***
Jestem chory. Zdrowy rozsądek podpowiada żeby iść do specjalisty, wewnętrzny leń mówi żebym to olał, lekoman z kolei radzi coś na to łyknąć, realista w końcu, że nie ważne co zrobię g...no to da.
Zawroty głowy, przedłużające się migrenowe bóle głowy i kłucie w lewym boku na wysokości klatki piersiowej. Objawy fizyczne niewątpliwie miały wpływ na pojawiające się dodatkowe symptomy.
Zacząłem się robić zdecydowanie bardziej nerwowy, wróciły huśtawki nastrojów, gdzie zakamuflowane zdenerwowanie przechodzi przez obojętność we wstępną defragmentację dysku. Dodatkowo rozkojarzenie, a na samą myśl o spojrzeniu na trzęsące się ręce dostaję skurczy żołądka.
Początkowo, wbrew pozorom, dało się znieść, z wołającą o pomstę do nieba lekceważącą postawą po prostu olałem problem zakładając że zniknie równie szybko i nagle co się pojawił. Błąd. Pora na kolejny krok, tu jednak zaczęły się schody.
Mój psychoterapeuta wyjechał za granicę skuszony perspektywą lepszych zarobków i życiem w normalnych warunkach. Prawdopodobnie byłem ostatnim klientem. Może nawet jedynym. Szczerze mówiąc na jego miejscu zrobiłbym dokładnie to samo.
Diler z kolei najpierw w bardzo nieprofesjonalny sposób najpierw zaczął się wykręcać brakiem towaru, by następnie również wyjechać.
Z naiwnością godną Internet Explorera, który wciąż wierzy, że może zostać twoją główną przeglądarką, udałem się do lekarza ogólnego. To co usłyszałem jako poważną według tego konowała poradę zakrawało na jawną kpinę: Proszę posłuchać własnego serca.
I co by to miało dać? Mimo wszystko, nie mając wiele do stracenia, posłuchałem tej rady. To co odkryłem w niczym mnie nie zaskoczyło, powiem więcej, umocniło mnie w przekonaniu, że nikłe są dla mnie szanse na ratunek: serce służy tylko i wyłącznie do pompowania krwi.
Ale skąd właściwie się ten stan? Przecież spędziłem udany weekendy w świetnym towarzystwie, fakt, plan był trochę inny ale myślę, że nie mam czego żałować. Więc o co chodzi?
Może to problem siedzący we mnie już dłużej, który podstępnie niczym nowotwór długo dawał się wykryć i nagle pod wpływem sobie tylko znanego bodźca dał o sobie znać w pełni mocy, kiedy na jakąkolwiek reakcję było za późno? A jeśli tak, co mogło być zarzewiem problemu?
Czy naprawdę warto odpowiadać na te pytania? Może jednak zastanowię się nad rozgrzebywaniem tego problemu, może jednak nie jest tego wart? Tak, zróbmy tak jak zawsze, nie ruszajmy, nie interesujmy się, zobaczymy co z tego wyjdzie. Może w międzyczasie akurat wpadnę na jakiś genialny pomysł rozwiązania problemu. Na przykład poucinać i wywalić z mózgu niepotrzebne rzeczy.