niedziela, 30 sierpnia 2015

Lobotomia

Siedzę sobie na ławce przed dworcem PKP, podchodzi do mnie jegomość, obcokrajowiec o śniadej cerze, dziwnym akcentem coś do mnie mówi kalecząc mocno polską gramatykę pod każdym względem. Zanim zorientowałem się o co mu chodziło, niewiele myśląc odpowiedziałem, że nie dam mu pieniędzy. Odszedł, a do mnie dotarło, że zapytał się o autobus do Warszawy...

***

Jestem chory. Zdrowy rozsądek podpowiada żeby iść do specjalisty, wewnętrzny leń mówi żebym to olał, lekoman z kolei radzi coś na to łyknąć, realista w końcu, że nie ważne co zrobię g...no to da.
Zawroty głowy, przedłużające się migrenowe bóle głowy i kłucie w lewym boku na wysokości klatki piersiowej. Objawy fizyczne niewątpliwie miały wpływ na pojawiające się dodatkowe symptomy.
Zacząłem się robić zdecydowanie bardziej nerwowy, wróciły huśtawki nastrojów, gdzie zakamuflowane zdenerwowanie przechodzi przez obojętność we wstępną defragmentację dysku. Dodatkowo rozkojarzenie, a na samą myśl o spojrzeniu na trzęsące się ręce dostaję skurczy żołądka.
Początkowo, wbrew pozorom, dało się znieść, z wołającą o pomstę do nieba lekceważącą postawą po prostu olałem problem zakładając że zniknie równie szybko i nagle co się pojawił. Błąd. Pora na kolejny krok, tu jednak zaczęły się schody.
Mój psychoterapeuta wyjechał za granicę skuszony perspektywą lepszych zarobków i życiem w normalnych warunkach. Prawdopodobnie byłem ostatnim klientem. Może nawet jedynym. Szczerze mówiąc na jego miejscu zrobiłbym dokładnie to samo.
Diler z kolei najpierw w bardzo nieprofesjonalny sposób najpierw zaczął się wykręcać brakiem towaru, by następnie również wyjechać.
Z naiwnością godną Internet Explorera, który wciąż wierzy, że może zostać twoją główną przeglądarką, udałem się do lekarza ogólnego. To co usłyszałem jako poważną według tego konowała poradę zakrawało na jawną kpinę: Proszę posłuchać własnego serca.
I co by to miało dać? Mimo wszystko, nie mając wiele do stracenia, posłuchałem tej rady. To co odkryłem w niczym mnie nie zaskoczyło, powiem więcej, umocniło mnie w przekonaniu, że nikłe są dla mnie szanse na ratunek: serce służy tylko i wyłącznie do pompowania krwi.
Ale skąd właściwie się ten stan? Przecież spędziłem udany weekendy w świetnym towarzystwie, fakt, plan był trochę inny ale myślę, że nie mam czego żałować. Więc o co chodzi?
Może to problem siedzący we mnie już dłużej, który podstępnie niczym nowotwór długo dawał się wykryć i nagle pod wpływem sobie tylko znanego bodźca dał o sobie znać w pełni mocy, kiedy na jakąkolwiek reakcję było za późno? A jeśli tak, co mogło być zarzewiem problemu?
Czy naprawdę warto odpowiadać na te pytania? Może jednak zastanowię się nad rozgrzebywaniem tego problemu, może jednak nie jest tego wart? Tak, zróbmy tak jak zawsze, nie ruszajmy, nie interesujmy się, zobaczymy co z tego wyjdzie. Może w międzyczasie akurat wpadnę na jakiś genialny pomysł rozwiązania problemu. Na przykład poucinać i wywalić z mózgu niepotrzebne rzeczy. 

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Wsi piękna, wsi spokojna

Z czym wam się kojarzą wakacje? Jestem pewny, że z wypoczynkiem, czasem wolnym szkolnych stresów i możliwością spędzenia tego czasu w doborowym towarzystwie swoich znajomych.
Mnie natomiast wakacje kojarzą się z latem, znienawidzoną przeze mnie porą roku, bezpowrotnie straconym czasem, nieograniczonymi pokładami nudy i ze wsią.
Dalej, z czym wam się kojarzy sama wieś? Myślę, że z ładną pogodą, krowami, świeżym powietrzem, szczekającymi wesoło pieskami, miałczącymi kotkami, smakiem mleka i świeżych owoców. Słowem wspaniałe miejsce.
Z czym mnie kojarzy się wieś. Może najpierw pozytywnie: miejsce w którym spędziłem pierwsze cztery lata mojego życia otoczony troskliwą opieką babci, dziadka i wujka. I to by było na tyle pozytywów. Z perspektywy czasu najbardziej samotne lata mojego życia, nie miałem się z kim bawić, prawdopodobnie nie zdawałem sobie nawet sprawy z istnieniem świata poza podwórzem dziadków.
Kiedy podrosłem wieś przestała mi się kojarzyć jako miejsce w którym się wychowywałem. Teraz wieś kojarzy mi się z ciężką pracą, spaloną skórą, ryzykiem odniesienia licznych ran ciętych, kłutych, szarpanych, utratą kończyn i tym podobnych doznań. Ponadto czynniki sprawiające dyskomfort typu wszechobecny nieprzyjemny zapach towarzyszący każdorazowemu przejściu koło zagród, kurz wciskający się w każdy centymetr kwadratowy ciała z taką intensywnością, że czasem mam wrażenie że gdyby nie okulary to wydłubał by mi oczy. Do tej samej ligi czynników należą muchy, osy, szerszenie, pszczoły, meszki, mrówki, które zdają się nie wiedzieć czym jest moja przestrzeń osobista nagminnie ją naruszając, nieraz z dość bolesnymi skutkami.
Czy się żalę? Owszem.

***

I na tym miejscu miał się skończyć ten post, gdyby nie jedna, dość przykra sytuacja.
Pewnego dnia, z braku jakiejkolwiek alternatywy zacząłem wychodzić z domu żeby spotykać się z tutejszą młodzieżą. Ludzie nawet ciekawi, pełni osobliwości, nieraz mający do powiedzenie całkiem ciekawe rzeczy, ale żeby je usłyszeć należy spełnić pewne kryteria, ale o tym może innym razem.
Spotykaliśmy się zawsze w tym samym miejscu, wszyscy o nim wiedzieli. Wstęp wolny. Z doskonale zabezpieczonym miejscem na ognisko, wygodnymi siedzeniami i zapasem drewna. I tu zaczyna się wspomniana wcześniej sytuacja. Zabrałem się za rąbanie drewna, ktoś musiał to zrobić. Przy przerąbywaniu grubej gałęzi zjechała mi ręka którą przytrzymywałem sobie tą gałąź. Skutki wbrew pozorom nie są tak katastrofalne jak mogło by się zdawać po wstępnym zarysowaniu sytuacji: rozcięty palec wskazujący lewej dłoni, przecięte ścięgno, uszkodzony mięsień i kość. Ze względu na to, że zbyt późno się zgłosiłem do chirurga, palec nie nadaje się do szycia, jest tylko założone kilka szwów zbliżających, które mają pomóc w gojeniu. Kiedy lekarz zszywał mi palec mogłem sobie z bliska popatrzeć na wnętrze mojego palca, wygląda to nawet ciekawie.
Jak to zawsze powtarzałem, nigdy nie jest na tyle źle, żeby nie było jeszcze gorzej. W końcu mogłem stracić cały palec... Na całe szczęście dla mnie, siekiera była nie najostrzejsza, a ja jestem życiową sierotą.
Dlaczego ta sytuacja mnie tak męczy? Bo wylądowałem na wsi żeby wujkowi pomagać na gospodarstwie. Teraz, jako osoba leworęczna z rozwalonym palcem wskazującym lewej dłoni, czuję się czasem jakbym nie miał całej ręki, no dobra, do wysokości łokcia. Słowem inwalida. Wujek wszystko musi robić sam a ja mam wrażenie, że stałem się zbędnym balastem. Nic nie robi, a żre za trzech.
Były plany, względnie ambitne w mojej skali, a teraz nie mogę ich zrealizować bo ten cholerny palec mi przeszkadza. Może jednak lepiej by było gdybym go stracił przy samej dłoni?...