piątek, 28 grudnia 2012

Nadzieja

Jak wiadomo nie od dziś, w życiu każdego faceta nadchodzi kiedyś ten czas. Czas zakupu nowych spodni. Mnie też to dopadło i nie będę się z tym krył. Ta niepewność, strach, swojego rodzaju wstyd przed poproszeniem tej miłej pani o przecudnych blond lokach o pomoc przy rozpięciu rozporka, bo ten bezczelnie się zaciął... Taak, zakup nowych spodni potrafi być nie lada wyzwaniem.
Ostatecznie nabyłem parę spodni które mam nadzieję nie rozerwą mi się w najmniej odpowiednim miejscu i czasie.
Po odstaniu swojego w kolejce do kasy, czym prędzej zapłaciłem i uciekłem z tego miejsca. Zerknąłem na zegarek. Za chwile powinien przyjść kolega z którym się umówiłem. "Spocznę sobie na ławeczce, w końcu zasłużyłem", pomyślałem. Ale nie. Jakiś facet musiał się rozpierdzielić na całej szerokości ławki, na której wygodnie by usadowiło co najmniej pięciu takich olbrzymów jak ja.
Więc stoją przy tej nieszczęsnej ławce przeklinając cały świat, a w szczególności owego waćpana. Jak to zwykle bywa, żeby urozmaicić sobie czas, zacząłem korzystać z niewyczerpanych zasobów mojej wyobraźni (tak, tej pani dużo bardziej do twarzy będzie w czerwieni. Janie, podaj mi moje Magnum 44...). Nagle, ni z gruchy ni z pietruchy, zaczęło mi się robić ciemno przed oczami. Trochę się przestraszyłem, a następnie...   a następnie nic nie pamiętałem. Przynajmniej momentu, aż się ocknąłem na ławce. Nie mam bladego pojęcia jakie ciemnie moce w to ingerowały. W każdym razie moim wybawcą okazał się wyżej wspomniany pan (na którego rzuciłem całkiem niedawno klątwę). Usadził mnie na ławce, zaczepił jakiegoś przechodzącego smarka żeby się skoczył po coś do picia i pilnował, żebym z tej ławki nie zleciał. Po wszystkim (to znaczy kiedy w końcu udało mi się go przekonać, że wszystko ze mną już w porządku) odszedł, życzył mi wszystkiego najlepszego w związku z nadchodzącym rokiem i zniknął zostawiając mnie nieco otumanionego całą tą sytuacją. Jak widać, nie zawsze człowiek człowiekowi wilkiem.

***

Zawsze starałem się, wbrew pozorom, być miłym i uprzejmym człowiekiem, nigdy nie spodziewałem się, że ktoś może się okazać miły w stosunku do mnie. Czyli jednak dałem się jeszcze zaskoczyć przez życie. Oby tak dalej.
Po ostatnich postach o dość cierpkim oddźwięku ten, wyraźnie optymistyczny i napawający nadzieją będzie pewnego rodzaju odtrutką na zaserwowane przeze mnie chamstwo.

środa, 26 grudnia 2012

Pro forma

Ach, święta!...
Wszyscy je kochamy. Ta udzielająca się wszystkim atmosfera przyjaźni, miłości, przebaczenia. No i spędzanie czasu ze swoją rodziną, wyśmienita kolacja składająca się z dwunastu potraw w wigilijną noc, śpiewanie kolęd, ubieranie choinki, wymienianie się prezentami z najbliższymi.
Taaa...
Żeby to jeszcze od początku do końca wyglądało tak pięknie jak przedstawiony powyżej obrazek.
Ale po kolei. Jak to wygląda z mojej perspektywy.
Spędzanie czasu z rodziną ogranicza się do posiłków, każdy jest tak strasznie zajęty. Święta to też pewnego rodzaju zawieszenie broni na czas nieokreślony w rodzinnych kłótniach.
Dwanaście potraw? Wolne żarty. Ludzie z roku na rok są coraz biedniejsi. Niewiele brakuje a święta będą się składały tylko z karpia. Chociaż nie, karp za drogi. Będziemy musieli się zadowolić farszem z uszek. Nie będzie tanio jak barszcz.
Kolęd się już nie śpiewa. Jeśli dane wam będzie słyszeć kolędy podczas wigilii, tak jak mnie, to tylko z płyty kupionej na bazarze od jakiegoś rumuna puszczonej u sąsiada zza ściany.
Jeśli w ogóle ktoś jeszcze ubiera choinkę, to na pewno towarzyszą temu pewne napięcia, choćby tak banalne jak te związane z rozplątywaniem żarówek na choinkę. Spotkałem się raz nawet z tym, że zamiast choinki w domu stał kaktus obwieszony kilkoma pierdółkami. Ale wszyscy się ze mną zgodzą, że to już nie to samo.
Komercja. Wszechobecne promocje świąteczne naciągają nas i wyciągają nam z kieszeni kupę kasy. Bo to jest nowa istota świąt: kupujemy rzeczy, które nigdy nikomu się nie przydadzą, ludziom, których nie do końca lubimy, za pieniądze, których nie mamy. Pewnym wyjątkiem są dzieci, ale i tu zaczyna się wkradać świat zewnętrzny: nie można już kupić swojej pociesze czegokolwiek, co wyda nam się słuszne. Dziecko wie, że Mikołaja nie ma i żąda od rodziców konkretnego prezentu. Im droższy, tym lepiej. W końcu musi mieć się czym pochwalić w szkole przed 'kolegami'.
Pamiętam czekanie na pierwszą gwiazdkę za gówniarza. Nie siadało się do stołu, dopóki nie wypatrzyło się na niebie pierwszej gwiazdy. Teraz jest to nie możliwe. Komu by się chciało marnować czas na takie pierdoły, skoro każdy może siąść, nażreć się jak świnia i pójść w cholerę, nie zawracając sobie dupy takimi pierdołami.
Mam nadzieję że to tylko tymczasowy problem, który da się szybko rozwiązać. Święta takie jak Boże Narodzenie, to wspaniałe przeżycie i możliwość zacieśnienia łączących nas więzi. Weście to pod uwagę, to są słowa wypowiadane przez zatwardziałego i niereformowalnego ateistę, którego nie da się już nawrócić. Jestem pewien, że u mnie w domu będzie obchodzona pewna namiastka Świąt, takie rozwiązanie tymczasowe, dopóki nie znajdę ciekawszej alternatywy na spędzenie (ewentualnego) świątecznego urlopu.


niedziela, 23 grudnia 2012

Happy end!... of the world.

Na wstępie chciałbym życzyć wszystkim wszystkiego najlepszego z okazji końca świata. Ale chwila, jeśli to czytacie , to znaczy...  Cholera! Nie było żadnego końca świata. I co my teraz z tym fantem biedni poczniemy?
Po tym wymownym wstępie, chciałbym powiedzieć kilka rzeczy o końcu świata. Jak było, jak miało być, dlaczego nie było i dlaczego za tym wszystkim stoi Putin.
Według przeróżnych źródeł koniec świata miał nastąpić dnia 21.12.2012 o godzinie... o godzinach: 0.00, 11.00, 12.00, 12.21, 21.12... Wygląda jak rozkład jazdy PKSu, prawda? Otóż, w oczekiwaniu na mającym wyrosnąć przed moim blokiem plującego lawą, zionącym ogniem i miotającego na wszystkie strony bomby wulkaniczne krateru, postanowiłem sprawdzić, ile w tym wszystkim prawdy, i czy informacje rozdmuchiwane na cały świat na temat tego zdarzenia miały jakikolwiek sens.
Podszedłem do tego (jak zawsze) bardzo sceptycznie. Ciężar swojej ignorancji poczułem wcześniej, niż można było się spodziewać: o godzinie 0.00. "Zaczęło się", pomyślałem. Pewnie ciekawość aż was pożera od środka (pewnie nie). Otóż, czekając na 'wielkie wydarzenie' i chcąc zarazem umilić sobie czas miałem włączony komputer. A wspomnianej wyżej godzinie, punktualnie, wyskoczył mi na ekranie komunikat: "Ten komputer został zablokowany ze względu na niesankcjonowaną aktywność cybernetyczną". Podpisano: Policja.
Przeczytałem sobie uważnie ten komunikat, bo 'warto wiedzieć więcej'. Posądzono mnie o:
  • rozpowszechnianie spamu z dziecięcą pornografią (mówiła, że była pełnoletnia)
  • posiadanie nielegalnego oprogramowania (a facet który mi je sprzedawał zapewniał o jego autentyczności)
  • szachrajstwa podatkowe (oj tam, od razu szachrajstwo, tylko płacę z kont innych uczciwych podatników)
  • popieranie terroryzmu (dobra, dałem temu talibowi piątaka na chleb, a to że kupił glicerynę...)
Następnego dnia, pełen skruchy stawiłem się na komendę w celu wyjaśnienia sprawy. Już miałem zacząć swoją spowiedź, kiedy powiedziano mi, że to atak hakera. Uff. Niewiele brakowało. Bo słyszałem, że w więzieniu dostałbym zimną kawę...Wracając do domu zastanawiałem się, czy tak miał wyglądać koniec świata. Wyobrażałem sobie rozstępującą się ziemie, deszcze meteorytów, zastępy umarlaków powstałych z grobów, inwazji obcych... słowem wszystkiego, czym karmi nas amerykańskie kino katastroficzne. A po polsku: syf kiła i mogiła.
Dlaczego to nie nastąpiło? Cóż, jedną z najbardziej prawdopodobnych możliwości było to, że Anioł Zniszczenia przybył na Ziemię, zobaczył ten syf i powiedział: "Tu już nie ma dla mnie nic do roboty...". Inną moją teorią jest to, że te wszystkie, nazwijmy to 'efekty specjalne', były po prostu za drogie. Budżet światowy nie wytrzymałby następnego końca świata.
A dlaczego obwiniam za to Jego Świętobliwość Putina? Cóż, nie lubię go. I nie obchodzi mnie, że właśnie słyszę ciężkie buciory agentów NKWD zmierzających do mojego mieszkania. Nic mnie już nie zaskoczy. W końcu przeżyłem koniec świata.

niedziela, 9 grudnia 2012

Vitae

Życie?---
Rozprężę szeroko ramiona,
Nabiorę w płuca porannego wiewu,
W ziemię się skłonię błękitnemu niebu
I krzyknę, radośnie krzyknę:
-Jakie to szczęście, że krew jest czerwona!*

***
 
Kiedy słyszę jak ktoś mówi mi, że życie jet brutalne, to mnie szlag jasny trafia i krew zalewa. Co ci to Życie zrobiło, że uważasz je za brutalne?
Zabiło ci matkę? Nie. Zgwałciło córkę? Nie. Wysłało ojca do obozu pracy? Nie. Podcięło Ci pięty i kolana? Nie.
Dalej mnie nie rozumiesz? To słuchaj uważnie. Masz pracę? Tak. Masz dom? Tak. Więc analogicznie masz gdzie się schować przed niesprzyjającą pogodą i gdzie się położyć spać? Tak. Masz co jeść, nie przymierasz głodem? Oczywiście, w ciągu dnia masz co najmniej trzy posiłki. Obudziłeś się dziś rano? Tak.
Więc przestań pierdzielić, że Życie jest brutalne. To z Tobą jest coś nie tak. Albo twoje wyobrażenie brutalności jest nieco przejaskrawione i 'brutalność' w Twoim przypadku ogranicza się do gówno znaczących i nielicznych niekomfortowych sytuacji. Brutalny, to mogę być ja, nie Życie. Jak sobie coś spierdzielisz, to tylko i wyłącznie Twoja wina, nie zwalaj wszystkiego na siły wyższe.
Więcej optymizmu, i weź się do cholery w garść. Są ludzie, którzy by dusze sprzedali (swoje i przyszłych pokoleń), żeby być na twoim miejscu.
I jak? Lepiej się czujesz? Świetnie. A zatem, zadam ci 'leczenie domowe'. To proste ćwiczenie, więc nie powinieneś mieć z tym większych problemów. Mianowicie, codziennie wieczorem, chwilę przed położeniem się do łóżka, wyobraź sobie, że już rano nie wstaniesz. Tylko ostrożnie, nie daj się ponieść chorym fantazjom. Tak, wiem że jesteś do tego zdolny. Po prostu to zrób. Co to ma na celu? Już śpieszę z wyjaśnieniami. Wieczorem, będąc już przekonanym że rano się nie obudzisz, kładziesz się spać. Rano, z wielkim zaskoczeniem stwierdzasz, że się myliłeś, i Życie dało ci fajny prezent, w postaci możliwości spędzenia na tym świecie kolejnego dnia. Ćwiczenie służy uświadomieniu Tobie, że Życie to nie jest jakimś demonem czyhającym za rogiem na stosowny moment żeby rozszarpać Cię na strzępy i zostawić twoje rozczłonkowane zwłoki, tylko w pewnym sensie sprzymierzeńcem.
Ja to stosuję codziennie, od dłuższego czasu, i mam się świetnie.
A więc, więcej optymizmu, zdrowego rozsądku i wiary w siebie.

*J. Tuwim, wiersz bez tytułu z tomiku "Czyhanie na Boga"(1918)

wtorek, 4 grudnia 2012

Nie ten czas

Nie przyłapaliście się nigdy na myśleniu, że jesteście w złym miejscu i czasie? Nie mam na myśli tak niezręcznych sytuacji jak bycie niechcianym (jedynym) światkiem, dajmy na to, morderstwa.
Chodzi mi o coś głębszego. Nie zastanawialiście się, co by się stało, gdybyście się urodzili w innym mieście, a nawet państwie. Rok wcześniej, kilka lat później, w innej epoce? Nie? Spodziewałem się tego.
Ja się zastanawiałem. I doszedłem do ciekawej konkluzji, a mianowicie: urodziłem się za późno.
Jak zatem powinno wyglądać moje życie? Kiedy powinienem się urodzić? Jak powinno przebiegać i jak się zakończyć? Powoli, bez pośpiechu, wszystko wyjaśnię.
Datę urodzin sugeruję bez większych zmian, na lipiec 1919. Dwudziestolecie międzywojenne, stosunkowo spokojny okres. W sam raz na dojrzewanie. Nie ważne czy żyłbym w bogatej czy biednej rodzinie, jakoś nigdy nie przywiązywałem dużej uwagi do pieniędzy. Wolałem (czy może wolałbym, bo niestety to nie tylko ode mnie zależy) kontakty międzyludzkie. Otaczać się serdecznymi ludźmi, gotowymi zawsze pomóc w potrzebie i nie chcących wiele w zamian. Teraz ludzie mają zupełnie inne priorytety. Kasa ponad wszystko. Nie masz kasy, jesteś nikim. Masz? To świetnie. Musisz mieć więcej! Wyjątki tylko potwierdzają regułę.
Do tego dochodzą relacje na linii damsko-męskiej. Jakoś zawsze wolałem długie podchody, miłe słówka, niewinne, jednak wiele mówiące wymiany spojrzeń... Teraz tak nie ma.
Przykład mojego znajomego doskonale obrazuje skrajny przypadek. Znalazł domniemaną drugą połówkę w trybie ekspresowym: podszedłwszy do pierwszej lepszej dziewczyny która mu się spodobała, zapytał: "Dajesz dupy, czy mam z tobą chodzić?".
Oczywiście, skończyli równie szybko, po około miesiącu.
Ja bym tak nie potrafił, myślcie sobie co chcecie, ale dla mnie kobieta i związek to coś więcej niż, jak to kiedyś słyszałem, stałe podpięcie do seksu. Cóż, czasy się zmieniły...
Dalej. jest rok 1939. Mam 20 lat. Myślę, że nie trzeba nikomu mówić, co zrobię. Oczywiście zaciągnąłbym się do wojska jako ochotnik. I tu kończą się pewniaki. Liczbo opcji jest przeogromna. Podam kilka przykładów:
  • mogę zginąć już pierwszego dnia
  • mogę trafić do obozu
  • mogę również mieć doskonałą i prężnie rozwijającą się karierę żołnierza 
I wiele, wiele innych. Jednak mnie osobiście najbardziej odpowiadało by dożycie 25 lat, wzięcie udziału w powstaniu warszawskim i zginięcie na nim. Sam nie wiem, czy było by lepiej zginąć podczas walk, czy egzekucji po powstaniu...
Dlaczego chciałbym zginąć? To proste. Jeśli miałbym zostać weteranem wojennym, który walczył za swoją ojczyznę z narażeniem życia i później patrzeć jak banda kretynów w rządzie to wszystko pierdzieli, jak zabierają mi należne mi jako obywatelowi dobra, to wolałbym nie brać w tym udziału.
Wy również spróbujcie się tak zastanowić nad swoim życiem, czy aby na pewno ma sens, czy zmierza we właściwym kierunku i czy jesteście we właściwym miejscu i czasie.

sobota, 1 grudnia 2012

!

Teraz będzie mniej grzeczne, ale to nie moja wina:

Srak!
A co cię to obchodzi!
Nie twój interes!
Daleko!
Gówno!
Znowu ty i te twoje głupie pytania!
Żebyś miał o co pytać!
Za dużo chciałbyś wiedzieć!
 Sraki!
Dla gówna psiego!
Misia gogo!
Za dużo!
Nie twoje!
Z dupy!
TY mi powiedz!

 ***
To tylko próbka głupich odpowiedzi głupich ludzi na domniemanie głupie pytania. Ludzie udzielający takich... hmmm... odpowiedzi, są zazwyczaj drażliwi, niecierpliwi, głupi, nerwowi, głupi, nieokrzesani... czy mówiłem że są głupi?
Dobra, żarty żartami, ale według mnie to naprawdę problem. Najgorsze jest to, że ci ludzie nie widzą tego problemu. Jeśli powiem, ze trzeba ich posłać na leczenie/resocjalizację albo coś w tym stylu, to zacznę się powtarzać. A tego nie chcę. Chce być świeży i niepowtarzalny.
Jakieś sugestie, co z tym zrobić? Jak zawsze.
W każdym razie, zanim Wy udzielicie jakiejś głupiej odpowiedzi, lub jej udzielenie tylko przejdzie Wam przez myśl, zastanówcie się kilka razy. Po czymś takim Wasz wizerunek może mocno ucierpieć, a jego odbudowa może być niesamowicie trudna, o ile niemożliwa.

?

jak?
komu? 
dokąd?
gdzie? 
co?
czym?
po co?
z kim?
jaki?
dlaczego?
kogo?
ile?
czyje?
skąd?
czego? 

***
Pytanie. Praktycznie jedyny sposób by uzyskać odpowiedzi na nurtujące nas problemy.  Kto pyta, nie błądzi. A nikt z nas chyba nie chce się szwendać po polach głupoty otoczony mgłą ignorancji.
Dość często słyszę, że zadaje głupie pytania. Nie ma głupich pytań, są tylko głupie odpowiedzi...
I głupi ludzie ich udzielający. Zadając pytanie, jestem przekonany, że zadaję pytanie rzeczowe, krótkie, proste do zrozumienia i jednocześnie zmuszające do udzielenia konkretnej i jasnej odpowiedzi. Jednak nie raz, nie dwa, przekonałem się, że ludzie uważają inaczej. Nie wszyscy, na szczęście.
Dlaczego tak jest? Tego nie wiem. Ale zaraz się dowiem, tylko się zapytam.

niedziela, 25 listopada 2012

Polski "system" szkolnictwa

Siedząc ostatnio na zajęciach w (nie powiem gdzie), robiąc to co zawsze (gapiłem się w sufit), wspomniałem sobie pewną sytuację z czasów technikum. Musiało to ciekawie wyglądać, bo siedząc cicho ze wzrokiem wlepionym w świetlówki zacząłem się nagle śmiać...

"Z całym szacunkiem, ale uprzejmie upraszam Cię o zaprzestanie tej pozbawionej głębszego sensu paplaniny wydobywającej się z Twoich ust, gdyż w przeciwnym razie będę zmuszony do zakończenia Twojego jestestwa, szumnie przez Ciebie nazywanego egzystencją.".
Tymi oto słowami skłoniłem kolegę do zamknięcia się. Nie wiem czy zrobił to pod wpływem mojej prośby, czy po prostu doznał szoku na skutek potoku zalewających go słów, z których większości pewnie nawet nie zrozumiał.
W związku z tym że we wstępie zawiązałem do czasów kiedy chodziłem do technikum chciałem porozmawiać o polskim systemie nauczania. Biorąc pod uwagę to, że nasza rozmowa jest raczej jednostronna i polega na czytaniu przez was tego co tam napisze (o ile wogóle ktoś się na to zdecyduje), dochodzę do wniosku, że nazwanie tego rozmową jest grubą przesadą. Ale to ma swoje plusy. W pewnym sensie nie muszę wysłuchiwać waszych sprzeciwów i uwag, ale mniejsza o to. Przejdźmy w końcu do sedna sprawy.
To co potrafię zawdzięczam w dużym stopniu tylko i wyłącznie sobie. No, ewentualnie jeszcze szkole podstawowej. Szkoła podstawowa to pierwsza i właściwie ostatnia szkoła w której się można nauczyć czegoś co miało jakiś głębszy sens.
Dowiedziałem się tam, że Ziemia jest kulą, poznałem tajniki czytania, dowiedziałem się że rodzice mnie okłamali mówiąc mi że przyniósł mnie bocian. Na lekcjach historii natomiast dowiedziałem się, że Bóg zrobił nam psikusa umieszczając Polskę między Niemcami a Rosją.
Potem gimnazjum. Próbowali mi wybić część poznanej w podstawówce wiedzy, żeby wypełnić powstałe luki nowymi bzdurami. Na przykład: Ziemia nie jest kulą. A czym?! Ziemniakiem?! Nie. Ziemia to spłaszczona biegunowo elipsoida. To nie mogli nam tego powiedzieć w podstawówce? Okazało się, że nie, ponieważ nasze mózgi były nie wtedy gotowe na taką wiedzę. Gówno prawda. Mój był gotowy.
Okazało się również że poloniści lepiej potrafią odczytać intencje Adama Mickiewicza zawarte w treści "Pana Tadeusza". Nawet jeśli żadnych intencji nie było. Dalej...  Nawet jak stoję to jestem w ruchu. Doprawdy fascynujący fakt, tylko po kiego diabła jest mi on potrzebny?! Mało tego, a+b=c! W gimnazjum zaczęto mnie również germanizować.
W ramach mojego osobistego protestu, próbując uświadomić społeczeństwu, sobie i (a może w szczególności) nauczycielom, że w polskich szkołach przygotowuje się do życia w świecie który nie istnieje, przestałem się uczyć.
Dalszym etapem w skomplikowanym procesie mającym na celu wyedukowanie jak największej liczby młodego pokolenia w jak najkrótszym czasie, była szkoła średnia. Postawiono mnie przed decyzją, do której podjęcia jakoś nie specjalnie się garnąłem. Wybór szkoły. A wybór był przeogromny:

  1. szkoła zawodowa - kolejna szkoła, zaraz po podstawówce, w której nauka nie idzie na marne. Kończąc tą szkolę jednak automatycznie przypinamy sobie karteczkę z napisem: ROBOL
  2. liceum - dziesiątki, setki, tysiące kierunków, których nazwy raczej niewiele mi mówią. Kończąc liceum skazujemy się na konieczność dalszego nauczania, do czego zresztą owa szkoła nas przygotowuje
  3. technikum - łączy wady obu poprzednio wymienionych szkół.
Ja wybrałem technikum. Ale nie był to ani samodzielny ani w pełni świadomy wybór. Kierowałem się sugestiami otoczenia (które zresztą widziało same zalety tej szkoły): przygotowanie do danego zawodu, tytuł technika (którego zresztą nie zdobyłem), średnie wykształcenie, możliwość dalszego kształcenia... Wszystko pięknie i ładnie, aż chce się żyć.
Ale po co mi do jasnej cholery znać wykres funkcji f(x) i wszystkie jej własności?! I z jakiej racji doszli do wniosku że wartości ciągów arytmetycznych i geometrycznych przydadzą mi się w dorosłym życiu (a nie przyda się na pewno, nawet w przyszłym wcieleniu)? Po co mi znać częstotliwości fal światła widzialnego? Czy zapytają mnie o te pierdoły na rozmowie kwalifikacyjnej?! NIE!
Podsumowując, co nam da nauka w szkole, a czego nie:


1.Język polski:
    -potraficie rozwiązać problem bytu Jacka Soplicy z perspektywy Króla Edypa w oparciu o Cierpienia młodego Wertera
    -nie potraficie się dogadać w towarzystwie z powodu małego zasobu słownictwa, nie potraficia napisać poprawnie życiorysu
2.Matematyka:
    -zadanie typu: "g(x)=x+6, f(x)=-1/2+4x+6: wyznacz wartość funkcji względem symertrii osi 0y" nie robi na was większego wrażenia
    -mylicie się w podstawowych obliczeniach, nie potraficie myśleć logicznie, postępujecie według schematów
3.Język angielski:
    -znacie całą gramatykę, posiadacie spory zasób słownictwa (wiecie że sophisticated znaczy wyrafinowany)
    -nie potraficie nawiązać normalnej rozmowy z kolegą z zagranicy
4.Język niemiecki: tutaj problem wygląda podobnie jak w języku angielskim.
5.Religia:
    -jesteście głęboko uduchowieni, znacie cytaty z Pisma Świętego, chcecie zdawać maturę z religii
    -wkurza was postawa wszystkowiedzącego księdza, który nie pozwala wam przedstawić swojego zadania na dany temat, na lekcjach modlicie się do ściany, bo krzyże usunięto
6.Historia:
    -znacie całą historię świata, od czasów Mezopotamii do dziś
    -nie macie bladego pojęcia o własnych korzeniach
7.Biologia:
    -wiecie, że cytoplazma ameby jest zróżnicowana na ektoplazmę i endoplazmę
    -nie wiecie jakiego leku użyć w przypadku przeziębienia
8.Geografia:
    -wiecie, że krzewinki rosną w klimacie umiarkowanym, i że świat wydobywa 10 mln ton miedzi rocznie
    -nie potraficie się posługiwać mapą samochodową i bardzo słabo znacie swoja miasto oraz jego okolice. 
Po ukończeniu edukacji w Polsce, z najlepszymi wynikami, idziecie na podbój rynku pracy. Nie dostaniecie jej. Dostanie ją jakiś idiota bez wykształcenia, który ma znajomości.
Jeśli ktoś się ze mną nie zgadza, niech przemówi teraz, lub zamilknie na wieki. Głośniej, nie słyszę...



P.s: W ramach przerywnika, odcinając się trochę od właściwie pesymistycznego klimatu postu pozwolę sobie zauważyć:
Jeeee, jaka fajna opcjaaaaa! Na pewno będę z niej korzystał!

czwartek, 22 listopada 2012

Obiekt

W związku ze zbliżającej się ku końcowi kolejnej i zarazem ostatniej fazy eksperymentu, mającym na dogłębne zbadanie obiektu, załączam dokumentację z dotychczasowymi wynikami badań i danymi obiektu.

Dane osobowe: Rafał K., syn Ryszarda Kalinowskiego.
Miejsce zamieszkania: wciąż niepewne.
Wymiary: wzrost: przeciętny
                szerokość: mierna
                długość: wystarczająca.
                głębokość: niezbadana
Wiek: z każdym dniem zbliża się ku śmierci
Płeć: Domniemany mężczyzna
Cechy szczególne: nie zauważono, wyjąwszy wyjątkowe lenistwo (nie chce mu się spać), wszelkie wady postawy i przejawianie niepokojących zainteresowań (filozofia, ostre przedmioty, czytanie...).
Życiowe cele: Nietypowe. Obiekt dalej planuje zostać człowiekiem i dążyć do źródła szczęścia, w miarę możliwości posiąść nie tyle praktyczne co ciekawe doświadczenia.
Opinia biegłych: Przeprowadzone przez najlepszych specjalistów badania jednoznacznie stwierdzają, że osobnik jest aspołeczny i niebezpieczny dla najbliższego otoczenia z nim włącznie.
Diagnoza: Schizofrenia, zaburzenia osobowości, choroba błędnego koła, nerwica.
Leczenie: medycyna nie dysponuje na chwilę obecną wystarczającymi środkami by uratować podobne przypadki, jednakże stale prowadzone są badania mające na celu szybką zmianę tego przykrego stanu rzeczy. Jako leczenie zastępcze proponuje się natychmiastowe uśpienie obiektu.

Badania zakończone, obiekt zmarł w trakcie procedury uśpienia. Dalsze poszukiwania materiału na idealnego premiera Polski będą kontynuowane.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Para bellum...

Dość! Przelała się czara gorycz i teraz odczuwam palącą potrzebę pozbycia się kumulującej się we mnie z każdym dniem żółci! Tak być dłużej nie może! Za wiele jest rzeczy których być nie powinno. To strasznie frustrujące, wręcz potęgujące mój i tak kolosalny rozstrój emocjonalny.
Ale zacznijmy od początku. Zamierzam wypowiedzieć wojnę rzeczom które mnie denerwują. A trochę tego się nazbierało. A więc...
  • Dlaczego ludzie umierają, a zwierzęta zdychają? Wiem, dziecinne. Ale spójrzmy na to świeższym okiem. Śmierć jest jednakowa, dla każdego, nie zależnie od płci, wieku, wyznania, gatunku. Że niby co, zwierzęta są organizmami niższymi, bo nie mają tak rozwiniętych społeczności? Nie potrafią kochać? Nie mają jakichkolwiek uczuć? A teraz w drugą stronę. Jakie zwierzę zabija dla przyjemności, ranią innych, wyrządzają swojemu gatunkowi taką zbrodnię jaką jest choćby wojna? To zwierzęta powinny umierać, a ludzie zdychać. W końcu to one były tu przed nami. To my jesteśmy gośćmi, a one gospodarzami. A my bezczelnie nadużywamy ich gościnności.
  • Co to do cholery znaczy: "Jasne, znam cię. A raczej znałem/am, kiedy chodziliśmy razem do szkoły/pracy. Teraz nie możemy utrzymywać pod żadnym pozorem ze sobą kontaktów, mam nowe życie. Było minęło". Czy tylko ja widzę coś złego w zrywaniu wszelkich znajomości z tak, nie oszukujmy się, prozaicznego i durnego powodu? Czy tylko dlatego że jedna ze wspólnych nam rzeczy jaką była szkoła/praca zmarła śmiercią naturalną? Co w tym normalnego? Znajomości powinno się pielęgnować, dbać o nie. Jestem skłonny porównać znajomości do swojego rodzaju biżuterii. A takich rzeczy się nie wyrzuca od tak. To, że nie pasuje ci do nowego krawata/sukienki, to nie znaczy że masz się tego pozbyć. Nigdy nie wiadomo co i kiedy się przyda.  
  • Tolerancja. Wszyscy wiedzą co to jest, a ja nie będę tego kwestionował. Na razie. Denerwują mnie ludzie, którzy są rzekomo tolerancyjni, np: "Jestem tolerancyjny, ale wkurzają mnie pedały". Myślę, że to idealny przykład. Doskonale obrazuje, że dany osobnik nie ma pojęcia o tolerancji. Pozerstwo? Raczej głupota. Ja doskonale zdaję sobie sprawę, że do bycia tak tolerancyjnym, jak bym sobie tego życzył, wiele mi brakuje.
  • Hałas. Wszyscy uważają, że skoro słucham takiego, a nie innego rodzaju muzyki, to musi być tzw. pierdolnięcie. Nic bardziej mylnego. Lubię cisze i spokój. Lubię dni, kiedy wyspany wstaje, idę do kuchni, robię dla wszystkich śniadanie, a to wszystko w błogiej ciszy... Niedoczekanie. Problem polega na tym, że jeszcze w moim życiu takiej sytuacji nie zaznałem. Wstaje rano, słyszę jak sąsiad się dusi kolejną paczką papierosów, pies sąsiadki wita się ze światem, siostra biega we wszystkich kierunkach (nawet tych przeczącej zasadom grawitacji), a to wszystko potęguje kolejny sąsiad wiercący wiertarką udarową ścianę nośną bloku i dogorywającej imprezy w bloku obok. Żyć nie umierać. Dlatego będę się starał o pozwolenie na broń. Chwilę pocierpię z powodu serii wystrzałów, ale za to po wszystkim nastąpi błoga, długo oczekiwana cisza.
  • Nadchodzące pokolenie. nawiązując do poprzedniego punktu, jedno z głównych źródeł hałasu... Ale nie o tym miało być. Jeśli tylko spróbuję sobie wyobrazić, że pokolenie mojej siostry ma zarabiać na moją emeryturę... Jasna cholera, co to będzie. Skoro teraz już teraz Sodoma i Gomora wymiękają przy tym co się wyprawia w szkołach. Nauczyciele boją się uczyć! To absurdalne! Dlatego planuję te wszystkie rozwydrzone bachory umieścić w 'ośrodkach' resocjalizacyjnych o zaostrzonym rygorze. Na skraju jakiegoś zadupia, gdzie nie ma zasięgu ani internetu, gdzie będą jedli to co sobie sami upolują... Cóż, pomażyć można.
Dalsze wymienianie sobie daruję, pisałbym do usranej śmierci i bym nie pozbył się do końca poczucia żalu do domniemanej siły wyższej, którą tutaj pozwolę sobie nazwać 'Organizatorem świata'. Na kolejnych pozycjach mojej listy są między innymi: chory światopogląd, organizację jaką jest kościół chrześcijański i jego polityka (te słowa nie powinny mieć ze sobą tyle wspólnego), zastępy 'moherowych beretów', dworcowi kloszardzi, gwiazdy popu, akwizytorzy, i wiele, wielu innych.
A zatem si vis pacem para bellum. Więc kto idzie ze mną ręka w górę! Co? Tylko tyle?...


Jak zwykle, jeśli ktoś ma objekcje do tego co napisałem, niech je zachowa dla siebie.

środa, 17 października 2012

Głód

Wstęp stosunkowo nietypowy, zacznę pytaniem za sto punktów:
Na pytanie: "idziesz zapalić?" odpowiesz:

A "Nie, dzięki, nie palę                                              C "Ograniczam"
B "Jasne!"                                                                D "Rzucam"

Tyle słowem wstępu.
Nie tak dawno, bo jakieś trzy dni temu, przeprowadziłem pewien eksperyment: sprawdziłem co się stanie jeśli nie będę jadł przez kilka dni. Ograniczyłem się tylko do picia wody. Głupota? Nie zaprzeczę. Zrobiłem to po części w imię nauki. Ale wbrew pozorom coś osiągnąłem. Doszedłem do pewnych bardzo ciekawych wniosków i obserwacji (najciekawsze zauważyłem dosłownie przed chwilą, mianowicie zapomniałem zjeść obiad):
1)  Po pewnym czasie nie czuje się głodu;
2)  Nie miałem żadnych widocznych problemów ze zdrowiem czy samopoczuciem, co mnie wielce zaskoczyło;
3)  Ale najdziwniejsze było to, że jakoś nie specjalnie odczuwałem potrzebę zjedzenia czegokolwiek.

Skoro nie ma większych problemów z opanowaniem takiego mechanizmu niezbędnego do życia jakim jest odczuwanie głodu, to dlaczego np. palacze nie potrafią sobie poradzić z głodem nikotynowym? Przecież:
1) Potrzeba nie lada wysiłku, żeby przestać odczuwać głód na dłuższy okres czasu;
2) Oznaki głodu są dużo bardziej widoczne, choćby pod postacią rozdrażnienia;
3) Głód tytoniowy odczuwa się miejscami znacznie silniej jak typowy głód spowodowany brakiem pożywienia;
4) No a pozatym to kosztuje trochę więcej niż bochenek chleba...

Więc w czym problem? W 'silnej woli'? Tylu ludzi zarzeka się, że ma silną wolę, a jak przychodzi co do czego, okazuje się ona zaskakująco słaba. A może chodzi o to, że nie przyłożyliśmy się do sprawy i nie rozważyliśmy terminu jakim jest uzależnienie? W pewnej mądrej książce, której tytułu nie chcę przytaczać, przeczytałem, że: Jeśli przyznasz się szczerze, sam przed sobą, że owszem, jesteś uzależniony, to 51% drogi prowadzącej do zerwania  z nałogiem jest już za tobą. No dobra, a co z pozostałymi 49%? Zapytajcie jakiegoś palacza... Dobra, przyznaję się. Zdarza mi się zapalić... czasem... no, może trochę częściej... na pewno częściej niż bym chciał czy potrzebował. O ile można tu powiedzieć o potrzebie. Co mnie i moich znajomych dziwi to to, że dalej jestem wyczulony na smród dymu papierosowego. Pierwszego papierosa zapaliłem z ciekawości, a następne, żeby nie czuć jak inni w moim towarzystwie palą. Co z tym robię? To proste, ograniczam. Palę coraz mniej. Dlatego teraz, w nagrodę za wytrwałość, idę na małego dymka...

poniedziałek, 15 października 2012

De novo

Jako wstęp chciałem przytoczyć fragment książki Johna Parkina pt: "Filozofia f**k it, czyli jak osiągnąć spokój ducha". Oto on:
  • nasz człowiek zadzwoni do Twojego szefa, podając się za pracownika konkurencji i twierdząc, że przekazujesz mu poufne informacje i bierzesz za to grube pieniądze;
  • tego ranka nasz złodziejaszek wsunie do szuflady Twojego biurka 2000 funtów w banknotach;
  • pracujący dla nas sobowtór Hugh Granta zacznie śledzić Twoją żonę i "przypadkowo" na nią wpadnie[...]
  • korzystając z podanych przez Ciebie danych do przelewu, nasz haker włamie się na Toje konto i ukradnie wszystkie Twoje pieniądze;
  • w ramach zaaranżowanej przez nas kradzieży tożsamości Twoje nazwisko zostanie usunięte zarówno z aktu własności Twojego domu, jak i dowodu rejestracyjnego twojego BMW;
  • nasz komornik zajmie ci dom;
  • pozbawiony (praktycznie) wszystkiego i wszystkich, siedząc na krawężniku przed (niegdyś) swoim domem, zostaniesz okradziony przez naszego człowieka w kapturze, który zabierze Ci zegarek firmy Tag Heuer;
Po tym wstępie przechodzimy do sedna sprawy. Co Ty byś zrobił, gdyby coś takiego ci się przytrafiło? Większość ludzi, zbytnio przywiązanych do tzw. życia doczesnego prawdopodobnie przeżyłaby co najmniej ciężkie załamanie nerwowe. Reszta odebrała by sobie życie. A według autora powinno być zupełnie odwrotnie. Ofiara takiego spisku powinna stanąć na równe nogi, powiedzieć sobie 'pierdolę to!' i zacząć życie od nowa, po swojemu, nie przejmując się niepotrzebnymi bzdetami i żyć pełnią życia. W sumie, tak by było fajniej. Po części podzielam zdanie autora, ale tylko trochę. Nie chodzi mi o rozbijanie czyjegoś życia i deptanie resztek jego godności (choć brzmi to ciekawie), tylko o "przesadne przywiązanie do dóbr doczesnych". Brzmię znajomo? To oczywiste, coś podobnego jakiś klecha powtarza na praktycznie każdej niedzielnej sumie. Ale ja mam na myśli coś innego. W końcu na świecie są inne rzeczy poza pieniędzmi. Tak myślę. Choć to one pozwalają na więcej, to nie dzięki nim osiągamy cel (a przynajmniej nie powinniśmy).
W tym momencie się zastanówmy (albo przynajmniej spróbujmy) jak by wyglądał świat bez pieniędzy. Nudno? Bynajmniej. Niczym się nie trzeba przejmować, wszystko jest wszystkich (to też brzmi znajomo, prawda?...). Tylko historia pokazała, że to nie wypali.
To trzeba by zupełnie inaczej zorganizować, wszystko zreorganizować i zacząć od zera, od nowa. Niestety na chwilę obecną jestem w stanie tylko tyle powiedzieć, poza tym to nie jest temat na krótkiego posta, tylko na dłuższą rozmowę w dobrym towarzystwie, przy dobrej kawie. W razie czego, zapraszam. Nie zapomnijcie przynieść ze sobą kawy.

środa, 5 września 2012

Wielki powrót?

Po dłuższej nieobecności, po zbieraniu doświadczeń, załatwiania różnych pierdół, jednych większych innych mniejszych, w końcu wróciłem. Pewnie nawet nikt nie tęsknił. To nic. Ja tęskniłem.
Mam tyle do opowiedzenia, że aż nie wiem od czego zacząć. Najlepiej od początku, co? Ale to nie takie proste jak się wydaje. Wszystko jest w rzeczywistości o wiele bardziej spieprzone.
Pewne rzeczy ruszyły na przód, inne zaczęły się cofać, jeszcze inne ani drgnęły. Co ruszyło na przód? Choćby to, że poznałem nowych ludzi, niektórych na nowo. Dowiedziałem się że jestem homoseksualistą, a nawet jeśli nie jestem, do będę (hipoteza znajomej nie potwierdzona żadnymi racjonalnymi dowodami). Co się cofnęło? Po części ja. Ale tylko trochę, i nie mówię o tym głośno. Rozumiecie, męska duma nie pozwala na przyznanie się do błędu. Natomiast moja mentalność nie uległa najmniejszej zmianie. Dalej uważam że planowanie jest nudne i że psuje całą zabawę polegającą na spontanicznym marszu przez życie. Dalej potrafię być skrystalizowaną postacią chamstwa, krytykując, komentując i obrażając przypadkowych ludzi, choć głównie jestem biernym obserwatorem tego co się wokół mnie dzieje.
Dlaczego mnie tak długo nie było? Bo byłem gdzieś indziej. W miejscu, gdzie lampy na ulicy są dla ozdoby, mimo że są w 100% sprawne, gdzie żeby wykonać prostą rozmowę telefoniczną trzeba znajdować się około 5 metrów nad ziemią a i to nie zawsze działa. Gdzie można położyć się na jezdni i spokojnie zasnąć nie obawiając się śmierci pod kołami jakiegokolwiek pojazdu. Gdzie jedynym zajęciem znacznej części młodzieży i dzieci jest nadmierne spożywanie alkoholu na który nie rzadko nie mają pieniędzy.
Tak, byłem na wsi. Pewnie wszyscy już widzą oczami wyobraźni zapuszczoną wiochę, chaty kryte strzechą i takie tam historie. Ale aż tak źle nie było, choć niewiele się mylicie.
Zmarnowałem tam praktycznie całe wakacje, jedyne takie długie i praktycznie ostatnie w moim życiu. Ale nie będę się z tego powodu mazał. Nie powinienem, choć niektórzy są innego zdania. Dlaczego?
Ponieważ podczas pobytu na tym zadupiu, a właściwie pod jego koniec dostałem w ucho (dosłownie. Diagnoza: rozerwana błona bębenkowa). Za co? Tego nie wie nikt. Pewnie nawet sam oprawca. Jest to świetna okazja, żeby po nim pojeździć za to, że bije niewinnego dla własnej satysfakcji. Ale nie zrobię tego. Nie zniżajmy się to tego poziomu, żeby teraz, siędząc bezpiecznie w domu, pisać sobie rzeczy, których nie ma się odwagi powiedzieć w twarz.
Z przyjemniejszych rzeczy: poznałem nowych ludzi, co było dotychczas dla mnie nie do pomyślenia. Myślałem że już wszystkich wartych poznania znam. Jakże się myliłem.
Dobra, koniec na dzisiaj. Nie róbmy wiochy...

wtorek, 24 lipca 2012

Punkt widzenia

To co, może najpierw trochę o sobie... Byłem piękny i podziwiany, w kwiecie wieku. Miałem wzięcie u płci przeciwnej. Zawsze byłem stosunkowo łagodny, neutralny do granic możliwości. Za młodu obrosłem trochę w piórka, ale mamusia zawsze mówiła, że tak być powinno. Nie mówiła tylko dlaczego...
I tu zaczyna się moja historia, zaczyna się kończyć.
Zawsze chciałem być szczęśliwym ojcem, mieć nie tylko możliwość przekazania swojego materiału genetycznego, ale także móc w pewnym stopniu uczestniczyć w życiu swoich potomnych.
Pewnego dnia, spacerując sobie wokół mojej 'rezydencji' usłyszałem radosne nawoływanie mojej partnerki. I już wszystko było jasne. Nadszedł ów wyczekiwany przeze mnie okres. Ojciec, jak to ładnie brzmi, prawda? Więc jak tylko to do mnie dotarło zacząłem drzeć się wniebogłosy, chciałem wykrzyczeć całemu światu szczęśliwą nowinę. Niech cały świat cieszy się razem ze mną! O ile pamięć mnie nie myli całe zdarzenie miało miejsce w czwartkowy wieczór. I wtedy wszystko się zaczęło, istny koszmar...
W piątek dzieci nie było, zostały porwane. Nie miałem wątpliwości kto to zrobił, to był mój gospodarz, Rafał, u którego wynajmowałem lokum. Na pewno był zaskoczony, że tak szybko go rozgryzłem, za każdym razem kiedy wchodził na teren posesji ganiałem za nim i pytałem, prosiłem, najpierw grzecznie, później coraz bardziej nachalnie, aż w końcu widocznie go to zaczęło drażnić... W niedzielny poranek wytarmosił z naszego gniazdka moją partnerkę, nic nie mogłem zrobić (był ode mnie dużo, dużo wyższy), zabił ją na moich oczach ucinając głowę siekierą. To było straszne. Mój świat do reszty się zawalił. Mimo że miałem taką możliwość, nie chciałem szukać innej. Postanowiłem się zemścić.
Od tamtej pory nikt nie miał prawa wejść na mój teren, a już w szczególności Rafał. Nie zważając na nic, pełen sprzecznych emocji, rzucałem się na niego, raz udało mi się nawet go dotkliwie pobić. Wtedy myślałem, że dał za wygraną, że już przestanie mnie niepotrzebnie nachodzić. Myliłem się. Bardzo. Tydzień po śmierci mojej ukochanej, przyszedł czas na mnie. Zginąłem w ten sam sposób, o tej samej porze.
W niedzielę, 22 lipca około godziny 9.00

***

Nazywam się Rafał, od niedawna mieszkam na wsi. Jakiś miesiąc temu wpadłem na pomysł fermy kurzej. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Kurnik, zagroda, trochę kur, młody kogucik, wszystko jak trzeba. Jestem człowiek religijny, w związku z tym w każdy piątek nie jadam mięsa. A że od nie dawna mam kury, postanowiłem zjeść jajecznicę ze świeżych jaj. Miałem szczęście, że w czwartkowy wieczór znalazłem w kurniku jajka, wiedziałem że tam będą, kogut darł się niesamowicie.
W niedziele za to, jako że dzień święty nakazane święcić, pozwoliłem sobie na rosołek z kury. Nawet mi się udał, czego szczerze mówiąc się nie spodziewałem...
Już wtedy kogut zaczął się dziwnie zachowywać. Łaził za mną gdakał, jakby miał do mnie o coś żal. Ale od ostatniej niedzieli stał się nie do zniesienia, nie dało się wejść nie tylko do kurnika, ale w ogóle do zagródki. Rzucał się na mnie, dziobał, drapał... a facet na targu mówił że będzie łagodny...
Jakiś czas to znosiłem, ale kiedy w piątek prawie wydziobał mi oko pomyślałem: "Nieee, stary, tak się bawić nie będziemy". W związku z czym w kolejną niedziele, tj. 22 lipca, znowu miałem rosół na obiad. Najwyżej kupię sobie drugiego koguta.

niedziela, 10 czerwca 2012

Skrzydła

Ten ból... Coraz silniejszy, pulsujący ból na wysokości łopatek... chciałbyś już zemdleć, ale coś ci nie pozwala... zupełni jakby wyższa siła chciała ci zadać jak największy ból... sztywnymi rękoma próbujesz rozmasować drętwiejące plecy, sięgasz, dotykasz czegoś, myślisz że to nie jest twoje ciało, dopiero po dłuższym czasie dochodzi do ciebie że to twoje własne plecy... panicznie próbujesz chaotycznymi ruchami pobudzić krążenie, już nie czujesz bólu, masz nadzieje że twoje męczarnie się w końcu skończyły. Jaki ty byłeś głupi... słyszysz trzask, jakby ktoś Ci łamał kości, kolejna, porażająca fala bólu, wręcz agonii... łapiesz się za plecy... dotykasz ich, z przerażeniem cofasz dłonie, patrzysz na nie... są całe we krwi... Twojej krwi.
Rozglądasz się po pomieszczeniu, spodziewasz się wypatrzeć kogoś, kto ci pomoże, choćby dobije. Nic, ciemna przestrzeń, nie widać ścian, tylko podłoga i sufit... pierwszy pytanie: gdzie ja do cholery jestem?! Zanim zdążysz je przemyśleć i spróbować na nie odpowiedzieć, słyszysz serię trzasków, dźwięk dartego materiału, czyżby to twoja skóra?... coś ci ścieka po plecach... tak, to twoja krew. 'Jak tak dalej pójdzie, to się wykrwawię' myślisz. To cud, że masz siłę myśleć, biorąc pod uwagę to, że leżysz skulony w niemałej kałuży. Sam. Przestraszony. Obolały. Próbujesz wstać. już podnosisz tułów, nagły skurcz w okolicy lędźwi powala cię z powrotem twarzą do ziemi... umazany, leżysz krzyżem. Odpoczywasz. Po około pięciu minutach, dociera co ciebie, że coś Cię przykrywa, a konkretnie Twoje ręce. Z trudem, niechęcią i pewnym strachem otwierasz zlepione krwią i zaschniętymi łzami oczy. Ukazuje Ci się powód Twoich cierpień. Spod warstwy zakrzepłej krwi przebijał się białe, nie, śnieżnobiałe skrzydło. Obracasz głowę w drugą stronę. To samo. Nie wierzysz. Nie chcesz uwierzyć. Nie mając siły zastanawiać się, co się właściwie stało, wycieńczony wracasz do poprzedniej pozycji, czując się w niej najbezpieczniej. Zwinięty, z podkurczonymi pod brodę kolanami zasypiasz...
Nie ma jednoznacznie szczęśliwego zakończenia, nie mam zamiaru tłumaczyć się, dlaczego to napisałem, czym się kierowałem. Tyle w zupełności wystarczy.

środa, 11 kwietnia 2012

Yyy...

Tak, nie udało mi się. Jestem załamany i za tydzień się powieszę. Jak chcecie popatrzeć to wyjdźcie na spacer, łatwo będzie mnie znaleźć. Wybiorę najwyższe i najokazalsze drzewo w mieście. Ostatecznie może być słup. Zastanawiałem się też nad skokiem z jakiegoś wieżowca, ale ogranicza mnie ilość wieżowców w okolicy... a właściwie ich brak...
Niee, tak łatwo się mnie nie pozbędziecie, dłuugo jeszcze będę wam truł życie. Nie będzie płaczu, zgrzytania zębami, wyrywania włosów z głowy, zalewania robaka, szukania kozła ofiarnego. To tylko i wyłącznie moja wina.
Właściwie to oficjalnie przestałem być studentem dnia 4 kwietnia, ale potrzebowałem czasu żeby to powoli przeanalizować w moim zlasowanym czerepie żeby się z tą myślą oswoić i móc to wam przedstawić. Jak zawsze będę miło wspominał poznanych na roku ludzi, przynajmniej niektórych.
Muszę się niechlubnie przyznać że pierwsze odczucie jakie mnie naszło dzień po feralnym incydencie oblania ósmego (!) terminu z (nieważne z czego) to... ulga.  Nie będzie już wstawania o 5 rano, dosypiania w pociągu/autobusie, wysłuchiwaniu meneli na dworcach, szarpaniny z własnymi nerwami. Ale nie usłyszę też dzwięku gitary tego niezwykle utalentowanego grajka na dworcu w Katowicach, raczej wątpliwe żebym jeszcze kiedyś spotkał kogoś z osób poznanych na roku, nawet jeśli mieszkają tak blisko jak 20 minut drogi autobusem od mojej mieściny. Ludzie mnie unikają.

I co teraz? Wszyscy mnie o to pytają. Jak to co? Jeszcze raz, tylko z innej strony, od nowa, do skutku.
Inna uczelnia, inny kierunek, nowi ludzie, może nawet inne miasto/województwo. A może by tak prawko? Taak, długo nad tym myślałem, i sądzę, ze najwyższy czas sobie takowe sprawić. Rozszerzę maturę, dostanę się do wymarzonej uczelni, dostanę świetną pracę...
I jak to powiedział mój nowy kumpel: Trzymaj się jakoś. I pamiętaj: nie wolno się poddawać.


Zauważyłem, i wy pewnie też, że jakość moich tekstów wyraźnie osłabła. Postaram się coś z tym zrobić. Nie obiecuję rewelacji, nie spodziewajmy się więc niczego na skalę Rewolucji Francuskiej. Ale tak tego nie zostawię, na pewno.

środa, 4 kwietnia 2012

Rozmowa

Cześć, co Cię do mnie sprowadza?... Chcesz porozmawiać? Nie ma sprawy, chętnie Cię wysłucham... Nie, nie, nie, nie narzekaj, każdy potrafi narzekać. A my mieliśmy rozmawiać. Więc jaki temat proponujesz?... Pogoda?! Proszę cię, bądźmy trochę bardziej oczytani, przynajmniej sprawiajmy takie wrażenie... Teraz lepiej, ale pójdźmy krok dalej, spróbuj zainteresować mnie tą rozmową, powiedz coś ciekawego, czego dawno nie słyszałem... Nieee, tylko nie plotki! Nasłuchałem się ich w gimnazjum i szkole średniej. Mam dość. Spróbuj jeszcze raz...Widzisz jakie to proste?... Prawda? Rozmowa od razu staje się przyjemniejsza, aż żal ją przerywać...

***

A teraz zastanów się, czy Ty jesteś w stanie naprowadzić rozmowę na takie tory, żeby zainteresować swojego rozmówcę, w tym przypadku mnie. Zaryzykuje stwierdzenie że rozmowa to w pewnym stopniu rodzaj sztuki, którą jak opanujemy i nauczymy się poprawnie operować, może nam się niezwykle przydać w życiu.
A więc, jak już wymyślisz coś ciekawego, zapraszam, utniemy sobie miłą pogawędkę. Może akurat spędzimy miło kilka chwil i dowiemy się od siebie nawzajem kilka interesujących rzeczy.

środa, 7 marca 2012

Bezsilny

W porządku, przyznaje bez bicia. To moja wina. Przecież mówiono mi żebym się ogarnął. Przynajmniej jako tako. Chwila, ale o so chozi? Już śpieszę z wyjaśnieniami. Jest źle. Sesja oficjalnie skończyła się tydzień temu a mi zostały trzy przedmioty do zaliczenia. Tak, jako jedynemu na roku. Uchodzę teraz za największego debila, lenia (co po części jest prawdą) i nieroba. Jestem obiektem głupich żartów i docinek. Ale sam się tego dorobiłem. Wykładowce z przedmiotów które mi pozostały raczej nie są chętni do współpracy, nie licząc pana profesora z fizyki. Na oficjalnie ostatni termin zaliczenia przyszedłem żeby zakomunikować mu, że nic nie potrafię. Czułem, że wewnątrz facet się gotuje i walczy sam ze sobą że nie powiedzieć mi co tak naprawdę o mnie myśli...
Takich oporów nie mieli pozostali wykładowcy:
-"Bardzo mi przykro, ale moim zdaniem nie nadaje się pan na studenta"
-"To mówi pan, że co panu zostało do zaliczenia? I pan myśli, że da radę? Bo ja nie daje panu najmniejszych szans"
I wiele innych nie wartych powtarzania. Po oddaniu do dziekanatu sporego pliku podań i wniosków czekam na obrót spraw, stale zakuwając (a przynajmniej się starając) żeby móc udowodnić światu i sobie że się da.
Szkoda by było zawalić ten rok. Nie dla tego, że jak to się mówi, zmarnowało się tyle czasu. Nie uważam tego czasu za zmarnowany, nawet jeśli nie uda mi nie zdać semestru. Poznałem ciekawych ludzi i już wiem, że wiem za mało żeby nazywać się studentem. Wiem gdzie leży mój problem, co z tym zrobić i jak z nim walczyć...

Doba, ponarzekałem, wracam do nauki.