Ładnie brzmi, prawda? No. Tylko nie pasuje do mnie. Ja? Student? Z moim rażącym brakiem odpowiedzialności? Dobre sobie.
Ledwie się semestr zaczął a ja już opuściłem 3 dni wykładów. No, trzy i pół. Czy żałuję? Jak cholera.
Teraz od początku, jak to jest, jak powinno być, jak było, i jak będzie jeśli się nie wezmę w garść. Na razie jest spokojnie. Ale wiadomo, to dopiero początek. Wszyscy znajomi rozlokowani na przeróżnych kierunkach uczelni wyższych na śląsku i nie tylko wciąż powtarzają, że tylko na początku jest ciężko, później się wkręcę. To mnie trochę pocieszało, bo to samo mówili mi jak się dostałem do technikum. Nawet nie odczułem tego kulminacyjnego momentu. Ale boję się, że tu będzie inaczej. I będzie, na pewno. Ale przygotuję się na to moralnie.
Mam wrażenie, że personel szkoły jawnie robi sobie ze mnie jaja. Przykład? Proszę bardzo:
1. Składanie papierów w oddziale głównym uczelni. Na drzwiach wyraźnie pisze: wejście tylko dla studentów.
Więc wchodzę. Woźny: "Czego mi tu ku...wa?! Nie widać co jest napisane na drzwiach?"
2.Szkolenie bhp: Wchodzę do budynku, szukam kogoś kto mi powie gdzie to szklenie się odbędzie. Jest! Miła, uczciwie wyglądająca pani. Zauważa mnie i zanim się zdążę zapytać mówi: pierwsze piętro pokój 103. Podziękowałem i skierowałem się w danym kierunku. Na drzwiach pisało dużymi literami: WC. Nie wiem po czym poznała że powinienem tu zajrzeć, ale mogłem stwierdzić, że w 100% się myliła.
3.Szukałem sali w której miałem mieć wykłady. Nie powiem, że nie mogłem się doczekać, ale mus to mus. Podobna sytuacja jak wyżej. Zapytałem:"Przepraszam, gdzie jest sala 208?"
"W budynku C."- usłyszałem odpowiedź. Nie uznałem jej za odpowiednio satysfakcjonującą, więc pytam dalej:
"A gdzie jest budynek C?"
"Zaraz za B."
Nie powiem, trochę mnie rozzłościła ta sytuacja, ale co mogłem zrobić?
Dziekanat. Miejsce z którego zawsze się śmiałem gdy było przedstawiane w krzywym zwierciadle przez studentów. Tajemnicze miejsce, do którego w długich i niekończących się kolejkach stoją setki studentów i sami nie wiedzą po co. Cały czas myślałem że to po prostu bujdy mające na celu... nie mające żadnego celu.
Dopóki sam nie miałem tam nic do załatwienia. O zgrozo! Daruje sobie w tym punkcie opisywanie co działo się w moim przypadku. Ale opiszę co działo się w przypadku znajomego. Kiedy pojechał do dziekanatu zapytać się jak wygląda sprawa rezerwacji jego miejsca w akademiku, dowiedział się że, że nie ma co sprawdzać. Jego podanie zostało zgubione. W tym nieszczęściu było tyle dobrego, że pani miała na tyle odwagi, że sama przyznała się do błędu. Świetna robota! Ma pani jaja!
Oczywiście Studia to nie tylko minusy. Są także niezaprzeczalne plusy. Jakie? Choćby takie, że wszystkie dziewczyny są pełnoletnie i nie ma możliwości natknięcia się na jakąś gówniarę będąc zmylonym jej przesadzonym makijażem i za dużym dekoltem. Studenckie zniżki. Kolejny niezaprzeczalny plus.
A z czego to się wzięło? Ze wszystkim dobrze znanego, stereotypowego "biednego studenta". Podgatunek ten jest niezwykle często spotykany w środowisku studiów zaocznych... Ale tak całkiem serio. Przyznam, że sam się z tego śmiałem, dopóki sam nie doświadczyłem podobnego zjawiska. Na sam dojazd przeznaczam fortunę, a to dlatego, że: "Drugi przydział na razie nie dostanie legitymacji. Uprzedzając pańskie pytanie: nie wiem kiedy będą." - powiedziała miła pani z dziekanatu. A bez legitymacji wszystkie 'studenckie' zniżki szlag trafił.
Jest jeszcze motywacja ze strony najbliższej rodziny. Z jednej strony chwalą się swoim znajomym z pracy że ich pociecha studiuje, z drugiej podnosi nas na duch słowami "Nie dasz rady", "Za cianki/a jesteś", "Źle zrobiłeś/aś wybierając ten/owaki kierunek". Tere fere. Wiem lepiej. Oczywiście, może być ciężko, zdaje sobie z tego sprawę. Ale zrobię wszystko żeby nie wyrzucili mnie już w pierwszym semestrze.
Napisawszy stertę nikomu nie potrzebnych i gówno wartych bzdur, poszedł na piwo.
Oczywiście, jak zawsze, zdaję sobie sprawę z tego że mogłem się jak zwykle minąć z prawdą. Ale nikt nie dostanie kwiatów, bombonierki i przeprosin, przykro mi. Reklamacje składać w dziale 'Zażalenia'. Tam odpowiednio wyszkolony personel odeśle państwu wyjątkowo bezczelną odpowiedź.
O wszystkim i o niczym. O tym co mnie wkurza, drażni, bawi, śmieszy, zastanawia. O moich przemyśleniach i innych różnych pierdołach. O mnie.
czwartek, 6 października 2011
sobota, 11 czerwca 2011
Koniec wspomnień
Nie będę już pisał o tym co było w szkole. Nie dlatego, że nie mam weny, wspomnień, czy coś w tym stylu. Po prostu mi się nie chce. I obiecałem sobie ze więcej czasu spędzę z przyjaciółmi a nie przed ekranem monitora niszcząc zdrowie i takie tam. Można mieć wspomnienia, dzielić się nimi, ale nie wolno się w nich za bardzo zagłębiać. To prowadzi do szaleństwa. Chyba. Trzeba zapracować sobie na nowe wspomnienia, żeby mieć co wspominać na starość, prawda?
Myślę, że są ludzie którzy się ze mną zgodzą. A teraz, wychodzę, po nowe życiowe doświadczenia.
Au revoir.
Myślę, że są ludzie którzy się ze mną zgodzą. A teraz, wychodzę, po nowe życiowe doświadczenia.
Au revoir.
niedziela, 29 maja 2011
Wspomnień ciąg dalszy - religia
To było w pierwszym półroczu, nie pamiętam jednak konkretnej daty. Wyglądało to mniej więcej tak...
Siedzę sobie spokojnie w czytelni. Czytelnie to wspaniałe miejsce, gdzie jest zarazem wszystko i nic, to znaczy wszystko, tylko nie to, czego aktualnie potrzebujesz. Siedziałem w spokoju nikomu nie wadząc i czytałem National Geographic. Nagle wszedł ksiądz. Zobaczył mnie, zobaczył co robię i się zaczęło. Kazanie bogata w treści moralne, prawdziwe oratorium. Że czasopisma popularnonaukowe są narzędziem w ręku Szatana służącym do mamienia takich naiwnych i niewinnych (czy ja wiem, wcale taki niewinny nie jestem) dusz jak moja.
Siedzę sobie spokojnie w czytelni. Czytelnie to wspaniałe miejsce, gdzie jest zarazem wszystko i nic, to znaczy wszystko, tylko nie to, czego aktualnie potrzebujesz. Siedziałem w spokoju nikomu nie wadząc i czytałem National Geographic. Nagle wszedł ksiądz. Zobaczył mnie, zobaczył co robię i się zaczęło. Kazanie bogata w treści moralne, prawdziwe oratorium. Że czasopisma popularnonaukowe są narzędziem w ręku Szatana służącym do mamienia takich naiwnych i niewinnych (czy ja wiem, wcale taki niewinny nie jestem) dusz jak moja.
***
Ksiądz nie był lubiany, nie wiadomo dlaczego. Może dlatego że był księdzem, może dlatego że pozjadał wszystkie rozumy. A może dlatego, że nie należał do najurodziwszych osób w szkole.
Nie wiem jak teraz wygląda program nauczania na lekcjach religii, ale tematy jakie poruszał z nami ksiądz na pewno nie zaliczały się do podstaw programowych. Poruszając dość takie a nie inne tematy raczej nie zbierał sobie zwolenników. Postaram się z grubsza przedstawić kilka tematów poruszanych na katechezach.
1. Miłość. Ksiądz uważał, że nie jest to uczucie. A co, imię dla psa? Wygłaszając ten sąd zburzył tym samym fundamenty na których większa część z nas budowała swój świat. "Miłość to nie uczucie tylko stan. Uczucia przemijają, a nie chcemy żeby miłość przeminęła."
Nie nie, Księżulku, to nie tak. Coś się księdzu pomyliło. Proszę nie mylić uczyć z emocjami, to karygodne.
2. Homoseksualizm. Tak, to w dzisiejszych czasach istna plaga. Przez kilka lekcji oglądaliśmy film o homoseksualistach, w których nie było najmniejszej wzmianki o lesbijkach. Film był generalnie pojazdem po gejach, że to trzeba leczyć, walczyć z tym wodą święconą i osikowym kołkiem.
Popchnięci zwykłą ciekawością i najzwyklejszą w świecie chęcią poznanie prawdy, kierując się maksymą 'kto pyta nie błądzi', spytaliśmy co ksiądz o tym sądzi. Wygłosił nam kilkudziesięciominutową mowę, z której pewnie nikt nic nie zrozumiał. Ale można było z tej ogólnej paplaniny wywnioskować, że geje są bee, a lesbijki cacy. To właśnie wtedy zorientowałem się, że coś tu nie gra...
3. Antykoncepcja. Kolejną rzeczą o której nasz ksiądz powinien wiedzieć najmniej. Ale jest wręcz odwrotnie, wie zaskakująco dużo. Nie tylko jak na duchownego, ale jak na mężczyznę. I całą swoją wiedzę na ten (i nie tylko ten) temat czerpie z podejrzanie wyglądającej małej książeczki...
Ale wróćmy do tematu. Po tym wszystkim co usłyszałem na tych lekcjach stwierdziłem, że być może nie wiemy pewnych rzeczy o księdzu. Może po zmierzchu zmieniał się w prawdziwego amanta, łamacza niewieścich serc. Zwabia swoje ofiary na parafię, wykorzystuje i...
Ale w biblii można się doszukać wielu przykładów nieznajomości podstawowych informacji o antykoncepcji.
Podam najbardziej znane przykłady:
-Jakub ze starego testamentu i jego przyprawiająca o zawroty głowy liczba synów
-Maryja. Miała stracić cnotę i nie zajść w ciążę. Zaszła w ciążę nie tracąc cnoty...
A jeśli miało się różnicę zdań z księdzem, to swoich racji można było się dobiegać już tylko na sądzie ostatecznym, ponieważ pan Jawiemwszystkolepiejodciebie jest nie do przegadania. Wie swoje i już.
Pewnie jest jaki jest tylko przez swój upór. Nawet jak nie ma racji to idzie w zaparte, nie patrząc na konsekwencje. No cóż, będę mile wspominał jego grymas, który uparcie nazywał uśmiechem.
Istnieje możliwość że dużą część przekręciłem, jednak niewiele odbiega tak naprawdę od prawdy. Jeśli ktoś jednak będzie miał zastrzeżenia co do treści niech da znać. Tak dla idei, bo to i tak nic nie da.
Nie wiem jak teraz wygląda program nauczania na lekcjach religii, ale tematy jakie poruszał z nami ksiądz na pewno nie zaliczały się do podstaw programowych. Poruszając dość takie a nie inne tematy raczej nie zbierał sobie zwolenników. Postaram się z grubsza przedstawić kilka tematów poruszanych na katechezach.
1. Miłość. Ksiądz uważał, że nie jest to uczucie. A co, imię dla psa? Wygłaszając ten sąd zburzył tym samym fundamenty na których większa część z nas budowała swój świat. "Miłość to nie uczucie tylko stan. Uczucia przemijają, a nie chcemy żeby miłość przeminęła."
Nie nie, Księżulku, to nie tak. Coś się księdzu pomyliło. Proszę nie mylić uczyć z emocjami, to karygodne.
2. Homoseksualizm. Tak, to w dzisiejszych czasach istna plaga. Przez kilka lekcji oglądaliśmy film o homoseksualistach, w których nie było najmniejszej wzmianki o lesbijkach. Film był generalnie pojazdem po gejach, że to trzeba leczyć, walczyć z tym wodą święconą i osikowym kołkiem.
Popchnięci zwykłą ciekawością i najzwyklejszą w świecie chęcią poznanie prawdy, kierując się maksymą 'kto pyta nie błądzi', spytaliśmy co ksiądz o tym sądzi. Wygłosił nam kilkudziesięciominutową mowę, z której pewnie nikt nic nie zrozumiał. Ale można było z tej ogólnej paplaniny wywnioskować, że geje są bee, a lesbijki cacy. To właśnie wtedy zorientowałem się, że coś tu nie gra...
3. Antykoncepcja. Kolejną rzeczą o której nasz ksiądz powinien wiedzieć najmniej. Ale jest wręcz odwrotnie, wie zaskakująco dużo. Nie tylko jak na duchownego, ale jak na mężczyznę. I całą swoją wiedzę na ten (i nie tylko ten) temat czerpie z podejrzanie wyglądającej małej książeczki...
Ale wróćmy do tematu. Po tym wszystkim co usłyszałem na tych lekcjach stwierdziłem, że być może nie wiemy pewnych rzeczy o księdzu. Może po zmierzchu zmieniał się w prawdziwego amanta, łamacza niewieścich serc. Zwabia swoje ofiary na parafię, wykorzystuje i...
Ale w biblii można się doszukać wielu przykładów nieznajomości podstawowych informacji o antykoncepcji.
Podam najbardziej znane przykłady:
-Jakub ze starego testamentu i jego przyprawiająca o zawroty głowy liczba synów
-Maryja. Miała stracić cnotę i nie zajść w ciążę. Zaszła w ciążę nie tracąc cnoty...
A jeśli miało się różnicę zdań z księdzem, to swoich racji można było się dobiegać już tylko na sądzie ostatecznym, ponieważ pan Jawiemwszystkolepiejodciebie jest nie do przegadania. Wie swoje i już.
Pewnie jest jaki jest tylko przez swój upór. Nawet jak nie ma racji to idzie w zaparte, nie patrząc na konsekwencje. No cóż, będę mile wspominał jego grymas, który uparcie nazywał uśmiechem.
Istnieje możliwość że dużą część przekręciłem, jednak niewiele odbiega tak naprawdę od prawdy. Jeśli ktoś jednak będzie miał zastrzeżenia co do treści niech da znać. Tak dla idei, bo to i tak nic nie da.
poniedziałek, 23 maja 2011
Wspomnień część pierwsza, język polski
Jest 22 styczeń, rok 2010. Siedzę sobie na lekcji języka polskiego i gapie się w migającą świetlówkę, zastanawiając się jednocześnie kiedy w końcu padnie. Dziwne uczucie, bolą już mnie oczy, a ja dalej gapie się jak debil.
Popatrzę teraz dla odmiany na tablice. I co się ukazuje mym pięknym oczom? Temat zgoła inny od tych, które przywykliśmy oglądać na tablicy na lekcjach języka pilskiego: "Czas Present Simple - właściwości i budowa." Przecieram oczy ze zdumienia. Może jak spojrzę drugi raz to wszystko wróci do normy. Gówno prawda. Jest jeszcze gorzej. Pojawiły sie przykłady budowy zdań i definicje.
A może mi się tylko wydaje, że coś jest nie tak? Może tylko ja widzę wszędzie problemy których nie ma? Może się zjarałem? Na te i wiele innych pytań pewnie nigdy nie znajdę odpowiedzi.
Dla odmiany teraz słucham dukania polonistki. Próbuje nam przeczytać jakiś sonet, o ile się nie mylę Kasprowicza.
Nie powinienem się z niej śmiać, nie wiem czy przeczytał bym to lepiej, ale na litość boską, to jest polonistka! Ten tytuł chyba do czegoś obliguje, nie?!
Jak czegoś nie wie, to pyta nas (pewnie w myśl: kto pyta, nie błądzi), albo zadaje nam na zadanie dowiedzieć się o co jej chodziło.
Teraz dyktuje nam notatkę ściągniętą z Wikipedii. Jeśli myślicie, że pisanie na lekcji u tej nauczycielki to jedyny sposób na uzupełniony zeszyt, jesteście w błędzie. Bo po co się spinać i stresować na lekcji, skoro można w domu spokojnie wejść na Wikipedię, wpisać temat lekcji i przepisać wszystko, spokojnie i bez pośpiechu, we własnym tempie. Można też być trochę do przodu i ściągać tematy na przyszłe lekcje. To pozwoli zaobserwować, że lekcji powie słowo w słowo z tym, co jest napisane w internecie. Wszystko się będzie zgadzać, nawet literówki.
Zauważyłem coś jeszcze. Tipsy. Olbrzymie tipsy. I jeszcze do tego ostro zakończone. Ten obraz przypomina szponiastą rękawice Freddy'ego Krugera z 'Koszmaru z ulicy Wiązów'. Założę się, że jak by machnęła tą szponiastą łapą w okolicach mojej szyi, rozszarpała by mi tętnice.
To skoro jest taka straszna, dlaczego uczy? Bo jest dobrą znajomą dyrektorki (kolejnej szkolnej mary). A koleżanka dyrektorki nudzi się w domu, więc poszła do szkoły uczyć.
Mieliśmy kiedyś fajnego poloniste. Był wymagający, to prawda, ale był też dowcipny. Można było czasem z nim luźniej pogadać. A dzięki temu, że dużo od nas wymagał, miałem czwórkę w pierwszej klasie. Już wtedy przygotowywał nas do matury. Ale nasza kochana pani dyrektor powiedziała, że on jest za dobry żeby uczyć uczniów technikum. Uczy teraz gimnazjalistów. Pamiętam co mówił nam o gimnazjalistach: są mali, brzydcy i śmierdzą.
Od tamtej pory walczymy z dyrekcją o przywrócenie poprzedniego polonisty. Bezskutecznie.
A na zakończenie powiem, że gdzieś w głębi jednak podziwiam naszą panią z polskiego. Ten jej właściwie bezcelowy upór w dążeniu do celu.
Popatrzę teraz dla odmiany na tablice. I co się ukazuje mym pięknym oczom? Temat zgoła inny od tych, które przywykliśmy oglądać na tablicy na lekcjach języka pilskiego: "Czas Present Simple - właściwości i budowa." Przecieram oczy ze zdumienia. Może jak spojrzę drugi raz to wszystko wróci do normy. Gówno prawda. Jest jeszcze gorzej. Pojawiły sie przykłady budowy zdań i definicje.
A może mi się tylko wydaje, że coś jest nie tak? Może tylko ja widzę wszędzie problemy których nie ma? Może się zjarałem? Na te i wiele innych pytań pewnie nigdy nie znajdę odpowiedzi.
Dla odmiany teraz słucham dukania polonistki. Próbuje nam przeczytać jakiś sonet, o ile się nie mylę Kasprowicza.
Nie powinienem się z niej śmiać, nie wiem czy przeczytał bym to lepiej, ale na litość boską, to jest polonistka! Ten tytuł chyba do czegoś obliguje, nie?!
Jak czegoś nie wie, to pyta nas (pewnie w myśl: kto pyta, nie błądzi), albo zadaje nam na zadanie dowiedzieć się o co jej chodziło.
Teraz dyktuje nam notatkę ściągniętą z Wikipedii. Jeśli myślicie, że pisanie na lekcji u tej nauczycielki to jedyny sposób na uzupełniony zeszyt, jesteście w błędzie. Bo po co się spinać i stresować na lekcji, skoro można w domu spokojnie wejść na Wikipedię, wpisać temat lekcji i przepisać wszystko, spokojnie i bez pośpiechu, we własnym tempie. Można też być trochę do przodu i ściągać tematy na przyszłe lekcje. To pozwoli zaobserwować, że lekcji powie słowo w słowo z tym, co jest napisane w internecie. Wszystko się będzie zgadzać, nawet literówki.
***
Pamiętam kiedy mieliśmy z nią pierwszą lekcje. Sprawiała wrażenie miłej, inteligentnej i oczytanej w przedmiocie który uczy. Owszem, coś wie, może (raczej na pewno) nawet więcej ode mnie. Ale myślę, że to troszkę za mało żeby uczyć uczniów szkoły średniej.Zauważyłem coś jeszcze. Tipsy. Olbrzymie tipsy. I jeszcze do tego ostro zakończone. Ten obraz przypomina szponiastą rękawice Freddy'ego Krugera z 'Koszmaru z ulicy Wiązów'. Założę się, że jak by machnęła tą szponiastą łapą w okolicach mojej szyi, rozszarpała by mi tętnice.
To skoro jest taka straszna, dlaczego uczy? Bo jest dobrą znajomą dyrektorki (kolejnej szkolnej mary). A koleżanka dyrektorki nudzi się w domu, więc poszła do szkoły uczyć.
Mieliśmy kiedyś fajnego poloniste. Był wymagający, to prawda, ale był też dowcipny. Można było czasem z nim luźniej pogadać. A dzięki temu, że dużo od nas wymagał, miałem czwórkę w pierwszej klasie. Już wtedy przygotowywał nas do matury. Ale nasza kochana pani dyrektor powiedziała, że on jest za dobry żeby uczyć uczniów technikum. Uczy teraz gimnazjalistów. Pamiętam co mówił nam o gimnazjalistach: są mali, brzydcy i śmierdzą.
Od tamtej pory walczymy z dyrekcją o przywrócenie poprzedniego polonisty. Bezskutecznie.
A na zakończenie powiem, że gdzieś w głębi jednak podziwiam naszą panią z polskiego. Ten jej właściwie bezcelowy upór w dążeniu do celu.
czwartek, 19 maja 2011
Już po... wszytkim?
Cie choroba, ostatni post ponad miesiąc temu?! Nie może być!
Ale jest.
Już po maturach, po stresie, po nerwowych przygotowaniach. Wspaniałe doświadczenie. Pamiętam słowa egzaminatora podczas prezentacji na maturze ustnej z polskiego: "Spokojnie, proszę się nie denerwować, to tylko matura". Nie ma sprawy, następnym razem nie będę się już denerwował, pomyślałem. Nie będzie następnego razu, nie ma takiej potrzeby.
Ale już po wszystkim, została tylko garść wspomnień z tych czterech lat. Będę pamiętał tych ludzi, czy było dobrze, czy było źle, bądź co bądź, byliśmy jedyni w swoim rodzaju. Kompletnie zdezorganizowani, nie zgrani, wiecznie skłóceni, jak nie ze sobą to z nauczycielami. Typowy przykład anarchii. Cholera, będę tęsknił za tym wariactwem. Za tą atmosferą. Chyba jako jedyny. A nie powinienem, w końcu to ja przespałem większą część czwartej klasy...
Tylko ja jestem zdania, że jednak powinniśmy kiedyś zorganizować zebranie klasowe, na luzie, każdy będzie mógł być sobą...
Ale to jest fizycznie nie możliwe. Wszyscy mówią, że to nie wypali. Przynajmniej w jednym się zgadzają.
Kolejne posty będą zawierały wspomnienia z poszczególnych przedmiotów i moje 'unikalne' komentarze i przemyślenia.
Ale jest.
Już po maturach, po stresie, po nerwowych przygotowaniach. Wspaniałe doświadczenie. Pamiętam słowa egzaminatora podczas prezentacji na maturze ustnej z polskiego: "Spokojnie, proszę się nie denerwować, to tylko matura". Nie ma sprawy, następnym razem nie będę się już denerwował, pomyślałem. Nie będzie następnego razu, nie ma takiej potrzeby.
Ale już po wszystkim, została tylko garść wspomnień z tych czterech lat. Będę pamiętał tych ludzi, czy było dobrze, czy było źle, bądź co bądź, byliśmy jedyni w swoim rodzaju. Kompletnie zdezorganizowani, nie zgrani, wiecznie skłóceni, jak nie ze sobą to z nauczycielami. Typowy przykład anarchii. Cholera, będę tęsknił za tym wariactwem. Za tą atmosferą. Chyba jako jedyny. A nie powinienem, w końcu to ja przespałem większą część czwartej klasy...
Tylko ja jestem zdania, że jednak powinniśmy kiedyś zorganizować zebranie klasowe, na luzie, każdy będzie mógł być sobą...
Ale to jest fizycznie nie możliwe. Wszyscy mówią, że to nie wypali. Przynajmniej w jednym się zgadzają.
Kolejne posty będą zawierały wspomnienia z poszczególnych przedmiotów i moje 'unikalne' komentarze i przemyślenia.
środa, 13 kwietnia 2011
Finalne zaskoczenie
Idąc dziś do szkoły takie oto, hmmm, myśli chodziły mi po głowie:
Pogadałbym z kimś. Ale nie mam z kim... Poszedłbym na piwo. Ale nie mam kasy. Poza tym jest za wcześnie... Pośmiałbym się z kimś. Ale nie mam z kim. I z kogo... Postrzelałbym sobie do ludzi. Ale nie mam broni... Zapaliłbym. Ale nie palę... W sumie mógłbym przecież pojechać samochodem. Aha, nie mam prawa jazdy...Zadzwoniłbym do kogoś. Ale pewnie wszyscy śpią.
Przechodząc przez drogę: K...wa, idioto, patrz jak jedziesz! Jeszcze centymetr i miałbyś mnie na sumieniu, baranie!
I znowu:
A może by tak zabłądzić i pójść do kumpla? Tak! Świetny pomysł!
...
Śpi. Cholera... Ciekawe czy ktoś w ogóle będzie dziś w szkole... A może pójdę do biblioteki? Dawno tam nie byłem... Zamknięta. No do jasnej ciemności!... A może wrócę do domu? Siostra w szkole, matka w pracy... Będę mógł się znowu oddać słodkiemu nic nierobieniu... Niee, to nieuczciwe względem mnie samego... Egoista...
Skończyło się na tym, że siedziałem na ławce niedaleko szkoły, i czekałem aż będzie można wejść. Byłem po prostu za wcześnie. Ale przecież skąd mogłem wiedzieć, że autobus się nie spóźni, nie zepsuje po drodze, że nie będzie korków i że załatwię wszystko co miałem załatwić tak szybko? To było po prostu nie do przewidzenia.
Pogadałbym z kimś. Ale nie mam z kim... Poszedłbym na piwo. Ale nie mam kasy. Poza tym jest za wcześnie... Pośmiałbym się z kimś. Ale nie mam z kim. I z kogo... Postrzelałbym sobie do ludzi. Ale nie mam broni... Zapaliłbym. Ale nie palę... W sumie mógłbym przecież pojechać samochodem. Aha, nie mam prawa jazdy...Zadzwoniłbym do kogoś. Ale pewnie wszyscy śpią.
Przechodząc przez drogę: K...wa, idioto, patrz jak jedziesz! Jeszcze centymetr i miałbyś mnie na sumieniu, baranie!
I znowu:
A może by tak zabłądzić i pójść do kumpla? Tak! Świetny pomysł!
...
Śpi. Cholera... Ciekawe czy ktoś w ogóle będzie dziś w szkole... A może pójdę do biblioteki? Dawno tam nie byłem... Zamknięta. No do jasnej ciemności!... A może wrócę do domu? Siostra w szkole, matka w pracy... Będę mógł się znowu oddać słodkiemu nic nierobieniu... Niee, to nieuczciwe względem mnie samego... Egoista...
Skończyło się na tym, że siedziałem na ławce niedaleko szkoły, i czekałem aż będzie można wejść. Byłem po prostu za wcześnie. Ale przecież skąd mogłem wiedzieć, że autobus się nie spóźni, nie zepsuje po drodze, że nie będzie korków i że załatwię wszystko co miałem załatwić tak szybko? To było po prostu nie do przewidzenia.
poniedziałek, 28 marca 2011
Czy jesteś?...
Chory psychicznie. Bo myśli innych nie nadążają za Twoimi.
Ćpun. Bo jak masz dobry humor, to na pewno coś brałeś.
Bezczelny. Bo ludzie przestali sobie liczyć szczerość. Ładne kłamstwa wyglądają ładniej od brzydkiej prawdy.
Nietolerancyjny. Ponieważ uważasz, że za skrajną głupotę powinno się zamykać ludzi w więzieniu.
Odludek. Bo nie lecisz jak głupi za innymi, tylko podążasz swoją drogą..
Leniwy. Bo masz po prostu swoje tempo pracy.
Ograniczony. Bo nie przyjmujesz do siebie 'mądrości' innych.
Skąpy. Bo nie dajesz żulom na piwo.
Żałosny. Ponieważ zdarza Ci się okazywać emocje.
Pantoflarz. Bo czasami ciężko Ci odmówić kobiecie gdy prosi.
Fanatykiem. Bo masz pasję i oddajesz się jej bez reszty.
No i oczywiście, summa summarum: świnia. W końcu każdy facet to świnia.
Jeśli tak, to jest nas więcej niż myślisz.
Ćpun. Bo jak masz dobry humor, to na pewno coś brałeś.
Bezczelny. Bo ludzie przestali sobie liczyć szczerość. Ładne kłamstwa wyglądają ładniej od brzydkiej prawdy.
Nietolerancyjny. Ponieważ uważasz, że za skrajną głupotę powinno się zamykać ludzi w więzieniu.
Odludek. Bo nie lecisz jak głupi za innymi, tylko podążasz swoją drogą..
Leniwy. Bo masz po prostu swoje tempo pracy.
Ograniczony. Bo nie przyjmujesz do siebie 'mądrości' innych.
Skąpy. Bo nie dajesz żulom na piwo.
Żałosny. Ponieważ zdarza Ci się okazywać emocje.
Pantoflarz. Bo czasami ciężko Ci odmówić kobiecie gdy prosi.
Fanatykiem. Bo masz pasję i oddajesz się jej bez reszty.
No i oczywiście, summa summarum: świnia. W końcu każdy facet to świnia.
Jeśli tak, to jest nas więcej niż myślisz.
środa, 23 marca 2011
Immodius
Jeszcze dobrze nie wystartowałem a już jestem skazany na porażkę. Nie dobrze. Najzabawniejsze w tym jest to, że sam sobie jestem winny. Przyznaję, spieprzyłem kilka rzeczy w swoim życiu. Może trochę więcej niż kilka...
Ludzie wokoło mówią mi: 'Ciekawe kiedy przyznasz, że nie miałeś racji'.
Nie. To JA mam rację. I udowodnię to. Ale potrzebuję czasu. Jeszcze zobaczycie, że dam radę. To, że teraz nie widać, żebym cokolwiek robił, nie znaczy wcale, że siedzę z założonymi rękami i przyglądam się biegowi wydarzeń z obojętną miną. Pozory mylą i ja jestem w stanie tego dowieść.
Ale nie jestem alfą i omegą. Nie motywują mnie do ruszenia dupy slogany typu: 'Jak tak dalej pójdzie, to skończysz na ulicy', albo 'Co ci po twoich górnolotnych planach jeśli nie jesteś w stanie poradzić sobie z codziennością'.
Dobrze, fajnie jeśli czasem ktoś sprowadzi na ziemię, ale nie podcinajcie mi skrzydeł zanim wylecę z gniazda. Gdzie jest motywacja? Bo mój chory optymizm jest już na skrajnym wyczerpaniu. Chciałbym kiedyś usłyszeć serdeczny, ciepły głos mówiący: 'A tam ja w ciebie wierzę'.
Codziennie zastanawiam się, czy jeszcze znajdę kiedykolwiek czas na to, żeby się zatrzymać, zastanowić, rozejrzeć. I dochodzę do wniosku, że nie. Już teraz nie mogę sobie na to pozwolić. Kiedy ja chcę.
Ale duża część ludzi ma w dupie to, co ja chcę, świat jest pełen egocentryków i egoistów. Ja jestem w stanie pomóc każdemu, kto mnie o tą pomoc poprosi (bo hasło w stylu 'Ej, pożycz 2 złote na chleb bo mi się pić chce' mnie nie ruszają). Nawet jeśli to ponad moje siły, nie powiem tego, tylko pomagam. Bo mam nadzieję, że pewnego dnia ta osoba się jakoś odwdzięczy. W jakikolwiek sposób. Nadzieja matką głupich. Ale jak to kiedyś usłyszałem od dobrej znajomej: 'Wolę mieć matkę Nadzieję, niż być sierotą'.
Dobra, wybiegam trochę z tematu. Immodius, to o ile się nie mylę znaczy po łacinie 'nieograniczony'.
Nieograniczone są moje obawy na temat mojego dorosłego życia. Nieograniczona jest moja nadzieja, że jednak jakoś to będzie. Nieograniczona w związku z tym jest też moja naiwność. Wydaje się nie mieć końca to, co jeszcze czai się w czeluściach mojego czerepu. Ale jedna rzecz się niedługo skończy, zginie śmiercią naturalną. Czy tego chcę, czy nie. Moja Beztroska.
Ludzie wokoło mówią mi: 'Ciekawe kiedy przyznasz, że nie miałeś racji'.
Nie. To JA mam rację. I udowodnię to. Ale potrzebuję czasu. Jeszcze zobaczycie, że dam radę. To, że teraz nie widać, żebym cokolwiek robił, nie znaczy wcale, że siedzę z założonymi rękami i przyglądam się biegowi wydarzeń z obojętną miną. Pozory mylą i ja jestem w stanie tego dowieść.
Ale nie jestem alfą i omegą. Nie motywują mnie do ruszenia dupy slogany typu: 'Jak tak dalej pójdzie, to skończysz na ulicy', albo 'Co ci po twoich górnolotnych planach jeśli nie jesteś w stanie poradzić sobie z codziennością'.
Dobrze, fajnie jeśli czasem ktoś sprowadzi na ziemię, ale nie podcinajcie mi skrzydeł zanim wylecę z gniazda. Gdzie jest motywacja? Bo mój chory optymizm jest już na skrajnym wyczerpaniu. Chciałbym kiedyś usłyszeć serdeczny, ciepły głos mówiący: 'A tam ja w ciebie wierzę'.
Codziennie zastanawiam się, czy jeszcze znajdę kiedykolwiek czas na to, żeby się zatrzymać, zastanowić, rozejrzeć. I dochodzę do wniosku, że nie. Już teraz nie mogę sobie na to pozwolić. Kiedy ja chcę.
Ale duża część ludzi ma w dupie to, co ja chcę, świat jest pełen egocentryków i egoistów. Ja jestem w stanie pomóc każdemu, kto mnie o tą pomoc poprosi (bo hasło w stylu 'Ej, pożycz 2 złote na chleb bo mi się pić chce' mnie nie ruszają). Nawet jeśli to ponad moje siły, nie powiem tego, tylko pomagam. Bo mam nadzieję, że pewnego dnia ta osoba się jakoś odwdzięczy. W jakikolwiek sposób. Nadzieja matką głupich. Ale jak to kiedyś usłyszałem od dobrej znajomej: 'Wolę mieć matkę Nadzieję, niż być sierotą'.
Dobra, wybiegam trochę z tematu. Immodius, to o ile się nie mylę znaczy po łacinie 'nieograniczony'.
Nieograniczone są moje obawy na temat mojego dorosłego życia. Nieograniczona jest moja nadzieja, że jednak jakoś to będzie. Nieograniczona w związku z tym jest też moja naiwność. Wydaje się nie mieć końca to, co jeszcze czai się w czeluściach mojego czerepu. Ale jedna rzecz się niedługo skończy, zginie śmiercią naturalną. Czy tego chcę, czy nie. Moja Beztroska.
wtorek, 15 marca 2011
Zima (i nie tylko)
W związku z tym, że mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że wiosna zawitała u nas na dobre, pozwoliłem sobie na krótką retrospekcję...
2. grudzień 2010:
Zima trwa dopiero pięć dni. A ja już mam jej serdecznie dość.
Sześć dni temu odczytałem na termometrze temperaturę +10 stopni. Następnego dnia spadł śnieg, przy temperaturze 0 stopni. Dzisiaj wychodząc do szkoły stwierdziłem ze zgrozą, że na zewnątrz panuje oszołamiająco niska temperatura -10 stopni C.
Taka nagła zmiana pogody woła o pomstę do nieba.
Wracając do domu autobusem i rozmawiając z kolegą, zatraciłem poczucie orientacji w czasie i przestrzeni. Chcąc sprawdzić w jakim jesteśmy położeniu i gdzie jesteśmy skierowałem swój wzrok w kierunku okna. Doznałem niewyobrażalnego szoku, kiedy zauważyłem, że okna są zamarznięte od wewnątrz. No nic, trzeba się wziąć i zeskrobać trochę tego szronu, jeśli nie chcę przegapić punktu docelowego mojej podróży. Po nastu minutach męczenia się z uciążliwym szronem przy pomocy paznokci i rękawa, zagrzewany do dalszej pracy jedynie dopingiem ze strony kolegi, doznałem kolejnego szoku. Pozwoliłem sobie zauważyć, że mój wysiłek poszedł na marne, ponieważ widok za oknem był bez wyjątku jednolicie biały. Nie powiem, zdenerwowało mnie to. W iście teatralny sposób cofnąłem się od okna i po kilku sekundach poczułem jak wybucha we mnie wielki wulkan bezsilności i wycieka ze mnie lawa niezwykle soczystych wulgaryzmów. Kolejne fale frustracji zapowiadały się nie mieć końca, kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że znajduję się w miejscu publicznym i nie wszyscy pasażerowie życzą sobie wsłuchiwać się w mój bogaty słownik wulgaryzmów. Skończyłem, a właściwie urwałem, rozejrzałem się z obawą po twarzach współpasażerów i, ku ogólnej mej radości, nie zobaczyłem na ich twarzach grymasów z których można by odczytać coś w stylu: na stos z nim!, nabijmy go na pal!, powieśmy!, tylko niewinne i pełne pobłażliwości uśmiechy.
Tylko jedna starsza pani się nie śmiała. Minę miała raczej zafrasowaną. Domyśliłem się czemu. Jej długi, zimowy płaszcz miał taki sam kolor co otaczający nas aktualnie ze wszystkich stron śnieżny puch. Sądząc po wyglądzie, pani miała pewnie już wnuki.
Oczyma wyobraźni widziałem sytuację, kiedy owa pani wychodzi na spacer z tymi to wnukami.
Nagle się przewraca (wbrew pozorom nie ma w tym nic nietypowego, gdyż lód, sprawca tego niemiłego incydentu, pokrywa bez wyjątku wszystkie powierzchnie płaskie), i wpada w zaspę. Śnieżnobiały kaftanik doskonale ją maskuje. Biedne dzieciątka myślą, że babcia je zrobiła w bambuko uciekając do domu a je zostawiając w takim nieciekawym położeniu.
Ale wróćmy do wątku głównego. Nie lubię zimy. Prawdopodobnie tylko i wyłącznie dlatego, że jest zimno. Tak. Niskie temperatury to nie jest to, co lubię najbardziej.
Ale kiedyś to nie przeszkadzało. Choćby na dworze panował iście syberyjski mróz, wychodziło się z kumplami na sanki. A właściwie na górkę, bo sanki nie zawsze się miało. Nie, nie żyliśmy w tak skrajnym ubóstwie, że rodziców nie było stać na sanki dla dzieci. Po prostu sanki zostały starte w pył podczas ostatniego 'wypadu na górkę'.
No to jak nie na sankach, to na czym? Na dupie, na worku, na koledze, na tzw. jabłku. Wachlarz możliwości był zaskakująco szeroki.
Konsekwencjami naszych spotkań nie przejmowaliśmy się w ogóle. A były to miedzy innymi: bogate w treści moralne kazanie ze strony rodziców za zniszczone spodnie, zgubioną czapkę, rękawiczkę (zawsze jedną, nigdy nie gubiły się obie) i tym podobne. Liczyli się tylko kumple i dobra zabawa. Czasem, patrząc na tak właśnie beztrosko bawiące się dzieci, ludzie w moim wieku zadają sobie pytanie: Jak one tak mogą bez alkoholu?
Nie wiem, gdzie podziałem się tamtym 'ja'. Ta głupia i praktycznie bezpodstawna radość na widok pierwszego śniegu...
Nie ważne wtedy było, że ulice zakorkowane, bo jakiś idiota w BMW przecenił swoje 'umiejętności' i nie dostosował prędkości do panujących na drodze warunków. Nie ważne, że jakiś bezdomny upił się w nocy i zamarzł na śmierć. Nic nie było ważniejsze od kumpli i naszych zabaw.
Zastanówmy się, co się mogło stać, że teraz patrzę na to wszystko zupełnie inaczej.
Chyba już wiem. O Boże, ja dorosłem. Przestałem być dzieckiem i wkraczam w pokręcony świat dorosłych. Nie będzie już sanek, nie będzie wypadów na górkę.
Teraz czekają mnie studia, ewentualnie praca, walczenie ze wszystkimi i wszystkim o każdy ciężko zarobiony grosz, za którego zdobycie przyjdzie mi przypłacić nieraz własnym zdrowiem i nerwami.
Kolejna retrospekcja, bez daty.
Kiedy padał śnieg, do mojego pokoju wpadła siostra (nie zwracając najmniejszej uwagi na to, że właśnie się uczę) i krzyczy:
-Wyjrzyj przez okno! No wyjrzyj! Zobacz, popatrz tylko!
-Spadaj, uczę się.
-No nie bądź taki, wyjrzyj przez okno!
Po jakiś dwudziestu minutach, dla świętego spokoju, wyjrzałem przez to okno:
-No i co takiego niezwykłego tam jest? - spytałem z nieukrywaną nutką irytacji w głosie
-Nie widzisz?
-Nie.
-NIE WIDZISZ?
-...
-ŚNIEEEEG!!!
Jako starszy brat, czuję się zobligowany do tego, żeby siostra jak najdłużej trwała w przekonaniu, że zima jest wspaniałą porą roku i żeby możliwie najdłużej była małą dziewczynką. Albo przynajmniej, żeby jej przejście w dorosłe życie nie było takim gwałtownym i zwalającym z nóg ciosem w tył głowy, jak w moim przypadku.
2. grudzień 2010:
Zima trwa dopiero pięć dni. A ja już mam jej serdecznie dość.
Sześć dni temu odczytałem na termometrze temperaturę +10 stopni. Następnego dnia spadł śnieg, przy temperaturze 0 stopni. Dzisiaj wychodząc do szkoły stwierdziłem ze zgrozą, że na zewnątrz panuje oszołamiająco niska temperatura -10 stopni C.
Taka nagła zmiana pogody woła o pomstę do nieba.
Wracając do domu autobusem i rozmawiając z kolegą, zatraciłem poczucie orientacji w czasie i przestrzeni. Chcąc sprawdzić w jakim jesteśmy położeniu i gdzie jesteśmy skierowałem swój wzrok w kierunku okna. Doznałem niewyobrażalnego szoku, kiedy zauważyłem, że okna są zamarznięte od wewnątrz. No nic, trzeba się wziąć i zeskrobać trochę tego szronu, jeśli nie chcę przegapić punktu docelowego mojej podróży. Po nastu minutach męczenia się z uciążliwym szronem przy pomocy paznokci i rękawa, zagrzewany do dalszej pracy jedynie dopingiem ze strony kolegi, doznałem kolejnego szoku. Pozwoliłem sobie zauważyć, że mój wysiłek poszedł na marne, ponieważ widok za oknem był bez wyjątku jednolicie biały. Nie powiem, zdenerwowało mnie to. W iście teatralny sposób cofnąłem się od okna i po kilku sekundach poczułem jak wybucha we mnie wielki wulkan bezsilności i wycieka ze mnie lawa niezwykle soczystych wulgaryzmów. Kolejne fale frustracji zapowiadały się nie mieć końca, kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że znajduję się w miejscu publicznym i nie wszyscy pasażerowie życzą sobie wsłuchiwać się w mój bogaty słownik wulgaryzmów. Skończyłem, a właściwie urwałem, rozejrzałem się z obawą po twarzach współpasażerów i, ku ogólnej mej radości, nie zobaczyłem na ich twarzach grymasów z których można by odczytać coś w stylu: na stos z nim!, nabijmy go na pal!, powieśmy!, tylko niewinne i pełne pobłażliwości uśmiechy.
Tylko jedna starsza pani się nie śmiała. Minę miała raczej zafrasowaną. Domyśliłem się czemu. Jej długi, zimowy płaszcz miał taki sam kolor co otaczający nas aktualnie ze wszystkich stron śnieżny puch. Sądząc po wyglądzie, pani miała pewnie już wnuki.
Oczyma wyobraźni widziałem sytuację, kiedy owa pani wychodzi na spacer z tymi to wnukami.
Nagle się przewraca (wbrew pozorom nie ma w tym nic nietypowego, gdyż lód, sprawca tego niemiłego incydentu, pokrywa bez wyjątku wszystkie powierzchnie płaskie), i wpada w zaspę. Śnieżnobiały kaftanik doskonale ją maskuje. Biedne dzieciątka myślą, że babcia je zrobiła w bambuko uciekając do domu a je zostawiając w takim nieciekawym położeniu.
Ale wróćmy do wątku głównego. Nie lubię zimy. Prawdopodobnie tylko i wyłącznie dlatego, że jest zimno. Tak. Niskie temperatury to nie jest to, co lubię najbardziej.
Ale kiedyś to nie przeszkadzało. Choćby na dworze panował iście syberyjski mróz, wychodziło się z kumplami na sanki. A właściwie na górkę, bo sanki nie zawsze się miało. Nie, nie żyliśmy w tak skrajnym ubóstwie, że rodziców nie było stać na sanki dla dzieci. Po prostu sanki zostały starte w pył podczas ostatniego 'wypadu na górkę'.
No to jak nie na sankach, to na czym? Na dupie, na worku, na koledze, na tzw. jabłku. Wachlarz możliwości był zaskakująco szeroki.
Konsekwencjami naszych spotkań nie przejmowaliśmy się w ogóle. A były to miedzy innymi: bogate w treści moralne kazanie ze strony rodziców za zniszczone spodnie, zgubioną czapkę, rękawiczkę (zawsze jedną, nigdy nie gubiły się obie) i tym podobne. Liczyli się tylko kumple i dobra zabawa. Czasem, patrząc na tak właśnie beztrosko bawiące się dzieci, ludzie w moim wieku zadają sobie pytanie: Jak one tak mogą bez alkoholu?
Nie wiem, gdzie podziałem się tamtym 'ja'. Ta głupia i praktycznie bezpodstawna radość na widok pierwszego śniegu...
Nie ważne wtedy było, że ulice zakorkowane, bo jakiś idiota w BMW przecenił swoje 'umiejętności' i nie dostosował prędkości do panujących na drodze warunków. Nie ważne, że jakiś bezdomny upił się w nocy i zamarzł na śmierć. Nic nie było ważniejsze od kumpli i naszych zabaw.
Zastanówmy się, co się mogło stać, że teraz patrzę na to wszystko zupełnie inaczej.
Chyba już wiem. O Boże, ja dorosłem. Przestałem być dzieckiem i wkraczam w pokręcony świat dorosłych. Nie będzie już sanek, nie będzie wypadów na górkę.
Teraz czekają mnie studia, ewentualnie praca, walczenie ze wszystkimi i wszystkim o każdy ciężko zarobiony grosz, za którego zdobycie przyjdzie mi przypłacić nieraz własnym zdrowiem i nerwami.
Kolejna retrospekcja, bez daty.
Kiedy padał śnieg, do mojego pokoju wpadła siostra (nie zwracając najmniejszej uwagi na to, że właśnie się uczę) i krzyczy:
-Wyjrzyj przez okno! No wyjrzyj! Zobacz, popatrz tylko!
-Spadaj, uczę się.
-No nie bądź taki, wyjrzyj przez okno!
Po jakiś dwudziestu minutach, dla świętego spokoju, wyjrzałem przez to okno:
-No i co takiego niezwykłego tam jest? - spytałem z nieukrywaną nutką irytacji w głosie
-Nie widzisz?
-Nie.
-NIE WIDZISZ?
-...
-ŚNIEEEEG!!!
Jako starszy brat, czuję się zobligowany do tego, żeby siostra jak najdłużej trwała w przekonaniu, że zima jest wspaniałą porą roku i żeby możliwie najdłużej była małą dziewczynką. Albo przynajmniej, żeby jej przejście w dorosłe życie nie było takim gwałtownym i zwalającym z nóg ciosem w tył głowy, jak w moim przypadku.
środa, 9 marca 2011
Zdrowa krytyka
Na swojej drodze spotykamy różnych ludzi. Jadąc do pracy, szkoły, kościoła, lekarza, ...
Czy ktoś z was kiedyś, kiedykolwiek, zwrócił uwagę na otaczających go ludzi? Czy ktoś z was zawracał sobie dupę tym, że może ściągać na siebie uwagę innych? Czy komuś przyszło do głowy, że nie tylko inni go drażnią, ale też on drażni innych?
Zawsze, gdzie tylko jestem, zwracam uwagę na innych. Może oni zwracają uwagę na mnie, może nie. Owszem zdaję sobie sprawę z tego, że mogą mnie obserwować. I ostatnio dowiedziałem się od koleżanki z klasy, w dość dosadny sposób, że tak w istocie jest.
- Denerwujesz mnie. Nie patrz na mnie. Nie mogę na ciebie patrzeć. Jesteś dziwny. Dziwnie chodzisz. Dziwnie wyglądasz. Robisz dziwne miny. Jakie szczęście że to ostatni rok z tobą w jednej klasie.
I takie tam. Oczywiście, nie powiedziała tak słowo w słowo. Ale coś w tym kierunku. Żeby jeszcze bardziej mnie uświadomić, pokazała co ją we mnie denerwuje. Wyglądało to co najmniej komicznie, szczególnie jak próbowała naśladować mój chód, mimikę i tiki. Uśmiałem się do łez. Po tym całym cyrku była zaskoczona, że nie broniłem się przed jej, nazwijmy to 'zarzutami'.
- Przed czym mam się bronić, to wszystko prawda. A przed prawdą się nie ucieknie. Prawdy się nie wyrzeknę.
Całe zajście uznałem za przejaw tzw. zdrowej krytyki. Nie będę się ciął, kaleczył, wieszał topił. Wezmę to do siebie, owszem, ale niczego nie będę w sobie zmieniał. Uważam, że trochę na to za późno.
Poza tym, za dużo czasu zajęło mi tworzenie siebie takiego jakim jestem (nie tylko ja się tworzyłem, miały na to też wpływ moje środowisko, rówieśnicy, przeżycia). Nie wyprę się tego. Nie, że nie mogę. Po prostu nie chcę.
Czy ktoś z was kiedyś, kiedykolwiek, zwrócił uwagę na otaczających go ludzi? Czy ktoś z was zawracał sobie dupę tym, że może ściągać na siebie uwagę innych? Czy komuś przyszło do głowy, że nie tylko inni go drażnią, ale też on drażni innych?
Zawsze, gdzie tylko jestem, zwracam uwagę na innych. Może oni zwracają uwagę na mnie, może nie. Owszem zdaję sobie sprawę z tego, że mogą mnie obserwować. I ostatnio dowiedziałem się od koleżanki z klasy, w dość dosadny sposób, że tak w istocie jest.
- Denerwujesz mnie. Nie patrz na mnie. Nie mogę na ciebie patrzeć. Jesteś dziwny. Dziwnie chodzisz. Dziwnie wyglądasz. Robisz dziwne miny. Jakie szczęście że to ostatni rok z tobą w jednej klasie.
I takie tam. Oczywiście, nie powiedziała tak słowo w słowo. Ale coś w tym kierunku. Żeby jeszcze bardziej mnie uświadomić, pokazała co ją we mnie denerwuje. Wyglądało to co najmniej komicznie, szczególnie jak próbowała naśladować mój chód, mimikę i tiki. Uśmiałem się do łez. Po tym całym cyrku była zaskoczona, że nie broniłem się przed jej, nazwijmy to 'zarzutami'.
- Przed czym mam się bronić, to wszystko prawda. A przed prawdą się nie ucieknie. Prawdy się nie wyrzeknę.
Całe zajście uznałem za przejaw tzw. zdrowej krytyki. Nie będę się ciął, kaleczył, wieszał topił. Wezmę to do siebie, owszem, ale niczego nie będę w sobie zmieniał. Uważam, że trochę na to za późno.
Poza tym, za dużo czasu zajęło mi tworzenie siebie takiego jakim jestem (nie tylko ja się tworzyłem, miały na to też wpływ moje środowisko, rówieśnicy, przeżycia). Nie wyprę się tego. Nie, że nie mogę. Po prostu nie chcę.
poniedziałek, 28 lutego 2011
Znowu bez tytułu?!
Świat jest do dupy. Świat jest do dupy? Świat nie jest do dupy.
Dupiaty wstęp, ale mam dupiaty dzień. Mogłem się tego spodziewać. Miałem w miarę udany weekend, więc doszło do punktu kulminacyjnego i teraz wszystko leci na łeb, na szyję.
Tyle jeśli chodzi o wstęp.
Siedzę na lekcji bodajże, informatyki i bezproduktywnie marnuję swój czas. Jakieś kilka minut temu zostałem posądzony o brak wyobraźni. To trochę boli, ale muszę się przyzwyczaić. Tak przecież wygląda 'dorosłe życie'. Wszyscy bezpardonowo walą po gębie.
Rozumiem, nie, staram się zrozumieć to co się dzieje wokoło, w mojej głowie, za pozwoleniem zaglądam do innych. Interesuję się tym, co dręczy moich znajomych, tym bardziej, jeśli wiem, że jestem im w stanie pomóc.
Tymczasem widzę jak niektórzy sypią się pod ciężarem własnych problemów, nie dopuszczając do siebie nikogo. I nie mówię tu o żadnych konkretnych przykładach, wbrew temu co mogą pomyśleć niektóre osoby.
Słyszałem kiedyś od znajomej, że najlepiej sama rodzi sobie z problemami. Następnego dnia przyszła silnie 'wytapetowana', prawdopodobnie chcąc ukryć doły pod oczami, będące skutkiem nieprzespanej którejś tam z rzędu nocy. Nic to nie dało. Wszystko było widać. Chciało mi się zarazem śmiać i płakać, więc siedziałem cicho.
Nigdy nie pcham się tam, gdzie mnie nie chcą. Staram się nie być natrętem.
Czasem jednak nie wytrzymuję i staram się pomóc na siłę. Skutkiem tego są zazwyczaj złość, żal i pretensje. No i oczywiście kolejny kumpel bądź kumpela stwierdzają, że znajomość ze mną to był błąd.
No trudno, przynajmniej mam spokojne i czyste sumienie. Jestem taki, no nie wiem, filantrop?
Tu stwierdzam, że muszę coś zmienić, bo będę cholernie osamotniony. Wiem, to brzmi jakbym się nad sobą użalał, ale staram się nad sobą panować.
To na tyle w tej materii. Dziękuję, do widzenia (?).
Dupiaty wstęp, ale mam dupiaty dzień. Mogłem się tego spodziewać. Miałem w miarę udany weekend, więc doszło do punktu kulminacyjnego i teraz wszystko leci na łeb, na szyję.
Tyle jeśli chodzi o wstęp.
Siedzę na lekcji bodajże, informatyki i bezproduktywnie marnuję swój czas. Jakieś kilka minut temu zostałem posądzony o brak wyobraźni. To trochę boli, ale muszę się przyzwyczaić. Tak przecież wygląda 'dorosłe życie'. Wszyscy bezpardonowo walą po gębie.
Rozumiem, nie, staram się zrozumieć to co się dzieje wokoło, w mojej głowie, za pozwoleniem zaglądam do innych. Interesuję się tym, co dręczy moich znajomych, tym bardziej, jeśli wiem, że jestem im w stanie pomóc.
Tymczasem widzę jak niektórzy sypią się pod ciężarem własnych problemów, nie dopuszczając do siebie nikogo. I nie mówię tu o żadnych konkretnych przykładach, wbrew temu co mogą pomyśleć niektóre osoby.
Słyszałem kiedyś od znajomej, że najlepiej sama rodzi sobie z problemami. Następnego dnia przyszła silnie 'wytapetowana', prawdopodobnie chcąc ukryć doły pod oczami, będące skutkiem nieprzespanej którejś tam z rzędu nocy. Nic to nie dało. Wszystko było widać. Chciało mi się zarazem śmiać i płakać, więc siedziałem cicho.
Nigdy nie pcham się tam, gdzie mnie nie chcą. Staram się nie być natrętem.
Czasem jednak nie wytrzymuję i staram się pomóc na siłę. Skutkiem tego są zazwyczaj złość, żal i pretensje. No i oczywiście kolejny kumpel bądź kumpela stwierdzają, że znajomość ze mną to był błąd.
No trudno, przynajmniej mam spokojne i czyste sumienie. Jestem taki, no nie wiem, filantrop?
Tu stwierdzam, że muszę coś zmienić, bo będę cholernie osamotniony. Wiem, to brzmi jakbym się nad sobą użalał, ale staram się nad sobą panować.
To na tyle w tej materii. Dziękuję, do widzenia (?).
piątek, 25 lutego 2011
Muzyka to...
Na świecie chyba są tylko trzy rzeczy, których z chęcią słucham: dobrej muzyki, serdecznego głosu kolegów i przyjaciół i kompletnej ciszy. Z tym że kolegów i przyjaciół praktycznie nie mam (a jeśli mam, to ich głos raczej do najserdeczniejszych raczej nie należy), a wszyscy dobrze wiemy, że w dzisiejszych czasach cisza praktycznie nie istnieje. Także wracając lub idąc do szkoły moich skołatanych nerwów nie ukoi błoga cisza, tylko wrzaski rozhisteryzowanych małolat, które są w pełni przekonane że należą do młodzieży, ich kolegów wykłócających się czyja postać w załóżmy Tibii ma wyższy level, głupich samochodów i ich głupich kierowców... W sumie wszystko oprócz ciszy. A więc, w drodze eliminacji wykluczyliśmy dwie możliwości. Pozostała tylko muzyka. Nie, to nie tak miało brzmieć. Pozostała aż muzyka.
Za każdym razem wprawia mnie w dobry nastrój, jeśli nie, to przynajmniej wpływa na jego diametralną zmianę: ile to razy słuchając utworu "Uprising" zespołu Sabaton pociekła mi łezka po policzku, ile razy uśmiechałem się przy melodii "I'm with stupid" Static-X... Przykładów jest znacznie więcej.
Nie uważam się za melomana, ale muzyka jest dużą częścią mnie. Czasem się śmieją sam do siebie, że doskonale zastępuje mi dziewczynę. I nie muszę jej kupować prezentów, pamiętać o rocznicach i takie tam pierdoły.
Za każdym razem kiedy wychodzę z domu, biorę Ją ze sobą. Na zakupy, do szkoły, na spacer. Była nawet ze mną na Monte Casino. Muzyka jest ze mną wszędzie. Nawet teraz , kiedy piszę te słowa, do uszu szepcze mi wokalista zespołu Avangade Sevenfold w utworze "Nightmare" (I'm your fucking NIGHTMARE!).
Słuchając muzyki wchodzę i zamykam się we własnym świecie, patrzą na realną rzeczywistość przez grubą szybę jak na film, w którym gram rolę statysty. Jest mi to jak najbardziej na rękę. Wszystko fajnie i pięknie, po prostu sielankowo, obraz idealny.
Ale pamiętam jak jakiś czas temu nie mogłem znaleźć mojej ukochanej MP3-ki. Szukając jej nawet nie zauważyłem, że już jestem spóźniony. Pełen negatywnych emocji i niecnych planów unicestwienia świata wyszedłem z domu i udałem się na przystanek autobusowy. W autobusie ludzie tłoczyli się jak sardynki w puszce i przypominali z grubsza bezkształtną masę. Trudno to było nazwać ludźmi. Wsiadając do środka spodziewałem się zobaczyć to co zawsze: mnóstwo dzieciaków dojeżdżających do szkoły. Rzeczywistość niestety miała się inaczej: wewnątrz zastałem oddziały specjalne przystosowane do zadań w warunkach niespecjalnych: mohery. Całe zastępy moherów. Siedziały, stały, wisiały. Zrzędziły na służbę zdrowia, rozmawiały o krzyżu i opowiadały sobie sprośne kawały. To było straszne. Moją sytuację dodatkowo pogarszała pozycja w jakiej się znalazłem: byłem przyciśnięty do drzwi autobusu wielką dupą,. Sądząc po konsystencji, zamiast krwi płynął w niej czysty tłuszcz. Kiedy właścicielka owej dupy wychodziła, odepchnęła mnie swym opasłym brzuchem i powiedziała: "Synek, w drzwiach się nie stoi!"
Całą pozostałą drogę wysłuchiwałem durnych dialogów i idiotycznych monologów ćwierć inteligentów. Nie mam pojęcia gdzie oni wszyscy o tej porze jadą, i pewnie nigdy się nie dowiem. Zresztą i tak mam to w dupie.
Cały ten dzień chodziłem nabuzowany, bo nie mogłem posłuchać muzyki i odciąć się, zapomnieć o tym, co dzieję się wokół mnie. Drzwi do mojego świata były zamknięte od środka.
To zdarzenie uświadomiło mnie, że jestem praktycznie uzależniony od muzyki. Tak, oczywiście że wcześniej ludzie z mojego otoczenia mi to mówili, ale im nie wierzyłem. Tylko nie spodziewałem się, że przekonanie się o tym na własnej skórze będzie takim szokiem.
Ale nie mam zamiaru iść na odwyk (jeśli taki w ogóle istnieje) ani do psychologa. Dobrze mi z moim uzależnieniem.
Za każdym razem wprawia mnie w dobry nastrój, jeśli nie, to przynajmniej wpływa na jego diametralną zmianę: ile to razy słuchając utworu "Uprising" zespołu Sabaton pociekła mi łezka po policzku, ile razy uśmiechałem się przy melodii "I'm with stupid" Static-X... Przykładów jest znacznie więcej.
Nie uważam się za melomana, ale muzyka jest dużą częścią mnie. Czasem się śmieją sam do siebie, że doskonale zastępuje mi dziewczynę. I nie muszę jej kupować prezentów, pamiętać o rocznicach i takie tam pierdoły.
Za każdym razem kiedy wychodzę z domu, biorę Ją ze sobą. Na zakupy, do szkoły, na spacer. Była nawet ze mną na Monte Casino. Muzyka jest ze mną wszędzie. Nawet teraz , kiedy piszę te słowa, do uszu szepcze mi wokalista zespołu Avangade Sevenfold w utworze "Nightmare" (I'm your fucking NIGHTMARE!).
Słuchając muzyki wchodzę i zamykam się we własnym świecie, patrzą na realną rzeczywistość przez grubą szybę jak na film, w którym gram rolę statysty. Jest mi to jak najbardziej na rękę. Wszystko fajnie i pięknie, po prostu sielankowo, obraz idealny.
Ale pamiętam jak jakiś czas temu nie mogłem znaleźć mojej ukochanej MP3-ki. Szukając jej nawet nie zauważyłem, że już jestem spóźniony. Pełen negatywnych emocji i niecnych planów unicestwienia świata wyszedłem z domu i udałem się na przystanek autobusowy. W autobusie ludzie tłoczyli się jak sardynki w puszce i przypominali z grubsza bezkształtną masę. Trudno to było nazwać ludźmi. Wsiadając do środka spodziewałem się zobaczyć to co zawsze: mnóstwo dzieciaków dojeżdżających do szkoły. Rzeczywistość niestety miała się inaczej: wewnątrz zastałem oddziały specjalne przystosowane do zadań w warunkach niespecjalnych: mohery. Całe zastępy moherów. Siedziały, stały, wisiały. Zrzędziły na służbę zdrowia, rozmawiały o krzyżu i opowiadały sobie sprośne kawały. To było straszne. Moją sytuację dodatkowo pogarszała pozycja w jakiej się znalazłem: byłem przyciśnięty do drzwi autobusu wielką dupą,. Sądząc po konsystencji, zamiast krwi płynął w niej czysty tłuszcz. Kiedy właścicielka owej dupy wychodziła, odepchnęła mnie swym opasłym brzuchem i powiedziała: "Synek, w drzwiach się nie stoi!"
Całą pozostałą drogę wysłuchiwałem durnych dialogów i idiotycznych monologów ćwierć inteligentów. Nie mam pojęcia gdzie oni wszyscy o tej porze jadą, i pewnie nigdy się nie dowiem. Zresztą i tak mam to w dupie.
Cały ten dzień chodziłem nabuzowany, bo nie mogłem posłuchać muzyki i odciąć się, zapomnieć o tym, co dzieję się wokół mnie. Drzwi do mojego świata były zamknięte od środka.
To zdarzenie uświadomiło mnie, że jestem praktycznie uzależniony od muzyki. Tak, oczywiście że wcześniej ludzie z mojego otoczenia mi to mówili, ale im nie wierzyłem. Tylko nie spodziewałem się, że przekonanie się o tym na własnej skórze będzie takim szokiem.
Ale nie mam zamiaru iść na odwyk (jeśli taki w ogóle istnieje) ani do psychologa. Dobrze mi z moim uzależnieniem.
wtorek, 22 lutego 2011
Bez konkretnego tytułu
A gdyby tak któregoś dnia wyjść z domu i już nigdy nie wrócić? Przecież tyle się czasem słyszy o ludziach, którzy za przysłowiowy uśmiech i z dychą w kieszeni, jak gdyby nigdy nic, wyszli z domu i zwiedzili kawał świata.
Tak naprawdę w głębi siebie zawsze chciałem to zrobić. Żyć w wielkiej podróży, bez konkretnego celu. Przecież nic mnie tu praktycznie nie trzyma.
Mógłbym wtedy oddać się temu co tak naprawdę kocham najbardziej: podziwianiu piękna świata, pełen chęci jego poznania zagłębiałbym się coraz głębiej i głębiej we własny umysł. Bo przecież nic tak nie odzwierciedla piękna i złożoności działania naszej egzystencji niż nasza własna podświadomość. Mógłbym się w spokoju oddać rozmyślaniom. Byłbym wielkim podróżnikiem. Czy, jak kto woli, bezdomnym. Ale ja zawsze znajdę dom. Tak myślę.
To smutne, ale większość moich życiowych celów prawdopodobnie dalej pozostanie pobożnymi życzeniami: Dom (to nie literówka, celowo napisałem z dużej litery), rodzina, dalsza edukacja...
Spójrzmy prawdzie w oczy. Jak na razie jestem nieudacznikiem. Jedyne co mi się w życiu udaje, to przeżywanie z dnia na dzień. Nic nie zawdzięczam mojej pracy. Zawsze wszyscy robili wszystko za mnie. To takie żałosne.
Muszę kończyć, stałem się zbyt wylewny i skory do prowadzenia moich durnych monologów.
Ciekawy jestem tylko, co na to powie moja znajoma, o której była nie tak dawno mowa... Pewnie nie da mi żyć.
Tak naprawdę w głębi siebie zawsze chciałem to zrobić. Żyć w wielkiej podróży, bez konkretnego celu. Przecież nic mnie tu praktycznie nie trzyma.
Mógłbym wtedy oddać się temu co tak naprawdę kocham najbardziej: podziwianiu piękna świata, pełen chęci jego poznania zagłębiałbym się coraz głębiej i głębiej we własny umysł. Bo przecież nic tak nie odzwierciedla piękna i złożoności działania naszej egzystencji niż nasza własna podświadomość. Mógłbym się w spokoju oddać rozmyślaniom. Byłbym wielkim podróżnikiem. Czy, jak kto woli, bezdomnym. Ale ja zawsze znajdę dom. Tak myślę.
To smutne, ale większość moich życiowych celów prawdopodobnie dalej pozostanie pobożnymi życzeniami: Dom (to nie literówka, celowo napisałem z dużej litery), rodzina, dalsza edukacja...
Spójrzmy prawdzie w oczy. Jak na razie jestem nieudacznikiem. Jedyne co mi się w życiu udaje, to przeżywanie z dnia na dzień. Nic nie zawdzięczam mojej pracy. Zawsze wszyscy robili wszystko za mnie. To takie żałosne.
Muszę kończyć, stałem się zbyt wylewny i skory do prowadzenia moich durnych monologów.
Ciekawy jestem tylko, co na to powie moja znajoma, o której była nie tak dawno mowa... Pewnie nie da mi żyć.
sobota, 19 lutego 2011
Kłamstwo
Ja kłamię.
Ty kłamiesz.
On, ona, ono kłamie
My kłamiemy.
Wy kłamiecie.
Oni, one kłamią
Ja Cię okłamuję.
Ty się okłamujesz.
On, ona i ono też Cię okłamuje.
My Cię okłamujemy.
Wy się okłamujecie
Oni i one Cię okłamują
Wszyscy się nawzajem okłamujemy.
Po co kłamać? Dla pieniędzy, dla systemu, dla idei, dla korzyści, z nudów, dla zabawy, żeby kłamać.
"...czy ktoś zauważył, że coś jest nie tak? Niee, raczej nie. Ale na wszelki wypadek okłamię go jeszcze trochę. Tak troszeczkę. Nawet nie poczuje. Ostatni raz..."
I tak, z kłamstwa w kłamstwo się pogrążasz, uzależniasz. Okłamiesz raz i nie ma już odwrotu. Musisz kłamać. Każde kłamstwo ciągnie za sobą nowe, i nowe, i nowe...
Tu nie pomoże odwyk, a wmawianie sobie, że ma się silną wolę jest okłamywaniem samego siebie. I kółko się zamyka.
Rozejrzyj się wokół. Widzisz kłamców? Nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, że tak. Kłamcy są wszędzie.
Ty też jesteś kłamcą. Ja też jestem kłamcą. Zauważyłeś już to? To dobry znak. Może nie jest jeszcze za późno. Może jeszcze da się Ciebie uratować. Może nie wszystko stracone.
Tak, teraz to widzę! Uda Ci się, na pewno. A wtedy poczujesz, że jednak jesteś człowiekiem. Prawdziwym człowiekiem. Wolny. Przeprosisz wszystkich za twoje gówniarskie zachowanie. Tak, zachowałeś się jak śmieć, ale najważniejsze jest to, że sam, patrząc prawdzie w oczy, jesteś gotów to wyznać przed całym światem.
Dobrze się teraz czujesz? Dałem ci nadzieję? Fajnie.
Kłamałem.
Ty kłamiesz.
On, ona, ono kłamie
My kłamiemy.
Wy kłamiecie.
Oni, one kłamią
Ja Cię okłamuję.
Ty się okłamujesz.
On, ona i ono też Cię okłamuje.
My Cię okłamujemy.
Wy się okłamujecie
Oni i one Cię okłamują
Wszyscy się nawzajem okłamujemy.
Po co kłamać? Dla pieniędzy, dla systemu, dla idei, dla korzyści, z nudów, dla zabawy, żeby kłamać.
"...czy ktoś zauważył, że coś jest nie tak? Niee, raczej nie. Ale na wszelki wypadek okłamię go jeszcze trochę. Tak troszeczkę. Nawet nie poczuje. Ostatni raz..."
I tak, z kłamstwa w kłamstwo się pogrążasz, uzależniasz. Okłamiesz raz i nie ma już odwrotu. Musisz kłamać. Każde kłamstwo ciągnie za sobą nowe, i nowe, i nowe...
Tu nie pomoże odwyk, a wmawianie sobie, że ma się silną wolę jest okłamywaniem samego siebie. I kółko się zamyka.
Rozejrzyj się wokół. Widzisz kłamców? Nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, że tak. Kłamcy są wszędzie.
Ty też jesteś kłamcą. Ja też jestem kłamcą. Zauważyłeś już to? To dobry znak. Może nie jest jeszcze za późno. Może jeszcze da się Ciebie uratować. Może nie wszystko stracone.
Tak, teraz to widzę! Uda Ci się, na pewno. A wtedy poczujesz, że jednak jesteś człowiekiem. Prawdziwym człowiekiem. Wolny. Przeprosisz wszystkich za twoje gówniarskie zachowanie. Tak, zachowałeś się jak śmieć, ale najważniejsze jest to, że sam, patrząc prawdzie w oczy, jesteś gotów to wyznać przed całym światem.
Dobrze się teraz czujesz? Dałem ci nadzieję? Fajnie.
Kłamałem.
czwartek, 17 lutego 2011
Ambicja. A w łaściwie jej brak.
Właśnie wróciłem po ciężkim dniu spędzonym na pilnej nauce w szkole, mającej na celu przybliżenie mnie do spełnienia moich zamysłów. Taa, chciałbym. Najpierw spałem, później czytałem książkę, na koniec zdobyłem się na naukę angielskiego. Oczywiście tuż przed lekcją.
Do czego zmierzam? Otóż, wyznaczyłem sobie cele. Życiowe cele (jak to ładnie brzmi). Są to między innymi (z tych przyziemnych): zdać maturę na najwyższą ocenę na jaką mnie stać, dostać się do dobrej szkoły i dostać dobrą pracę, pozwalającą na zaspokojenie moich podstawowych potrzeb.
Do wyższych celów należą między innymi: dostać się na studia o kierunku filozofia, nauczyć się: łaciny a następnie francuskiego, robić to co lubię i zarabiać na tym wystarczająco dużo, żeby móc dalej prowadzić takie bezładne i beztroskie życie jak dotąd.
Więc w czym tkwi szkopuł?
Odbyłem dzisiaj, hmmm, rozmowę z koleżanką. Stwierdziła, że jestem leniem, nie mam ambicji i że jak tak dalej pójdzie to niczego w życiu nie osiągnę. A moje "plany życiowe" pozostaną płonnymi życzeniami.
I wiecie co? Ku mojemu przerażeniu zauważyłem, że ona niestety ma rację. Ba, powinienem nawet coś z tym zrobić.
Ale nie. Nie chce mi się. Ja z natury jestem leniem, ale też optymistą. To wybuchowe połączenie sprawia, że jestem święcie przekonany, że wszystko ułoży się samo, bez najmniejszej ingerencji z mojej strony. To źle, niedobrze, niefajnie... Ale co ja na to poradzę.
Jak na razie ani razu nie przejechałem się na mojej koncepcji. Obawiam się, że jak to już nastąpi, to będzie trochę za późno żeby z tego w jakikolwiek sposób się wygrzebać. Po prostu za późno...
No trudno. Nie tracę nadziei. A w związku z tym, że nadzieja umiera ostatnia, myślę że to już nie długo. Z drugiej strony, nadzieja matką głupich, ale z tym zdążyłem się akurat pogodzić.
Powiem szczerze, że pierwszy raz odważyłem się pisać na taki temat. Ogłaszam zatem wszem i wobec, ku pokrzepieniu serc naszych: jestem zajebisty. Jestem zajebisty w swojej beznadziejności.
Magna culpa nostra
Poena danda nobis
Usque ad finem erit dierum
Ad finem temporum*
*Jeśli nie wiecie co to znaczy, poszukajcie w internecie. Istnieje możliwość, że znajdziecie. Wierzę w was.
Do czego zmierzam? Otóż, wyznaczyłem sobie cele. Życiowe cele (jak to ładnie brzmi). Są to między innymi (z tych przyziemnych): zdać maturę na najwyższą ocenę na jaką mnie stać, dostać się do dobrej szkoły i dostać dobrą pracę, pozwalającą na zaspokojenie moich podstawowych potrzeb.
Do wyższych celów należą między innymi: dostać się na studia o kierunku filozofia, nauczyć się: łaciny a następnie francuskiego, robić to co lubię i zarabiać na tym wystarczająco dużo, żeby móc dalej prowadzić takie bezładne i beztroskie życie jak dotąd.
Więc w czym tkwi szkopuł?
Odbyłem dzisiaj, hmmm, rozmowę z koleżanką. Stwierdziła, że jestem leniem, nie mam ambicji i że jak tak dalej pójdzie to niczego w życiu nie osiągnę. A moje "plany życiowe" pozostaną płonnymi życzeniami.
I wiecie co? Ku mojemu przerażeniu zauważyłem, że ona niestety ma rację. Ba, powinienem nawet coś z tym zrobić.
Ale nie. Nie chce mi się. Ja z natury jestem leniem, ale też optymistą. To wybuchowe połączenie sprawia, że jestem święcie przekonany, że wszystko ułoży się samo, bez najmniejszej ingerencji z mojej strony. To źle, niedobrze, niefajnie... Ale co ja na to poradzę.
Jak na razie ani razu nie przejechałem się na mojej koncepcji. Obawiam się, że jak to już nastąpi, to będzie trochę za późno żeby z tego w jakikolwiek sposób się wygrzebać. Po prostu za późno...
No trudno. Nie tracę nadziei. A w związku z tym, że nadzieja umiera ostatnia, myślę że to już nie długo. Z drugiej strony, nadzieja matką głupich, ale z tym zdążyłem się akurat pogodzić.
Powiem szczerze, że pierwszy raz odważyłem się pisać na taki temat. Ogłaszam zatem wszem i wobec, ku pokrzepieniu serc naszych: jestem zajebisty. Jestem zajebisty w swojej beznadziejności.
Magna culpa nostra
Poena danda nobis
Usque ad finem erit dierum
Ad finem temporum*
*Jeśli nie wiecie co to znaczy, poszukajcie w internecie. Istnieje możliwość, że znajdziecie. Wierzę w was.
wtorek, 15 lutego 2011
Złość
Według słownika języka polskiego PWN złość to: stan irytacji, wzburzenia, uczucie wrogości, gniew.
Hmmm, zastanawiające.
Ale od początku. Mój dzień zaczął się, w miarę normalnie. Dojechałem do szkoły, spotkałem "znajomych" i takie tam. Zdawać by się mogło codzienna rutyna. Ale musiało się coś stać, ktoś u góry nie był by sobą jeśli by mi tego dnia nie spierniczył.
To jak i co się stało było najmniej ważne, liczy się w tym przypadku efekt końcowy. Rozdrażnienie. Bezsilność. Otępienie. Irytacja. Pustka. Niepokój. I jeszcze trochę innych, pozornie nie mających ze sobą żadnego związku i zbieżności słów, znalazły powiązanie w moim dzisiejszym samopoczuciu. Słowem: Tak, byłem zły. Reakcje otoczenia były przeróżne:
Ty debilu!, Lecz się!, Co ty ćpasz?!, Ogarnij się! i takie tam. Ale żadna osoba wykrzykująca bądź mówiąca te słowa nie należała do wąskiego grona moich autorytetów, więc ich słowa i uwagi miałem, łagodnie mówiąc, w głębokim poszanowaniu. Nie przejmuję się tymi osobami, które się nie przejmują mną. Oni mnie olewają, to dlaczego ja miałbym postępować inaczej?
Hmmm, zastanawiające.
Ale od początku. Mój dzień zaczął się, w miarę normalnie. Dojechałem do szkoły, spotkałem "znajomych" i takie tam. Zdawać by się mogło codzienna rutyna. Ale musiało się coś stać, ktoś u góry nie był by sobą jeśli by mi tego dnia nie spierniczył.
To jak i co się stało było najmniej ważne, liczy się w tym przypadku efekt końcowy. Rozdrażnienie. Bezsilność. Otępienie. Irytacja. Pustka. Niepokój. I jeszcze trochę innych, pozornie nie mających ze sobą żadnego związku i zbieżności słów, znalazły powiązanie w moim dzisiejszym samopoczuciu. Słowem: Tak, byłem zły. Reakcje otoczenia były przeróżne:
Ty debilu!, Lecz się!, Co ty ćpasz?!, Ogarnij się! i takie tam. Ale żadna osoba wykrzykująca bądź mówiąca te słowa nie należała do wąskiego grona moich autorytetów, więc ich słowa i uwagi miałem, łagodnie mówiąc, w głębokim poszanowaniu. Nie przejmuję się tymi osobami, które się nie przejmują mną. Oni mnie olewają, to dlaczego ja miałbym postępować inaczej?
poniedziałek, 14 lutego 2011
Święty Walenty?
Czy wszyscy zdajecie sobie sprawę z tego, że 14 lutego bierzecie udział pogańskim święcie? Na dodatek nijak związanym ze świętem zakochanych. I nie jest to żadna teoria spiskowa wymierzona przeciwko zakochanym. Pierwotnie święty Walenty był patronem ludzi chorych na epilepsję i inne choroby układu nerwowego. Dopiero później jakiś koleś podczas kolejnego ataku zaczął bełkotać jakieś pierdoły o miłości. Ludzie zamiast mu pomóc, odczytali to jako znak od Walentego, że chce zmienić profesję. I w ten oto sposób utarło się, że bohater mojej opowieści został patronem zakochanych.
Jego pozycja znacznie wzrosła w naszych czasach, kiedy ludzie się zorientowali, że można na tym zbić niemałą sumkę. Tak więc ranga świętego wzrosła do poziomu bożka miłości. Ładnie brzmi, prawda?
Mamy zatem komercyjno-pogańskie święto, obchodzone przez rzekomo wierzących w Boga, wielce w sobie zakochanych ludzi. Patrzę na to od dłuższego czasu, z dalszej perspektywy, i mam wrażenie że to strasznie gówniana sprawa. Wystarczy, że dajmy na to, w McDonaldzie będzie nazwijmy to 'Walentynkowa zniżka dla par' i już koncern trzepie kasę na naiwnych ludziach. Wszędzie mnóstwo serduszek, wszechobecnego różu, kwiatków itp. Może to i odrobinę brutalne, ale miejscami zbiera mi się na wymioty z tego wszystkiego. A założę się, że to nie taki efekt miała wywołać ta kampania reklamowa.
Po co się tak afiszować? Po co tyle wysiłku? Dla chęci zysku (przykład McDonalda)? Dla podkreślenia swojej zajebistości? Czy to na prawdę na tym polega?
Wróćmy do samych zakochanych. Za najlepszy przykład tego, że walentynki do bujda na kółkach i niepotrzebny hałas mogę podać dziesiątki gówniarzy, karzących siebie nazywać nastolatkami. Takie pary są święcie przekonani że pałają do siebie prawdziwą i szczerą miłością. Pieprzą się po kątach, jak mama nie patrzy, obłapują się w miejscach publicznych wprowadzając w zakłopotanie i wywołując niesmak u normalnych ludzi (i nie mówię tu o normalnym trzymaniu się za ręce i przytulaniu). A jak pęknie gumka miłość pęka razem z nią.
Prawdziwa miłość nie potrzebuje poklasku, szumu i tego typu rzeczy. Prawdziwi zakochani nie potrzebują swojego święta. Dla nich świętem jest każdy dzień spędzony razem.
Prawdziwie zakochane pary to to gatunek zagrożony wymarciem.
Podsumowując. Tak, jestem singlem. I nie toleruję półśrodków. Szukam prawdziwej miłości, a nie gówno wartego zauroczenia.
Jego pozycja znacznie wzrosła w naszych czasach, kiedy ludzie się zorientowali, że można na tym zbić niemałą sumkę. Tak więc ranga świętego wzrosła do poziomu bożka miłości. Ładnie brzmi, prawda?
Mamy zatem komercyjno-pogańskie święto, obchodzone przez rzekomo wierzących w Boga, wielce w sobie zakochanych ludzi. Patrzę na to od dłuższego czasu, z dalszej perspektywy, i mam wrażenie że to strasznie gówniana sprawa. Wystarczy, że dajmy na to, w McDonaldzie będzie nazwijmy to 'Walentynkowa zniżka dla par' i już koncern trzepie kasę na naiwnych ludziach. Wszędzie mnóstwo serduszek, wszechobecnego różu, kwiatków itp. Może to i odrobinę brutalne, ale miejscami zbiera mi się na wymioty z tego wszystkiego. A założę się, że to nie taki efekt miała wywołać ta kampania reklamowa.
Po co się tak afiszować? Po co tyle wysiłku? Dla chęci zysku (przykład McDonalda)? Dla podkreślenia swojej zajebistości? Czy to na prawdę na tym polega?
Wróćmy do samych zakochanych. Za najlepszy przykład tego, że walentynki do bujda na kółkach i niepotrzebny hałas mogę podać dziesiątki gówniarzy, karzących siebie nazywać nastolatkami. Takie pary są święcie przekonani że pałają do siebie prawdziwą i szczerą miłością. Pieprzą się po kątach, jak mama nie patrzy, obłapują się w miejscach publicznych wprowadzając w zakłopotanie i wywołując niesmak u normalnych ludzi (i nie mówię tu o normalnym trzymaniu się za ręce i przytulaniu). A jak pęknie gumka miłość pęka razem z nią.
Prawdziwa miłość nie potrzebuje poklasku, szumu i tego typu rzeczy. Prawdziwi zakochani nie potrzebują swojego święta. Dla nich świętem jest każdy dzień spędzony razem.
Prawdziwie zakochane pary to to gatunek zagrożony wymarciem.
Podsumowując. Tak, jestem singlem. I nie toleruję półśrodków. Szukam prawdziwej miłości, a nie gówno wartego zauroczenia.
niedziela, 13 lutego 2011
Krótka rozprawka na temat dresów
Dzisiaj chciałbym się z wami podzielić moimi rozmyśleniami i obserwacjami dotyczącymi dość licznej grupy naszego społeczeństwa. Mianowicie mam na myśli tak zwanych dresów.
Zanim jakiś dresiarz was zaczepi (lub wy jego, to zależy tylko od waszej ułańskiej fantazji lub chwilowej zachcianki) powinniście wiedzieć, że:
1) Dresiarze występują w stadach
2) Dresiarz nie wie co to strach
3) Dresiarz nie wie co to ryzyko
4) Dresiarz nie wie nic
Kiedy tymi prawdami będziecie się kierować w swoich relacjach z dresami przetrwacie każdy kontakt z nimi, choćby nie wiadomo o ile większą przewagę liczebną by mieli.
Dresiarze zawsze (no, może nie zawsze) są łysi i po siłowni. Kiedyś, mój znajomy, kierując się najzwyklejszą w świecie chęcią zdobycia wiedzy, podszedł do grupki dresów i zapytał:
- Przepraszam, panowie polerujecie sobie te łysiny że się wam tak świecą?...
Dieta przeciętnego dresiarza składa się z pierogów ze sterydami anabolicznymi popitymi Coca-colą Light.
To właśnie dlatego mają tak (nie)idealnie wyrzeźbioną muskulaturę. Wiecie o czym mówię: kaloryfer, rozrośnięte bary, kapturek...
To wszystko przeszkadza im w pełni poprawnie funkcjonować. Oto przykład: jak by dało się, tak czysto hipotetycznie, poustawiać kilku dresiarzy jeden za drugim i popchnąć pierwszego, poprzewracali by się jak klocki domino. Dlaczego tak się dzieje?
Otóż istnieje kilka hipotez tłumaczących to zjawisko. Oto dwie z nich:
1) Są tak napakowani i mają taką napinkę, że nie są w stanie oprzeć się zjawisku postępującej fali,
2) Są po prostu za głupi żeby tego dokonać.
Moim zdaniem obie hipotezy są prawdziwe.
Zastanawialiście się kiedyś, jak dresy drapią się po plecach?
Ja tak. Wysnułem nawet pewną hipotezę: kiedy dres chce się podrapać, pośladki rozwierają się i z czeluści dupy wysuwa się trzecia ręka. Organ ten wykształcił się po latach ewolucji, a i tak tylko u niektórych osobników.
Jak widzicie, dresiarze to nawet ciekawi ludzie i wdzięczne obiekty doświadczeń fizycznych.
Okazuje się jednak, że są pełni nie odkrytych jeszcze tajemnic. Podam przykład z mojego życia.
Ostatnio wkurzyłem kilku dresiarzy zgniatając w rękach puszkę po piwie. Okazało się że stali za rogiem. Nie mam bladego pojęcia jak ich mózgi (mogące konkurować pod względem inteligencji tylko z dinozaurami) wielkości (jakiej wielkości?!)... zarejestrowały ten specyficzny dźwięk i błędnie odczytały moje intencje (których zresztą nie było). Podbiegają już do mnie z uniesionymi pięściami, pierwszy już mnie miał uderzyć, ale ja zrobiłem coś, czego dresy się nie spodziewały: rozpocząłem rozmowę:
- Zanim dostanę wpierdol, chciałbym wiedzieć za co, jeśli łaska - Stanęli w miejscu jakby próbowali rozkminić to co usłyszeli (ciągle z uniesionymi pięściami). Biorąc pod uwagę czas po jakim się z tym uporali (jakieś 10 minut) poszło im całkiem nieźle.
- Nie dostaniesz wpierdol - powiedział osobnik alfa, po czym całe stado się oddaliło.
Mimo że to się stało tak dawno temu, to za każdym razem jak przypomnę sobie miny skupionych dresiarzy to od razu mi się poprawia humor.
- puszka piwa: 3,50 zł
- zobaczenie głupiej miny dresa: bezcenne.
Zanim jakiś dresiarz was zaczepi (lub wy jego, to zależy tylko od waszej ułańskiej fantazji lub chwilowej zachcianki) powinniście wiedzieć, że:
1) Dresiarze występują w stadach
2) Dresiarz nie wie co to strach
3) Dresiarz nie wie co to ryzyko
4) Dresiarz nie wie nic
Kiedy tymi prawdami będziecie się kierować w swoich relacjach z dresami przetrwacie każdy kontakt z nimi, choćby nie wiadomo o ile większą przewagę liczebną by mieli.
Dresiarze zawsze (no, może nie zawsze) są łysi i po siłowni. Kiedyś, mój znajomy, kierując się najzwyklejszą w świecie chęcią zdobycia wiedzy, podszedł do grupki dresów i zapytał:
- Przepraszam, panowie polerujecie sobie te łysiny że się wam tak świecą?...
Dieta przeciętnego dresiarza składa się z pierogów ze sterydami anabolicznymi popitymi Coca-colą Light.
To właśnie dlatego mają tak (nie)idealnie wyrzeźbioną muskulaturę. Wiecie o czym mówię: kaloryfer, rozrośnięte bary, kapturek...
To wszystko przeszkadza im w pełni poprawnie funkcjonować. Oto przykład: jak by dało się, tak czysto hipotetycznie, poustawiać kilku dresiarzy jeden za drugim i popchnąć pierwszego, poprzewracali by się jak klocki domino. Dlaczego tak się dzieje?
Otóż istnieje kilka hipotez tłumaczących to zjawisko. Oto dwie z nich:
1) Są tak napakowani i mają taką napinkę, że nie są w stanie oprzeć się zjawisku postępującej fali,
2) Są po prostu za głupi żeby tego dokonać.
Moim zdaniem obie hipotezy są prawdziwe.
Zastanawialiście się kiedyś, jak dresy drapią się po plecach?
Ja tak. Wysnułem nawet pewną hipotezę: kiedy dres chce się podrapać, pośladki rozwierają się i z czeluści dupy wysuwa się trzecia ręka. Organ ten wykształcił się po latach ewolucji, a i tak tylko u niektórych osobników.
Jak widzicie, dresiarze to nawet ciekawi ludzie i wdzięczne obiekty doświadczeń fizycznych.
Okazuje się jednak, że są pełni nie odkrytych jeszcze tajemnic. Podam przykład z mojego życia.
Ostatnio wkurzyłem kilku dresiarzy zgniatając w rękach puszkę po piwie. Okazało się że stali za rogiem. Nie mam bladego pojęcia jak ich mózgi (mogące konkurować pod względem inteligencji tylko z dinozaurami) wielkości (jakiej wielkości?!)... zarejestrowały ten specyficzny dźwięk i błędnie odczytały moje intencje (których zresztą nie było). Podbiegają już do mnie z uniesionymi pięściami, pierwszy już mnie miał uderzyć, ale ja zrobiłem coś, czego dresy się nie spodziewały: rozpocząłem rozmowę:
- Zanim dostanę wpierdol, chciałbym wiedzieć za co, jeśli łaska - Stanęli w miejscu jakby próbowali rozkminić to co usłyszeli (ciągle z uniesionymi pięściami). Biorąc pod uwagę czas po jakim się z tym uporali (jakieś 10 minut) poszło im całkiem nieźle.
- Nie dostaniesz wpierdol - powiedział osobnik alfa, po czym całe stado się oddaliło.
Mimo że to się stało tak dawno temu, to za każdym razem jak przypomnę sobie miny skupionych dresiarzy to od razu mi się poprawia humor.
- puszka piwa: 3,50 zł
- zobaczenie głupiej miny dresa: bezcenne.
piątek, 11 lutego 2011
Wstęp do...
Czuję się tak, jak by ktoś mnie obudził w środku nocy tylko i wyłącznie po to, aby mnie zdenerwować. Niedoczekanie. Ja jestem niesamowicie spokojny człowiek, dopóki mnie coś/ktoś nie wkurwi.
Pewnie teraz myślicie, że skoro przeżyłem (to nie jest właściwe słowo, bardziej tu pasuje 'przeegzystowałem') prawie dwadzieścia lat mojego życia (wegetacji), to pewnie napiszę coś mądrego, poruszającego serca, zmuszającego do refleksji i napawające nadzieją na lepsze jutro.Tak! Ale nic takiego nie przychodzi mi do głowy. Będzie to raczej zlepek moich żałosnych wypocin. Nie mniej, będę z tego cholernie dumny.
A może jednak spróbuje? Może o miłości. Nie, żeby napisać coś na tyle sensownego w tej materii trzeba być szaleńcem albo geniuszem. Czyli temat uważam za zamknięty, bo szaleniec ze względu na swoją ułomność nie jest w stanie nam powiedzieć nic, co będzie miało jakąkolwiek wartość, a nie urodził się jeszcze człowiek na tyle genialny, żeby móc rozwikłać pokręcone zagadki miłości.
Wychodzi na to, że najlepiej wychodzi mi gadanie od rzeczy, lanie wody. Mogę zapowiedzieć, że następnym razem napisze coś, co będzie miało ręce i nogi. Przynajmniej jako tako.
Pewnie teraz myślicie, że skoro przeżyłem (to nie jest właściwe słowo, bardziej tu pasuje 'przeegzystowałem') prawie dwadzieścia lat mojego życia (wegetacji), to pewnie napiszę coś mądrego, poruszającego serca, zmuszającego do refleksji i napawające nadzieją na lepsze jutro.Tak! Ale nic takiego nie przychodzi mi do głowy. Będzie to raczej zlepek moich żałosnych wypocin. Nie mniej, będę z tego cholernie dumny.
A może jednak spróbuje? Może o miłości. Nie, żeby napisać coś na tyle sensownego w tej materii trzeba być szaleńcem albo geniuszem. Czyli temat uważam za zamknięty, bo szaleniec ze względu na swoją ułomność nie jest w stanie nam powiedzieć nic, co będzie miało jakąkolwiek wartość, a nie urodził się jeszcze człowiek na tyle genialny, żeby móc rozwikłać pokręcone zagadki miłości.
Wychodzi na to, że najlepiej wychodzi mi gadanie od rzeczy, lanie wody. Mogę zapowiedzieć, że następnym razem napisze coś, co będzie miało ręce i nogi. Przynajmniej jako tako.
Subskrybuj:
Posty (Atom)