Świat jest do dupy. Świat jest do dupy? Świat nie jest do dupy.
Dupiaty wstęp, ale mam dupiaty dzień. Mogłem się tego spodziewać. Miałem w miarę udany weekend, więc doszło do punktu kulminacyjnego i teraz wszystko leci na łeb, na szyję.
Tyle jeśli chodzi o wstęp.
Siedzę na lekcji bodajże, informatyki i bezproduktywnie marnuję swój czas. Jakieś kilka minut temu zostałem posądzony o brak wyobraźni. To trochę boli, ale muszę się przyzwyczaić. Tak przecież wygląda 'dorosłe życie'. Wszyscy bezpardonowo walą po gębie.
Rozumiem, nie, staram się zrozumieć to co się dzieje wokoło, w mojej głowie, za pozwoleniem zaglądam do innych. Interesuję się tym, co dręczy moich znajomych, tym bardziej, jeśli wiem, że jestem im w stanie pomóc.
Tymczasem widzę jak niektórzy sypią się pod ciężarem własnych problemów, nie dopuszczając do siebie nikogo. I nie mówię tu o żadnych konkretnych przykładach, wbrew temu co mogą pomyśleć niektóre osoby.
Słyszałem kiedyś od znajomej, że najlepiej sama rodzi sobie z problemami. Następnego dnia przyszła silnie 'wytapetowana', prawdopodobnie chcąc ukryć doły pod oczami, będące skutkiem nieprzespanej którejś tam z rzędu nocy. Nic to nie dało. Wszystko było widać. Chciało mi się zarazem śmiać i płakać, więc siedziałem cicho.
Nigdy nie pcham się tam, gdzie mnie nie chcą. Staram się nie być natrętem.
Czasem jednak nie wytrzymuję i staram się pomóc na siłę. Skutkiem tego są zazwyczaj złość, żal i pretensje. No i oczywiście kolejny kumpel bądź kumpela stwierdzają, że znajomość ze mną to był błąd.
No trudno, przynajmniej mam spokojne i czyste sumienie. Jestem taki, no nie wiem, filantrop?
Tu stwierdzam, że muszę coś zmienić, bo będę cholernie osamotniony. Wiem, to brzmi jakbym się nad sobą użalał, ale staram się nad sobą panować.
To na tyle w tej materii. Dziękuję, do widzenia (?).
O wszystkim i o niczym. O tym co mnie wkurza, drażni, bawi, śmieszy, zastanawia. O moich przemyśleniach i innych różnych pierdołach. O mnie.
poniedziałek, 28 lutego 2011
piątek, 25 lutego 2011
Muzyka to...
Na świecie chyba są tylko trzy rzeczy, których z chęcią słucham: dobrej muzyki, serdecznego głosu kolegów i przyjaciół i kompletnej ciszy. Z tym że kolegów i przyjaciół praktycznie nie mam (a jeśli mam, to ich głos raczej do najserdeczniejszych raczej nie należy), a wszyscy dobrze wiemy, że w dzisiejszych czasach cisza praktycznie nie istnieje. Także wracając lub idąc do szkoły moich skołatanych nerwów nie ukoi błoga cisza, tylko wrzaski rozhisteryzowanych małolat, które są w pełni przekonane że należą do młodzieży, ich kolegów wykłócających się czyja postać w załóżmy Tibii ma wyższy level, głupich samochodów i ich głupich kierowców... W sumie wszystko oprócz ciszy. A więc, w drodze eliminacji wykluczyliśmy dwie możliwości. Pozostała tylko muzyka. Nie, to nie tak miało brzmieć. Pozostała aż muzyka.
Za każdym razem wprawia mnie w dobry nastrój, jeśli nie, to przynajmniej wpływa na jego diametralną zmianę: ile to razy słuchając utworu "Uprising" zespołu Sabaton pociekła mi łezka po policzku, ile razy uśmiechałem się przy melodii "I'm with stupid" Static-X... Przykładów jest znacznie więcej.
Nie uważam się za melomana, ale muzyka jest dużą częścią mnie. Czasem się śmieją sam do siebie, że doskonale zastępuje mi dziewczynę. I nie muszę jej kupować prezentów, pamiętać o rocznicach i takie tam pierdoły.
Za każdym razem kiedy wychodzę z domu, biorę Ją ze sobą. Na zakupy, do szkoły, na spacer. Była nawet ze mną na Monte Casino. Muzyka jest ze mną wszędzie. Nawet teraz , kiedy piszę te słowa, do uszu szepcze mi wokalista zespołu Avangade Sevenfold w utworze "Nightmare" (I'm your fucking NIGHTMARE!).
Słuchając muzyki wchodzę i zamykam się we własnym świecie, patrzą na realną rzeczywistość przez grubą szybę jak na film, w którym gram rolę statysty. Jest mi to jak najbardziej na rękę. Wszystko fajnie i pięknie, po prostu sielankowo, obraz idealny.
Ale pamiętam jak jakiś czas temu nie mogłem znaleźć mojej ukochanej MP3-ki. Szukając jej nawet nie zauważyłem, że już jestem spóźniony. Pełen negatywnych emocji i niecnych planów unicestwienia świata wyszedłem z domu i udałem się na przystanek autobusowy. W autobusie ludzie tłoczyli się jak sardynki w puszce i przypominali z grubsza bezkształtną masę. Trudno to było nazwać ludźmi. Wsiadając do środka spodziewałem się zobaczyć to co zawsze: mnóstwo dzieciaków dojeżdżających do szkoły. Rzeczywistość niestety miała się inaczej: wewnątrz zastałem oddziały specjalne przystosowane do zadań w warunkach niespecjalnych: mohery. Całe zastępy moherów. Siedziały, stały, wisiały. Zrzędziły na służbę zdrowia, rozmawiały o krzyżu i opowiadały sobie sprośne kawały. To było straszne. Moją sytuację dodatkowo pogarszała pozycja w jakiej się znalazłem: byłem przyciśnięty do drzwi autobusu wielką dupą,. Sądząc po konsystencji, zamiast krwi płynął w niej czysty tłuszcz. Kiedy właścicielka owej dupy wychodziła, odepchnęła mnie swym opasłym brzuchem i powiedziała: "Synek, w drzwiach się nie stoi!"
Całą pozostałą drogę wysłuchiwałem durnych dialogów i idiotycznych monologów ćwierć inteligentów. Nie mam pojęcia gdzie oni wszyscy o tej porze jadą, i pewnie nigdy się nie dowiem. Zresztą i tak mam to w dupie.
Cały ten dzień chodziłem nabuzowany, bo nie mogłem posłuchać muzyki i odciąć się, zapomnieć o tym, co dzieję się wokół mnie. Drzwi do mojego świata były zamknięte od środka.
To zdarzenie uświadomiło mnie, że jestem praktycznie uzależniony od muzyki. Tak, oczywiście że wcześniej ludzie z mojego otoczenia mi to mówili, ale im nie wierzyłem. Tylko nie spodziewałem się, że przekonanie się o tym na własnej skórze będzie takim szokiem.
Ale nie mam zamiaru iść na odwyk (jeśli taki w ogóle istnieje) ani do psychologa. Dobrze mi z moim uzależnieniem.
Za każdym razem wprawia mnie w dobry nastrój, jeśli nie, to przynajmniej wpływa na jego diametralną zmianę: ile to razy słuchając utworu "Uprising" zespołu Sabaton pociekła mi łezka po policzku, ile razy uśmiechałem się przy melodii "I'm with stupid" Static-X... Przykładów jest znacznie więcej.
Nie uważam się za melomana, ale muzyka jest dużą częścią mnie. Czasem się śmieją sam do siebie, że doskonale zastępuje mi dziewczynę. I nie muszę jej kupować prezentów, pamiętać o rocznicach i takie tam pierdoły.
Za każdym razem kiedy wychodzę z domu, biorę Ją ze sobą. Na zakupy, do szkoły, na spacer. Była nawet ze mną na Monte Casino. Muzyka jest ze mną wszędzie. Nawet teraz , kiedy piszę te słowa, do uszu szepcze mi wokalista zespołu Avangade Sevenfold w utworze "Nightmare" (I'm your fucking NIGHTMARE!).
Słuchając muzyki wchodzę i zamykam się we własnym świecie, patrzą na realną rzeczywistość przez grubą szybę jak na film, w którym gram rolę statysty. Jest mi to jak najbardziej na rękę. Wszystko fajnie i pięknie, po prostu sielankowo, obraz idealny.
Ale pamiętam jak jakiś czas temu nie mogłem znaleźć mojej ukochanej MP3-ki. Szukając jej nawet nie zauważyłem, że już jestem spóźniony. Pełen negatywnych emocji i niecnych planów unicestwienia świata wyszedłem z domu i udałem się na przystanek autobusowy. W autobusie ludzie tłoczyli się jak sardynki w puszce i przypominali z grubsza bezkształtną masę. Trudno to było nazwać ludźmi. Wsiadając do środka spodziewałem się zobaczyć to co zawsze: mnóstwo dzieciaków dojeżdżających do szkoły. Rzeczywistość niestety miała się inaczej: wewnątrz zastałem oddziały specjalne przystosowane do zadań w warunkach niespecjalnych: mohery. Całe zastępy moherów. Siedziały, stały, wisiały. Zrzędziły na służbę zdrowia, rozmawiały o krzyżu i opowiadały sobie sprośne kawały. To było straszne. Moją sytuację dodatkowo pogarszała pozycja w jakiej się znalazłem: byłem przyciśnięty do drzwi autobusu wielką dupą,. Sądząc po konsystencji, zamiast krwi płynął w niej czysty tłuszcz. Kiedy właścicielka owej dupy wychodziła, odepchnęła mnie swym opasłym brzuchem i powiedziała: "Synek, w drzwiach się nie stoi!"
Całą pozostałą drogę wysłuchiwałem durnych dialogów i idiotycznych monologów ćwierć inteligentów. Nie mam pojęcia gdzie oni wszyscy o tej porze jadą, i pewnie nigdy się nie dowiem. Zresztą i tak mam to w dupie.
Cały ten dzień chodziłem nabuzowany, bo nie mogłem posłuchać muzyki i odciąć się, zapomnieć o tym, co dzieję się wokół mnie. Drzwi do mojego świata były zamknięte od środka.
To zdarzenie uświadomiło mnie, że jestem praktycznie uzależniony od muzyki. Tak, oczywiście że wcześniej ludzie z mojego otoczenia mi to mówili, ale im nie wierzyłem. Tylko nie spodziewałem się, że przekonanie się o tym na własnej skórze będzie takim szokiem.
Ale nie mam zamiaru iść na odwyk (jeśli taki w ogóle istnieje) ani do psychologa. Dobrze mi z moim uzależnieniem.
wtorek, 22 lutego 2011
Bez konkretnego tytułu
A gdyby tak któregoś dnia wyjść z domu i już nigdy nie wrócić? Przecież tyle się czasem słyszy o ludziach, którzy za przysłowiowy uśmiech i z dychą w kieszeni, jak gdyby nigdy nic, wyszli z domu i zwiedzili kawał świata.
Tak naprawdę w głębi siebie zawsze chciałem to zrobić. Żyć w wielkiej podróży, bez konkretnego celu. Przecież nic mnie tu praktycznie nie trzyma.
Mógłbym wtedy oddać się temu co tak naprawdę kocham najbardziej: podziwianiu piękna świata, pełen chęci jego poznania zagłębiałbym się coraz głębiej i głębiej we własny umysł. Bo przecież nic tak nie odzwierciedla piękna i złożoności działania naszej egzystencji niż nasza własna podświadomość. Mógłbym się w spokoju oddać rozmyślaniom. Byłbym wielkim podróżnikiem. Czy, jak kto woli, bezdomnym. Ale ja zawsze znajdę dom. Tak myślę.
To smutne, ale większość moich życiowych celów prawdopodobnie dalej pozostanie pobożnymi życzeniami: Dom (to nie literówka, celowo napisałem z dużej litery), rodzina, dalsza edukacja...
Spójrzmy prawdzie w oczy. Jak na razie jestem nieudacznikiem. Jedyne co mi się w życiu udaje, to przeżywanie z dnia na dzień. Nic nie zawdzięczam mojej pracy. Zawsze wszyscy robili wszystko za mnie. To takie żałosne.
Muszę kończyć, stałem się zbyt wylewny i skory do prowadzenia moich durnych monologów.
Ciekawy jestem tylko, co na to powie moja znajoma, o której była nie tak dawno mowa... Pewnie nie da mi żyć.
Tak naprawdę w głębi siebie zawsze chciałem to zrobić. Żyć w wielkiej podróży, bez konkretnego celu. Przecież nic mnie tu praktycznie nie trzyma.
Mógłbym wtedy oddać się temu co tak naprawdę kocham najbardziej: podziwianiu piękna świata, pełen chęci jego poznania zagłębiałbym się coraz głębiej i głębiej we własny umysł. Bo przecież nic tak nie odzwierciedla piękna i złożoności działania naszej egzystencji niż nasza własna podświadomość. Mógłbym się w spokoju oddać rozmyślaniom. Byłbym wielkim podróżnikiem. Czy, jak kto woli, bezdomnym. Ale ja zawsze znajdę dom. Tak myślę.
To smutne, ale większość moich życiowych celów prawdopodobnie dalej pozostanie pobożnymi życzeniami: Dom (to nie literówka, celowo napisałem z dużej litery), rodzina, dalsza edukacja...
Spójrzmy prawdzie w oczy. Jak na razie jestem nieudacznikiem. Jedyne co mi się w życiu udaje, to przeżywanie z dnia na dzień. Nic nie zawdzięczam mojej pracy. Zawsze wszyscy robili wszystko za mnie. To takie żałosne.
Muszę kończyć, stałem się zbyt wylewny i skory do prowadzenia moich durnych monologów.
Ciekawy jestem tylko, co na to powie moja znajoma, o której była nie tak dawno mowa... Pewnie nie da mi żyć.
sobota, 19 lutego 2011
Kłamstwo
Ja kłamię.
Ty kłamiesz.
On, ona, ono kłamie
My kłamiemy.
Wy kłamiecie.
Oni, one kłamią
Ja Cię okłamuję.
Ty się okłamujesz.
On, ona i ono też Cię okłamuje.
My Cię okłamujemy.
Wy się okłamujecie
Oni i one Cię okłamują
Wszyscy się nawzajem okłamujemy.
Po co kłamać? Dla pieniędzy, dla systemu, dla idei, dla korzyści, z nudów, dla zabawy, żeby kłamać.
"...czy ktoś zauważył, że coś jest nie tak? Niee, raczej nie. Ale na wszelki wypadek okłamię go jeszcze trochę. Tak troszeczkę. Nawet nie poczuje. Ostatni raz..."
I tak, z kłamstwa w kłamstwo się pogrążasz, uzależniasz. Okłamiesz raz i nie ma już odwrotu. Musisz kłamać. Każde kłamstwo ciągnie za sobą nowe, i nowe, i nowe...
Tu nie pomoże odwyk, a wmawianie sobie, że ma się silną wolę jest okłamywaniem samego siebie. I kółko się zamyka.
Rozejrzyj się wokół. Widzisz kłamców? Nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, że tak. Kłamcy są wszędzie.
Ty też jesteś kłamcą. Ja też jestem kłamcą. Zauważyłeś już to? To dobry znak. Może nie jest jeszcze za późno. Może jeszcze da się Ciebie uratować. Może nie wszystko stracone.
Tak, teraz to widzę! Uda Ci się, na pewno. A wtedy poczujesz, że jednak jesteś człowiekiem. Prawdziwym człowiekiem. Wolny. Przeprosisz wszystkich za twoje gówniarskie zachowanie. Tak, zachowałeś się jak śmieć, ale najważniejsze jest to, że sam, patrząc prawdzie w oczy, jesteś gotów to wyznać przed całym światem.
Dobrze się teraz czujesz? Dałem ci nadzieję? Fajnie.
Kłamałem.
Ty kłamiesz.
On, ona, ono kłamie
My kłamiemy.
Wy kłamiecie.
Oni, one kłamią
Ja Cię okłamuję.
Ty się okłamujesz.
On, ona i ono też Cię okłamuje.
My Cię okłamujemy.
Wy się okłamujecie
Oni i one Cię okłamują
Wszyscy się nawzajem okłamujemy.
Po co kłamać? Dla pieniędzy, dla systemu, dla idei, dla korzyści, z nudów, dla zabawy, żeby kłamać.
"...czy ktoś zauważył, że coś jest nie tak? Niee, raczej nie. Ale na wszelki wypadek okłamię go jeszcze trochę. Tak troszeczkę. Nawet nie poczuje. Ostatni raz..."
I tak, z kłamstwa w kłamstwo się pogrążasz, uzależniasz. Okłamiesz raz i nie ma już odwrotu. Musisz kłamać. Każde kłamstwo ciągnie za sobą nowe, i nowe, i nowe...
Tu nie pomoże odwyk, a wmawianie sobie, że ma się silną wolę jest okłamywaniem samego siebie. I kółko się zamyka.
Rozejrzyj się wokół. Widzisz kłamców? Nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, że tak. Kłamcy są wszędzie.
Ty też jesteś kłamcą. Ja też jestem kłamcą. Zauważyłeś już to? To dobry znak. Może nie jest jeszcze za późno. Może jeszcze da się Ciebie uratować. Może nie wszystko stracone.
Tak, teraz to widzę! Uda Ci się, na pewno. A wtedy poczujesz, że jednak jesteś człowiekiem. Prawdziwym człowiekiem. Wolny. Przeprosisz wszystkich za twoje gówniarskie zachowanie. Tak, zachowałeś się jak śmieć, ale najważniejsze jest to, że sam, patrząc prawdzie w oczy, jesteś gotów to wyznać przed całym światem.
Dobrze się teraz czujesz? Dałem ci nadzieję? Fajnie.
Kłamałem.
czwartek, 17 lutego 2011
Ambicja. A w łaściwie jej brak.
Właśnie wróciłem po ciężkim dniu spędzonym na pilnej nauce w szkole, mającej na celu przybliżenie mnie do spełnienia moich zamysłów. Taa, chciałbym. Najpierw spałem, później czytałem książkę, na koniec zdobyłem się na naukę angielskiego. Oczywiście tuż przed lekcją.
Do czego zmierzam? Otóż, wyznaczyłem sobie cele. Życiowe cele (jak to ładnie brzmi). Są to między innymi (z tych przyziemnych): zdać maturę na najwyższą ocenę na jaką mnie stać, dostać się do dobrej szkoły i dostać dobrą pracę, pozwalającą na zaspokojenie moich podstawowych potrzeb.
Do wyższych celów należą między innymi: dostać się na studia o kierunku filozofia, nauczyć się: łaciny a następnie francuskiego, robić to co lubię i zarabiać na tym wystarczająco dużo, żeby móc dalej prowadzić takie bezładne i beztroskie życie jak dotąd.
Więc w czym tkwi szkopuł?
Odbyłem dzisiaj, hmmm, rozmowę z koleżanką. Stwierdziła, że jestem leniem, nie mam ambicji i że jak tak dalej pójdzie to niczego w życiu nie osiągnę. A moje "plany życiowe" pozostaną płonnymi życzeniami.
I wiecie co? Ku mojemu przerażeniu zauważyłem, że ona niestety ma rację. Ba, powinienem nawet coś z tym zrobić.
Ale nie. Nie chce mi się. Ja z natury jestem leniem, ale też optymistą. To wybuchowe połączenie sprawia, że jestem święcie przekonany, że wszystko ułoży się samo, bez najmniejszej ingerencji z mojej strony. To źle, niedobrze, niefajnie... Ale co ja na to poradzę.
Jak na razie ani razu nie przejechałem się na mojej koncepcji. Obawiam się, że jak to już nastąpi, to będzie trochę za późno żeby z tego w jakikolwiek sposób się wygrzebać. Po prostu za późno...
No trudno. Nie tracę nadziei. A w związku z tym, że nadzieja umiera ostatnia, myślę że to już nie długo. Z drugiej strony, nadzieja matką głupich, ale z tym zdążyłem się akurat pogodzić.
Powiem szczerze, że pierwszy raz odważyłem się pisać na taki temat. Ogłaszam zatem wszem i wobec, ku pokrzepieniu serc naszych: jestem zajebisty. Jestem zajebisty w swojej beznadziejności.
Magna culpa nostra
Poena danda nobis
Usque ad finem erit dierum
Ad finem temporum*
*Jeśli nie wiecie co to znaczy, poszukajcie w internecie. Istnieje możliwość, że znajdziecie. Wierzę w was.
Do czego zmierzam? Otóż, wyznaczyłem sobie cele. Życiowe cele (jak to ładnie brzmi). Są to między innymi (z tych przyziemnych): zdać maturę na najwyższą ocenę na jaką mnie stać, dostać się do dobrej szkoły i dostać dobrą pracę, pozwalającą na zaspokojenie moich podstawowych potrzeb.
Do wyższych celów należą między innymi: dostać się na studia o kierunku filozofia, nauczyć się: łaciny a następnie francuskiego, robić to co lubię i zarabiać na tym wystarczająco dużo, żeby móc dalej prowadzić takie bezładne i beztroskie życie jak dotąd.
Więc w czym tkwi szkopuł?
Odbyłem dzisiaj, hmmm, rozmowę z koleżanką. Stwierdziła, że jestem leniem, nie mam ambicji i że jak tak dalej pójdzie to niczego w życiu nie osiągnę. A moje "plany życiowe" pozostaną płonnymi życzeniami.
I wiecie co? Ku mojemu przerażeniu zauważyłem, że ona niestety ma rację. Ba, powinienem nawet coś z tym zrobić.
Ale nie. Nie chce mi się. Ja z natury jestem leniem, ale też optymistą. To wybuchowe połączenie sprawia, że jestem święcie przekonany, że wszystko ułoży się samo, bez najmniejszej ingerencji z mojej strony. To źle, niedobrze, niefajnie... Ale co ja na to poradzę.
Jak na razie ani razu nie przejechałem się na mojej koncepcji. Obawiam się, że jak to już nastąpi, to będzie trochę za późno żeby z tego w jakikolwiek sposób się wygrzebać. Po prostu za późno...
No trudno. Nie tracę nadziei. A w związku z tym, że nadzieja umiera ostatnia, myślę że to już nie długo. Z drugiej strony, nadzieja matką głupich, ale z tym zdążyłem się akurat pogodzić.
Powiem szczerze, że pierwszy raz odważyłem się pisać na taki temat. Ogłaszam zatem wszem i wobec, ku pokrzepieniu serc naszych: jestem zajebisty. Jestem zajebisty w swojej beznadziejności.
Magna culpa nostra
Poena danda nobis
Usque ad finem erit dierum
Ad finem temporum*
*Jeśli nie wiecie co to znaczy, poszukajcie w internecie. Istnieje możliwość, że znajdziecie. Wierzę w was.
wtorek, 15 lutego 2011
Złość
Według słownika języka polskiego PWN złość to: stan irytacji, wzburzenia, uczucie wrogości, gniew.
Hmmm, zastanawiające.
Ale od początku. Mój dzień zaczął się, w miarę normalnie. Dojechałem do szkoły, spotkałem "znajomych" i takie tam. Zdawać by się mogło codzienna rutyna. Ale musiało się coś stać, ktoś u góry nie był by sobą jeśli by mi tego dnia nie spierniczył.
To jak i co się stało było najmniej ważne, liczy się w tym przypadku efekt końcowy. Rozdrażnienie. Bezsilność. Otępienie. Irytacja. Pustka. Niepokój. I jeszcze trochę innych, pozornie nie mających ze sobą żadnego związku i zbieżności słów, znalazły powiązanie w moim dzisiejszym samopoczuciu. Słowem: Tak, byłem zły. Reakcje otoczenia były przeróżne:
Ty debilu!, Lecz się!, Co ty ćpasz?!, Ogarnij się! i takie tam. Ale żadna osoba wykrzykująca bądź mówiąca te słowa nie należała do wąskiego grona moich autorytetów, więc ich słowa i uwagi miałem, łagodnie mówiąc, w głębokim poszanowaniu. Nie przejmuję się tymi osobami, które się nie przejmują mną. Oni mnie olewają, to dlaczego ja miałbym postępować inaczej?
Hmmm, zastanawiające.
Ale od początku. Mój dzień zaczął się, w miarę normalnie. Dojechałem do szkoły, spotkałem "znajomych" i takie tam. Zdawać by się mogło codzienna rutyna. Ale musiało się coś stać, ktoś u góry nie był by sobą jeśli by mi tego dnia nie spierniczył.
To jak i co się stało było najmniej ważne, liczy się w tym przypadku efekt końcowy. Rozdrażnienie. Bezsilność. Otępienie. Irytacja. Pustka. Niepokój. I jeszcze trochę innych, pozornie nie mających ze sobą żadnego związku i zbieżności słów, znalazły powiązanie w moim dzisiejszym samopoczuciu. Słowem: Tak, byłem zły. Reakcje otoczenia były przeróżne:
Ty debilu!, Lecz się!, Co ty ćpasz?!, Ogarnij się! i takie tam. Ale żadna osoba wykrzykująca bądź mówiąca te słowa nie należała do wąskiego grona moich autorytetów, więc ich słowa i uwagi miałem, łagodnie mówiąc, w głębokim poszanowaniu. Nie przejmuję się tymi osobami, które się nie przejmują mną. Oni mnie olewają, to dlaczego ja miałbym postępować inaczej?
poniedziałek, 14 lutego 2011
Święty Walenty?
Czy wszyscy zdajecie sobie sprawę z tego, że 14 lutego bierzecie udział pogańskim święcie? Na dodatek nijak związanym ze świętem zakochanych. I nie jest to żadna teoria spiskowa wymierzona przeciwko zakochanym. Pierwotnie święty Walenty był patronem ludzi chorych na epilepsję i inne choroby układu nerwowego. Dopiero później jakiś koleś podczas kolejnego ataku zaczął bełkotać jakieś pierdoły o miłości. Ludzie zamiast mu pomóc, odczytali to jako znak od Walentego, że chce zmienić profesję. I w ten oto sposób utarło się, że bohater mojej opowieści został patronem zakochanych.
Jego pozycja znacznie wzrosła w naszych czasach, kiedy ludzie się zorientowali, że można na tym zbić niemałą sumkę. Tak więc ranga świętego wzrosła do poziomu bożka miłości. Ładnie brzmi, prawda?
Mamy zatem komercyjno-pogańskie święto, obchodzone przez rzekomo wierzących w Boga, wielce w sobie zakochanych ludzi. Patrzę na to od dłuższego czasu, z dalszej perspektywy, i mam wrażenie że to strasznie gówniana sprawa. Wystarczy, że dajmy na to, w McDonaldzie będzie nazwijmy to 'Walentynkowa zniżka dla par' i już koncern trzepie kasę na naiwnych ludziach. Wszędzie mnóstwo serduszek, wszechobecnego różu, kwiatków itp. Może to i odrobinę brutalne, ale miejscami zbiera mi się na wymioty z tego wszystkiego. A założę się, że to nie taki efekt miała wywołać ta kampania reklamowa.
Po co się tak afiszować? Po co tyle wysiłku? Dla chęci zysku (przykład McDonalda)? Dla podkreślenia swojej zajebistości? Czy to na prawdę na tym polega?
Wróćmy do samych zakochanych. Za najlepszy przykład tego, że walentynki do bujda na kółkach i niepotrzebny hałas mogę podać dziesiątki gówniarzy, karzących siebie nazywać nastolatkami. Takie pary są święcie przekonani że pałają do siebie prawdziwą i szczerą miłością. Pieprzą się po kątach, jak mama nie patrzy, obłapują się w miejscach publicznych wprowadzając w zakłopotanie i wywołując niesmak u normalnych ludzi (i nie mówię tu o normalnym trzymaniu się za ręce i przytulaniu). A jak pęknie gumka miłość pęka razem z nią.
Prawdziwa miłość nie potrzebuje poklasku, szumu i tego typu rzeczy. Prawdziwi zakochani nie potrzebują swojego święta. Dla nich świętem jest każdy dzień spędzony razem.
Prawdziwie zakochane pary to to gatunek zagrożony wymarciem.
Podsumowując. Tak, jestem singlem. I nie toleruję półśrodków. Szukam prawdziwej miłości, a nie gówno wartego zauroczenia.
Jego pozycja znacznie wzrosła w naszych czasach, kiedy ludzie się zorientowali, że można na tym zbić niemałą sumkę. Tak więc ranga świętego wzrosła do poziomu bożka miłości. Ładnie brzmi, prawda?
Mamy zatem komercyjno-pogańskie święto, obchodzone przez rzekomo wierzących w Boga, wielce w sobie zakochanych ludzi. Patrzę na to od dłuższego czasu, z dalszej perspektywy, i mam wrażenie że to strasznie gówniana sprawa. Wystarczy, że dajmy na to, w McDonaldzie będzie nazwijmy to 'Walentynkowa zniżka dla par' i już koncern trzepie kasę na naiwnych ludziach. Wszędzie mnóstwo serduszek, wszechobecnego różu, kwiatków itp. Może to i odrobinę brutalne, ale miejscami zbiera mi się na wymioty z tego wszystkiego. A założę się, że to nie taki efekt miała wywołać ta kampania reklamowa.
Po co się tak afiszować? Po co tyle wysiłku? Dla chęci zysku (przykład McDonalda)? Dla podkreślenia swojej zajebistości? Czy to na prawdę na tym polega?
Wróćmy do samych zakochanych. Za najlepszy przykład tego, że walentynki do bujda na kółkach i niepotrzebny hałas mogę podać dziesiątki gówniarzy, karzących siebie nazywać nastolatkami. Takie pary są święcie przekonani że pałają do siebie prawdziwą i szczerą miłością. Pieprzą się po kątach, jak mama nie patrzy, obłapują się w miejscach publicznych wprowadzając w zakłopotanie i wywołując niesmak u normalnych ludzi (i nie mówię tu o normalnym trzymaniu się za ręce i przytulaniu). A jak pęknie gumka miłość pęka razem z nią.
Prawdziwa miłość nie potrzebuje poklasku, szumu i tego typu rzeczy. Prawdziwi zakochani nie potrzebują swojego święta. Dla nich świętem jest każdy dzień spędzony razem.
Prawdziwie zakochane pary to to gatunek zagrożony wymarciem.
Podsumowując. Tak, jestem singlem. I nie toleruję półśrodków. Szukam prawdziwej miłości, a nie gówno wartego zauroczenia.
niedziela, 13 lutego 2011
Krótka rozprawka na temat dresów
Dzisiaj chciałbym się z wami podzielić moimi rozmyśleniami i obserwacjami dotyczącymi dość licznej grupy naszego społeczeństwa. Mianowicie mam na myśli tak zwanych dresów.
Zanim jakiś dresiarz was zaczepi (lub wy jego, to zależy tylko od waszej ułańskiej fantazji lub chwilowej zachcianki) powinniście wiedzieć, że:
1) Dresiarze występują w stadach
2) Dresiarz nie wie co to strach
3) Dresiarz nie wie co to ryzyko
4) Dresiarz nie wie nic
Kiedy tymi prawdami będziecie się kierować w swoich relacjach z dresami przetrwacie każdy kontakt z nimi, choćby nie wiadomo o ile większą przewagę liczebną by mieli.
Dresiarze zawsze (no, może nie zawsze) są łysi i po siłowni. Kiedyś, mój znajomy, kierując się najzwyklejszą w świecie chęcią zdobycia wiedzy, podszedł do grupki dresów i zapytał:
- Przepraszam, panowie polerujecie sobie te łysiny że się wam tak świecą?...
Dieta przeciętnego dresiarza składa się z pierogów ze sterydami anabolicznymi popitymi Coca-colą Light.
To właśnie dlatego mają tak (nie)idealnie wyrzeźbioną muskulaturę. Wiecie o czym mówię: kaloryfer, rozrośnięte bary, kapturek...
To wszystko przeszkadza im w pełni poprawnie funkcjonować. Oto przykład: jak by dało się, tak czysto hipotetycznie, poustawiać kilku dresiarzy jeden za drugim i popchnąć pierwszego, poprzewracali by się jak klocki domino. Dlaczego tak się dzieje?
Otóż istnieje kilka hipotez tłumaczących to zjawisko. Oto dwie z nich:
1) Są tak napakowani i mają taką napinkę, że nie są w stanie oprzeć się zjawisku postępującej fali,
2) Są po prostu za głupi żeby tego dokonać.
Moim zdaniem obie hipotezy są prawdziwe.
Zastanawialiście się kiedyś, jak dresy drapią się po plecach?
Ja tak. Wysnułem nawet pewną hipotezę: kiedy dres chce się podrapać, pośladki rozwierają się i z czeluści dupy wysuwa się trzecia ręka. Organ ten wykształcił się po latach ewolucji, a i tak tylko u niektórych osobników.
Jak widzicie, dresiarze to nawet ciekawi ludzie i wdzięczne obiekty doświadczeń fizycznych.
Okazuje się jednak, że są pełni nie odkrytych jeszcze tajemnic. Podam przykład z mojego życia.
Ostatnio wkurzyłem kilku dresiarzy zgniatając w rękach puszkę po piwie. Okazało się że stali za rogiem. Nie mam bladego pojęcia jak ich mózgi (mogące konkurować pod względem inteligencji tylko z dinozaurami) wielkości (jakiej wielkości?!)... zarejestrowały ten specyficzny dźwięk i błędnie odczytały moje intencje (których zresztą nie było). Podbiegają już do mnie z uniesionymi pięściami, pierwszy już mnie miał uderzyć, ale ja zrobiłem coś, czego dresy się nie spodziewały: rozpocząłem rozmowę:
- Zanim dostanę wpierdol, chciałbym wiedzieć za co, jeśli łaska - Stanęli w miejscu jakby próbowali rozkminić to co usłyszeli (ciągle z uniesionymi pięściami). Biorąc pod uwagę czas po jakim się z tym uporali (jakieś 10 minut) poszło im całkiem nieźle.
- Nie dostaniesz wpierdol - powiedział osobnik alfa, po czym całe stado się oddaliło.
Mimo że to się stało tak dawno temu, to za każdym razem jak przypomnę sobie miny skupionych dresiarzy to od razu mi się poprawia humor.
- puszka piwa: 3,50 zł
- zobaczenie głupiej miny dresa: bezcenne.
Zanim jakiś dresiarz was zaczepi (lub wy jego, to zależy tylko od waszej ułańskiej fantazji lub chwilowej zachcianki) powinniście wiedzieć, że:
1) Dresiarze występują w stadach
2) Dresiarz nie wie co to strach
3) Dresiarz nie wie co to ryzyko
4) Dresiarz nie wie nic
Kiedy tymi prawdami będziecie się kierować w swoich relacjach z dresami przetrwacie każdy kontakt z nimi, choćby nie wiadomo o ile większą przewagę liczebną by mieli.
Dresiarze zawsze (no, może nie zawsze) są łysi i po siłowni. Kiedyś, mój znajomy, kierując się najzwyklejszą w świecie chęcią zdobycia wiedzy, podszedł do grupki dresów i zapytał:
- Przepraszam, panowie polerujecie sobie te łysiny że się wam tak świecą?...
Dieta przeciętnego dresiarza składa się z pierogów ze sterydami anabolicznymi popitymi Coca-colą Light.
To właśnie dlatego mają tak (nie)idealnie wyrzeźbioną muskulaturę. Wiecie o czym mówię: kaloryfer, rozrośnięte bary, kapturek...
To wszystko przeszkadza im w pełni poprawnie funkcjonować. Oto przykład: jak by dało się, tak czysto hipotetycznie, poustawiać kilku dresiarzy jeden za drugim i popchnąć pierwszego, poprzewracali by się jak klocki domino. Dlaczego tak się dzieje?
Otóż istnieje kilka hipotez tłumaczących to zjawisko. Oto dwie z nich:
1) Są tak napakowani i mają taką napinkę, że nie są w stanie oprzeć się zjawisku postępującej fali,
2) Są po prostu za głupi żeby tego dokonać.
Moim zdaniem obie hipotezy są prawdziwe.
Zastanawialiście się kiedyś, jak dresy drapią się po plecach?
Ja tak. Wysnułem nawet pewną hipotezę: kiedy dres chce się podrapać, pośladki rozwierają się i z czeluści dupy wysuwa się trzecia ręka. Organ ten wykształcił się po latach ewolucji, a i tak tylko u niektórych osobników.
Jak widzicie, dresiarze to nawet ciekawi ludzie i wdzięczne obiekty doświadczeń fizycznych.
Okazuje się jednak, że są pełni nie odkrytych jeszcze tajemnic. Podam przykład z mojego życia.
Ostatnio wkurzyłem kilku dresiarzy zgniatając w rękach puszkę po piwie. Okazało się że stali za rogiem. Nie mam bladego pojęcia jak ich mózgi (mogące konkurować pod względem inteligencji tylko z dinozaurami) wielkości (jakiej wielkości?!)... zarejestrowały ten specyficzny dźwięk i błędnie odczytały moje intencje (których zresztą nie było). Podbiegają już do mnie z uniesionymi pięściami, pierwszy już mnie miał uderzyć, ale ja zrobiłem coś, czego dresy się nie spodziewały: rozpocząłem rozmowę:
- Zanim dostanę wpierdol, chciałbym wiedzieć za co, jeśli łaska - Stanęli w miejscu jakby próbowali rozkminić to co usłyszeli (ciągle z uniesionymi pięściami). Biorąc pod uwagę czas po jakim się z tym uporali (jakieś 10 minut) poszło im całkiem nieźle.
- Nie dostaniesz wpierdol - powiedział osobnik alfa, po czym całe stado się oddaliło.
Mimo że to się stało tak dawno temu, to za każdym razem jak przypomnę sobie miny skupionych dresiarzy to od razu mi się poprawia humor.
- puszka piwa: 3,50 zł
- zobaczenie głupiej miny dresa: bezcenne.
piątek, 11 lutego 2011
Wstęp do...
Czuję się tak, jak by ktoś mnie obudził w środku nocy tylko i wyłącznie po to, aby mnie zdenerwować. Niedoczekanie. Ja jestem niesamowicie spokojny człowiek, dopóki mnie coś/ktoś nie wkurwi.
Pewnie teraz myślicie, że skoro przeżyłem (to nie jest właściwe słowo, bardziej tu pasuje 'przeegzystowałem') prawie dwadzieścia lat mojego życia (wegetacji), to pewnie napiszę coś mądrego, poruszającego serca, zmuszającego do refleksji i napawające nadzieją na lepsze jutro.Tak! Ale nic takiego nie przychodzi mi do głowy. Będzie to raczej zlepek moich żałosnych wypocin. Nie mniej, będę z tego cholernie dumny.
A może jednak spróbuje? Może o miłości. Nie, żeby napisać coś na tyle sensownego w tej materii trzeba być szaleńcem albo geniuszem. Czyli temat uważam za zamknięty, bo szaleniec ze względu na swoją ułomność nie jest w stanie nam powiedzieć nic, co będzie miało jakąkolwiek wartość, a nie urodził się jeszcze człowiek na tyle genialny, żeby móc rozwikłać pokręcone zagadki miłości.
Wychodzi na to, że najlepiej wychodzi mi gadanie od rzeczy, lanie wody. Mogę zapowiedzieć, że następnym razem napisze coś, co będzie miało ręce i nogi. Przynajmniej jako tako.
Pewnie teraz myślicie, że skoro przeżyłem (to nie jest właściwe słowo, bardziej tu pasuje 'przeegzystowałem') prawie dwadzieścia lat mojego życia (wegetacji), to pewnie napiszę coś mądrego, poruszającego serca, zmuszającego do refleksji i napawające nadzieją na lepsze jutro.Tak! Ale nic takiego nie przychodzi mi do głowy. Będzie to raczej zlepek moich żałosnych wypocin. Nie mniej, będę z tego cholernie dumny.
A może jednak spróbuje? Może o miłości. Nie, żeby napisać coś na tyle sensownego w tej materii trzeba być szaleńcem albo geniuszem. Czyli temat uważam za zamknięty, bo szaleniec ze względu na swoją ułomność nie jest w stanie nam powiedzieć nic, co będzie miało jakąkolwiek wartość, a nie urodził się jeszcze człowiek na tyle genialny, żeby móc rozwikłać pokręcone zagadki miłości.
Wychodzi na to, że najlepiej wychodzi mi gadanie od rzeczy, lanie wody. Mogę zapowiedzieć, że następnym razem napisze coś, co będzie miało ręce i nogi. Przynajmniej jako tako.
Subskrybuj:
Posty (Atom)