Dawno nie było żadnych postów-retrospekcji. Ten jest z czasów, kiedy przygotowywałem się do matury, dokładnie z dnia 20 listopada roku 2010, odgrzebałem go czyszcząc skrzynkę pocztową.
Zanim zapoznacie z poniższą treścią, proszę, ze względu na wasze dobro, o zażycie dużej dawki środków uspokajających. Polecam hiperycynę.
Projekt (nazwijmy to edukacyjny) na który uczęszczam, odbywający się w szkole językowej to świetna zabawa. Poznałem nowych ludzi, niektórych drugi raz, poznałem swoje zalety i wady, pośmiałem się (z innych, z siebie, z wykładowcy). Co do nowych znajomości, poznałem ciekawą, bardzo ciekawą osobę, należącą do tak zwanej płci pięknej.
Koniec wstępu. Odprowadzając ją do... właściwie to nie wiem dokąd. Po prostu odprowadzając. Mijałem, nie, mijaliśmy setki, tysiące plakatów wyborczych. Setki fałszywie wyszczerzonych mord. Jak się nie szczerzą, to wykrzywiają swoje twarze w przedziwnych i niezrozumiałych grymasach. Jakby czegoś chcieli, ale nie mogli. Niektórzy są promowani przez autorytety, o których nigdy nie słyszałem, mających w dupie kto wygra, i szczerzących się tak samo wyuczonym uśmiechem. Zero autentyczności.
Ze znanych mi i sprawdzonych źródeł, kandydaci nie mają szczególnego pojęcia o polityce. Robią to tylko dla pieniędzy. Kapitaliści? Raczej pożałowania godni dorobkiewicze. Następna sprawa: ulotki. Jest ich pełno. Wszędzie. W szkołach, na ulicy, na poczcie, w sklepie, w skrzynkach pocztowych... Nie wiem, ile płacą ludziom, żeby rozdawali te ulotki, ale robią to z taką determinacją, jakby od tego zależało życie ich rodzin. Kto wie. Może rzeczywiście są zastraszani. Ludzie ci obskakują cię, obrzucają owymi ulotkami i nie dają ci spokoju, dopóki nie wyrecytujesz z pamięci programu kandydata którego 'reprezentują', nie weźmiesz co najmniej setki ulotek i nie podpiszesz cyrografu oświadczającego, że twoja dusza zostanie unicestwiona i skazana na wieczne męki i upokorzenia jeśli zagłosujesz na innego kandydata. Oni po prostu nie odróżniają subtelnej granicy pomiędzy grzecznym i uprzejmym wręczeniem świstka a drażniącą upierdliwością z jaką to robią (przy takich osobnikach dowiadujemy się, że nasza domniemana anielska cierpliwość to najzwyklejszy mit). Jeśli nie weźmiesz ulotki, olejesz kolesia i odejdziesz, on znajdzie ciebie i spali ci dom.
Ja po prostu staram się unikać tych ludzi. Jakbym zbierał te wszystkie papierzyska, to w ciągu dnia zgromadziłbym materiał na opał mogący mnie grzać przez najbliższe dwa stulecia.
Teraz same wybory. Znajoma powiedziała, że cieszy się że jeszcze nie musi chodzić na wybory. Doskonale ją rozumiem. Problem naszego narodu polega na tym, że idąc na wybory, przeciętny Kowalski nie zapoznał się nawet z listą kandydatów, a co dopiero ich programami (obietnicami wyborczymi). Ma w dupie to, że od jego świadomego wyboru zależy to, w jakim miejscu będzie żył. Stawiając krzyżyk przy nazwisku stosuje taktykę głupiej wyliczanki. Okazuje się później, że wybory wygrywa największy z możliwych chamów i pajaców.
Jest jeszcze druga opcja. Można przecież nie iść na wybory! Jakież to genialne w swojej prostocie! Przecież nic się nie stanie jak raz nie pójdę. Pomyślało 70% społeczeństwa. Później wszyscy cierpią przez takich matołów, narzekają, jak to źle jest w Polsce, dlaczego nie jest jak w Niemczech, Irlandii, Anglii, Japonii. A może to wszystko jest zamierzone? Może my to robimy specjalnie, żeby mieć na co narzekać? Bo przecież dzień bez zrzędzenia to dzień stracony. Przykład z życia wzięty. Znajomy ze szkoły podchodzi do mnie z pełną powagi miną i mówi: Czytałem, że statystycznie Polacy to najbardziej marudny naród w Europie. Nie minęła minuta, ten sam kolega: - Kurde, mam za krótkie włosy...
Przepraszam, pozwoliłem sobie na wyskoczenie z kluczowego i jakże ważnego dla naszej dalszej egzystencji i tożsamości narodowej tematu wyborów.
Podsumowując, jako naród (nie mówię już tylko o wyborach do lokalnych samorządów, choć to też ważne) powinniśmy się w końcu zdzielić porządnie przez łeb i wziąć się w garść. Chodzić na wybory przygotowanym, dokonywać w pełni świadomych wyborów. To nam wszystkim wyjdzie na zdrowie. A szczególnie naszej już i tak w opłakanym stanie ojczyźnie.
W związku ze zbliżającą się ciszą wyborczą, organizuję akcję zrywania plakatów. Chętnych proszę o zgłoszenie się do mnie. Śmieci zostaną spalone przed ratuszem. Będzie granie na gitarze i pieczone kiełbaski. Serdecznie zapraszam.
Przepraszam za ten odgrzewany kotlet, ale nie mogło tego tu zabraknąć, a nie miałem ochoty czekać z publikacją do następnych wyborów...
O wszystkim i o niczym. O tym co mnie wkurza, drażni, bawi, śmieszy, zastanawia. O moich przemyśleniach i innych różnych pierdołach. O mnie.
wtorek, 29 stycznia 2013
poniedziałek, 28 stycznia 2013
Temu panu brakuje "R"
Witam, dziś chciałbym wam zapjezentować to, jak istotne w naszym codziennym tjwaniu potjawią być liteji jakimi są spółgłoski. A w szczególności ta jedna. Pamiętam jak dziś, kiedy moja nie do końca jodzona siostja chodziła do logopedy z tej właśnie jacji, że miała istotny pjoblem z wymówieniem tytułowej głoski. Ale mniejsza z tym i o to. Żeby tejaz było jeszcze zabawniej, postanowiłem zastępować naszą główną bohatejkę losowymi litehami, będzie zanacznie zabawniej. Tehaz, dla przykładu, brzmię jak Fhazcuz. Czy to nie dziwne? Mogę tu pisań niesamowite piefdoły a i tak zatnwarzająca większość nie będzie miała problemu ze zgozumieniem tego, co niby plóbuję przekazać. O ile w ogóle takich pjób się podejmuję. Mogę nawet zacząc przeklinać używając najtwafdszych polskich wulganyzmów. Nie naluszę żadnej nonmy (wjacamy do "J", jest najfajniejsze) mojalnej, będę klną jak najgojszy szewc, a i tak zostanę zjozumiany. Dla przykładu: 'Szedłwszy ostatnio wzdłuż ulicy, byłem tak wkujwiony, że ja piejdole, a to oznacza, że bajdziej się już nie da. Zdawałem sobie sprawę z tego, że rząd polski jucha mnie okjągłą dobę i czuje się z tym najwyjaźniej bezkajnie. Czas to do kujwy nędzy zmienić'
To był (a telaz "L") laczej plosty przykład. Mógłbym naplawdę używać losowych znaków, zamiast naszej tytułowej spółgłoski. Chciałbym też zwlucić tym samym uwagę na to, że nasze centlum dowodzenia pod postacią muzgu ladzi sobie z o wiele tludniejszymi ploblemami, przy któlych nasz kontlowelsyjny ekspelyment to tlywialna zabawa. Istny cud inżynielii...
Cholelcia (tym &azem sp&óbujmy tegoż znaczka...), ale się napisałem pie&dół.
Co mnie podkusiło do napisanie tej ste&ty bzdó&? Nie uwierzycie. K&ulik. Najzwyczajniejszy w świecie k&ulik przebiegający d&ogę (a teraz powjót do klasyki), choć znajomy upajcie twiejdził że był to zając. Czojt go wie, nie będę się kicaka pytał czym jest. Żeby nie było niepotrzebnych spojów ogłaszam wszem wobec, że był to kangój. Koniec, kjopka.
To był (a telaz "L") laczej plosty przykład. Mógłbym naplawdę używać losowych znaków, zamiast naszej tytułowej spółgłoski. Chciałbym też zwlucić tym samym uwagę na to, że nasze centlum dowodzenia pod postacią muzgu ladzi sobie z o wiele tludniejszymi ploblemami, przy któlych nasz kontlowelsyjny ekspelyment to tlywialna zabawa. Istny cud inżynielii...
Cholelcia (tym &azem sp&óbujmy tegoż znaczka...), ale się napisałem pie&dół.
Co mnie podkusiło do napisanie tej ste&ty bzdó&? Nie uwierzycie. K&ulik. Najzwyczajniejszy w świecie k&ulik przebiegający d&ogę (a teraz powjót do klasyki), choć znajomy upajcie twiejdził że był to zając. Czojt go wie, nie będę się kicaka pytał czym jest. Żeby nie było niepotrzebnych spojów ogłaszam wszem wobec, że był to kangój. Koniec, kjopka.
środa, 23 stycznia 2013
Granice absurdu...
...nie istnieją. Przykład? Proszę bardzo. Choćby to, co się dzieje w waszych wyobraźniach. No dobra, w mojej, cholera wie co się kłębi pod waszymi kopułami. Weźmy choćby moje dzisiejsze 'przemyślenia': słuchając muzyki, zastanawiałem się nad moim dzieciństwem. Doszedłem do wniosku, że nie było takie złe, ale na pewno było by zabawniejsze i pełniejsze sporych dawek adrenaliny, gdyby, dajmy na to, podczas losowego opuszczenia mieszkania (np. podczas ekspedycji znanej pod kryptonimem operacyjnym 'kopnij się po bułki') zacząłby mnie gonić waść Michał Wołodyjowski dosiadający białego słonia, machający groźnie nad głową swoim Exkaliburem, dając tym samy znak do ataku sporemu oddziałowi dywizji pancernej składających się z czołgów M1A2 Abrams, wspieraną z powietrza eskadrą mięśniolotów projektu Leonarda da Vinci.
Taaa... tylko po co ja to napisałem? Aha, żeby nie zapomnieć. Nie zapomnieć o czym? O tym co właśnie napisałem.
Nieraz się zdarzało, że nachodziły mnie poza domem wręcz genialne myśli, które były by niewątpliwie warte wspomnienia na tymże blogu (przynajmniej w moim mniemaniu). I tak oto światłe idee umierały śmiercią naturalną, zanim zdążyłem uruchomić komputer.
Ale nie tym razem, o nie. Nie dałem się zrobić w bambuko mojemu płatającemu mi figle mózgowi. O nie, bratku, tym razem to ja jestem górą.
Dobra, trochę mnie poniosło, wyskoczyliśmy z głównego toru, co grozi wykolejeniem. Ale już opanowuje sytuację.
Wszyscy wiemy, czym jest absurd. Nie raz się przekonaliśmy na własnej skórze i pewnie wiele razy jeszcze tego doświadczymy. Absurdem może być instytucyjna działalność kościoła, wypowiedzi ludzi uważających się za mądrych i inteligentnych (takich jak ja), czy życie codzienne w Polsce.
Każdego dnia serwowana jest nam taka dawka absurdów, że gdyby to był środek odurzający, praktycznie nigdy byśmy nawet nie schodzili z haju. Może nawet już się od tego uzależniliśmy. Dlaczego nikt z tym nic nie robi? Już wiem! To takie proste! Ludzie są zbyt zajęci sobą, bo każdego teraz goni ich Pan Wołodyjowski ze swoją dywizją pancerną.
A teraz, drodzy maturzyści, co miał na myśli autor tego tekstu? Niezależnie od tego co powiecie, pewnie bardzo miniecie się z prawdą.
Taaa... tylko po co ja to napisałem? Aha, żeby nie zapomnieć. Nie zapomnieć o czym? O tym co właśnie napisałem.
Nieraz się zdarzało, że nachodziły mnie poza domem wręcz genialne myśli, które były by niewątpliwie warte wspomnienia na tymże blogu (przynajmniej w moim mniemaniu). I tak oto światłe idee umierały śmiercią naturalną, zanim zdążyłem uruchomić komputer.
Ale nie tym razem, o nie. Nie dałem się zrobić w bambuko mojemu płatającemu mi figle mózgowi. O nie, bratku, tym razem to ja jestem górą.
Dobra, trochę mnie poniosło, wyskoczyliśmy z głównego toru, co grozi wykolejeniem. Ale już opanowuje sytuację.
Wszyscy wiemy, czym jest absurd. Nie raz się przekonaliśmy na własnej skórze i pewnie wiele razy jeszcze tego doświadczymy. Absurdem może być instytucyjna działalność kościoła, wypowiedzi ludzi uważających się za mądrych i inteligentnych (takich jak ja), czy życie codzienne w Polsce.
Każdego dnia serwowana jest nam taka dawka absurdów, że gdyby to był środek odurzający, praktycznie nigdy byśmy nawet nie schodzili z haju. Może nawet już się od tego uzależniliśmy. Dlaczego nikt z tym nic nie robi? Już wiem! To takie proste! Ludzie są zbyt zajęci sobą, bo każdego teraz goni ich Pan Wołodyjowski ze swoją dywizją pancerną.
A teraz, drodzy maturzyści, co miał na myśli autor tego tekstu? Niezależnie od tego co powiecie, pewnie bardzo miniecie się z prawdą.
środa, 16 stycznia 2013
Ding an sich
Po kolejnej kłótni z rodzicielką, postanowiłem wziąć się i wyjść na relaksujący spacerek. W drodze do nikąd, biłem się z myślami, wszystkie bezlitośnie nokautując. Następnie, pomimo ryzyka, zacząłem powoli obnażać pomarańczę mojej podświadomości z otaczającej ją skórki konkretnych problemów.
Zwoje mojego powoli już próchniejącego mózgu nie były tym bynajmniej zadowolone, stawiały nawet pewny opór, ale po kolejnym sierpowym pod postacią moich durnych i nigdzie nie prowadzących pytań z serii: "co ja tu robię" i "jaki to ma wszystko sens?", ewidentnie zaprzestały tej jakże bezsensownej walki. A ostatecznie powaliłem je na deski dopijając piwo.
Kiedy powoli dochodziłem do rozwiązania moich odwiecznych rozterek, sięgając nirwany, dochodząc do kolejnych błędnych konkluzji, stwierdziłem, że niepotrzebnie się spinam. Nie można tak po prostu, zwyczajnie być? Przecież nasza egzystencja właściwie nie ma żadnego celu. Ma? Jaki? Nie wydaje mi się. Po co dążyć do osiągnięcia czegokolwiek, skoro zajmie nam to praktycznie całe życie. Kiedy będziemy się cieszyć z naszych osiągnięć? W międzyczasie? Nie mówię tu o tym, żeby teraz wybiec z histerycznym krzykiem z domu, bo wszystko i nic (nic i wszystko) nie ma sensu. Po prostu wolniej. Prędkość zabija.
To jest finał mojej walki z samym sobą. Zaskakująco łatwy do przewidzenia kompromis między Mną a Mną. Skondensowana rzecz sama w sobie. Żaden półśrodek. Wy też spróbujcie. To odpręża.
Zwoje mojego powoli już próchniejącego mózgu nie były tym bynajmniej zadowolone, stawiały nawet pewny opór, ale po kolejnym sierpowym pod postacią moich durnych i nigdzie nie prowadzących pytań z serii: "co ja tu robię" i "jaki to ma wszystko sens?", ewidentnie zaprzestały tej jakże bezsensownej walki. A ostatecznie powaliłem je na deski dopijając piwo.
Kiedy powoli dochodziłem do rozwiązania moich odwiecznych rozterek, sięgając nirwany, dochodząc do kolejnych błędnych konkluzji, stwierdziłem, że niepotrzebnie się spinam. Nie można tak po prostu, zwyczajnie być? Przecież nasza egzystencja właściwie nie ma żadnego celu. Ma? Jaki? Nie wydaje mi się. Po co dążyć do osiągnięcia czegokolwiek, skoro zajmie nam to praktycznie całe życie. Kiedy będziemy się cieszyć z naszych osiągnięć? W międzyczasie? Nie mówię tu o tym, żeby teraz wybiec z histerycznym krzykiem z domu, bo wszystko i nic (nic i wszystko) nie ma sensu. Po prostu wolniej. Prędkość zabija.
To jest finał mojej walki z samym sobą. Zaskakująco łatwy do przewidzenia kompromis między Mną a Mną. Skondensowana rzecz sama w sobie. Żaden półśrodek. Wy też spróbujcie. To odpręża.
wtorek, 15 stycznia 2013
Ataraksja
Ładne słowo, prawda? Mnie też się podoba, cholernie. Brzmi jak nazwa tropikalnej rośliny, dużej, pięknej, o wspaniale kwitnącym, czerwonym kwiecie. Dobra, rozmarzyłem się. Oznacza w rzeczywistości stan ducha propagowany przez stoików, sceptyków i cyników, zakładający wewnętrzny spokój człowieka, który nie może być zmącony wydarzeniami zewnętrznymi. Ataraksja do pewnego stopnia jest utożsamiana ze stanem obojętności wobec odczuwanej przez daną osobę krzywdę i doświadczane problemy. Brzmi znajomo? Owszem, to dość pospolity stan, określany wśród 'młodzieży' dość prostackim zwrotem: 'mieć wyjebane'. Ostatnio jest on dość częsty w użyciu. Dlaczego? Tego nie wie nikt. Czy to ze względu na wszechogarniającą ignorancję, czy to naprawdę jest tytułowa ataraksja?
Poznając znaczenie tego słowa, zastanawiałem się, czy i w jaki stopniu mogę go użyć względem samego siebie. Doszedłem do wniosku, że w całkiem dużym. Osobiście zawsze uważałem, że jestem człowiekiem, którego niezwykle trudno jest wytrącić z równowagi, a świat zewnętrzny właściwie nie jest w stanie tego dokonać. Zakłócić mój spokój są w stanie tylko nieliczni, a do ich grona niewątpliwie zaliczają się członkowie rodziny. Bo z rodziną dobrze tylko na zdjęciu.
Jeśli miałbym określić swój stosunek do świata, to będzie to stoicki spokój. Z typowym dla siebie dążeniem do osiągnięcia 'złotego środka'. Staram się nie dopuścić, by cokolwiek zakłóciło mój wewnętrzny spokój, bo wiem, że to grozi katastrofą. Załamaniem nerwowym. Ciężkim rozstrojem emocjonalnym. Depresją. Gratisowym pobytem we wspaniałym i osławionym szpitalu w pobliskim Rybniku.
Tyle na dzisiaj, i tak już nic świeższego nie wymyślę. Nie było tak źle, prawda?
Poznając znaczenie tego słowa, zastanawiałem się, czy i w jaki stopniu mogę go użyć względem samego siebie. Doszedłem do wniosku, że w całkiem dużym. Osobiście zawsze uważałem, że jestem człowiekiem, którego niezwykle trudno jest wytrącić z równowagi, a świat zewnętrzny właściwie nie jest w stanie tego dokonać. Zakłócić mój spokój są w stanie tylko nieliczni, a do ich grona niewątpliwie zaliczają się członkowie rodziny. Bo z rodziną dobrze tylko na zdjęciu.
Jeśli miałbym określić swój stosunek do świata, to będzie to stoicki spokój. Z typowym dla siebie dążeniem do osiągnięcia 'złotego środka'. Staram się nie dopuścić, by cokolwiek zakłóciło mój wewnętrzny spokój, bo wiem, że to grozi katastrofą. Załamaniem nerwowym. Ciężkim rozstrojem emocjonalnym. Depresją. Gratisowym pobytem we wspaniałym i osławionym szpitalu w pobliskim Rybniku.
Tyle na dzisiaj, i tak już nic świeższego nie wymyślę. Nie było tak źle, prawda?
środa, 9 stycznia 2013
Zdrada
Co to jest zdrada? I dlaczego wszystkim się kojarzy tylko z jednym, a mianowicie z przykrym zjawiskiem nie dotrzymania obietnic małżeńskich (nie chodzi mi tylko o małżeństwa, można tu podpiąć wszystkie formy związków)? Owszem, to też jest ważne, ale nie zwężajmy swoich horyzontów, nie bądźmy krótkowzroczni. Wpisałem słowo "zdrada" w wyszukiwarce google, pomyślałem 'Zobaczę co się stanie'. Nie stało się nic, co by mnie zaskoczyło. Wszystkie (no, prawie) hasła dotyczyły tylko i wyłącznie tego jednego aspektu zdrady. Tak, oczywiście, to też jest ważne, pilnujmy wierności, miłości i takich tam, a karą za tą zbrodnię ustalmy na podstawie odpowiednich ustaw sejmowych publiczną dekapitację, jak za starych, dobrych czasów rewolucji francuskiej.
Pytałem kilkoro znajomych, czym jest zdrada. Część z nich swoją odpowiedzią nie wybiła się poza poziom podstawówki, część otwarcie przyznała że nie potrafi odpowiedzieć na moje pytanie tak, żeby nie wyjść na debila, a część w ogóle nie odpowiedziała. Więc nawet się nie trudziłem zadając im drugie pytanie: Czy zdrada może być dobra? Dlaczego tak, dlaczego nie?
Sam się nad tym jakiś czas temu zastanawiałem, pod wpływem bodźca doznanym na skutek przeczytania pewnego wykładu Leszka Kołakowskiego.
Zdrada, według mojego ukochanego słownika języka polskiego (z którym się nie rozstaję i który jest zawsze przy mnie) to: "Przejście na stronę nieprzyjaciela; niedochowanie wiary komu/czemu, wydanie kogo/czego. Zdrada ojczyzny, zdrada małżeńska". Zwróćmy uwagę na słowo "nieprzyjaciel" w definicji, jak i również na końcówkę w której zdrada małżeńska jest po zdradzie ojczyzny.
Wróćmy teraz do drugiej części pytania które miałem zadać, a nie zrobiłem tego załamany odpowiedziami na pierwsze. Ja osobiście nie tyle wierzę, co wiem, że zdrada może być zjawiskiem dobrym. Z reguły, jeśli jakakolwiek nasza czynność ma pozytywne skutki, jest ona analogicznie dobra. Czyli, jeśli dajmy na to, zabiję jakiegoś dyktatora, teoretycznie zdradzę swoją ojczyznę, ale skutki tejże zdrady będą wręcz zbawienne dla innych obywateli, prawda?
Takich przykładów mógłbym mnożyć bez końca, ale mnie się najzwyczajniej w świecie nie chce. Przejdźmy za to dalej, co chciałem powiedzieć przez to, że zdrada jest dobra. Otóż, mam pewien plan. I domyślam się, że nie tylko ja. Razem z kilkoma zaufanymi osobami planujemy oblężenie pewnego budynku na ulicy Wiejskiej w Warszawie. Będzie można ze sobą zabrać ze sobą jakieś ostre lub ciężkie narzędzia i dać upust swoim nerwom, tak długo wystawianym na liczne próby przez domniemanych naszych reprezentantów, którzy nie robią nic oprócz zwykłego opierdzielania się (takie jest przynajmniej moje zdanie, nikt nie musi się ze mną zgadzać).
To co, zapisy trwają, jest nas coraz więcej. Choćmy, będzie fajnie. Po obaleniu rządu idziemy na piwo, a osoba z najmniejszą liczbą 'trafień' stawia wszystkim po browarku. Serdecznie zapraszam.
Pytałem kilkoro znajomych, czym jest zdrada. Część z nich swoją odpowiedzią nie wybiła się poza poziom podstawówki, część otwarcie przyznała że nie potrafi odpowiedzieć na moje pytanie tak, żeby nie wyjść na debila, a część w ogóle nie odpowiedziała. Więc nawet się nie trudziłem zadając im drugie pytanie: Czy zdrada może być dobra? Dlaczego tak, dlaczego nie?
Sam się nad tym jakiś czas temu zastanawiałem, pod wpływem bodźca doznanym na skutek przeczytania pewnego wykładu Leszka Kołakowskiego.
Zdrada, według mojego ukochanego słownika języka polskiego (z którym się nie rozstaję i który jest zawsze przy mnie) to: "Przejście na stronę nieprzyjaciela; niedochowanie wiary komu/czemu, wydanie kogo/czego. Zdrada ojczyzny, zdrada małżeńska". Zwróćmy uwagę na słowo "nieprzyjaciel" w definicji, jak i również na końcówkę w której zdrada małżeńska jest po zdradzie ojczyzny.
Wróćmy teraz do drugiej części pytania które miałem zadać, a nie zrobiłem tego załamany odpowiedziami na pierwsze. Ja osobiście nie tyle wierzę, co wiem, że zdrada może być zjawiskiem dobrym. Z reguły, jeśli jakakolwiek nasza czynność ma pozytywne skutki, jest ona analogicznie dobra. Czyli, jeśli dajmy na to, zabiję jakiegoś dyktatora, teoretycznie zdradzę swoją ojczyznę, ale skutki tejże zdrady będą wręcz zbawienne dla innych obywateli, prawda?
Takich przykładów mógłbym mnożyć bez końca, ale mnie się najzwyczajniej w świecie nie chce. Przejdźmy za to dalej, co chciałem powiedzieć przez to, że zdrada jest dobra. Otóż, mam pewien plan. I domyślam się, że nie tylko ja. Razem z kilkoma zaufanymi osobami planujemy oblężenie pewnego budynku na ulicy Wiejskiej w Warszawie. Będzie można ze sobą zabrać ze sobą jakieś ostre lub ciężkie narzędzia i dać upust swoim nerwom, tak długo wystawianym na liczne próby przez domniemanych naszych reprezentantów, którzy nie robią nic oprócz zwykłego opierdzielania się (takie jest przynajmniej moje zdanie, nikt nie musi się ze mną zgadzać).
To co, zapisy trwają, jest nas coraz więcej. Choćmy, będzie fajnie. Po obaleniu rządu idziemy na piwo, a osoba z najmniejszą liczbą 'trafień' stawia wszystkim po browarku. Serdecznie zapraszam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)