Wstaję rano, przecieram oczy, ubieram się, zdawać by się mogło: zwykła codzienna rutyna. Błąd. Jestem cholernie podekscytowany, dziś, właśnie tego dnia, pierwszego czerwca zrobiłem sobie świetny prezent na dzień dziecka: bilet na koncert jednego z moich ulubionych zespołów. Ale po kolei.
Zwolniłem się wcześniej z zajęć, żeby zdążyć na pociąg i móc się zameldować w umówionym miejscu i czasie z kumplem z którym miałem na tenże koncert się udać. Niestety, PKP pokrzyżowało moje plany, pociąg na początkową (!) stację spóźnił się dziesięć minut, następnie pozbawiając mnie resztek złudzeń nałapał na trasie dodatkowe dziesięć minut spóźnienia.
Jakimś cudem dotarłem na miejsce zbiórki, a niewątpliwa w tym zasługa mojej kochanej matki, która przyjechała po mnie na dworzec i złożyła życzenia z okazji dnia dziecka. W domu zjadłem coś na szybko i wybiegłem. Kolegę spotkałem dokładnie tam, gdzie się spodziewałem. Zapaliliśmy, w międzyczasie ostrzegł mnie że bywa bardzo nerwowy za kółkiem, jeszcze bardziej niż zwykle i zdarza mu się rzucać mięsem. Do kogo te słowa, myślę sobie, czym można mnie zaskoczyć w kwestii wulgaryzmów? Po przejechaniu pierwszego skrzyżowania zacząłem tracić pewność siebie w tej kwestii, a kiedy trafiliśmy na rowerzystów tamujących ruch, doszedłem do wniosków, że mój słownik wulgaryzmów trzeba od nowa zredagować dodając kilka nowych rozdziałów.
Kilka wiązanek później, dotarliśmy szczęśliwie do celu, obyło się nawet bez ofiar śmiertelnych. Znaleźliśmy szczęśliwie miejsce parkingowe i czym prędzej udaliśmy się do klubu.
Podczas supportu, pod sceną, w miejscu domyślnie przeznaczonym na pogo dostrzegłem pewnego jegomościa, który niewątpliwie pod wpływem bliżej niezidentyfikowanych środków stwierdził, że podłoga jest jego drugą najpotrzebniejszą w życiu rzeczą, co dobitnie udowadniał z impetem uderzając w nią głową w regularnych odstępach czasu.
Z minuty na minuty mój przygłupawy uśmiech nabierał na sile: zaczęło się, weszli na scenę, zaczęli grać. Niesamowite uczucie, kiedy pod wpływem muzyki twoje wnętrzności spontanicznie zamieniają się miejscami, niejako ciesząc się razem z tobą faktem obecności na koncercie, na który czekało się przeszło miesiąc. Potężne fale srogiej muzyki wywoływały ciarki na całym ciele tylko utwierdzając mnie w przekonaniu, że jestem we właściwym czasie i miejscu. Zaczęło się pogo...
Dziesiątki ciał potrzebujących w równym stopniu co ja wyładować wszelkie frustrację życia obijając się o siebie z impetem w przypadkowych kierunkach. Teraz wiadomo, dlaczego ludzie słuchający tego rodzaju muzyki są na co dzień tak spokojni.
Po koncercie, z obitymi żebrami, pulsującym bólem głowy, kulejąc i jęcząc z bólu ale i z nieskrywaną satysfakcją i szerokim uśmiechem opuściłem klub wraz z moim kolegą. W trakcie całego koncertu pozwoliłem sobie uraczyć się czterema piwami naprawdę nikczemnej jakości, ale za to przyjemnie schłodzonymi, co uratowało mi niewątpliwie życie.
Droga powrotna minęła jak z bicza strzelił w porównaniu z katorgą przeżywaną w drodze na koncert. Po drodze odbyłem dla umilenia czasu ciekawą rozmowę telefoniczną, pełną napięcie i nagłych zwrotów akcji niczym w filmach Spielberga. Po prostu musiałem znajomej się pochwalić jak było na koncercie na który niestety nie mogła pojechać. A szkoda, ale jestem pewien, że jeszcze nie raz będzie okazja to jakoś nadrobić. Z tego miejsca chciałem ją także pozdrowić (niejako na jej życzenie).
Następnego dnia o nieludzko wczesnej porze zwlokłem się z łóżka żeby zdążyć na pociąg powrotny do akademika. Po wykonaniu pierwszych dwóch kroków moje nogi odmówiły posłuszeństwa niemal rzucając moim ciałem o podłogę. Przemagając kolejne wszechogarniające fale bólu podniosłem się niczym heros po wygranej bitwie i zacząłem się szykować do drogi.
Także i tym razem matula mnie poratowała podwożąc mnie na dworzec. Pożegnałem się grzecznie i wsiadłem do pociągu.
Na stacji przesiadkowej odkryłem że mam jeszcze dziesięć minut, postanowiłem wykorzystać ten czas i zapaliłem papierosa. W międzyczasie zadzwonił telefon, mama chciała się czegoś dowiedzieć, gdzie trzymam jakieś papiery czy coś w tym stylu. Zajęty rozmową, niewyspany, zniszczony życiem wsiadłem do pociągu. rozmową się zakończyła, pociąg ruszył, a ja grzecznie zapytałem konduktorki, o której będziemy na stacji która mnie interesuje. Odpowiedź nie tyle mnie zbiła z tropu, co wręcz przeraziła: wsiadłem do złego pociągu. Na szczęście jechał w podobnym kierunku do którego zmierzałem, więc wysiadłem na ostatniej stacji wspólnej dla tych pociągów i czekałem już na ten właściwy. Około czterdziestu minut. Umiliłem sobie ten czas czytając książkę, co wywołało niemałe zdumienie u ludzi. No bo jak to? Facet wyglądający tak jak ja, czyli jak stereotypowy ćpun z amerykańskich seriali, zamiast walnąć sobie na dworcu w żyłę czyta książkę?! Któż to widział, skandal! Miałem wrażenie, że zaraz ktoś podbiegnie do mnie i zaoferuje pomoc w znalezieniu żyły i jeszcze mi poda strzykawkę.
Koniec końców, dotarłem do celu mojej podróży, aby w ciszy i spokoju akademika opisać to co mnie spotkało. A teraz wracam do szarego życia, bywajcie.