poniedziałek, 17 grudnia 2018

Diagnoza

Zbyt-leniwy - standardowo, słyszane w stosunkowo regularnych odstępach czasu od rodzicielki.
Zbyt-szczery - wiadomo, szczerość to wada, nie jest cechą pożądaną, nikt tego nie powie, ale lepsze są ładne kłamstewka od brzydkiej prawdy.
Zbyt-fajny - słyszałem nie raz od dziewczyn kiedy odmawiały mi bliższych relacji.
Zbyt-kochliwy - jak wyżej. Bo za szybko się zadurzam. I za mocno.
Zbyt-inteligentny - dawno temu, przy wyborze szkoły średniej usłyszałem to od doradcy zawodowego. Zbyt inteligentny na zawodówkę, za słabe oceny dla liceum ogólnokształcącego. Więc poszedłem do technikum nijak nie pasującego do moich zainteresowań.
Zbyt-empatyczny - za szybko wczuwam się w sytuację innych, za bardzo je przeżywam, za bardzo przy tym cierpię. Za bardzo chcę pomóc.
Zbyt-ufny - od rodzicielki, kiedy krzyczała na mnie gdy decydowałem się komuś pomóc, kto według niej mógł być oszustem.
Zbyt-spontaniczny - bo kiedy chcę się spotkać czasem ze znajomymi, to okazuje się, że mają już plany. Trzeba było ich uprzedzić, najlepiej tydzień wcześniej. A i to nie gwarantuje sukcesu.
Zbyt-pełny życia - to tak: nauczyciele na każdym etapie nauczania (sugerujący zresztą że mam ADHD), niektórzy znajomi, w pracy też to czasem słyszę (bo za szybko pracuję).
Zbyt-eczny - nie wymaga specjalnego komentarza, przynajmniej do niedawna, kiedy to usłyszałem od terapeutki, że myślenie o tym co by było jakbym zniknął z tego świata i w jaki sposób bym to zrobił to wcale nie są myśli samobójcze... Bo każdy normalny człowiek tak miewa.


FIN

niedziela, 2 grudnia 2018

Proces trzeźwienia

Piąty miesiąc bez ani kropli alkoholu, niezliczone sytuacje kiedy kusiło jak cholera żeby napić się choć jednego piwa, zaskakujące zwroty akcji kiedy to znajomi z którymi upadlałem się do niemożliwego do zdefiniowania stanu okazywali mi swoje wsparcie i zrozumienie...
Jest ciężko. To znaczy, byłoby, gdyby nie wspomniane wsparcie.
Wspominałem ostatnio jaka jest różnica pomiędzy terapią grupową a indywidualną. W skrócie, indywidualna mnie podnosi na duchu, grupowa mnie rujnuje. Dlaczego? Już tłumaczę. Po prawie pięciu miesiącach chodzenia tam (nieraz z poczuciem zmarnowanego czasu) mam sporo spostrzeżeń i odczuć, które to nie dają mi spokoju.
Mówią mi, żebym wyszedł do ludzi, bo kontakt z innymi jest niezwykle istotny w procesie trzeźwienia. Kiedy na pogadankach wspominam, że odwiedziłem znajomych na akademikach, dostaję opierdziel, bo to ludzie z którymi piłem. No cóż, to praktycznie moi jedyni znajomi. W takim razie poznawaj nowych ludzi - padają słowa. Wziąłem to do siebie i pojechałem na koncert właśnie w tym celu. Znowu ochrzan. Bo przecież na takich imprezach jest alkohol, mało tego, na pewno też narkotyki.
Pada pytanie, kiedy czuje się najbardziej szczęśliwy. Odpowiadam szczerze, lecz nie bez chwili zastanowienia - na Woodstocku. Uuuu, to nie dobrze, toż to wylęgarnia alkoholików i narkomanów. Nie pomaga tłumaczenie, że ja tam jeżdżę na koncerty i dla ogólnej atmosfery. Nie mówiąc już o tej bezpodstawnej opinii opartej na stereotypach rozprzestrzenianych przez mohery i innych przeciwników tego pięknego festiwalu.
Dostałem karteczkę ze wskazówkami dla takich jak ja. Jest tam masa absurdalnych według mnie zakazów. Jeśli miałbym się do nich stosować straciłbym resztki znajomych, zainteresowania, nie mógłbym słuchać muzyki ani nawet wejść do sklepu. Niektóre leki zawierają alkohol: krople żołądkowe, niektóre syropy na kaszel... Nie, nie wolno, jeszcze wpadnę w cug.
Nie wolno przebywać mi w miejscach, gdzie można kupić alkohol, więc odpadają praktycznie wszystkie sklepy spożywcze. Mam unikać miejsc gdzie jest alkohol, więc zero koncertów, dyskotek (fakt, na dyskotekach raczej nigdy nie byłem stałym bywalcem). Ludzie z którymi kiedyś piłem też nie są dla mnie najlepszym towarzystwem. Wybaczcie przyjaciele, nie chciałem żebyście się o tym dowiedzieli w ten sposób, ale tak musi być, to koniec znajomości... Słucham takiego a nie innego rodzaju muzyki, wspominanie w tekstach o używkach jest nagminne. Nie wolno mi słuchać takiej muzyki, to wyzwalacz uzależnienia. Nawet durnych dowcipów nie wolno opowiadać. O bezalkoholowym piwie nie wspomnę. Dostałem za to taki opierd*l, że echo tamtych słów do tej pory odbija mi się po czaszce.
Mało tego, kiedy mówię, że pomimo pokus ani razu nie piłem alkoholu, terapeuci nie do końca mi wierzą, widać to po ich twarzach, jedna terapeutka szczerze i otwarcie wyraziła swoje zaskoczenie.
Nie tylko terapeuci, współtowarzysze niedoli również. A domyślnie mieli wspierać.
Do tego te przerażające historie innych uczestników, prawdziwy koszmar. Jestem za słaby psychicznie na takie ciosy, ostatnim razem podczas jednej z opowieści mój humor bujał się pomiędzy skrajnym wk***em a depresyjnym smutkiem niebezpiecznie bliskim nieodpartej chęci popełnienia samobójstwa, niczym wskazówka metronomu. Cały się trząsłem, głos mi się łamał przy najmniejszej próbie wydobycia z siebie dźwięku, jednak terapeutka usilnie chciała poznać moją opinię na temat usłyszanej opowieści. Resztkami sił powstrzymałem się od krzyknięcia przez łzy, żeby się odpier***iła.
Miałem jakiś czas temu napisać pracę na temat tego co straciłem przez alkohol. Terapeuta doszedł do wniosku, że jeśli to co napisałem jest szczere i prawdziwe, to wychodzi na to, że to odkąd zacząłem terapię to zacząłem tracić. Tu muszę zaznaczyć, że tego jednego terapeutę naprawdę bardzo lubię i cenię. Dzięki niemu dowiedziałem się wielu ciekawych i przydatnych rzeczy. Na drugim biegunie jest pani terapeutka której widok wyzwala u mnie najgorsze cechy. Kiedy jest ona zwyczajnie się nie odzywam przez całe dwie godziny. Pewnego dnia powiedziała mi, że szczerość na terapii jest najważniejsza, więc poczęstowałem wtedy ją małym okruszkiem mojej opinii na jej temat. Ulżyło mi jak cholera.
Kiedy wraca temat poznawania nowych ludzi, okazuje się, że jedyni ludzie z jakimi mogę spędzać czas wolny, to weterani spotykający się na mitingach AA. Innej możliwości praktycznie nie ma, a przynajmniej zdaniem większość terapeutów.
Teraz trochę mniej gorzko. Chciałbym najmocniej jak potrafię podziękować tym wszystkim ludziom mówiącym mi, że są ze mnie dumni, że cieszą się z mojej decyzji i że będą mnie wspierać. Jedna znajoma, kiedy się jej z głupkowatym uśmieszkiem zapytałem co by zrobiła, jakbym napił się normalnego piwa, odpowiedziała, że było by jej smutno i poczułaby się zawiedziona. Uśmiech momentalnie mi zrzedł. Łał, to było mocne uderzenie, ale dodało sił. Może nie uderzenie, a bardziej wychowawcze pacnięcie w potylicę.
Jestem naprawdę szczęśliwy, że mam takich ludzi wokół siebie. A poznałem ich przytłaczającą liczbę na imprezach na których oczywiście był alkohol. Paradoks? Możliwe. Dla niektórych to wręcz niepojęte. Ale dopóki mam takich znajomych, mam to gdzieś.

niedziela, 18 listopada 2018

Przygoda życia

Chciałem dziś opisać co mi się przydarzyło w ostatni weekend. Po części dlatego, że to pierwszy weekend od dłuższego czasu kiedy działo się coś ciekawego, a po części z powodu kumulacji "tych ciekawych" rzeczy.
A więc jedziemy od początku. Cała historia zaczęła się właściwie w czwartek, kiedy to wchodząc na YouTuba po pracy żeby odstresować się przy muzyce zauważyłem zapowiedź koncertu łączącego dwie z moich ulubionych kapel. Poniekąd odruchowo, z pominięciem świadomości włączyłem tą zapowiedź, dowiedziałem się, że koncert ma się odbyć za dwa dni w mieście w którym nigdy nie byłem i nie wiem jak tam dojechać, ponadto słyszałem, że jego mieszkańcy to niezła patologia. Myślę, że każdy w związku z tym zrobiłby na moim miejscu to samo: wszedłem na podany link i kupiłem bilet.
W końcu nadszedł ten dzień, sobota. Wsiadłem w pociąg i dojechałem do miasta docelowego, niestety na miejscu zorientowałem się, że nie mam bladego pojęcia, jak dostać się do klubu gdzie ma się odbyć koncert. Popytałem trochę ludzi, skonfrontowałem ze sobą udzielone przez nich rozbieżne informacje i koniec końców dotarłem pod klub. Kiedy ludzi zaczęło się robić coraz więcej wyszedł ochroniarz, zmierzył groźnym wzrokiem tłum i powiedział:
- Nie gniewajcie się na nas w razie czego, to nie tak, że mamy ch*jowy sprzęt na sali, ten zespół po prostu tak gra.
Domyślam się, że wiem o który z dwóch zespołów mu chodziło, ale o tym zaraz.
Wchodzę na salę (zaskakująco małą, szczerze mówiąc), rozglądam się i podchodzę do kącika z koszulkami. Wziąłem od razu dwie, a co się będę pier***ił, stać mnie. Następnie podszedłem do baru i poprosiłem piwo bezalkoholowe, na co barmanka (wcale nie brzydka trzeba przyznać) powiedziała: "Od bezalkoholowego rośnie c*pa". Stwierdziłem, że zaryzykuję. Wyszedłem na palarnię, po części by znaleźć jakieś towarzystwo na czas koncertu. Samemu się niespecjalnie bawi, a ja niestety przyjechałem sam. Znajomi których pytałem stwierdzili, że albo nie mają czasu, albo po prostu nie słuchają takiej muzyki. Trudno.
Po chwili z ekipą byliśmy już przed sceną i gromkimi okrzykami zachęcaliśmy pierwszy zespół żeby zaczęli grać. Dało się słyszeć okrzyki takie jak "Pedały!" albo że zespół "... to stara kurwa, i zawsze jebany jest, zespół trzeba pierdolić, on przecież od tego jest". Zachęceni okrzykami członkowie zespołu w końcu wyszli na scenę: dwóch gitarzysto-wokalistów i perkusista. Na ten widok z sali rozległo się radosne "Wypierdalać, wypierdalać!", po czym jeden z członków zespołu podszedł do krawędzi sceny, popatrzył na tłum i tako rzecze:
- Słabiście jak nasienie mojego starego. W stolicy głośniej się darli.
Następnie drugi członek zespołu pokazał publiczności miejsce na swoim ciele gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę.
Zastanawiam się, czy ktoś na tej sali był zszokowany tum co właśnie zaczęło się dziać. Pewnie moje myśli dotarły jakoś do jednej z dziewczyn z towarzystwa w które się wkręciłem, bo zapytała:
- Co, pierwszy raz na ich koncercie?
- Tak - odpowiedziałem - ale na mnie to nie robi wrażenia, dobrze ich znam i zakładałem podobny scenariusz.
Pamiętam jak podczas grania jednej z piosenek przypomniały mi się czasy akademików i pokój numer 830.
Dalej było tylko ciekawiej. Jeden z członków zespołu poprosił żeby na scenę dotarło kilka dziewczyn z widowni, są im potrzebne do wykonania kolejnej piosenki. Momentalnie z publiki na "fali" wpłynęło kilka dziewczyn na scenę. Piosenka została zagrana, dziewczyny pośpiewały, potańczyły i już miały schodzić, kiedy główny wokalista nie zwracając już nawet na nie za bardzo uwagi i krzyknął:
- Jeśli jeszcze raz chcecie zobaczyć dupę, to któraś dziewczyna niech pokaże cycki.
Po czym, za jego plecami podbiegła jedna z dziewczyn (niebiesko-włosa piękność) i nawet nie zauważona przez wokalistę szybko podwinęła koszulkę ukazując swoje atuty i czmychnęła ze sceny. Jego zdezorientowana mina - bezcenna - kiedy dotarło do niego to, co go ominęło. Nie tylko jego, bo drugi podchodzi do niego, daje mu w potylicę i ze słowami "daj spokój stary" ponownie pochwalił się swoją "dumą".
Pierwszy zespół skończył i pożegnany burzą oklasków szedł ze sceny. Korzystając z przerwy wyszliśmy ekipą na papierosa.
Na palarni zauważyłem pewną dziewczynę leżącą na ławce, jak się później okazało była kompletnie pijana. Nie tylko ona, w wielu miejscach leżeli pijani ludzie. "Miejscowi" pomyślałem sobie przypominając to co słyszałem o mieszkańcach tego miasta. Wracając do dziewczyny, w pewnym momencie podszedł do niej jakiś chłopak i próbował ją obudzić. Po chwili tak jakby się poddał i się na niej położył, tak że biednej nie było widać.
Kiedy już miałem wychodzić z palarni i wracać na koncert niechcący kątem oka zauważyłem pewnego kolesia ubranego w kigurumi który wesoło i beztrosko machał swoim interesem do ludzi. Niektórzy nie powinni ruszać alkoholu, dobrze że już nie piję.
Wróciliśmy na koncert, następny zespół zaczął już grać. Publiczność jak wychodzili w dalszym ciągu skandowała: "pedały, pedały". Wokalista kolejnego zespołu odwrócił się za scenę i krzyknął do poprzedników:
- Chłopaki, chyba was wołają!
Oba zespoły z tego co się orientuję znają się z Woodstocku i podobno już wtedy ugadali się na ten koncert, więc to raczej nie była obraza.
Podczas drugiego koncertu najbardziej zapadł mi w pamięć spontanicznie odtańczony przez publiczność polonez do piosenki nawiązującej o tym jacy Polacy są. To było niespodziewane.
Dodatkowo pamiętam jak wokalista poprosił, żeby nie krzyczeć "napier***ać" jeśli chcemy żeby dalej grali. Bo zespół promuje kulturalną zabawę, dlatego zamiast znanego i do tej pory powszechnie używanego zwrotu zostaliśmy poproszeni o zastąpienie go hasłem "Grać utwory". To mi się wydało trochę dziwne, był mały problem na początku żeby się przestawić, ale wkrótce wszyscy się dostosowali.
Niestety wszystko co dobre prędzej czy później musi się skończyć (wyprosiliśmy jeszcze kilka bisów), akurat wtedy kiedy zauważyłem że odjechał mi ostatni pociąg. Kiedy ekipa z którą siedziałem się o tym dowiedzieli szybko zobaczyli czy jest jakaś możliwość żebym jeszcze jakoś się dostał do domu - sprawdzili autobusy, pociągi, kiedy jadą... Miło z ich strony, w tym miejscu ich chciałbym pozdrowić i podziękować za wspólną zabawę.
A więc na stację na której zazwyczaj mam przesiadkę dojechałem nietypowo, bo autobusem, następnie powoli godziłem się z myślą o smutnej, samotnej nocy na dworcu. Cóż, nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz. Jakież było moje zdziwienie jak zobaczyłem tyle ludzi w tym miejscu. Wiadomo, większość przyszła do całodobowej "restauracji", bo złapał nagły głód (o drugiej w nocy, zdarza się), ale też inni podróżni i masa innych ludzi. Więc siadłem sobie spokojnie koło pewnego śpiącego jegomościa i obserwowałem otoczenie. Masa śpiących gdzie się da ludzi, na schodach, na ziemi, na ławkach w kawiarni, pod ławkami... Nagle do śpiącego koło mnie pana podchodzi ochrona:
- Proszę się obudzić, już trzeci raz panu mówimy, że nie może pan tu zostać.
Adresat wypowiedzi zabrzęczał coś pod nosem, z wielkim trudem wstał i oddalił się w sobie tylko znanym kierunku. Ja wyszedłem przed dworzec zapalić papierosa. Siadam na ławce, odpalam. Patrzę na grupki ludzi którzy nie wiedząc jak znaleźli się poza swoją imprezą szukali jakiejkolwiek:
- Gzzie jst alkohl?
- Tam, chodź, idziemy
- Ni ch*ja, ja już nie chcę - odpowiedział pijany jegomość i zaczął kierować się w przeciwnym kierunku do wskazanego przez jego towarzysza. Szło mu to wyjątkowo ciężko, więc kolega go capnął i zaciągną go siłą pomimo głośnych protestów.
Następnie, jak zawsze na tym dworcu podleciał do mnie sęp:
- Szefie, masz poratować papieroskiem?
- Tut mir leid, ich versteche nicht. Sprichst do Deutsch?
Tyle wystarczało żeby starej daty kloszard uciekł w podskokach. Nieśpiesznie dopaliłem i wróciłem na dworcową poczekalnię. Akurat załapałem się na mały występ muzyczny. Kiedyś zostało tu umieszczone pianino. Pierwszy raz widziałem, żeby ktoś na nim grał, na dodatek całkiem ładnie, co tylko umilało czas pozostały do mojego kolejnego pociągu.
W międzyczasie udałem się do toalety (oczywiście płatnej, o zgrozo, 3 zł za wejście, drożej niż w stolicy) i zauważyłem w jednej z kabin pana którego przegoniła ochrona kiedy spał koło mnie. Spryciula schował się w łazience...
Kolejny punk podróży, przedostatni, dworzec autobusowy przy dworcu kolejowym w kolejnym mieście. Wychodzę akurat w doskonałym momencie aby pomachać kierowcy odjeżdżającego autobusu. Jak się okazało, nie tylko ja miałem podobny problem. Trójka chłopaków widocznie zmęczonych imprezowaniem ruszyła w moim kierunku. Jeden nie miał kurtki, zgubił w klubie. Kiedy już dotarła do nich przekazana przeze mnie smutna nowina zapytali się, czy odholowałbym ich pechowego kolegę na jego przystanek kiedy nadjedzie nasz autobus. Nie miałem powodu odmówić. Z chęcią się zgodziłem dotrzymać mu towarzystwa, tym bardziej, że dobrze im z oczu patrzyło. Po dotarciu na przystanek z którego jechał nasz autobus okazało się, że mamy jeszcze ponad godzinę. Było trochę po piątej rano, zdecydowaliśmy, że poszukamy jakiegoś sklepu. Jednak żadnemu z nas nie przyszło do głowy, że z powodu święta wszystkie sklepy zamknięte, nawet całodobowe. W poszukiwaniu jakiegokolwiek sklepu zrobiliśmy dość spore kółeczko po mieście, bezskutecznie. Rozgoryczeni, zmęczeni i zdezorientowani poszliśmy na przystanek. Autobus przyjechał oczywiście spóźniony, a "przemiły" kierowca powiedział, że nie ruszy dopóki nie kupimy i nie skasujemy biletów. Ale żeby wydać z pięćdziesiątki to nie miał, a kioski pozamykane.
Ruszyliśmy. Dojeżdżając do przystanku na którym miał wysiadać mój pechowy towarzysz zauważyłem, że biedak zmęczony przeżyciami usnął. Nie dałem rady go dobudzić, nawet z pomocą innego współpasażera. Dojechaliśmy do mojego przystanku. W dalszym ciągu nie mogąc go dobudzić, po prostu wziąłem go pod barki i wyniosłem z autobusu. W końcu się obudził, wytłumaczyłem mu sytuację, powoli wszystko do niego docierało: że nie jest tu gdzie być powinien, że nie ma kurtki, że dziewczyna na niego będzie zła i że autobus jest za godzinę.
Posiedziałem z nim do przyjazdu autobusu, pogadaliśmy. Okazało się że chodził to szkoły przy osiedlu na którym mieszkam, z wykształcenia jest technikiem żywienia. W końcu autobus przyjechał, pożegnaliśmy się i ruszyliśmy każdy w swoją stronę.
Podsumowując: Jeśli chodzi o sam koncert - to było najlepiej wydane 30 złotych w moim życiu. Drażniła mnie tylko myśl, że to pierwszy koncert w moim życiu na którym nie byłem w pogo. Towarzystwo było świetne, tego było mi potrzeba. W domu tylko się zorientowałem, że sprzedawca przygłup sprzedał mi jedną złą koszulkę, zły wzór i rozmiar, ale po wymianie korespondencji z zespołem udało się błąd naprawić.
To był naprawdę udany weekend i co najważniejsze dla mnie, bez alkoholu. A bałem się, że nie dam rady.

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Lęk

Witam. Jak ostatnio wspominałam, jestem zapisany na terapię mającą na celu wygranie ze "zniewalającą wręcz chęcią napie*#olenia się do nieprzytomności" (cytat jednego z członków terapii grupowej). W tym miejscu należy wspomnieć jak w ogóle taka terapia wygląda. Otóż istnieje terapia indywidualna, polegająca na spotkaniach z terapeutą, które mają na celu zdefiniowanie i zlokalizowanie problemu, określenie jego natężenia i ustalenia dalszego postępowania. Trwające mniej więcej godzinę spotkanie sprowadza się do luźnej pogadanki z psychoterapeutą, podczas której ten cwany lis wyciąga z nas informacje których byśmy nie powiedzieli wprost nie tylko rodzinie, ale i najlepszym przyjaciołom. Podstępnie wpaja nam poczucie bezpieczeństwa i zaufania, po czym dobiera się do naszej podświadomości, wszelkich lęków i wstydu, obdziera z pancerza tworzonego latami jakby obierał mandarynkę. Jakkolwiek brutalnie to nie brzmi, jest bardzo pomocne i skuteczne, a ma na celu nakłonienie osoby leczonej do tego, aby możliwie samodzielnie doszła do wszystkich wniosków i uświadomiła sobie swój problem.
Tak jak pisałem poprzednim razem, ten rodzaj terapii bardzo poprawia mi humor, za każdym razem po wizycie i rozmowie z panią doktor jestem pełen optymizmu, wiary w siebie, motywacji do skończenia studiów i dodatkowo przekonany, że moje problemy które wyszły tu na jaw mogą sprawdzić się w mojej przyszłej pracy jako bagaż doświadczeń, dzięki któremu uratuję niejedną potrzebującą pomocy osobę...
Występuje też terapia grupowa. Jak sama nazwa wskazuje, spotykamy się w grupach i omawiamy swoje problemy. Na "dzień dobry" badanie alkomatem, czy aby na pewno nikt nie uległ pokusie delikatnego naje#a*ia się do tego stopnia, że jest się w stanie to wyczuć jeszcze na następny dzień. Normalne. Następnie terapeuta pyta się, czy kogoś spotkało coś ciekawego/wartego wspomnienia (wlicza się w to też oczywiście przyznanie się do nieutrzymania abstynencji, zwykła opowieść o minionym tygodniu, poinformowanie grupy o swoim humorze na dany dzień, planach na kolejne itp.). Jak można było przewidzieć, w terapii grupowej największe korzyści wynikają z kontaktu z grupą i relacjami z innymi uczestnikami, a to dlatego, że grupa jest naturalnym środowiskiem człowieka, a najłatwiej jest wracać do zdrowia właśnie w naturalnym środowisku. Dobrymi przykładami grupy w tym rozumieniu jest rodzina i choćby grupa rówieśnicza.
Samą terapię można podzielić na terapię podstawową po której pomyślnym zakończeniu można zapisać się na terapię pogłębioną która ma na celu wspieranie procesu zdrowienia jak i radzenie sobie z problemami osobistymi utrudniającymi utrzymanie abstynencji.
Dlaczego o tym wspominam? Jak zaznaczałem wcześniej, terapia indywidualna bardzo pozytywnie na mnie wpływa, wszystko na niej idzie zgodnie z założeniami, psychicznie i fizycznie czuję się świetnie... dopóki nie znajdę się na spotkaniu terapii grupowej. Wracam ze spotkań totalnie rozbity emocjonalnie, a to chyba nie taki był ich cel. Gdy słucham  historii ludzi tam przychodzących mam wrażenie jakbym był w złym miejscu i czasie, nie w swojej bajce i poniekąd za karę. Z ostatniego spotkania jak wracałem zaczepiła mnie jakaś babka, bo jak sama stwierdziła "jak mnie zobaczyła pomyślała, że trzeba mi jakoś pomóc, bo wyglądam jakbym miał się zaraz popłakać".
Terapeuta zaznacza, żeby nie porównywać się z innymi, nie komentować. Jednak moja wrodzona, wręcz nadpobudliwa empatia nie pozwala się nie wczuwać w słyszane historie, tym bardziej, że ludzie je opowiadający sprawiają naprawdę fajne wrażenie, z każdym rozmawiałem i wiem co mówię.
Jak nie nauczę się sobie z tym radzić, to skutkiem terapii będzie samoistnie wyeliminowanie mojej osoby z populacji poprzez wyjątkowo widowiskowe samobójstwo. Czasami naprawdę się boję tam chodzić.
Na szczęście jest możliwość w ramach terapii umówić się na wizytę u psychologa (wróć, psychiatry), czuję, że to jest coś czego mi trzeba i nie omieszkam z tej możliwości skorzystać. Na pewno pomoże bardziej niż słuchanie o człowieku który w przypływie złości napluł żonie w twarz i uderzył własne dziecko. Albo zwierzenia dziewczyn uzależnionych od dopalaczy. Naprawdę przykro się tego słucha. Kiedy powiedziałem na głos, że moje problemy wydają się błahe w porównaniu z resztą uczestników, została mi zwrócona uwaga, że nie wolno się porównywać z innymi. Ale można się odnosić.
Nie mniej postaram się wytrzymać do końca, ta przemiła pani z terapii indywidualnej twierdzi, że to na pewno minie. Po prostu umysł się broni przed nową, nietypową sytuacją.
Życzcie mi powodzenia.



wtorek, 3 lipca 2018

(De)motywacja

Zacznę delikatnie, od cholernie motywujących słów wypowiedzianych w moim kierunku przez moją kochaną rodzicielkę po powrocie z mojej nieudanej wyprawy mającej na celu zdanie jednego z zaległych moich egzaminów: "Wiesz co, olej tą naukę, ty się do tego nie nadajesz, znajdź sobie normalną robotę. W zasadzie i tak nie znajdziesz pracy w zawodzie". To się nazywa motywacja, właśnie tego k#rwa w tamtym momencie potrzebowałem.
Po oblanym z głupiego powodu egzaminu, bo nauczyłem się nie tego zakresu materiału. Opatrzność widocznie tak chciała.
Do rzeczy, ostatnimi czasy dużo ciekawych rzeczy mnie spotkało. Zostałem wydalony z akademika, okradziony w tramwaju, wali mi się na studiach (fakt, sam mam w tym niemały udział), praktycznie  jestem bez pracy, wywalono mnie z mieszkania w którym mieszkałem (w tym miejscu z kolei choćbym nie wiem jak się starał nie mogę dostrzec swojej winy), zostałem pobity, rodzicielka oskarża mnie o alkoholizm... Oczywiście, nie w takiej kolejności wydarzenia miały miejsce, wiadomo.
Pod wpływem tych wszystkich okoliczności postanowiłem rzucić to wszystko w pierony, mieszkanie w miejscu studiów, ch#jową pracę, zastanawiałem się nawet nad przedterminowym zakończeniem samych studiów. Ale niedawno spotkało mnie coś, co zapaliło w moim sercu światełko nadziei.
Pod wpływem nacisku mamy, zapisałem się na terapię. Ma ona na celu ustalenie czy rzeczywiście jestem alkoholikiem, w jakim stopniu i oczywiście ustalenie ewentualnego programu pomocy. Nie ukrywam, wybrałem się tam z nieukrywaną chęcią i ekscytacją. Byłem pierońsko ciekaw tego co usłyszę, chciałem to skonfrontować z moją wiedzą na ten temat ze studiów i przeczytanej literatury.
Jak się spodziewałem, nie usłyszałem niczego co by mnie zaskoczyło. Nie chcę tu zostać źle zrozumiany, bardzo miło mi się z panią rozmawiało (dodatkowo powiem, że pani terapeutka bardzo mi przypomina moją byłą panią doktor z uczelni, tak samo bezpośrednia i roztaczająca specyficzną, pozytywną aurę wokół siebie), nie ukrywam, że taka rozmowa była mi potrzebna. Doszliśmy z panią do wspólnego wniosku (no, może nie do końca, musiała mnie trochę przekonać), że nie jestem alkoholikiem. Mam tylko delikatne skłonności do nadużywania  alkoholu. Następnie podczas przeprowadzania rozmowy raczyła mnie co jakiś czas komplementami typu: w bardzo składny sposób się wypowiadasz, sprawiasz wrażenie osoby bardzo otwartej i empatycznej, jesteś bardzo grzeczny i dobrze wychowany...
Trochę tego było. Bardzo nie lubię kiedy ludzie mnie komplementują, moja chora podświadomość doszukuje się w tym fałszu i chęci manipulacji ze strony osoby mnie komentującej. Nie mniej zaskakująco miło się tego słuchało. Ale najlepsze na koniec. Kiedy pani dowiedziała się na jakim kierunku studiów jestem stwierdziła: "Jeśli nie skończysz tych studiów to może być niepowetowana strata dla tej dziedziny". Poprawiło mi to humor do końca tego dnia i kawałka następnego.
Na koniec, dla jeszcze mocniejszego efektu motywującego i poprawiającego humor, dodam, że aparat w nowym telefonie mojej siostry ma możliwość ustalania wieku na podstawie twarzy. Według tego cudeńka techniki, jestem młodszy od swojej siostry o dobre kilka lat. Chiński bubel.

wtorek, 1 maja 2018

Żółć

Ostatnio opatrywałem sobie niewielką rankę, umiejscowioną koło blizny na palcu, kiedy to mało nie uciąłem sobie palca (dość znana historia, tak mi się zdaje).
Zauważyłem coś niepokojącego, mianowicie stosunkowo duże zgrubienie względem całej ranki, dodatkowo dziwny fioletowy wykwit wokół. Pchnięty ciekawością, przebiłem draństwo igłą (oczywiście zdezynfekowaną wcześniej w spirytusie salicylowym), po czym jakaś dziwnie śmierdząca, żółtawa, gęsta ciecz prysnęła mi w oko (swoją drogą byłem niemało zaskoczony ciśnieniem z jakim wspomniane cholerstwo zaatakowało moje oczy).
Pamiętam, kiedy dość dawno temu sam mówiłem o sobie, że niczym ten pęcherzyk pod wpływem ataku igłą z mojej strony, tak wszystkie negatywne skumulowane we mnie emocje pod wpływem jakiejś losowej, nieprzewidzianej sytuacji ze strony mojego szeroko rozumianego otoczenia wystrzeli i zacznie żyć swoim życiem. Jak jakiś wewnętrzny pasożyt zabijający swojego żywiciela aby odtąd żyć poza jego ciałem.
A może nie to miałem na myśli, może to te niewykorzystane w większości pokłady pozytywnych emocji, które zalegając w głębi mojej przekiśniętej osobowości nie mając ujścia, będą się zbierać niczym wspomniana ropa/żółć na palcu i w końcu cienka wytrzymałość tego niezrozumiałego tworu utrzymującego to całe cholerstwo na uwięzi pęknie zalewając resztki moich pozytywnych cech śmierdzącą mazią?
Czasami mam wrażenie, że to jednak ten drugi scenariusz jest bardziej prawdopodobny, pomimo tego, że jest to podejście bez porównania bardziej egocentryczne (widzicie? it's begins...).
Ostatnio znów za dużo sytuacji się u mnie zadziało i nie wszystkie były dobre (czuję się teraz jak jeden z tych zawsze użalający się nad sobą gimnazjalistów, którymi zresztą tak zawsze gardziłem, nawet w czasach kiedy sam należałem do tej części populacji szkolnej), ale też nie wszystkie były złe. Fakt, mam mały problem z jednoznacznym sklasyfikowaniem sytuacji, gdy wspomniały mi się piękne, szczeniackie czasy kiedy to konsekwencje swoich czynów nie były tak dotkliwie i bezpośrednio odczuwalne. W tamtej chwili czułem się świetnie, jednak po usłyszeniu co mnie czeka za ten pozornie niewiele znaczący wybryk poczułem brutalnie wręcz miażdżący ciężar odpowiedzialności za własne czyny. A żeby było śmieszniej, do tej pory nie ma jednoznacznego rozwiązania tejże sytuacji. Jednak powrót na łono domów studenckich nie do końca okazał się trafionym pomysłem, ale cóż, tego już się nie cofnie. Podchodzę na chwilę obecną do tego z typową dla siebie lekceważącą akceptacją. Ale czy to zdrowe?
Czas pokaże.