I jak co roku to samo. Patrzymy sobie głęboko w oczy, jak pojedynkujący się kowboje tuż przed oddaniem strzału. Znaczy, patrzylibyśmy, gdyby nie to, że on już nie ma oczu. Nie ma też głowy, części wnętrzności i kończyn (których po prawdzie nigdy nie miał). Nie mniej, jest cholernie niebezpieczny.
Pojedynek na broń białą, ja uzbrojony w nóż i widelec, on bez broni, bynajmniej jednak nie bezbronny. Ale kto? Jak to kto, wigilijny karp.
Mam wrażenie, że on się mści za nieuszanowanie jego ciała po śmierci stając ością w gardle. I to nie jest przenośnia. I to ty jesteś na straconej pozycji, bo on i tak już nie żyje.
Powiem więcej, to jeszcze przed tobą... nie ważne czy przyjdzie ci złożyć ofiarę z własnego życia, czy ci się poszczęści i będzie ci dane dotrwać do kolejnej kolacji wigilijnej, musisz zjeść przynajmniej kawałek tej piekielnej potrawy, bo będzie przykro osobie która ją przyrządzała. Piekielność tej potrawy nie jest jednak skutkiem zdolności kulinarnych kucharza (lub też ich braku), ta potrawa jest zła sama w sobie, do szpiku kości.
Ale stało się. Dzwonią po pogotowie, zabierają mnie, jeszcze w ambulansie stwierdzają zgon. Wiedzą co było jego skutkiem, tego dnia mieli aż nadto takich zgłoszeń. Z rezygnacją, wciąż jadąc na sygnale (bo cholernie pocieszająca jest myśl, że wszyscy pozostali po prostu muszą ustąpić ci z drogi) wyrzucają moje ciało do przydrożnego rowu. Pałeczkę przejmuje policja. Patolog z niedowierzaniem przeciera oczy po wstępnych oględzinach:
- Nigdy w całej swojej karierze nie widziałem czegoś takiego. Facet zginął przez zadławienie, a powinien się wykrwawić od tych ran. Jego przełyk wygląda jak wywrócony na lewo kaktus...
I tak co roku. Też przez to przechodziliście? Powiedzcie że tak, nie zostawiajcie mnie samego z moimi paranojami, proszę. Ta walka to, czasami odnoszę takie właśnie wrażenie, jedyne co mnie jeszcze trzyma po realnej stronie tego życia.
O wszystkim i o niczym. O tym co mnie wkurza, drażni, bawi, śmieszy, zastanawia. O moich przemyśleniach i innych różnych pierdołach. O mnie.
piątek, 25 grudnia 2015
niedziela, 20 grudnia 2015
Strach się bać
Każdy się czegoś boi. Jedni boją się pająków, inni ciemności, jeszcze inni żab. To normalne. Strach jest jednym z naszych podstawowych mechanizmów obronnych. Kiedy to pod wpływem jakiegoś bodźca z którym się już kiedyś zetknęliśmy wszystkie mięśnie ulegają napięciu pozwalając na natychmiastową ucieczkę lub walkę. Kiedy źródło strachu staje się irracjonalne, ten przeradza się w lęk, który z kolei może być patologią, jeśli jest stanem permanentnym zakłócającym nasze normalne funkcjonowanie.
Po co to piszę? Bo potrzebowałem odpowiednio skalibrowanego wstępu żeby opisać to, co męczyło mnie od bardzo, bardzo dawna, a co uświadomiłem sobie całkiem niedawno, mianowicie czego się boję. A może lękam?...
Kiedy byłem młodszy uważałem że nie boję się niczego. To, że podskoczę lub drgnę kiedy wyskoczysz z szafy z zakrwawionym nożem w momencie kiedy się tego nie spodziewam, nie jest objawem strachu, tylko zaskoczenia, a pierwsze pytanie jakie sobie zadam nie będzie: "Kurczę, zaraz zginę, ciekawe czy będzie bolało?", tylko raczej coś w stylu: "Co do cholery robiłeś w mojej szafie z tym śmiesznie małym nożem?".
Później jednak zdałem sobie sprawę z faktu, że jest coś czego się boję. I nie jest to śmierć, bo nie ma sensu się bać czegoś, co jest nieuniknione. A przynajmniej ja tak sądzę. Bałem się że zostanę sam, że cała moja rodzina, przyjaciele i otaczający mnie ludzie zaczną znikać jeden po drugim, bez słowa wyjaśnienia czy choćby usprawiedliwienia. Po prostu, jak za sprawą magicznej różdżki, pstryknięcia palcami lub czegoś podobnego. Bałem się samotności jak... I tu cholera brakuje mi porównania.
Dzień, a może dwa dni temu... w każdym bądź razie w przeciągu tego tygodnia, kiedy uświadomiłem sobie że samotność jest już stałą częścią mnie, wręcz moim synonimem, przestałem się jej bać. Bo tak jak już kiedyś wspominałem, boimy się rzeczy których nie znamy lub nie mamy z nimi styczności, a wspomnienia czy sama myśl o nich wywołuje niezdrowe reakcje. A ja się po prostu przyzwyczaiłem. Nie, nie pogodziłem się z tym, a przyzwyczaiłem.
Ale do rzeczy. Kiedy próbowałem zasnąć, jak zwykle w jednej z moich karkołomnych póz godnych prawdziwych magików ludzkiego ciała, usłyszałem trzask. Niby nic dziwnego. doskonale wiem, że czasami kości mi strzelają jakoby z nudów. Ale po chwili zorientowałem się, że to moje śmiesznie nieistotne problemy (przynajmniej w oczach innych za takie czasem uchodzą) przygniatają mnie i miażdżą mi powoli kości. Dzień po dniu, minimetr po minimetrze, prozaiczność dnia przytłacza coraz bardziej. Kiedy za każdym razem kiedy wstajesz z łóżka boisz się postawić nogi na ziemię, z obawy przed potworami codzienności mieszkającymi właśnie pod tym łóżkiem, gotowymi w każdej chwili wciągnąć cie za nogi do swojej kryjówki i wypić ci mózg przez słomkę.
Boję się życia. A może rzeczywiście to jest bardziej lęk? Nie ważne, tylko psychpoatologia odróżnia te dwa terminy, normalnie można używać tych dwóch słów jako zamienniki.
A więc, dlaczego boję się życia i codzienności? Nie wiem. Tak jest, a jak jak na razie nie potrafię nic z tym zrobić. Życie spełnia wszystkie moje osobiste kryteria pozwalające je zakwalifikować jako przedmiot strachu.
I tym oto pozytywnym akcentem, kończę na dziś, idę walczyć z moim smokiem codzienności.
Po co to piszę? Bo potrzebowałem odpowiednio skalibrowanego wstępu żeby opisać to, co męczyło mnie od bardzo, bardzo dawna, a co uświadomiłem sobie całkiem niedawno, mianowicie czego się boję. A może lękam?...
Kiedy byłem młodszy uważałem że nie boję się niczego. To, że podskoczę lub drgnę kiedy wyskoczysz z szafy z zakrwawionym nożem w momencie kiedy się tego nie spodziewam, nie jest objawem strachu, tylko zaskoczenia, a pierwsze pytanie jakie sobie zadam nie będzie: "Kurczę, zaraz zginę, ciekawe czy będzie bolało?", tylko raczej coś w stylu: "Co do cholery robiłeś w mojej szafie z tym śmiesznie małym nożem?".
Później jednak zdałem sobie sprawę z faktu, że jest coś czego się boję. I nie jest to śmierć, bo nie ma sensu się bać czegoś, co jest nieuniknione. A przynajmniej ja tak sądzę. Bałem się że zostanę sam, że cała moja rodzina, przyjaciele i otaczający mnie ludzie zaczną znikać jeden po drugim, bez słowa wyjaśnienia czy choćby usprawiedliwienia. Po prostu, jak za sprawą magicznej różdżki, pstryknięcia palcami lub czegoś podobnego. Bałem się samotności jak... I tu cholera brakuje mi porównania.
Dzień, a może dwa dni temu... w każdym bądź razie w przeciągu tego tygodnia, kiedy uświadomiłem sobie że samotność jest już stałą częścią mnie, wręcz moim synonimem, przestałem się jej bać. Bo tak jak już kiedyś wspominałem, boimy się rzeczy których nie znamy lub nie mamy z nimi styczności, a wspomnienia czy sama myśl o nich wywołuje niezdrowe reakcje. A ja się po prostu przyzwyczaiłem. Nie, nie pogodziłem się z tym, a przyzwyczaiłem.
Ale do rzeczy. Kiedy próbowałem zasnąć, jak zwykle w jednej z moich karkołomnych póz godnych prawdziwych magików ludzkiego ciała, usłyszałem trzask. Niby nic dziwnego. doskonale wiem, że czasami kości mi strzelają jakoby z nudów. Ale po chwili zorientowałem się, że to moje śmiesznie nieistotne problemy (przynajmniej w oczach innych za takie czasem uchodzą) przygniatają mnie i miażdżą mi powoli kości. Dzień po dniu, minimetr po minimetrze, prozaiczność dnia przytłacza coraz bardziej. Kiedy za każdym razem kiedy wstajesz z łóżka boisz się postawić nogi na ziemię, z obawy przed potworami codzienności mieszkającymi właśnie pod tym łóżkiem, gotowymi w każdej chwili wciągnąć cie za nogi do swojej kryjówki i wypić ci mózg przez słomkę.
Boję się życia. A może rzeczywiście to jest bardziej lęk? Nie ważne, tylko psychpoatologia odróżnia te dwa terminy, normalnie można używać tych dwóch słów jako zamienniki.
A więc, dlaczego boję się życia i codzienności? Nie wiem. Tak jest, a jak jak na razie nie potrafię nic z tym zrobić. Życie spełnia wszystkie moje osobiste kryteria pozwalające je zakwalifikować jako przedmiot strachu.
- Po pierwsze: nie znam go. Tak wiem, mam z nim do czynienia na co dzień. Ale mam wrażenie, że nie ze swoim. Zaskakuje mnie każdego dnia, jak nic innego na świecie. Zero powtórzeń, zero schematów. Nie do zrozumienia, nie do ogarnięcia. Wymykające się mi z rąk jak mydło recydywiście pod więziennym prysznicem.
- Po drugie: nie da się go wytłumaczyć, zawrzeć w karby logiki.
I tym oto pozytywnym akcentem, kończę na dziś, idę walczyć z moim smokiem codzienności.
piątek, 18 grudnia 2015
Co nuda robi z ludźmi
Wykłady. Nawet nie wiem z jakiego przedmiotu, ale siedzę z poczucia obowiązku. Po mojej prawej koleżanka coś dziubie na klawiaturze laptopa, dalej kolega przegląda w internecie jakieś głupie strony. Odwracam się w drugą stronę, siedzą dwie koleżanki. Jedna skrupulatnie notuje nie przejmując się faktem, że jest właśnie przeze mnie obserwowana, druga sprawia wrażenie, jakby nie do końca wiedziała co się wokół niej dzieje. Za mną siedział natomiast kolega, który wpatrywał się tępym wzrokiem przed siebie, i co jakiś czas zerkając na mnie mówił: "teraz ja jestem z tyłu". Warto nadmienić, że siedziałem w ostatnim rzędzie.
Pomyślałem sobie, że żeby zapomnieć o otaczającym mnie świecie zajmę się czymś twórczym. I tak oto, z braku wszelkiej alternatywy, stworzyłem to:
Nudzi mi się jak cholera,
Nuda ta mnie w mózg uwiera.
Lecz nadzieję mam naiwną,
Że te stany szybko miną.
W miejscu tym fakt dość istotny,
Humor mam dziś dość markotny...
Znajdźmy na to panaceum:
Chodź mnie przytul w jednym celu.
Wiem, że zrobię coś głupiego
Proszę, nie miej za złe tego.
Sytuację wnet naprawię,
Sznur wisielczy sobie sprawię.
I choć nawet się powieszę
Raczej Cię tym nie ucieszę.
Na Sylwestra to naprawię
Bawmy się tam doskonale,
Amen.
I tak, przynajmniej w moim mniemaniu wyszło coś lekkiego i pozytywnego, po dopisaniu zaledwie czterech wersów. Jakoś specjalnie dumny może z tego tworu nie jestem, ale jak na pierwszy raz nie poszło mi chyba aż tak źle, prawda?
Pomyślałem sobie, że żeby zapomnieć o otaczającym mnie świecie zajmę się czymś twórczym. I tak oto, z braku wszelkiej alternatywy, stworzyłem to:
Nudzi mi się jak cholera,
Nuda ta mnie w mózg uwiera.
Lecz nadzieję mam naiwną,
Że te stany szybko miną.
W miejscu tym fakt dość istotny,
Humor mam dziś dość markotny...
I tu proces twórczy uległ chwilowemu zatrzymaniu. Zastanawiałem się co z tym zrobić, wydawało mi się to zbyt fikuśne, pomyślałem jak by to zmienić żeby nabrało trochę powagi...
Znajdźmy na to panaceum,
Chodź mnie przytul w jednym celu...
Powtórka z rozrywki. Teraz z kolei zaczęło mi się to wydawać zbyt wyniosłe jak na głupiego zabójcę czasu. Był nawet pomysł, żeby napisać coś w stylu:
Obalimy flaszkę, dwie,
Wnet ochota weźmie cię.
Ale wydawało mi się to głupie i dziecinne, szybko to skreśliłem. Chwilami desperacja w chęci dopisania czegoś popychała się do prośby o pomoc kolegi za mną.
Po chwilowym zastanowieniu i drobnych konsultacjach dopisałem coś takiego:
Po chwilowym zastanowieniu i drobnych konsultacjach dopisałem coś takiego:
I choć zrobię coś głupiego
Proszę, nie miej za złe tego.
Sytuację wnet naprawię,
Sznur wisielczy sobie sprawię.
I na tym zakończył się proces twórczy. Problem w tym, że czułem niedosyt, mało tego, podczas wymyślania kolejnych wersów poprawiał mi się humor, a ja się dobrze nawet bawiłem, tak samo kiedy liczyłem rytm tej rymowanki (bo wiersz według mnie to nie jest, nawet jego namiastka, zbyt prosty).
Chciałem temat kontynuować, ale nie wiedziałem w którą stronę pójść. Początek był taki trochę od niechcenia, później postanowiłem dodać trochę parodii powagi i na końcu nutkę skarykaturowanej dramaturgii. Zastanawiałem się, czy to mogło by się dobrze skończyć.
Widocznie zastanawiałem się zbyt intensywnie, bo zakończenie przyszło do mnie we śnie.
Summa summarum, powstało coś takiego:
Nuda ta mnie w mózg uwiera.
Lecz nadzieję mam naiwną,
Że te stany szybko miną.
W miejscu tym fakt dość istotny,
Humor mam dziś dość markotny...
Znajdźmy na to panaceum:
Chodź mnie przytul w jednym celu.
Wiem, że zrobię coś głupiego
Proszę, nie miej za złe tego.
Sytuację wnet naprawię,
Sznur wisielczy sobie sprawię.
I choć nawet się powieszę
Raczej Cię tym nie ucieszę.
Na Sylwestra to naprawię
Bawmy się tam doskonale,
Amen.
I tak, przynajmniej w moim mniemaniu wyszło coś lekkiego i pozytywnego, po dopisaniu zaledwie czterech wersów. Jakoś specjalnie dumny może z tego tworu nie jestem, ale jak na pierwszy raz nie poszło mi chyba aż tak źle, prawda?
sobota, 28 listopada 2015
Nie mam pomysłu na tytuł
Wstałem dziś z łóżka, popatrzyłem sobie przez okno, bezproduktywnie posiedziałem na krześle, poczytałem sobie wiersze (ostatnio jakoś rzadko to robiłem)...
Dlaczego to piszę? Bo się cholernie nudzę, a na napisanie czegoś na blogu zbieram się od jakichś dwóch tygodni. Nie żeby przez ten czas nic ciekawego nie miało miejsca, bo i owszem, miało. Ale jakoś wydawało mnie się to mało istotne, w całej swojej intrygującej wręcz niebanalności.
Ale wszystkie te sytuacje w mojej interpretacji mają negatywny oddźwięk, a ja chciałbym napisać coś odgryzającego się treścią i charakterem od ostatnich wpisów, przesiąkniętych wręcz rozgoryczeniem, po trochu złością i rezygnacją. To co? Próbujemy?
Dlaczego to piszę? Bo się cholernie nudzę, a na napisanie czegoś na blogu zbieram się od jakichś dwóch tygodni. Nie żeby przez ten czas nic ciekawego nie miało miejsca, bo i owszem, miało. Ale jakoś wydawało mnie się to mało istotne, w całej swojej intrygującej wręcz niebanalności.
Ale wszystkie te sytuacje w mojej interpretacji mają negatywny oddźwięk, a ja chciałbym napisać coś odgryzającego się treścią i charakterem od ostatnich wpisów, przesiąkniętych wręcz rozgoryczeniem, po trochu złością i rezygnacją. To co? Próbujemy?
***
Zacznijmy od pewnej ciekawej sytuacji która miała miejsce jakiś tydzień temu. Byłem umówiony na spotkanie z kumplem. Niestety, ze względu na zewnętrzne czynniki na które on, ani tym bardziej ja nie mieliśmy wpływu, spotkanie zostało przełożone. Na szczęście tylko o jakieś dwie, góra trzy godziny. Tak więc stałem w umówionym miejscu, czekając z utęsknieniem na jego powrót, umilałem sobie czas obserwowaniem otoczenia i ludzi błąkających się po osiedlu. Moją uwagę przyciągnął pewien chwiejący się jegomość, który pomimo licznych przeciwności losu stwierdził, że jednak trzeba wyjść na spacer z psem. Wiadomo, mus to mus. Patrzyłem jak łapał się pojedynczych cząsteczek tlenu żeby tylko utrzymać względny pion. Nagle wspomniany dżentelmen mnie spostrzegł, po czym z dość sporej odległości grzecznie zapytał: EEEEEEEEEeeeee, ty tam, pod klatką, masz może fajkę? Zaprzeczyłem ruchem głową, co udało mu się spostrzec pomimo wszechogarniającego osiedle mroku i dzielącego nas dystansu. Wyraźnie zasmuciła go moja odpowiedź, po czym w równie grzeczny i elokwentny sposób co poprzednio stwierdził: K...wa, dopiero z wytrzeźwiałki wróciłem, palić się chce a nie ma do cholery co. Loda bym zrobił za fajkę...
Desperacja, straszna rzecz. Widziałem jeszcze jak zaczepiał innych ludzi, ale niewiele mnie już to obchodziło.
Inna sytuacja, która wprawiła mnie w permanentne otępienie. Kiedy pojechałem do szpitala z powodu skręconej nogi, pod wpływem namów wielce się niepokojących o mój stan zdrowia znajomych. Więc zabrałem się, poprosiłem kumpla o podwózkę, i ruszyliśmy. Nie spodziewałem się nie wiadomo czego, bo co mnie może zaskoczyć w szpitalu, nie raz i nie dwa byłem przecież w tym przybytku. A jednak. W pobliżu szpitala stał ładny budyneczek, jak się okazało, był to doskonale prosperujący zakład pogrzebowy. Fajnie, pomyślałem, pierwszy wstrząs za mną. W okienku rejestracji mi powiedziano na jaki oddział mam się skierować aby zostać obsłużonym. Więc kuśtykam powoli ale sukcesywnie do celu. Przynajmniej tak myślałem. Oczywiście się zgubiłem. Nie, wróć. Facet się nie gubi, facet bada teren. W końcu jednak udało się dotrzeć. Musiałem tylko uzupełnić jeden świstek. Było na nim napisane: W wypadku śmierci bądź utraty organów upoważniam do odbioru dokumentacji leczenia osobę: i miejsce na dane. Pozwoliłem sobie zwrócić panu przy rejestracji uwagę, że mam tylko skręconą nogę i że nie widzę potrzeby wypełniać tego świstka. Pan jednak ze stoickim spokojem odpowiedział: nigdy nic nie wiadomo...
Mimowolnie przypomniałem sobie o budynku koło szpitala.
Skierowałem się więc pełnym gracji krokiem do gabinetu lekarskiego. Dowiedziałem się tam, że mam skręconą nogę (!), powinienem się oszczędzać a także robić okłady. Jeszcze nigdy nie miałem tak wyraźnego przeświadczenia, że zmarnowałem masę czasu. Wracamy z kolegą na parking, niedaleko był przystanek autobusowy, z ciekawości rzuciłem okiem jakie autobusy kursują i czy była by możliwość wrócić do siebie nie zawracając głowy koledze. Moją uwagę przyciągnął kurs, którego celem było nie co innego, jak cmentarz komunalny. To była kumulacja, przyrzekłem sobie, że ostatni raz byłem w promieniu kilometra od tego miejsca.
Miałem opisać jeszcze kilka ciekawych sytuacji które mi się ostatnio przytrafiły i dały mi do myślenia, ale po pobieżnym rozejrzeniu się po pokoju stwierdzam, że to nie ma sensu. Wszędzie walają się puszki i butelki po piwach i wódce.
Kończę wpis paląc papierosa którego znalazłem pod biurkiem. To do zaś, następnym razem postaram się bardziej wysilić.
piątek, 13 listopada 2015
Może po prostu: "niepokój"?
Ostatnio miałem dwa dziwne, niepokojące sny. Chciałem się nimi, jak to zwykle robię w podobnych sytuacjach, pochwalić.
A może sen po prostu obrazuje moje lęki i obawy? W takim razie czego się tak bardzo boję? Bo na pewno nie upadku z dużej wysokości.
Jeśli chodzi o drugi sen... cóż. Nie wiem co powiedzieć. Wszystko było tak boleśnie realistyczne. Zacznę się niepokoić o kondycję mojej psychiki jeśli tego typu sny zaczną się częściej powtarzać.
Na zakończenie, żeby było ciekawiej. Osoba z pierwszego snu i nauczycielka z drugiego, to ta sama osoba.
- Siedzę sobie sam w swoim pokoju w akademiku. Nudzę się niemiłosiernie, więc postanowiłem odwiedzić pewną znaną mi i lubianą osobę. Więc, dupa w troki i wychodzę. Pukam, słyszę doskonale mi znane, cichutkie i ledwo słyszalne zaproszenie, więc wchodzę. Nawiązuję się rozmowa, której treść i przebieg nic nie wnoszą do sensu snu, to raz, dwa - nawet ich nie pamiętam. W pewnym momencie przerywam rozmowę i wychodzę na balkon na papierosa, widocznie musiała zacząć zmierzać w niepomyślnym mi kierunku i poczułem się niekomfortowo, uciekłem więc do nałogu. Stoję wygodne oparty o barierkę, naglę czuję za sobą obecność towarzyszącej mi wtedy osoby. Nie zaskoczyło mnie to, bo czy powinno? Po pewnym czasie jednak poczułem niepokojącą lekkość, moje nogi oderwały się od ziemi, a nieprawdopodobnie mocne pchnięcie w plecy sprawiło, że poleciałem dobre kilka pięter w dół. W związku z tym, że swego licho nie bierze, jakimś cudem przeżyłem. Jednak po pewnym czasie dotarł do mnie tragizm sytuacji. Zostałem wypchnięty przez balkon przez osobę, po której najmniej bym się tego spodziewał (co jeszcze byłbym w stanie zrozumieć i znieść), ponadto straciłem czucie w nogach. Po ogólnych oględzinach stwierdziłem, że są pozginane w zdecydowanie zbyt wielu miejscach i pod dziwnymi kontami. Ale nie to było najgorsze. Najgorsza była obecność wspomnianej wcześniej osoby koło mnie i jej nienaturalny, chory śmiech. Pośmiała się, posłała kilka pełnych pogardy spojrzeń i poszła. Po pewnym czasie znalazła moje poturbowane ciało moja przyjaciółka i zarazem znajoma z roku. Poszła po chłopaka i zanieśli mnie do pokoju. Koniec.
- Ten sen przyśnił mi się dzisiaj, to był definitywnie koszmar, ale nie ten z najwyższej półki. Do rzeczy. Jestem małym chłopczykiem, i z grupą z mojej klasy i częścią nauczycieli pojechaliśmy na wycieczkę. Jechaliśmy pociągiem, bo cel podróży był dość daleko, a pociąg jest znacznie wygodniejszy od autokaru. Siedzę w przedziale z trojgiem dzieci: dwiema dziewczynkami i chłopczykiem. Nagle jedna dziewczyna zauważyła coś dziwnego na półce na bagaż nad swoim siedzeniem. Wrodzona dziecięce ciekawość kazała jej to niezwłocznie zbadać. Kiedy dziewczynka wdrapywała się na fotel, mnie coś kazało iść po kogoś dorosłego. Przyprowadziłem nauczyciela. Kiedy wchodziliśmy do przedziału, dziewczynka trzymała już w ręku granat i z uśmiechem na twarzy podeszła do nauczyciela żeby pochwalić się "jaką śmieszną gruszkę" znalazła. Nauczyciel mnie odepchnął, coś huknęło, błysnęło a ja przez chwilę jedyne co widziałem to zniszczony przedział, kawałki koleżanki (między innymi rączkę która ściskała zawleczkę) i połowę nauczyciela. Mnie z kolei urwało prawą dłoń. Pociąg się zatrzymał. Wszyscy wybiegli na korytarz żeby zobaczyć co się stało. Było by dobrze, jakby to był koniec, ale okazało się, że ktoś w przedziałach pozostawiał więcej takich niespodzianek. Skutki są łatwe do przewidzenia... Kilkoro dzieci i jedna opiekunka (bo tyle nas zostało) wyszliśmy ze zniszczonego pociągu. Znaleźliśmy się w swojego rodzaju kanionie czy też zapadlisku. idziemy gęsiego, pokaleczeni, brudni itp. Ogólnie, obraz nędzy i rozpaczy. Dzieci płaczą, nauczycielka zresztą też. ja idę przedostatni, za mną idzie jakaś dziewczynka. Zrównała się ze mną, złapała za rękę uprzednio pytając czy może. Szliśmy tak chwilę, przedstawiła mi się, porozmawialiśmy chwilkę. To nam bardzo pomogło. Po chwili powiedziała coś, co do tej pory ściska mi gardło: "Wiesz, ty masz za dużo szczęścia. To ty powinieneś znaleźć pierwszą bombę. Ale jak tobie się udało, to wierzę, że okaże się to tylko złym snem, obudzimy się i jutro znowu wszyscy spotkamy się w klasie". Pamiętam jak się rozpłakałem po tych słowach (zapomniałem na wstępie wspomnieć, że wszystkie dzieci były w przedziale wiekowym 7-10 lat). Zabolała mnie pierwsza część jej wypowiedzi, natomiast druga, przepełniona dziecinną naiwnością i ufnością, że to nie może być przecież prawda, dopełniła dzieła zniszczenia. Po pewnym czasie usłyszałem dziwne kliknięcie, kolejny huk. Moja rozmówczyni weszła na minę przeciwpiechotną, dalej trzymałem jej rękę. Koniec.
Jeśli chodzi o drugi sen... cóż. Nie wiem co powiedzieć. Wszystko było tak boleśnie realistyczne. Zacznę się niepokoić o kondycję mojej psychiki jeśli tego typu sny zaczną się częściej powtarzać.
Na zakończenie, żeby było ciekawiej. Osoba z pierwszego snu i nauczycielka z drugiego, to ta sama osoba.
niedziela, 1 listopada 2015
Zamęt
W końcu się wyspałem. Pierwszy raz od dość długiego czasu. Co miało wpływ na moje ostatnie problemy ze snem, a co na finalną ulgę i skorzystanie z przywileju snu? Nie mam pojęcia, mogę się tylko domyślać.
Pozwolę sobie opowiedzieć pewną historię.
Był sobie ptak, dajmy na to: słowik, który postanowił sobie uwić gniazdko. Plan wielce ambitny, ale możliwy do wykonania. Pozostało tylko znaleźć odpowiednie miejsce. Nasz słowik był estetą, do tego dość wybrednym, szukał nierealnie długo. Ale wysiłek się opłacił, znalazł. Miejsce spełniało wszelkie kryteria, nie było się do czego przyczepić. Był to krzak białej róży. Plan zakładał gniazdo w samym środku krzaku, gdzie jest cień, ładny zapach i nieprzeciętnie ładny widok, co z kolei zaspokajało zmysł estetyki naszego słowika. Upojony zapachem uwielbiał przesiadywać w pobliżu róży, czół się nawet bezpieczny, odizolowany od problemów świata codziennego. Był jednak pewien problem: za każdym razem, kiedy słowik znosił materiały na gniazdo, ranił się o wystające z łodyg ostre kolce. Im był bliżej ukończenia gniazda tym bardziej był poraniony.
Historia nie ma happy endu, kończy się kiedy róża zmienia kolor ze śnieżnobiałego na czerwony, pod wpływem krwi słowika. Gniazdo nie zostało ukończone, smętnie wisiało w głębi wspomnianego krzaku.
Spróbujmy sobie teraz wyobrazić, jak mogłaby wyglądać ta sama historia z perspektywy róży.
Rośnie sobie taki krzaczek, wygląda przecudnie, choć nie zdaje sobie z tego sprawy. Pewnego dnia podlatuje do niej słowik, przysiada i śpiewa. Róży podoba się śpiew słowika, z czasem przyzwyczaiła się do jego obecności i śpiewu, dlatego była zaskoczona faktem że nie pojawiał się od dłuższego czasu. Jednak po pewnym czasie przyleciał, nie wyglądał najlepiej...
Dlaczego o tym piszę? Bo podobna historia śni mi się od jakiegoś czasu. Możliwe, że wiem co jest tego przyczyną, ale pewnym jest, że nie chcę tego przyjąć do wiadomości.
To deprymujące, kiedy z całych sił staram się nie myśleć o problemach, a one bezczelnie wracają do mnie pod postacią snów. Z drugiej jednak strony może nie do końca jestem wobec siebie szczery, bo skoro podświadomość robi mi takie psikusy, to może coś jest na rzeczy. Kiedy rozum jest z ciebie dumny bo podjąłeś słuszną decyzję, ale cała reszta się buntuje i nie daje rozumowi spokoju.
To wszystko sprawia że w głowie panuje jeszcze większy bałagan niż zwykle, totalny chaos, permanentny zamęt i perturbacja.
Na zakończenie, zagadka: czy to wina róży, że słowik zmarł?
Pozwolę sobie opowiedzieć pewną historię.
Był sobie ptak, dajmy na to: słowik, który postanowił sobie uwić gniazdko. Plan wielce ambitny, ale możliwy do wykonania. Pozostało tylko znaleźć odpowiednie miejsce. Nasz słowik był estetą, do tego dość wybrednym, szukał nierealnie długo. Ale wysiłek się opłacił, znalazł. Miejsce spełniało wszelkie kryteria, nie było się do czego przyczepić. Był to krzak białej róży. Plan zakładał gniazdo w samym środku krzaku, gdzie jest cień, ładny zapach i nieprzeciętnie ładny widok, co z kolei zaspokajało zmysł estetyki naszego słowika. Upojony zapachem uwielbiał przesiadywać w pobliżu róży, czół się nawet bezpieczny, odizolowany od problemów świata codziennego. Był jednak pewien problem: za każdym razem, kiedy słowik znosił materiały na gniazdo, ranił się o wystające z łodyg ostre kolce. Im był bliżej ukończenia gniazda tym bardziej był poraniony.
Historia nie ma happy endu, kończy się kiedy róża zmienia kolor ze śnieżnobiałego na czerwony, pod wpływem krwi słowika. Gniazdo nie zostało ukończone, smętnie wisiało w głębi wspomnianego krzaku.
Spróbujmy sobie teraz wyobrazić, jak mogłaby wyglądać ta sama historia z perspektywy róży.
Rośnie sobie taki krzaczek, wygląda przecudnie, choć nie zdaje sobie z tego sprawy. Pewnego dnia podlatuje do niej słowik, przysiada i śpiewa. Róży podoba się śpiew słowika, z czasem przyzwyczaiła się do jego obecności i śpiewu, dlatego była zaskoczona faktem że nie pojawiał się od dłuższego czasu. Jednak po pewnym czasie przyleciał, nie wyglądał najlepiej...
Dlaczego o tym piszę? Bo podobna historia śni mi się od jakiegoś czasu. Możliwe, że wiem co jest tego przyczyną, ale pewnym jest, że nie chcę tego przyjąć do wiadomości.
To deprymujące, kiedy z całych sił staram się nie myśleć o problemach, a one bezczelnie wracają do mnie pod postacią snów. Z drugiej jednak strony może nie do końca jestem wobec siebie szczery, bo skoro podświadomość robi mi takie psikusy, to może coś jest na rzeczy. Kiedy rozum jest z ciebie dumny bo podjąłeś słuszną decyzję, ale cała reszta się buntuje i nie daje rozumowi spokoju.
To wszystko sprawia że w głowie panuje jeszcze większy bałagan niż zwykle, totalny chaos, permanentny zamęt i perturbacja.
Na zakończenie, zagadka: czy to wina róży, że słowik zmarł?
niedziela, 18 października 2015
Serce nie sługa...
... a człowiek nie wielbłąd. Zbyt wiele razy te dwie mądrości się u mnie przeplatały w pewnych kluczowych sytuacjach, zbyt wiele razy słyszałem, że ten sposób radzenie sobie z problemami to prosta droga na dno. Ale tam podobno można się przynajmniej wygodnie położyć.
Za każdym razem, kiedy błędnie oceniam sytuację niefortunnie lokując zalążki uczuć, znajduję się w położeniu, z którego najprostszą ucieczką wydaje się być spacer do najbliższego sklepu po odpowiednią ilość alkoholu.
Chciałbym w tym miejscu móc napisać: "było, minęło", ale sam w to do końca nie wierzę.
Za każdym razem, kiedy błędnie oceniam sytuację niefortunnie lokując zalążki uczuć, znajduję się w położeniu, z którego najprostszą ucieczką wydaje się być spacer do najbliższego sklepu po odpowiednią ilość alkoholu.
Chciałbym w tym miejscu móc napisać: "było, minęło", ale sam w to do końca nie wierzę.
***
Ten kawałek wpisu znalazłem jakiś czas temu w kopiach roboczych, z datą napisania październik 2013. Nawet nie pamiętam co się w tym okresie mogło wydarzyć żebym był skłonny napisać coś takiego. Ale czy coś uległo zmianie od tamtej pory? Śmiem wątpić.
Stosunkowo niedawno usłyszałem, że szukam szczęścia na siłę. Być może. W pewnym sensie to mój sposób na życie, nic na to nie poradzę, nawet jakbym chciał. Bo jestem zbyt leniwy i uparty żeby się teraz zmieniać. Poza tym, nie dawniej jak tydzień temu usłyszałem, że nie warto się zmieniać. Jeśli ktoś nie akceptuje cię takiego jakim jesteś, to nie twój problem, tylko tej drugiej osoby. Brzmi sensownie, trzeba przyznać.
Ale jednak, na podstawie ostatnich wydarzeń dochodzę do wniosku, że muszę w sobie zmienić kilka rzeczy, bo mam przeczucie, że jeśli tego nie zrobię, kierując się tym samym powyższą filozofią, po prostu zostanę sam. A raz już naprawdę niewiele brakowało.
A zatem, w planach jest między innymi rzucenie palenia i ograniczenie alkoholu. Moje finanse na tym tylko zyskają, a mnie wyjdzie to na zdrowie.
I znowu, jak za starych, dobrych czasów, stworzyłem wpis, którego tytuł niewiele ma wspólnego z treścią. Jestem z siebie tak cholernie dumny.
środa, 30 września 2015
Ćpun
- Syndrom odstawienia. Kiedy po jednym dniu przerwy, niejako z własnej woli, niejako przymuszonym, wszystko ci mówi, że jednak powinieneś. Nie ważne co to jest, czy właśnie usypujesz kreskę, zbijasz skręta czy nabijasz strzykawkę. Wszystko ci przypomina o tym, myślisz o tym cały czas, a sama myśl nie daje się w żaden sposób wyplewić z bolącej z głodu głowy. Mijani ludzie na ulicy do złudzenia przypominają ci twojego dilera, wszystkie wykonywane czynności wykonywanie są automatyczne, przerywane co jakiś czas dziwnymi tikami, drżące dłonie przeszkadzają nawet w próbach złapania się za głowę celem uspokojenia rozbieganych myśli a nieobecny wzrok zdradza cię na każdym kroku. Twój organizm umiera, a ty razem z nim, ale nie to jest najważniejsze. Ważnie jest żeby TO dostać. Jak długo jeszcze wytrzymasz?
- Złoty strzał. Poddałeś się. To nie miało sensu, tylko niepotrzebnie cierpiałeś. Teraz to nieważne. Organizm powoli opuszczają siły, czujesz przyjemne ciepło rozchodzące się po całym ciele od klatki piersiowej po koniuszki palców w intrygujący sposób łącząc się z postępującym drętwieniem kończyn przebiegającym od palców do samego serca. Rozbiegane myśli znalazły ujściem i widowiskową eksplozją w barwach tęczy uchodzą z głowy. Serce bije jak oszalałe jakby chciało ci wyskoczyć z klatki piersiowej. I wszystko się kończy, tak samo nagle jak się zaczęło, a ty powoli osuwasz się na ziemię. Warto było? Na pewno. Jesteś teraz w końcu taki szczęśliwy.
- To już kolejny raz kiedy próbuję rzucić palenie. Ale nie o tym tu mowa. To o czym? Właściwie to sam nawet nie wiem. Pisząc to słuchałem pewnej piosenki. Doszedłem do jednego wniosku: trzeba mieć nierówno pod sufitem żeby się aż tak poświęcić. Swoją drogą, od wczoraj mam cholernie dobry humor, na przekór wszystkiemu wokół. Ktoś będzie miły mi wytłumaczyć ten fenomen?
niedziela, 30 sierpnia 2015
Lobotomia
Siedzę sobie na ławce przed dworcem PKP, podchodzi do mnie jegomość, obcokrajowiec o śniadej cerze, dziwnym akcentem coś do mnie mówi kalecząc mocno polską gramatykę pod każdym względem. Zanim zorientowałem się o co mu chodziło, niewiele myśląc odpowiedziałem, że nie dam mu pieniędzy. Odszedł, a do mnie dotarło, że zapytał się o autobus do Warszawy...
***
Jestem chory. Zdrowy rozsądek podpowiada żeby iść do specjalisty, wewnętrzny leń mówi żebym to olał, lekoman z kolei radzi coś na to łyknąć, realista w końcu, że nie ważne co zrobię g...no to da.
Zawroty głowy, przedłużające się migrenowe bóle głowy i kłucie w lewym boku na wysokości klatki piersiowej. Objawy fizyczne niewątpliwie miały wpływ na pojawiające się dodatkowe symptomy.
Zacząłem się robić zdecydowanie bardziej nerwowy, wróciły huśtawki nastrojów, gdzie zakamuflowane zdenerwowanie przechodzi przez obojętność we wstępną defragmentację dysku. Dodatkowo rozkojarzenie, a na samą myśl o spojrzeniu na trzęsące się ręce dostaję skurczy żołądka.
Początkowo, wbrew pozorom, dało się znieść, z wołającą o pomstę do nieba lekceważącą postawą po prostu olałem problem zakładając że zniknie równie szybko i nagle co się pojawił. Błąd. Pora na kolejny krok, tu jednak zaczęły się schody.
Mój psychoterapeuta wyjechał za granicę skuszony perspektywą lepszych zarobków i życiem w normalnych warunkach. Prawdopodobnie byłem ostatnim klientem. Może nawet jedynym. Szczerze mówiąc na jego miejscu zrobiłbym dokładnie to samo.
Diler z kolei najpierw w bardzo nieprofesjonalny sposób najpierw zaczął się wykręcać brakiem towaru, by następnie również wyjechać.
Z naiwnością godną Internet Explorera, który wciąż wierzy, że może zostać twoją główną przeglądarką, udałem się do lekarza ogólnego. To co usłyszałem jako poważną według tego konowała poradę zakrawało na jawną kpinę: Proszę posłuchać własnego serca.
I co by to miało dać? Mimo wszystko, nie mając wiele do stracenia, posłuchałem tej rady. To co odkryłem w niczym mnie nie zaskoczyło, powiem więcej, umocniło mnie w przekonaniu, że nikłe są dla mnie szanse na ratunek: serce służy tylko i wyłącznie do pompowania krwi.
Ale skąd właściwie się ten stan? Przecież spędziłem udany weekendy w świetnym towarzystwie, fakt, plan był trochę inny ale myślę, że nie mam czego żałować. Więc o co chodzi?
Może to problem siedzący we mnie już dłużej, który podstępnie niczym nowotwór długo dawał się wykryć i nagle pod wpływem sobie tylko znanego bodźca dał o sobie znać w pełni mocy, kiedy na jakąkolwiek reakcję było za późno? A jeśli tak, co mogło być zarzewiem problemu?
Czy naprawdę warto odpowiadać na te pytania? Może jednak zastanowię się nad rozgrzebywaniem tego problemu, może jednak nie jest tego wart? Tak, zróbmy tak jak zawsze, nie ruszajmy, nie interesujmy się, zobaczymy co z tego wyjdzie. Może w międzyczasie akurat wpadnę na jakiś genialny pomysł rozwiązania problemu. Na przykład poucinać i wywalić z mózgu niepotrzebne rzeczy.
poniedziałek, 10 sierpnia 2015
Wsi piękna, wsi spokojna
Z czym wam się kojarzą wakacje? Jestem pewny, że z wypoczynkiem, czasem wolnym szkolnych stresów i możliwością spędzenia tego czasu w doborowym towarzystwie swoich znajomych.
Mnie natomiast wakacje kojarzą się z latem, znienawidzoną przeze mnie porą roku, bezpowrotnie straconym czasem, nieograniczonymi pokładami nudy i ze wsią.
Dalej, z czym wam się kojarzy sama wieś? Myślę, że z ładną pogodą, krowami, świeżym powietrzem, szczekającymi wesoło pieskami, miałczącymi kotkami, smakiem mleka i świeżych owoców. Słowem wspaniałe miejsce.
Z czym mnie kojarzy się wieś. Może najpierw pozytywnie: miejsce w którym spędziłem pierwsze cztery lata mojego życia otoczony troskliwą opieką babci, dziadka i wujka. I to by było na tyle pozytywów. Z perspektywy czasu najbardziej samotne lata mojego życia, nie miałem się z kim bawić, prawdopodobnie nie zdawałem sobie nawet sprawy z istnieniem świata poza podwórzem dziadków.
Kiedy podrosłem wieś przestała mi się kojarzyć jako miejsce w którym się wychowywałem. Teraz wieś kojarzy mi się z ciężką pracą, spaloną skórą, ryzykiem odniesienia licznych ran ciętych, kłutych, szarpanych, utratą kończyn i tym podobnych doznań. Ponadto czynniki sprawiające dyskomfort typu wszechobecny nieprzyjemny zapach towarzyszący każdorazowemu przejściu koło zagród, kurz wciskający się w każdy centymetr kwadratowy ciała z taką intensywnością, że czasem mam wrażenie że gdyby nie okulary to wydłubał by mi oczy. Do tej samej ligi czynników należą muchy, osy, szerszenie, pszczoły, meszki, mrówki, które zdają się nie wiedzieć czym jest moja przestrzeń osobista nagminnie ją naruszając, nieraz z dość bolesnymi skutkami.
Czy się żalę? Owszem.
Mnie natomiast wakacje kojarzą się z latem, znienawidzoną przeze mnie porą roku, bezpowrotnie straconym czasem, nieograniczonymi pokładami nudy i ze wsią.
Dalej, z czym wam się kojarzy sama wieś? Myślę, że z ładną pogodą, krowami, świeżym powietrzem, szczekającymi wesoło pieskami, miałczącymi kotkami, smakiem mleka i świeżych owoców. Słowem wspaniałe miejsce.
Z czym mnie kojarzy się wieś. Może najpierw pozytywnie: miejsce w którym spędziłem pierwsze cztery lata mojego życia otoczony troskliwą opieką babci, dziadka i wujka. I to by było na tyle pozytywów. Z perspektywy czasu najbardziej samotne lata mojego życia, nie miałem się z kim bawić, prawdopodobnie nie zdawałem sobie nawet sprawy z istnieniem świata poza podwórzem dziadków.
Kiedy podrosłem wieś przestała mi się kojarzyć jako miejsce w którym się wychowywałem. Teraz wieś kojarzy mi się z ciężką pracą, spaloną skórą, ryzykiem odniesienia licznych ran ciętych, kłutych, szarpanych, utratą kończyn i tym podobnych doznań. Ponadto czynniki sprawiające dyskomfort typu wszechobecny nieprzyjemny zapach towarzyszący każdorazowemu przejściu koło zagród, kurz wciskający się w każdy centymetr kwadratowy ciała z taką intensywnością, że czasem mam wrażenie że gdyby nie okulary to wydłubał by mi oczy. Do tej samej ligi czynników należą muchy, osy, szerszenie, pszczoły, meszki, mrówki, które zdają się nie wiedzieć czym jest moja przestrzeń osobista nagminnie ją naruszając, nieraz z dość bolesnymi skutkami.
Czy się żalę? Owszem.
***
I na tym miejscu miał się skończyć ten post, gdyby nie jedna, dość przykra sytuacja.
Pewnego dnia, z braku jakiejkolwiek alternatywy zacząłem wychodzić z domu żeby spotykać się z tutejszą młodzieżą. Ludzie nawet ciekawi, pełni osobliwości, nieraz mający do powiedzenie całkiem ciekawe rzeczy, ale żeby je usłyszeć należy spełnić pewne kryteria, ale o tym może innym razem.
Spotykaliśmy się zawsze w tym samym miejscu, wszyscy o nim wiedzieli. Wstęp wolny. Z doskonale zabezpieczonym miejscem na ognisko, wygodnymi siedzeniami i zapasem drewna. I tu zaczyna się wspomniana wcześniej sytuacja. Zabrałem się za rąbanie drewna, ktoś musiał to zrobić. Przy przerąbywaniu grubej gałęzi zjechała mi ręka którą przytrzymywałem sobie tą gałąź. Skutki wbrew pozorom nie są tak katastrofalne jak mogło by się zdawać po wstępnym zarysowaniu sytuacji: rozcięty palec wskazujący lewej dłoni, przecięte ścięgno, uszkodzony mięsień i kość. Ze względu na to, że zbyt późno się zgłosiłem do chirurga, palec nie nadaje się do szycia, jest tylko założone kilka szwów zbliżających, które mają pomóc w gojeniu. Kiedy lekarz zszywał mi palec mogłem sobie z bliska popatrzeć na wnętrze mojego palca, wygląda to nawet ciekawie.
Jak to zawsze powtarzałem, nigdy nie jest na tyle źle, żeby nie było jeszcze gorzej. W końcu mogłem stracić cały palec... Na całe szczęście dla mnie, siekiera była nie najostrzejsza, a ja jestem życiową sierotą.
Dlaczego ta sytuacja mnie tak męczy? Bo wylądowałem na wsi żeby wujkowi pomagać na gospodarstwie. Teraz, jako osoba leworęczna z rozwalonym palcem wskazującym lewej dłoni, czuję się czasem jakbym nie miał całej ręki, no dobra, do wysokości łokcia. Słowem inwalida. Wujek wszystko musi robić sam a ja mam wrażenie, że stałem się zbędnym balastem. Nic nie robi, a żre za trzech.
Były plany, względnie ambitne w mojej skali, a teraz nie mogę ich zrealizować bo ten cholerny palec mi przeszkadza. Może jednak lepiej by było gdybym go stracił przy samej dłoni?...
środa, 8 lipca 2015
Dzień jak co dzień
Drogi Pamiętniczku (zawsze chciałem tak napisać, niespełnione marzenie z dzieciństwa...).
Miałem dziś do załatwienie pewną sprawę na uczelni (której finalnie nie załatwiłem, bywa). Wstałem rano, poszedłem na autobus, następnie na pociąg. Na stacji przesiadkowej zorientowałem się, że wybrałem się za wcześnie, około godziny czekałem na przesiadkę. Postanowiłem sobie umilić sobie ten czas spacerem po pobliskiej galerii.
Siadłem sobie na ławeczce rozpocząłem wnikliwą obserwację galeryjnej "fauny". Zauważyłem liczne podobieństwa pomiędzy poszczególnymi ludźmi, nawet niektórym przypisałem miana i osobną systematykę gatunkową. A zatem: były Łosie - faceci dość duzi, o kwadratowych szczękach, komunikowali się między sobą serią dźwięków z grubsza przypominającym porykiwania i pomruki. Biorąc pod uwagę wygląd i zachowanie ich towarzyszek, które pozwoliłem sobie nazwać Łaniami, nie zaskoczyło by mnie również okazałe poroże. Łania z typową sobie gracją i wdziękiem hasały od stoiska do stoiska. Były również i inne zwierzęta, na przykład Jaskółki. Całkiem dumnie reprezentowały płeć piękną, zarówno jak i te ptaki zapewne były całkiem szybkie. Byłby się uzbierał cały las, ale zaobserwowałem jeszcze kilku Buraków. Ich obecność mnie raczej zaskoczyła, tym bardziej, że przyszły ze swoimi towarzyszkami życia, Cebulami. Zaraz pewnie dadzą o sobie znać sceptycy, twierdząc, że Cebula w środowisku nie łączy się z Burakami w związki, powołując się na od lat znaną publikacją naukową. Ja jednak, na podstawie dzisiejszych obserwacji obalam tą teorię. Mało tego, zauważyłem pewne związki pomiędzy wspomnianymi teraz Cebulami i Burakami a Łosiami i Łaniami. Zdarzało się, że Łania zdawała się mieć chrapkę na Buraka. Łosie z typową sobie obojętnością (bo przecież to oni są niekwestionowanymi królami tego zagajnika) się temu przyglądali. Niekiedy jednak, przełamując wrodzoną ospałość i lenistwo podchodzili skubnąć sobie Cebulkę...
W pewnym momencie miałem dość tych obserwacji w stylu "z kamerą wśród zwierząt"(choć bardziej by to było coś w stylu ogródka przy leśniczówce), poszedłem samemu się rozejrzeć. Pozwoliłem sobie zajrzeć do jednego ze sklepów, nie do końca skuszony asortymentem, bardziej ciekawą wizualnie obsługą. Po przekroczeniu progu momentalnie zostałem obskoczony przez te przemiłe panie, chcące mnie namówić na zakupy właśnie w tym sklepie. Wygląda na to że mogę jednak liczyć na uwagę płci przeciwnej, szkoda tylko że jedynie w takich sytuacjach.
Dobra, robiło się późno, poszedłem na jakże utęskniony pociąg mający mnie dowieść do mojego celu.
Zawsze marudziłem, że w pociągu naprzeciwko mnie siada jakiś typowy Janusz, albo starsza pani, której obecność można bezapelacyjnie stwierdzić za pomocą dosłownie każdego zmysłu. Dziś wyjątkowo siadła naprzeciw mnie jedna z najładniejszych dziewczyn jakie widziałem od naprawdę długiego czasu. Myślę, że wystarczającym kryterium jej urody będzie fakty, że całą drogę gapiłem się w szybę jak debil żeby tylko nie było widać moich maślanych oczu.
Po długiej i trochę dyskomfortowej podróży w końcu dotarłem na uczelnię, gdzie spotkałem kolegę pogryzionego przez kobrę...
Wracając na dworzec kolejowy byłem świadkiem intrygującej sytuacji, z której wyniknął jeszcze ciekawszy dialog, ale po kolei.
Pewien mężczyzna, pod wpływem niezidentyfikowanego napoju wyskokowego stwierdził obezwładniającą wręcz potrzebę zbliżenia się z naturą po czym ulżył sobie w zaciszu tunelu pod dworcem. Momentalnie (no, może nie do końca, wspomniany pan zdążył zakończyć swój haniebny proceder) podbiegł do niego ochroniarz, wywiązała się rozmowa:
Ochroniarz: No i coś pan narobił? Idź pan stąd!
Pijaczek: Ale ja nie jestem pijany!
O: Panie, pan jesteś pijany jak bela! Poszedł!
P: Ale ja sobie wypraszam, proszę mnie nie traktować jak nie wiadomo co, ja jestem człowiek.
O: Człowiek się załatwia w miejscach do tego przeznaczonych, a pan się zesrałeś w tunelu. Pan jesteś zwierzę nie człowiek!
P: Jak pan śmie, ja jestem rodowitym mieszkańcem tego miasta, to się nie godzi...
Niestety, dalszego rozwoju akcji nie było mi dane poznać, nadjechał mój skład.
Przed samym wejściu ktoś próbował wepchnąć mnie pod pociąg. Odwracam się, a to moja znajoma z roku. Pogadaliśmy chwilkę, i rozstaliśmy się pod pretekstem sprzecznych interesów.
W pociągu, mniej więcej w połowie trasy wsiadła pewna kobieta, pi razy oko w wieku około czterdziestki. Wsiadając do pociągu, podczas całej drogi a także przy wyjściu konsekwentnie trzymała się za lewą pierś. Zastanawiałem się czemu. Może bała się, że odpadnie bądź ucieknie? A może tu nie chodzi o pierś, tylko o coś głębszego? Może złapała się za serce po tym co usłyszała od pana który z dziwnym uśmiechem na twarzy wchodził za nią do pociągu? Na podobnych dywagacjach przepłynęła mi płynnie niczym upadek ze schodów cała podróż.
Na koniec dnia umówiłem się ze znajomymi na piwko, w końcu z powodu moich studiów dawno się nie widzieliśmy. Poszliśmy za blok w miejsce powszechnie znane wśród pospolitych osiedlowych ochlejmord. Zgodziłem się otworzyć w tym miejscu piwo pod wpływem zapewnień kolegi o totalnej neutralności tego miejsca jeśli chodzi o interwencję policji. To był błąd...
Policjant 1: Panowie znają powód naszej obecności?
Kolega: Niespecjalnie.
Policjant 2: Kolega w okularkach pewnie wie (to o mnie, tylko ja jeszcze męczyłem browara)
Policjant 1: Pan z nami pozwoli...
Chcąc nie chcąc poszedłem. Po serii dziwnych i pozornie niezwiązanych pytań (czy pracuję/studiuję, gdzie, czy mam dziewczynę i dlaczego nie i dlaczego piję w taką ładną pogodę) zostałem postawiony przed wyborem trzech opcji:
Wybrałem drugą, otłukłem radiowóz leżącą niedaleko gałęzią i uciekłem. Bo lubię zaskakiwać.
Koledzy byli w nieukrywanym szoku, ale nic nie powiedzieli, po prostu poczekali aż dopiję piwo i poszliśmy każdy w swoją stronę (a tak naprawdę, jak wyglądała sytuacja chyba nie muszę przedstawiać.).
Wróciłem do domu, zjadłem kolację i poszedłem spać. Dzień jak co dzień.
Miałem dziś do załatwienie pewną sprawę na uczelni (której finalnie nie załatwiłem, bywa). Wstałem rano, poszedłem na autobus, następnie na pociąg. Na stacji przesiadkowej zorientowałem się, że wybrałem się za wcześnie, około godziny czekałem na przesiadkę. Postanowiłem sobie umilić sobie ten czas spacerem po pobliskiej galerii.
Siadłem sobie na ławeczce rozpocząłem wnikliwą obserwację galeryjnej "fauny". Zauważyłem liczne podobieństwa pomiędzy poszczególnymi ludźmi, nawet niektórym przypisałem miana i osobną systematykę gatunkową. A zatem: były Łosie - faceci dość duzi, o kwadratowych szczękach, komunikowali się między sobą serią dźwięków z grubsza przypominającym porykiwania i pomruki. Biorąc pod uwagę wygląd i zachowanie ich towarzyszek, które pozwoliłem sobie nazwać Łaniami, nie zaskoczyło by mnie również okazałe poroże. Łania z typową sobie gracją i wdziękiem hasały od stoiska do stoiska. Były również i inne zwierzęta, na przykład Jaskółki. Całkiem dumnie reprezentowały płeć piękną, zarówno jak i te ptaki zapewne były całkiem szybkie. Byłby się uzbierał cały las, ale zaobserwowałem jeszcze kilku Buraków. Ich obecność mnie raczej zaskoczyła, tym bardziej, że przyszły ze swoimi towarzyszkami życia, Cebulami. Zaraz pewnie dadzą o sobie znać sceptycy, twierdząc, że Cebula w środowisku nie łączy się z Burakami w związki, powołując się na od lat znaną publikacją naukową. Ja jednak, na podstawie dzisiejszych obserwacji obalam tą teorię. Mało tego, zauważyłem pewne związki pomiędzy wspomnianymi teraz Cebulami i Burakami a Łosiami i Łaniami. Zdarzało się, że Łania zdawała się mieć chrapkę na Buraka. Łosie z typową sobie obojętnością (bo przecież to oni są niekwestionowanymi królami tego zagajnika) się temu przyglądali. Niekiedy jednak, przełamując wrodzoną ospałość i lenistwo podchodzili skubnąć sobie Cebulkę...
W pewnym momencie miałem dość tych obserwacji w stylu "z kamerą wśród zwierząt"(choć bardziej by to było coś w stylu ogródka przy leśniczówce), poszedłem samemu się rozejrzeć. Pozwoliłem sobie zajrzeć do jednego ze sklepów, nie do końca skuszony asortymentem, bardziej ciekawą wizualnie obsługą. Po przekroczeniu progu momentalnie zostałem obskoczony przez te przemiłe panie, chcące mnie namówić na zakupy właśnie w tym sklepie. Wygląda na to że mogę jednak liczyć na uwagę płci przeciwnej, szkoda tylko że jedynie w takich sytuacjach.
Dobra, robiło się późno, poszedłem na jakże utęskniony pociąg mający mnie dowieść do mojego celu.
Zawsze marudziłem, że w pociągu naprzeciwko mnie siada jakiś typowy Janusz, albo starsza pani, której obecność można bezapelacyjnie stwierdzić za pomocą dosłownie każdego zmysłu. Dziś wyjątkowo siadła naprzeciw mnie jedna z najładniejszych dziewczyn jakie widziałem od naprawdę długiego czasu. Myślę, że wystarczającym kryterium jej urody będzie fakty, że całą drogę gapiłem się w szybę jak debil żeby tylko nie było widać moich maślanych oczu.
Po długiej i trochę dyskomfortowej podróży w końcu dotarłem na uczelnię, gdzie spotkałem kolegę pogryzionego przez kobrę...
Wracając na dworzec kolejowy byłem świadkiem intrygującej sytuacji, z której wyniknął jeszcze ciekawszy dialog, ale po kolei.
Pewien mężczyzna, pod wpływem niezidentyfikowanego napoju wyskokowego stwierdził obezwładniającą wręcz potrzebę zbliżenia się z naturą po czym ulżył sobie w zaciszu tunelu pod dworcem. Momentalnie (no, może nie do końca, wspomniany pan zdążył zakończyć swój haniebny proceder) podbiegł do niego ochroniarz, wywiązała się rozmowa:
Ochroniarz: No i coś pan narobił? Idź pan stąd!
Pijaczek: Ale ja nie jestem pijany!
O: Panie, pan jesteś pijany jak bela! Poszedł!
P: Ale ja sobie wypraszam, proszę mnie nie traktować jak nie wiadomo co, ja jestem człowiek.
O: Człowiek się załatwia w miejscach do tego przeznaczonych, a pan się zesrałeś w tunelu. Pan jesteś zwierzę nie człowiek!
P: Jak pan śmie, ja jestem rodowitym mieszkańcem tego miasta, to się nie godzi...
Niestety, dalszego rozwoju akcji nie było mi dane poznać, nadjechał mój skład.
Przed samym wejściu ktoś próbował wepchnąć mnie pod pociąg. Odwracam się, a to moja znajoma z roku. Pogadaliśmy chwilkę, i rozstaliśmy się pod pretekstem sprzecznych interesów.
W pociągu, mniej więcej w połowie trasy wsiadła pewna kobieta, pi razy oko w wieku około czterdziestki. Wsiadając do pociągu, podczas całej drogi a także przy wyjściu konsekwentnie trzymała się za lewą pierś. Zastanawiałem się czemu. Może bała się, że odpadnie bądź ucieknie? A może tu nie chodzi o pierś, tylko o coś głębszego? Może złapała się za serce po tym co usłyszała od pana który z dziwnym uśmiechem na twarzy wchodził za nią do pociągu? Na podobnych dywagacjach przepłynęła mi płynnie niczym upadek ze schodów cała podróż.
Na koniec dnia umówiłem się ze znajomymi na piwko, w końcu z powodu moich studiów dawno się nie widzieliśmy. Poszliśmy za blok w miejsce powszechnie znane wśród pospolitych osiedlowych ochlejmord. Zgodziłem się otworzyć w tym miejscu piwo pod wpływem zapewnień kolegi o totalnej neutralności tego miejsca jeśli chodzi o interwencję policji. To był błąd...
Policjant 1: Panowie znają powód naszej obecności?
Kolega: Niespecjalnie.
Policjant 2: Kolega w okularkach pewnie wie (to o mnie, tylko ja jeszcze męczyłem browara)
Policjant 1: Pan z nami pozwoli...
Chcąc nie chcąc poszedłem. Po serii dziwnych i pozornie niezwiązanych pytań (czy pracuję/studiuję, gdzie, czy mam dziewczynę i dlaczego nie i dlaczego piję w taką ładną pogodę) zostałem postawiony przed wyborem trzech opcji:
- przyjęcie i zapłatę mandatu,
- nie przyjęcie, skierowanie sprawy do sądu i zapłacenie mandatu,
- upomnienie.
Wybrałem drugą, otłukłem radiowóz leżącą niedaleko gałęzią i uciekłem. Bo lubię zaskakiwać.
Koledzy byli w nieukrywanym szoku, ale nic nie powiedzieli, po prostu poczekali aż dopiję piwo i poszliśmy każdy w swoją stronę (a tak naprawdę, jak wyglądała sytuacja chyba nie muszę przedstawiać.).
Wróciłem do domu, zjadłem kolację i poszedłem spać. Dzień jak co dzień.
piątek, 29 maja 2015
Mea culpa
Mówi się, że człowiek uczy się całe życie. Najlepiej na własnych błędach. A ja mam dziwne wrażenie, że moja nauka zaczęła się dopiero od końca ubiegłego roku. Przez ten czas popełniłem tak zatrważającą ilość błędów, że gdybym wyciągnął z nich jakąś naukę mógłbym uchodzić za kogoś naprawdę doświadczonego życiowo. Ale tak nie jest. Dlaczego? Bo jestem niedojrzały, głupi, czy może po prostu ograniczony?
Sytuacja na studiach mimo moich pokładów optymizmu gromadzonego przez całe dotychczasowe życie wcale się nie polepsza.
Przez swoją głupotę i lekkomyślność narobiłem sobie wcale nie małych długów, z których będę się prawdopodobnie skrobał przez dość długi czas. Będę musiał tymczasowo, dla mojego zdrowia psychicznego i fizycznego na jakiś czas odstawić moje nowe hobby.
Zostałem nazwany wiarołomcą, kłamcą i alkoholikiem. To jeszcze byłbym w stanie wytrzymać. Pewna bardzo, bardzo bliska mi osoba uważa mnie za złodzieja i osobę niegodną zaufania pod żadnym pozorem. To trochę zabolało. Najgorsze jest to, że może, ba, prawdopodobnie jest w tym wiele racji.Dodatkowo od jakiegoś czasu odnoszę wrażenie, być może niesłusznie, że przez moje zachowanie opuszczają mnie przyjaciele. Przychodzi mi to z taką łatwością, że można odnieść wrażenie jakbym robił to całe życie. Chciałbym wierzyć, że tak nie jest.
Ludzie którzy jeszcze się mnie trzymają (może to dziwnie zabrzmi w ustach zagorzałego ateisty, dzięki Bogu jeszcze tacy są) chcą mnie umówić na wizytę u psychologa. Sam zacząłem się nad tym poważnie zastanawiać po ostatnich wydarzeniach.
Od dłuższego czasu pojawiają się huśtawki nastrojów, od złości, poprzez smutek i niewytłumaczalną radość z powrotem do złości, tym razem wspomaganej poczuciem bezradności. Jeden z moich dobrych znajomych potrafił poprawić mi humor słowami: "Człowieku, uspokój się. Masz huśtawki nastrojów gorsze niż kobieta, niewiele brakuje a dostaniesz okresu".
Na sen przeznaczam przeważnie około sześciu, góra siedmiu godzin, z czego przesypiam średnio cztery, w porywach do pięciu. Koszmary wróciły, ale to nie problem, tylko norma z poprzedniego okresu.
Coś pozytywnego na zakończenie? Spróbuję. Załatwiając swoje sprawy spotkałem dziś kolegę z którym pracowałem w jednym zakładzie pracy w zeszłe wakacje. Byłem zaskoczony że mnie poznał, choć z drugiej strony wcale się nie zmieniłem. Może bardziej mnie zaskoczył mnie fakt, że zostałem przez niego zapamiętany? Niewykluczone. W każdym razie udało mu się poprawić mi samopoczucie, przynajmniej na czas naszej krótkiej rozmowy. Z tego miejsca go pozdrawiam.
Ludzie którzy jeszcze się mnie trzymają (może to dziwnie zabrzmi w ustach zagorzałego ateisty, dzięki Bogu jeszcze tacy są) chcą mnie umówić na wizytę u psychologa. Sam zacząłem się nad tym poważnie zastanawiać po ostatnich wydarzeniach.
Od dłuższego czasu pojawiają się huśtawki nastrojów, od złości, poprzez smutek i niewytłumaczalną radość z powrotem do złości, tym razem wspomaganej poczuciem bezradności. Jeden z moich dobrych znajomych potrafił poprawić mi humor słowami: "Człowieku, uspokój się. Masz huśtawki nastrojów gorsze niż kobieta, niewiele brakuje a dostaniesz okresu".
Na sen przeznaczam przeważnie około sześciu, góra siedmiu godzin, z czego przesypiam średnio cztery, w porywach do pięciu. Koszmary wróciły, ale to nie problem, tylko norma z poprzedniego okresu.
Coś pozytywnego na zakończenie? Spróbuję. Załatwiając swoje sprawy spotkałem dziś kolegę z którym pracowałem w jednym zakładzie pracy w zeszłe wakacje. Byłem zaskoczony że mnie poznał, choć z drugiej strony wcale się nie zmieniłem. Może bardziej mnie zaskoczył mnie fakt, że zostałem przez niego zapamiętany? Niewykluczone. W każdym razie udało mu się poprawić mi samopoczucie, przynajmniej na czas naszej krótkiej rozmowy. Z tego miejsca go pozdrawiam.
poniedziałek, 27 kwietnia 2015
Instrukcja
... czyli jak stać się kimś, za kogo uważają mnie ludzie, którzy mnie nie znają. Kimś, kim chciałbym w głębi ducha być a kim nie mam szansy się stać w opinii ludzi którzy mnie znają.
- Miej gdzieś uwagi na temat ciebie zasłyszane od osób, których masz, powiedzmy sobie szczerze, w głębokim poważaniu.
- Mów ludziom nie to, co chcą usłyszeć, ale to czego boją się przyznać.
- Na każdym kroku pokazuj jakim jesteś kawałem sukinsyna. Jeśli ktoś udawał twojego towarzysza, nie wytrzyma i cię opuści. Zostaną tylko ci, którzy nie udawali. Choć z drugiej strony, samotność wcale nie była by taka zła.
- Spokój to wartość sama w sobie. Dobitnie dawaj znać o tej złotej zasadzie każdemu, który ośmieli się zakłócić twój.
- Empatia to choroba, wyzbądź się jej. Niech nie obchodzą cię problemy innych, masz aż nadto swoich.
- Prawda bywa bolesna, wszyscy to wiedzą. A więc unikaj kłamstw jak ognia i patrz jak ludzie przez to cierpią.
- Częściej uśmiechaj się do ludzi, będą zastanawiać się co ty właściwie knujesz.
- Zadawaj się z ludźmi głupszymi od siebie. Będziesz w ich towarzystwie uchodzić za niepodważalny autorytet. Jeśli zachce ci się intelektualnej rozmowy bogatej w metafory i liczne środki artystyczne wyrazu, zawsze możesz zacząć prowadzić monologi.
- Walczysz o równouprawnienie? Daj sobie spokój, szkoda nerwów. Facet nigdy nie będzie miał tylu przywilejów co kobieta.
- Nie krępuj się uzewnętrzniać swoich emocji. To pozwoli twojemu otoczeniu na w miarę szybkie podjęcie odpowiednich kroków mających na celu zadbanie o komfort psychiczny, o dziwo, także twój.
wtorek, 14 kwietnia 2015
Happy as fuck
Post pierwotnie miał być o tym, jakie szczęście mnie ostatnio spotkało i jak bardzo się z tego faktu cieszę. Ale że żadne specjalnie warte uwagi szczęście mnie ostatnio nie spotkało, a mnie od ogólnopojętej radości tak daleko, jak mniej więcej dnu Rowu Mariańskiego do szczytu Olympus Mons.
Kiedy ślina przynosi na język słowa, których wypowiedzenie wiąże się z dość przykrymi konsekwencjami. Niezależnie od tego do kogo są skierowane, czy to wróg czy przyjaciel.
Kiedy nie chcesz tych słów powiedzieć, ale je wykrzyczeć tak, żeby usłyszało je całe miasto. A przynajmniej osoby w promieniu mniej więcej kilometra. Zdzierając sobie struny głosowe aż zacznie się pluć krwią.
Na szczęście do głosu dochodzą resztki rozsądku.
Bałem się dziś cały czas, jak pozwalam sobie to nazwać, ostatecznego "pęknięcia". Nie było by to tak trudne, gdyby nie fakt, że zacząłem pękać jakieś trzy dni temu. Kiedy dojdzie do pęknięcia ostatecznego, stracę resztki kontroli, zdrowego rozsądku i wszystkiego co ogólnie definiuje człowieka.
Wyobraźcie sobie wybuch wulkanu. Ale taki konkretny. Jak na przykład wybuch Krakatau w 1883 roku. Jeśli nie wiadomo o czym mówię, polecam wujka google.
W każdym razie mam takie trochę na przerost przeświadczenie, że katastrofa będzie miała podobny rozmiar. Przynajmniej w skali mojego małego świata, do którego zalicza się najbliższe grono przyjaciół, rodzina, znajomi ze studiów.
Widocznie było po mnie widać,że coś jest nie tak, poznałem po minach ludzi i pytaniach w stylu: co się dzieje?, ile wypiłeś?, coś ty jej powiedział?.
Dziś byłem trochę bardziej uszczypliwy, szorstki. Czasem milczący, na boku, chciałem spokojnie stłumić, stłamsić negatywne emocje. Starałem się odepchnąć niektórych żeby nie oberwali falą uderzeniową, niestety odniosłem wrażenie że oni odbierają to jako kolejny żart, zabawę towarzyską. Słowem, nie pomagali.
Najzabawniejsze jest to, że nie mam bladego pojęcia skąd taki stan rzeczy się wziął. Co mogło mieć wpływ na mój humor? Mam kilka hipotez, przedstawię je pokrótce.
Może po prostu zaakceptuję to wszystko takim jakie jest, uznając te rzeczy za nierozrywaną, niezmienną całość.
A resztę wyrzucić, po prostu wyrzucić. To co uciska mózg i sprawia, że odczuwa się migrenowe bóle jest niepotrzebne. Może nie z punktu widzenia neurochirurgii.
Kiedy ślina przynosi na język słowa, których wypowiedzenie wiąże się z dość przykrymi konsekwencjami. Niezależnie od tego do kogo są skierowane, czy to wróg czy przyjaciel.
Kiedy nie chcesz tych słów powiedzieć, ale je wykrzyczeć tak, żeby usłyszało je całe miasto. A przynajmniej osoby w promieniu mniej więcej kilometra. Zdzierając sobie struny głosowe aż zacznie się pluć krwią.
Na szczęście do głosu dochodzą resztki rozsądku.
Bałem się dziś cały czas, jak pozwalam sobie to nazwać, ostatecznego "pęknięcia". Nie było by to tak trudne, gdyby nie fakt, że zacząłem pękać jakieś trzy dni temu. Kiedy dojdzie do pęknięcia ostatecznego, stracę resztki kontroli, zdrowego rozsądku i wszystkiego co ogólnie definiuje człowieka.
Wyobraźcie sobie wybuch wulkanu. Ale taki konkretny. Jak na przykład wybuch Krakatau w 1883 roku. Jeśli nie wiadomo o czym mówię, polecam wujka google.
W każdym razie mam takie trochę na przerost przeświadczenie, że katastrofa będzie miała podobny rozmiar. Przynajmniej w skali mojego małego świata, do którego zalicza się najbliższe grono przyjaciół, rodzina, znajomi ze studiów.
Widocznie było po mnie widać,że coś jest nie tak, poznałem po minach ludzi i pytaniach w stylu: co się dzieje?, ile wypiłeś?, coś ty jej powiedział?.
Dziś byłem trochę bardziej uszczypliwy, szorstki. Czasem milczący, na boku, chciałem spokojnie stłumić, stłamsić negatywne emocje. Starałem się odepchnąć niektórych żeby nie oberwali falą uderzeniową, niestety odniosłem wrażenie że oni odbierają to jako kolejny żart, zabawę towarzyską. Słowem, nie pomagali.
Najzabawniejsze jest to, że nie mam bladego pojęcia skąd taki stan rzeczy się wziął. Co mogło mieć wpływ na mój humor? Mam kilka hipotez, przedstawię je pokrótce.
- Po pierwsze; może na to mieć wpływ jedna z nowo poznanych osób. Nie bezpośrednio oczywiście. Zawsze bardziej przejmowałem się innymi niż sobą, nie lubię kiedy moi znajomi z najbliższego otoczenia mają problem w którym nie potrafię pomóc, wyzwala to u mnie poczucie bezsilności. Ale tak było od zawsze, więc to pewnie nie to.
- Może wpływ ma moja sytuacja na uczelni? Ostatnio miało miejsce kilka nieciekawych zdarzeń, ale przecież jeśli chodzi o kontakty z otoczeniem, czy to wykładowcy, czy nauczyciele, powinny mnie zahartować doświadczenia z gimnazjum, kiedy byłem traktowany przez nauczycieli jak śmiecia który wie albo za dużo (biologia, chemia, fizyka), albo za mało (matematyka, język polski i języki obce). Znowu pudło.
- A może sytuacja rodzinna? Miało miejsce kilka wydarzeń ostatnimi czasy na które nie miałem wpływu, a które miały wpływ na mnie, niewątpliwy i może nawet decydujący. Bez zagłębiania się w szczegóły, są rzeczy których uniknąć się nie da, po prostu. Tak to jest skonstruowane, tak miało być, będzie i wątpię, żeby za mojego życia miało się tu coś zmienić.
Może po prostu zaakceptuję to wszystko takim jakie jest, uznając te rzeczy za nierozrywaną, niezmienną całość.
A resztę wyrzucić, po prostu wyrzucić. To co uciska mózg i sprawia, że odczuwa się migrenowe bóle jest niepotrzebne. Może nie z punktu widzenia neurochirurgii.
piątek, 20 lutego 2015
Ars moriendi
Miałem tego nigdy nie pisać, nikomu o tym nie mówić i siedzieć cicho. Ale za to nie idzie się do więzienia, a ja i tak większym kryminalistą nie będę. Śmiecenie w miejscu publicznym, picie jak i również usiłowanie picia w miejscach publicznych to moje jedyne zatargi z prawem.
Pewien czas temu rozmawiałem z kolegą o tym, czym jest samobójstwo i dlaczego uważam je za najwyższą formę tchórzostwa.
Pozwolę sobie rozwinąć teraz tą myśl. Kiedy nie widząc innego wyjścia, możliwości pozbycia się nękających problemów, masz wrażenie że cały świat jest przeciwko. Uciekasz, pokazujesz że sobie z tym wszystkim nie radzisz, poddajesz się. Nie ważne, czy powodem była depresja, uraz psychiczny, beznadziejna sytuacja życiowa. Podobno nie ma sytuacji bez wyjścia.
Ale łatwo jest gadać od rzeczy siedząc wygodnie w domu, pewnie będąc w nieciekawej sytuacji momentalnie bym podjął właśnie taką decyzję.
Ale jak bym się za to zabrał? Ciekawe pytanie. Wiele razy, czysto hipotetycznie (no, może nie do końca), zastanawiałem się jak by wyglądało moje samobójstwo. Brałem pod uwagę między innymi:
Wiecie, jakoś niespecjalnie mnie to rusza. Aktualnie myślę więcej o innych niż o sobie, więc wydaje mi się, że po śmierci mógłbym sobie z tym dać spokój.
List do bliskich? Niee, to takie banalne. Ludzie którzy mnie naprawdę znali nie będą potrzebować wyjaśnień. Przynajmniej wychodzę z takiego założenia. Jeśli już skusiłbym się na zostawienie czegoś po sobie, to wyglądało by to mniej więcej tak:
Pewien czas temu rozmawiałem z kolegą o tym, czym jest samobójstwo i dlaczego uważam je za najwyższą formę tchórzostwa.
Pozwolę sobie rozwinąć teraz tą myśl. Kiedy nie widząc innego wyjścia, możliwości pozbycia się nękających problemów, masz wrażenie że cały świat jest przeciwko. Uciekasz, pokazujesz że sobie z tym wszystkim nie radzisz, poddajesz się. Nie ważne, czy powodem była depresja, uraz psychiczny, beznadziejna sytuacja życiowa. Podobno nie ma sytuacji bez wyjścia.
Ale łatwo jest gadać od rzeczy siedząc wygodnie w domu, pewnie będąc w nieciekawej sytuacji momentalnie bym podjął właśnie taką decyzję.
Ale jak bym się za to zabrał? Ciekawe pytanie. Wiele razy, czysto hipotetycznie (no, może nie do końca), zastanawiałem się jak by wyglądało moje samobójstwo. Brałem pod uwagę między innymi:
- podcięcie sobie żył - spokojna, prawie bezbolesna śmierć.
- strzał w głowę - tu z wykonaniem byłby problem, bo broni palnej nie dostaje się na pierwszym lepszym bazarku. Ale pewne bym sobie jakoś poradził. Podobno potrafię być zaradny w niektórych sytuacjach.
- wbicie noża w serce - tylko i wyłącznie w jednym przypadku. Kiedy coś się zaczyna tam dziać niech tam się również skończy.
- wysadzenie się w powietrze - to było by nawet ciekawe. Praktycznie bezbolesne, w końcu bym się porządnie rozerwał i narobił huku wokół własnej osoby
- upozorowanie zabójstwa - zepsułbym życie komuś kogo nie lubiłem, kto mi się nie spodobał lub w jakikolwiek sposób naraził.
Wiecie, jakoś niespecjalnie mnie to rusza. Aktualnie myślę więcej o innych niż o sobie, więc wydaje mi się, że po śmierci mógłbym sobie z tym dać spokój.
List do bliskich? Niee, to takie banalne. Ludzie którzy mnie naprawdę znali nie będą potrzebować wyjaśnień. Przynajmniej wychodzę z takiego założenia. Jeśli już skusiłbym się na zostawienie czegoś po sobie, to wyglądało by to mniej więcej tak:
Dnia poprzedzającego to wielkie wydarzenie zachowywałbym się jak zawsze. Uśmiechnięty, pogodny, otwarty na ludzi. Niech się później wszyscy zastanawiają co mogło mieć wpływ na podjętą przeze mnie decyzję.
Do samego końca chamski, egoistyczny i przepełniony hipokryzją.
Ale teraz tak poważnie. Ze względu na pojedyncze osoby obecne w moim życiu śmiem sądzić, że nigdy nie dopuściłbym się takiego czynu. Choć pamiętam że kiedyś poważnie się nad tym zastanawiałem. Taka chwila słabości. To właśnie w tym okresie wyewoluował u mnie pogląd, że samobójstwo jest najwyższą formą tchórzostwa.
Wracając jeszcze do sposobów zejścia (właściwie to ucieczki) z tego świata. Na pewno nigdy nie rozważałbym powieszenia się. No, chyba że na tak zwanym długim zwisie. Kiedy to śmierć nie następuje przez uduszenie a poprzez złamanie karku przez sznur.
Na zakończenie dodam: gdy ci smutno, gdy ci źle, zrób pętelkę, powieś się.
sobota, 7 lutego 2015
Nigdy więcej
Po publikacji ostatniego posta dostałem wiadomość, że jest on, łagodnie ujmując słowa, słaby. Bo zbyt pozytywny, za mało nihilistyczny. Z tego samego powodu został też pochwalony przez inne osoby, ale to już inna historia. Chciałbym z miejsca uspokoić malkontentów, ponieważ nie spodziewałem się, że tak szybko wypali się znaczna część mojego zapału i optymizmu o którym była ostatnio mowa.
Po kolejnym egzaminie (który wbrew pozorom był prosty, wystarczyło poprawnie odpowiedzieć na pytania) wróciłem lekko przybity do akademika. Kolega dzwoni. Jedno pytanie, jedna zaskakująca odpowiedź: Nie mam humoru na picie.
Należy tu nadmienić, że egzamin nie był jedynym czynnikiem składającym się na mój nieciekawy humor, który utrzymywał się od dobrych paru dni.
Poszedłem do innego dobrego znajomego z akademika, czułem, że nie powinienem za długo siedzieć sam w pokoju. Po krótkiej rozmowie poprawił mi się humor na tyle, żeby wrócić bezpiecznie do siebie.
Po pewnym czasie nawet zacząłem pomimo kilku niepowodzeń oceniać całokształt dnia jako stosunkowo udany. Poszedłem do sklepu, kupiłem sobie piwo i stwierdziłem że jednak spędzę trochę czasu ze znajomymi. Popiliśmy, jednak po pewnym czasie, co było do przewidzenia, stwierdziliśmy, że nam mało. Jednak nie można było rozwiązać tego problemu z powodu braków jakichkolwiek środków pieniężnych. Ja jednak wpadłem na pewien pomysł, genialny w swojej prostocie, jednak możliwy do wykonania jedynie w realiach akademika: przejdźmy po pokojach, powinniśmy uzbierać na wódkę.
Po przejściu trzech pięter mieliśmy jedną butelkę wódki (kolega z bodajże Białorusi nie miał pieniędzy, więc dał nam całą wódkę) i ilość pieniędzy wystarczającą na kolejną.
W szampańskich humorach wróciliśmy do pokoju, załatwiliśmy jakieś kieliszki i zaczęliśmy się raczyć darowanym specjałem wznosząc toast za toastem.
Znajoma wpadła na kolejny pomysł: Chodźmy na imprezę!
Tak też zrobiliśmy, pieniądze wstępnie przeznaczone na kolejną wódkę posły na piwo w klubie. Popiliśmy, potańczyliśmy, pogadaliśmy, słowem, impreza jak najbardziej udana. Po pewnym czasie zauważyłem że jeden z naszych towarzyszy sprawia wrażenie niezwykle "zmęczonego", więc powiadomiłem resztę towarzystwa że my się zbieramy do akademika.
Zaraz po wyjściu przyczepił się do nas jakiś pijany imprezowicz, nawiązał się pseudo dialog:
Pijaczek: Ej, wy to powiedzieliście?!
Ja: Nikt nic nie mówił, zdawało ci się.
P: To na pewno wy:
J: Nie chcemy żadnych problemów, daj nam spokój
Ale nie dał, lazł za nami kawałek i coś tam mamrotał w swoim, sobie tylko zrozumiałym żargonie. W końcu powiedziałem do kolegi żeby poczekał, dowiem się o co mu chodzi i wracam. Odwróciłem się celem podejścia i dowiedzenia się co go tak boli. Błąd. Byłem trochę wpity, nie zdążyłem zareagować w jakikolwiek sposób, ani przez uchylenie się ani przez wyjęcie czegoś z kieszeni do obrony. Nie wiem ile razy dostałem, ale pani w recepcji jak mnie zobaczyła to zbladła.
Sam się zdziwiłem jak się zobaczyłem w lustrze: rozcięty nos, opuchnięte oko, cała twarz we krwi. Ręka też, musiałem sobie ją zetrzeć kiedy upadałem.
Fizycznie nic mnie nie bolało, bolała mnie moja zdeptana duma.
Zawsze dostaję po pysku kiedy nie mam żadnych złych intencji, kiedy zaczepiałem takich ludzi dla sportu nigdy nic mi się nie działo. Najgorsze w zaistniałej sytuacji było to że puściły mi nerwy. Górę nade mną wzięła moja zła natura. Wziąłem kilka ciekawych rzeczy z pokoju i poszedłem z powrotem pod klub poszukać kolesia. Ludzie w akademiku na korytarzu mnie omijali szerokim łukiem, ktoś zapytał czy mam papierosa. Wystarczyło że popatrzył mi w oczy.
Cały się trząsłem ze złości, czułem, że jak go ponownie spotkam to będzie miało miejsce coś naprawdę złego.
Na szczęście dla mnie i dla owego człowieka, nie spotkałem go. Jeszcze bardziej zdenerwowany wróciłem do akademika. Poszedłem do kolegi którego wcześniej odprowadziłem. Kiedy minęła złość, przyszedł strach. Wiedziałem, że jak bym spotkał wtedy tego kolesia, to co najmniej jedna osoba wylądowała by w szpitalu. Przestraszyłem się swojego wybuchu, jeszcze nigdy w życiu nie byłem taki zły.
Zdaję sobie sprawę z tego, że niektórzy ludzie się mnie boją. Do ostatniego incydentu się im dziwiłem. Nie jest mnie łatwo przestraszyć, niewielu rzeczy się boję.
Wróć. Bałem. Teraz już wiem, czego się boję. Mam z tym do czynienia codziennie. Dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Siedzi we mnie i nie wiadomo kiedy znów wyjdzie na wierzch. Nie mogę do tego znów dopuścić. Nigdy.
***
Należy tu nadmienić, że egzamin nie był jedynym czynnikiem składającym się na mój nieciekawy humor, który utrzymywał się od dobrych paru dni.
Poszedłem do innego dobrego znajomego z akademika, czułem, że nie powinienem za długo siedzieć sam w pokoju. Po krótkiej rozmowie poprawił mi się humor na tyle, żeby wrócić bezpiecznie do siebie.
Po pewnym czasie nawet zacząłem pomimo kilku niepowodzeń oceniać całokształt dnia jako stosunkowo udany. Poszedłem do sklepu, kupiłem sobie piwo i stwierdziłem że jednak spędzę trochę czasu ze znajomymi. Popiliśmy, jednak po pewnym czasie, co było do przewidzenia, stwierdziliśmy, że nam mało. Jednak nie można było rozwiązać tego problemu z powodu braków jakichkolwiek środków pieniężnych. Ja jednak wpadłem na pewien pomysł, genialny w swojej prostocie, jednak możliwy do wykonania jedynie w realiach akademika: przejdźmy po pokojach, powinniśmy uzbierać na wódkę.
Po przejściu trzech pięter mieliśmy jedną butelkę wódki (kolega z bodajże Białorusi nie miał pieniędzy, więc dał nam całą wódkę) i ilość pieniędzy wystarczającą na kolejną.
W szampańskich humorach wróciliśmy do pokoju, załatwiliśmy jakieś kieliszki i zaczęliśmy się raczyć darowanym specjałem wznosząc toast za toastem.
Znajoma wpadła na kolejny pomysł: Chodźmy na imprezę!
Tak też zrobiliśmy, pieniądze wstępnie przeznaczone na kolejną wódkę posły na piwo w klubie. Popiliśmy, potańczyliśmy, pogadaliśmy, słowem, impreza jak najbardziej udana. Po pewnym czasie zauważyłem że jeden z naszych towarzyszy sprawia wrażenie niezwykle "zmęczonego", więc powiadomiłem resztę towarzystwa że my się zbieramy do akademika.
Zaraz po wyjściu przyczepił się do nas jakiś pijany imprezowicz, nawiązał się pseudo dialog:
Pijaczek: Ej, wy to powiedzieliście?!
Ja: Nikt nic nie mówił, zdawało ci się.
P: To na pewno wy:
J: Nie chcemy żadnych problemów, daj nam spokój
Ale nie dał, lazł za nami kawałek i coś tam mamrotał w swoim, sobie tylko zrozumiałym żargonie. W końcu powiedziałem do kolegi żeby poczekał, dowiem się o co mu chodzi i wracam. Odwróciłem się celem podejścia i dowiedzenia się co go tak boli. Błąd. Byłem trochę wpity, nie zdążyłem zareagować w jakikolwiek sposób, ani przez uchylenie się ani przez wyjęcie czegoś z kieszeni do obrony. Nie wiem ile razy dostałem, ale pani w recepcji jak mnie zobaczyła to zbladła.
Sam się zdziwiłem jak się zobaczyłem w lustrze: rozcięty nos, opuchnięte oko, cała twarz we krwi. Ręka też, musiałem sobie ją zetrzeć kiedy upadałem.
Fizycznie nic mnie nie bolało, bolała mnie moja zdeptana duma.
Zawsze dostaję po pysku kiedy nie mam żadnych złych intencji, kiedy zaczepiałem takich ludzi dla sportu nigdy nic mi się nie działo. Najgorsze w zaistniałej sytuacji było to że puściły mi nerwy. Górę nade mną wzięła moja zła natura. Wziąłem kilka ciekawych rzeczy z pokoju i poszedłem z powrotem pod klub poszukać kolesia. Ludzie w akademiku na korytarzu mnie omijali szerokim łukiem, ktoś zapytał czy mam papierosa. Wystarczyło że popatrzył mi w oczy.
Cały się trząsłem ze złości, czułem, że jak go ponownie spotkam to będzie miało miejsce coś naprawdę złego.
Na szczęście dla mnie i dla owego człowieka, nie spotkałem go. Jeszcze bardziej zdenerwowany wróciłem do akademika. Poszedłem do kolegi którego wcześniej odprowadziłem. Kiedy minęła złość, przyszedł strach. Wiedziałem, że jak bym spotkał wtedy tego kolesia, to co najmniej jedna osoba wylądowała by w szpitalu. Przestraszyłem się swojego wybuchu, jeszcze nigdy w życiu nie byłem taki zły.
Zdaję sobie sprawę z tego, że niektórzy ludzie się mnie boją. Do ostatniego incydentu się im dziwiłem. Nie jest mnie łatwo przestraszyć, niewielu rzeczy się boję.
Wróć. Bałem. Teraz już wiem, czego się boję. Mam z tym do czynienia codziennie. Dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Siedzi we mnie i nie wiadomo kiedy znów wyjdzie na wierzch. Nie mogę do tego znów dopuścić. Nigdy.
poniedziałek, 2 lutego 2015
Jakoś to będzie
Musi być. Jak nigdy jestem pełen optymizmu. Pierwszy raz tego roku. Na studiach idzie mi zaskakująco dobrze. Pomimo początkowych problemów i komplikacji, przy pomocy mojej zdolności do negocjacji, jak i częściowo dzięki szczęściu i litości wykładowców nad moją osobą, wyszedłem na prosto nadrabiając zaległości których ostatnimi czasy skumulowało mi się w życiu na wzór cholesterolu w żyłach człowieka chorego na miażdżycę.
Mimo, że moje przewidywania odnośnie moich ocen minęły się trochę z oczekiwaniami jestem z siebie zadowolony.
Nawet jeśli nie wszystkie z zaplanowanych na najbliższe miesiące cele zostaną osiągnięte, mam sprawiające niemałą satysfakcję przeczucie, że niewiele rzeczy będzie w stanie wykoleić mnie z torów po których pędzę jak rozpędzony parowóz do celu.
No dobra, aż tak różowo nie jest. Dalej miejscami jestem opryskliwy, ale moje otoczenie już zdążyło to zaakceptować jako moją wrodzoną cechę charakteru. Co najzabawniejsze, zrobiło to jeszcze przede mną. Myślę, że można uznać to za kolejny argument przemawiający za tym, że optymizm jest tu jak najbardziej na miejscu.
Na zakończenie, chciałbym się ze wszystkimi podzielić piosenką, która mnie prześladuje od kilku dni. Jakkolwiek nie przepadam za utworami o podobnej treści, ta na prawdę jest świetna i wywołuje uśmiech na mojej twarzy.
czwartek, 15 stycznia 2015
Artur, nie jesteś bogiem tej gry...
Słowem wstępu. Niedawno czytałem, że ludzie którzy umieszczają na portalach społecznościowych dużo zdjęć ze swoim udziałem mają skłonności psychopatyczne. Owszem, mam trochę zdjęć na znanym wszystkim i lubianym fejsie, ale to chyba niczego nie dowodzi, prawda? Chciałem w ten sposób pokazać jakie mam bogate życie towarzyskie.
Tak poza tematem, chciałbym się pochwalić moim ostatnim zakupem. Jestem od niedawna szczęśliwym posiadaczem balisonga...
- Siema byku!
I już wiedziałem, że zaliczenie tego dnia do udanych będzie graniczyło z cudem.
Wbrew pozorom, winę za zaistniały stan rzeczy wcale nie ponoszą słowa pozdrowienia skierowane do mnie przez kolegę. Nie. Na tą sytuację złożyło się więcej czynników.
Dręczące mnie sny nagminnie się powtarzają. Codziennie. W każdym z tych snów zawsze komuś dzieje się krzywda, najczęściej mnie. Raz, nie mam bladego pojęcia co mogło mieć na to wpływ, ja zrobiłem krzywdę osobie która mnie nawiedza w snach. To było dziwne.
Kolejnym problemem jest moje wielokrotnie tu obnażane lenistwo. Jednak to jeszcze jestem w stanie miejscami przezwyciężyć. Niestety zdecydowanie zbyt rzadko.
Dzisiejszy dzień był tego doskonałym przykładem, kiedy to w niezwykle widowiskowy sposób oblałem dwa kolokwia.
Do tego dochodzi jeszcze jeden, bliżej niezidentyfikowany czynnik. Od równego tygodnia robię dobrą minę do złej gry, starając się nie pokazywać innym, że mam nie najlepszy humor. Nie wszystkich da się zwieść, zdaję sobie z tego sprawę, ale na razie działa w zadowalającym mnie stopniu. Najgorsze jest to, że ostatnimi czasy zbyt wiele się dzieje żebym mógł w jasny i klarowny sposób określić co wpływa na moją kondycję psychiczną. Albo ściślej, jej brak.
To jeszcze nie koniec. Momentami wpędzają mnie w głęboką konsternację skierowane do mnie słowa "jesteś straszny kiedy się nie uśmiechasz", by zaraz po tym dostać salwą cytatów w stylu "twój uśmiech jest niepokojący".
Na szczęście są również sytuacje wyrównujące poziom frustracji rozsadzającej mnie czasem od środka.
Przykładowo sytuacja w której miałem niepowtarzalną okazję pozwalającą na pokazanie, że moje wykolejenie dobrze współgra z czarnym humorem:
Kolega: Zastanawiałem się kiedyś nad pracą w kostnicy. To musi być ciekawe, tak kroić ludzi...
Ja: No coś ty, to już nie jest takie fajnie kiedy nie krzyczą przy kolejnych cięciach
K; Co ty ćpasz?!
J; Życie. Stary, mocny towar. Ciężko dostać, uzależnia po pierwszej dawce. Jest koszmarnie drogie. Należy ponadto nadmienić o stuprocentowej śmiertelności wśród uzależnionych od tego specyfiku.
Tak się zastanawiałem, czy wspomniany kolega mówiąc o pracy w kostnicy chciał mi się przypodobać, pokazać, że też lubi takie wypaczone żarty?
W każdym razie, gdyby nie niektóre rozładowujące we mnie napięcie sytuacje przeciążenie układu nerwowego sięgnęło by zenitu doprowadzając do "zwarcia" które z kolei zakończyło by moją egzystencję serią kolorowych fajerwerków.
A dlaczego taki dziwny tytuł? To ukłon w stronę mojego współlokatora, towarzysza niedoli. Zawsze mnie raczy podobnymi tekstami, ochrzcił mnie szczytnym mianem Artura i zabawia błyskotliwymi tekstami w stylu "Je...ać szlauchy maczetami".
Tak poza tematem, chciałbym się pochwalić moim ostatnim zakupem. Jestem od niedawna szczęśliwym posiadaczem balisonga...
***
I już wiedziałem, że zaliczenie tego dnia do udanych będzie graniczyło z cudem.
Wbrew pozorom, winę za zaistniały stan rzeczy wcale nie ponoszą słowa pozdrowienia skierowane do mnie przez kolegę. Nie. Na tą sytuację złożyło się więcej czynników.
Dręczące mnie sny nagminnie się powtarzają. Codziennie. W każdym z tych snów zawsze komuś dzieje się krzywda, najczęściej mnie. Raz, nie mam bladego pojęcia co mogło mieć na to wpływ, ja zrobiłem krzywdę osobie która mnie nawiedza w snach. To było dziwne.
Kolejnym problemem jest moje wielokrotnie tu obnażane lenistwo. Jednak to jeszcze jestem w stanie miejscami przezwyciężyć. Niestety zdecydowanie zbyt rzadko.
Dzisiejszy dzień był tego doskonałym przykładem, kiedy to w niezwykle widowiskowy sposób oblałem dwa kolokwia.
Do tego dochodzi jeszcze jeden, bliżej niezidentyfikowany czynnik. Od równego tygodnia robię dobrą minę do złej gry, starając się nie pokazywać innym, że mam nie najlepszy humor. Nie wszystkich da się zwieść, zdaję sobie z tego sprawę, ale na razie działa w zadowalającym mnie stopniu. Najgorsze jest to, że ostatnimi czasy zbyt wiele się dzieje żebym mógł w jasny i klarowny sposób określić co wpływa na moją kondycję psychiczną. Albo ściślej, jej brak.
To jeszcze nie koniec. Momentami wpędzają mnie w głęboką konsternację skierowane do mnie słowa "jesteś straszny kiedy się nie uśmiechasz", by zaraz po tym dostać salwą cytatów w stylu "twój uśmiech jest niepokojący".
Na szczęście są również sytuacje wyrównujące poziom frustracji rozsadzającej mnie czasem od środka.
Przykładowo sytuacja w której miałem niepowtarzalną okazję pozwalającą na pokazanie, że moje wykolejenie dobrze współgra z czarnym humorem:
Kolega: Zastanawiałem się kiedyś nad pracą w kostnicy. To musi być ciekawe, tak kroić ludzi...
Ja: No coś ty, to już nie jest takie fajnie kiedy nie krzyczą przy kolejnych cięciach
K; Co ty ćpasz?!
J; Życie. Stary, mocny towar. Ciężko dostać, uzależnia po pierwszej dawce. Jest koszmarnie drogie. Należy ponadto nadmienić o stuprocentowej śmiertelności wśród uzależnionych od tego specyfiku.
Tak się zastanawiałem, czy wspomniany kolega mówiąc o pracy w kostnicy chciał mi się przypodobać, pokazać, że też lubi takie wypaczone żarty?
W każdym razie, gdyby nie niektóre rozładowujące we mnie napięcie sytuacje przeciążenie układu nerwowego sięgnęło by zenitu doprowadzając do "zwarcia" które z kolei zakończyło by moją egzystencję serią kolorowych fajerwerków.
A dlaczego taki dziwny tytuł? To ukłon w stronę mojego współlokatora, towarzysza niedoli. Zawsze mnie raczy podobnymi tekstami, ochrzcił mnie szczytnym mianem Artura i zabawia błyskotliwymi tekstami w stylu "Je...ać szlauchy maczetami".
poniedziałek, 5 stycznia 2015
Pierwszy!...
... post tego roku. Z tej okazji życzę sobie wszystkiego najlepszego. Bo jak chcesz żeby coś było zrobione dobrze, zrób to sam. Można by tym samym powiedzieć (prawdopodobnie obrażając kilka osób), że najlepsze życzenia noworoczne jakie dostałem w tym roku złożyłem sobie sam.
A teraz, starym dobrym zwyczajem, z subtelnością ciosu młotkiem w twarz, przechodzimy do właściwego tematu postu.
Ogólnie znaną prawdą jest, że jak ma się coś ważnego do zrobienia zawsze znajdzie się coś innego do roboty. Ilość i natężenie "tych innych" zajęć jest wprost proporcjonalna do priorytetu zadania pierwotnego. Dodatkowym czynnikiem demotywującym jest brak nad sobą osoby potrafiącej przypilnować lub zachęcić do działania. Do czego zmierzam?
Jako że jestem dumnym ze swojego statusu studentem, muszę się uczyć. Za kilka dni mam kolokwium. Nie potrafię się zagonić do nauki. Czym się to objawia? Pokój w akademiku jest czysty jak nigdy, podłoga umyta, kurze pościerane, naczynia umyte, zakupy zrobione (pomimo rażących braków środków na koncie). Porządek w szafie też jest. Zrobiłem już wszystko czym mógłbym się odciągnąć od nauki, więc wyszedłem szukać w akademiku form życia innych od kurzu który do mnie zagadał kiedy wyciągałem śmieci spod łóżka. Niestety, nie udało mi się. Od sylwestra akademik tętni życiem jak Dolina Śmierci w Stanach Zjednoczonych.
Jednak wczoraj wróciła jedna z sąsiadek na łączniku (który to z braku zajęcia wcześniej również wysprzątałem). Zawsze robiła mi awantury o głośno grającą muzykę. Miała do tego niesamowite wyczucie czasu, przychodziła się uskarżać zawsze równo o 22:01. Że niby już jest cisza nocna. Współlokator zasugerował mi kiedyś żeby jej wyperswadować, że w takim miejscu jak akademik pojęcie ciszy nocnej jest terminem czysto abstrakcyjnym, ale jakoś mi jej szkoda.
Jakże zatem wielkie było moje zaskoczenie, kiedy wczoraj wieczorem około godziny 23:00 zaczęła się wydobywać zza ściany seria niezidentyfikowanych dźwięków znanych szerzej jako muzyka pop. Doszedłem do wniosku, że sąsiadka miała udanego sylwestra. Na tyle udanego, że atmosfera szampańskiej zabawy jeszcze się jej trzymała. Bo nikt normalnie nie włącza (nie tylko takiej ale w ogóle) tak głośno muzyki bez zbędnego powodu. Na zastanawianiu się cóż to mógł być za powód zeszło mi kilka następnych kilka godzin które mogłem spożytkować na naukę.
Dzień następny schodzi mi na zaglądaniu w każdy kąt pokoju w poszukiwaniu pozostałości po niezwykle oczytanych, elokwentnych i rozmownych kępkach kurzu. Oczywiście nie znalazłem. Znalazłem za to w skrzynce mailowej wiadomość od pani magister z informacją że nie zaliczyłem poprawki z kolokwium. Bosko.
Współlokator wróci najprawdopodobniej jutro, więc do jutra załatwię sobie lustro żeby mieć z kim pić. No, chyba że ktoś przyjdzie sprać mnie na kwaśne jabłko w celu zachęcenia mnie do nauki. Znam kilka osób które dysponują argumentami o podobnej sile i skuteczności. Teraz tylko pozostaje pytanie: czekać na nie, czy brać się za naukę?
A teraz, starym dobrym zwyczajem, z subtelnością ciosu młotkiem w twarz, przechodzimy do właściwego tematu postu.
Ogólnie znaną prawdą jest, że jak ma się coś ważnego do zrobienia zawsze znajdzie się coś innego do roboty. Ilość i natężenie "tych innych" zajęć jest wprost proporcjonalna do priorytetu zadania pierwotnego. Dodatkowym czynnikiem demotywującym jest brak nad sobą osoby potrafiącej przypilnować lub zachęcić do działania. Do czego zmierzam?
Jako że jestem dumnym ze swojego statusu studentem, muszę się uczyć. Za kilka dni mam kolokwium. Nie potrafię się zagonić do nauki. Czym się to objawia? Pokój w akademiku jest czysty jak nigdy, podłoga umyta, kurze pościerane, naczynia umyte, zakupy zrobione (pomimo rażących braków środków na koncie). Porządek w szafie też jest. Zrobiłem już wszystko czym mógłbym się odciągnąć od nauki, więc wyszedłem szukać w akademiku form życia innych od kurzu który do mnie zagadał kiedy wyciągałem śmieci spod łóżka. Niestety, nie udało mi się. Od sylwestra akademik tętni życiem jak Dolina Śmierci w Stanach Zjednoczonych.
Jednak wczoraj wróciła jedna z sąsiadek na łączniku (który to z braku zajęcia wcześniej również wysprzątałem). Zawsze robiła mi awantury o głośno grającą muzykę. Miała do tego niesamowite wyczucie czasu, przychodziła się uskarżać zawsze równo o 22:01. Że niby już jest cisza nocna. Współlokator zasugerował mi kiedyś żeby jej wyperswadować, że w takim miejscu jak akademik pojęcie ciszy nocnej jest terminem czysto abstrakcyjnym, ale jakoś mi jej szkoda.
Jakże zatem wielkie było moje zaskoczenie, kiedy wczoraj wieczorem około godziny 23:00 zaczęła się wydobywać zza ściany seria niezidentyfikowanych dźwięków znanych szerzej jako muzyka pop. Doszedłem do wniosku, że sąsiadka miała udanego sylwestra. Na tyle udanego, że atmosfera szampańskiej zabawy jeszcze się jej trzymała. Bo nikt normalnie nie włącza (nie tylko takiej ale w ogóle) tak głośno muzyki bez zbędnego powodu. Na zastanawianiu się cóż to mógł być za powód zeszło mi kilka następnych kilka godzin które mogłem spożytkować na naukę.
Dzień następny schodzi mi na zaglądaniu w każdy kąt pokoju w poszukiwaniu pozostałości po niezwykle oczytanych, elokwentnych i rozmownych kępkach kurzu. Oczywiście nie znalazłem. Znalazłem za to w skrzynce mailowej wiadomość od pani magister z informacją że nie zaliczyłem poprawki z kolokwium. Bosko.
Współlokator wróci najprawdopodobniej jutro, więc do jutra załatwię sobie lustro żeby mieć z kim pić. No, chyba że ktoś przyjdzie sprać mnie na kwaśne jabłko w celu zachęcenia mnie do nauki. Znam kilka osób które dysponują argumentami o podobnej sile i skuteczności. Teraz tylko pozostaje pytanie: czekać na nie, czy brać się za naukę?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
