele się mylicie.
Zmarnowałem tam praktycznie całe wakacje, jedyne takie długie i praktycznie ostatnie w moim życiu. Ale nie będę się z tego powodu mazał. Nie powinienem, choć niektórzy są innego zdania. Dlaczego?
Ponieważ podczas pobytu na tym zadupiu, a właściwie pod jego koniec dostałem w ucho (dosłownie. Diagnoza: rozerwana błona bębenkowa). Za co? Tego nie wie nikt. Pewnie nawet sam oprawca. Jest to świetna okazja, żeby po nim pojeździć za to, że bije niewinnego dla własnej satysfakcji. Ale nie zrobię tego. Nie zniżajmy się to tego poziomu, żeby teraz, siędząc bezpiecznie w domu, pisać sobie rzeczy, których nie ma się odwagi powiedzieć w twarz.
Z przyjemniejszych rzeczy: poznałem nowych ludzi, co było dotychczas dla mnie nie do pomyślenia. Myślałem że już wszystkich wartych poznania znam. Jakże się myliłem.
Dobra, koniec na dzisiaj. Nie róbmy wiochy...