sobota, 28 listopada 2015

Nie mam pomysłu na tytuł

Wstałem dziś z łóżka, popatrzyłem sobie przez okno, bezproduktywnie posiedziałem na krześle, poczytałem sobie wiersze (ostatnio jakoś rzadko to robiłem)...
Dlaczego to piszę? Bo się cholernie nudzę, a na napisanie czegoś na blogu zbieram się od jakichś dwóch tygodni. Nie żeby przez ten czas nic ciekawego nie miało miejsca, bo i owszem, miało. Ale jakoś wydawało mnie się to mało istotne, w całej swojej intrygującej wręcz niebanalności.
Ale wszystkie te sytuacje w mojej interpretacji mają negatywny oddźwięk, a ja chciałbym napisać coś odgryzającego się treścią i charakterem od ostatnich wpisów, przesiąkniętych wręcz rozgoryczeniem, po trochu złością i rezygnacją. To co? Próbujemy?

***

Zacznijmy od pewnej ciekawej sytuacji która miała miejsce jakiś tydzień temu. Byłem umówiony na spotkanie z kumplem. Niestety, ze względu na zewnętrzne czynniki na które on, ani tym bardziej ja nie mieliśmy wpływu, spotkanie zostało przełożone. Na szczęście tylko o jakieś dwie, góra trzy godziny. Tak więc stałem w umówionym miejscu, czekając z utęsknieniem na jego powrót, umilałem sobie czas obserwowaniem otoczenia i ludzi błąkających się po osiedlu. Moją uwagę przyciągnął pewien chwiejący się jegomość, który pomimo licznych przeciwności losu stwierdził, że jednak trzeba wyjść na spacer z psem. Wiadomo, mus to mus. Patrzyłem jak łapał się pojedynczych cząsteczek tlenu żeby tylko utrzymać względny pion. Nagle wspomniany dżentelmen mnie spostrzegł, po czym z dość sporej odległości grzecznie zapytał: EEEEEEEEEeeeee, ty tam, pod klatką, masz może fajkę? Zaprzeczyłem ruchem głową, co udało mu się spostrzec pomimo wszechogarniającego osiedle mroku i dzielącego nas dystansu. Wyraźnie zasmuciła go moja odpowiedź, po czym w równie grzeczny i elokwentny sposób co poprzednio stwierdził: K...wa, dopiero z wytrzeźwiałki wróciłem, palić się chce a nie ma do cholery co. Loda bym zrobił za fajkę...
Desperacja, straszna rzecz. Widziałem jeszcze jak zaczepiał innych ludzi, ale niewiele mnie już to obchodziło.
Inna sytuacja, która wprawiła mnie w permanentne otępienie. Kiedy pojechałem do szpitala z powodu skręconej nogi, pod wpływem namów wielce się niepokojących o mój stan zdrowia znajomych. Więc zabrałem się, poprosiłem kumpla o podwózkę, i ruszyliśmy. Nie spodziewałem się nie wiadomo czego, bo co mnie może zaskoczyć w szpitalu, nie raz i nie dwa byłem przecież w tym przybytku. A jednak. W pobliżu szpitala stał ładny budyneczek, jak się okazało, był to doskonale prosperujący zakład pogrzebowy. Fajnie, pomyślałem, pierwszy wstrząs za mną. W okienku rejestracji mi powiedziano na jaki oddział mam się skierować aby zostać obsłużonym. Więc kuśtykam powoli ale sukcesywnie do celu. Przynajmniej tak myślałem. Oczywiście się zgubiłem. Nie, wróć. Facet się nie gubi, facet bada teren. W końcu jednak udało się dotrzeć. Musiałem tylko uzupełnić jeden świstek. Było na nim napisane: W wypadku śmierci bądź utraty organów upoważniam do odbioru dokumentacji leczenia osobę: i miejsce na dane. Pozwoliłem sobie zwrócić panu przy rejestracji uwagę, że mam tylko skręconą nogę i że nie widzę potrzeby wypełniać tego świstka. Pan jednak ze stoickim spokojem odpowiedział: nigdy nic nie wiadomo...
Mimowolnie przypomniałem sobie o budynku koło szpitala.
Skierowałem się więc pełnym gracji krokiem do gabinetu lekarskiego. Dowiedziałem się tam, że mam skręconą nogę (!), powinienem się oszczędzać a także robić okłady. Jeszcze nigdy nie miałem tak wyraźnego przeświadczenia, że zmarnowałem masę czasu. Wracamy z kolegą na parking, niedaleko był przystanek autobusowy, z ciekawości rzuciłem okiem jakie autobusy kursują i czy była by możliwość wrócić do siebie nie zawracając głowy koledze. Moją uwagę przyciągnął kurs, którego celem było nie co innego, jak cmentarz komunalny. To była kumulacja, przyrzekłem sobie, że ostatni raz byłem w promieniu kilometra od tego miejsca.
Miałem opisać jeszcze kilka ciekawych sytuacji które mi się ostatnio przytrafiły i dały mi do myślenia, ale po pobieżnym rozejrzeniu się po pokoju stwierdzam, że to nie ma sensu. Wszędzie walają się puszki i butelki po piwach i wódce.
Kończę wpis paląc papierosa którego znalazłem pod biurkiem. To do zaś, następnym razem postaram się bardziej wysilić.

piątek, 13 listopada 2015

Może po prostu: "niepokój"?

Ostatnio miałem dwa dziwne, niepokojące sny. Chciałem się nimi, jak to zwykle robię w podobnych sytuacjach, pochwalić.
  1. Siedzę sobie sam w swoim pokoju w akademiku. Nudzę się niemiłosiernie, więc postanowiłem odwiedzić pewną znaną mi i lubianą osobę. Więc, dupa w troki i wychodzę. Pukam, słyszę doskonale mi znane, cichutkie i ledwo słyszalne zaproszenie, więc wchodzę. Nawiązuję się rozmowa, której treść i przebieg nic nie wnoszą do sensu snu, to raz, dwa - nawet ich nie pamiętam. W pewnym momencie przerywam rozmowę i wychodzę na balkon na papierosa, widocznie musiała zacząć zmierzać w niepomyślnym mi kierunku i poczułem się niekomfortowo, uciekłem więc do nałogu. Stoję wygodne oparty o barierkę, naglę czuję za sobą obecność towarzyszącej mi wtedy osoby. Nie zaskoczyło mnie to, bo czy powinno? Po pewnym czasie jednak poczułem niepokojącą lekkość, moje nogi oderwały się od ziemi, a nieprawdopodobnie mocne pchnięcie w plecy sprawiło, że poleciałem dobre kilka pięter w dół. W związku z tym, że swego licho nie bierze, jakimś cudem przeżyłem. Jednak po pewnym czasie dotarł do mnie tragizm sytuacji. Zostałem wypchnięty przez balkon przez osobę, po której najmniej bym się tego spodziewał (co jeszcze byłbym w stanie zrozumieć i znieść), ponadto straciłem czucie w nogach. Po ogólnych oględzinach stwierdziłem, że są pozginane w zdecydowanie zbyt wielu miejscach i pod dziwnymi kontami. Ale nie to było najgorsze. Najgorsza była obecność wspomnianej wcześniej osoby koło mnie i jej nienaturalny, chory śmiech. Pośmiała się, posłała kilka pełnych pogardy spojrzeń i poszła. Po pewnym czasie znalazła moje poturbowane ciało moja przyjaciółka i zarazem znajoma z roku. Poszła po chłopaka i zanieśli mnie do pokoju. Koniec.                                                                                                                          
  2. Ten sen przyśnił mi się dzisiaj, to był definitywnie koszmar, ale nie ten z najwyższej półki. Do rzeczy. Jestem małym chłopczykiem, i z grupą z mojej klasy i częścią nauczycieli pojechaliśmy na wycieczkę. Jechaliśmy pociągiem, bo cel podróży był dość daleko, a pociąg jest znacznie wygodniejszy od autokaru. Siedzę w przedziale z trojgiem dzieci: dwiema dziewczynkami i chłopczykiem. Nagle jedna dziewczyna zauważyła coś dziwnego na półce na bagaż nad swoim siedzeniem. Wrodzona dziecięce ciekawość kazała jej to niezwłocznie zbadać. Kiedy dziewczynka wdrapywała się na fotel, mnie coś kazało iść po kogoś dorosłego. Przyprowadziłem nauczyciela. Kiedy wchodziliśmy do przedziału, dziewczynka trzymała już w ręku granat i z uśmiechem na twarzy podeszła do nauczyciela żeby pochwalić się "jaką śmieszną gruszkę" znalazła. Nauczyciel mnie odepchnął, coś huknęło, błysnęło a ja przez chwilę jedyne co widziałem to zniszczony przedział, kawałki koleżanki (między innymi rączkę która ściskała zawleczkę) i połowę nauczyciela. Mnie z kolei urwało prawą dłoń. Pociąg się zatrzymał. Wszyscy wybiegli na korytarz żeby zobaczyć co się stało. Było by dobrze, jakby to był koniec, ale okazało się, że ktoś w przedziałach pozostawiał więcej takich niespodzianek. Skutki są łatwe do przewidzenia...     Kilkoro dzieci i jedna opiekunka (bo tyle nas zostało) wyszliśmy ze zniszczonego pociągu. Znaleźliśmy się w swojego rodzaju kanionie czy też zapadlisku. idziemy gęsiego, pokaleczeni, brudni itp. Ogólnie, obraz nędzy i rozpaczy. Dzieci płaczą, nauczycielka zresztą też. ja idę przedostatni, za mną idzie jakaś dziewczynka. Zrównała się ze mną, złapała za rękę uprzednio pytając czy może. Szliśmy tak chwilę, przedstawiła mi się, porozmawialiśmy chwilkę. To nam bardzo pomogło. Po chwili powiedziała coś, co do tej pory ściska mi gardło: "Wiesz, ty masz za dużo szczęścia. To ty powinieneś znaleźć pierwszą bombę. Ale jak tobie się udało, to wierzę, że okaże się to tylko złym snem, obudzimy się i jutro znowu wszyscy spotkamy się w klasie".           Pamiętam jak się rozpłakałem po tych słowach (zapomniałem na wstępie wspomnieć, że wszystkie dzieci były w przedziale wiekowym 7-10 lat). Zabolała mnie pierwsza część jej wypowiedzi, natomiast druga, przepełniona dziecinną naiwnością i ufnością, że to nie może być przecież prawda, dopełniła dzieła zniszczenia. Po pewnym czasie usłyszałem dziwne kliknięcie, kolejny huk. Moja rozmówczyni weszła na minę przeciwpiechotną, dalej trzymałem jej rękę. Koniec.
Dziwne mam te sny. Pierwszy wprawił mnie w głęboką konsternację po przebudzeniu. Sytuacja ze snu nie ma najmniejszego potwierdzenia w moich relacjach z tą osobą w rzeczywistości.
A może sen po prostu obrazuje moje lęki i obawy? W takim razie czego się tak bardzo boję? Bo na pewno nie upadku z dużej wysokości.
Jeśli chodzi  o drugi sen... cóż. Nie wiem co powiedzieć. Wszystko było tak boleśnie realistyczne. Zacznę się niepokoić o kondycję mojej psychiki jeśli tego typu sny zaczną się częściej powtarzać.
Na zakończenie, żeby było ciekawiej. Osoba z pierwszego snu i nauczycielka z drugiego, to ta sama osoba.

niedziela, 1 listopada 2015

Zamęt

W końcu się wyspałem. Pierwszy raz od dość długiego czasu. Co miało wpływ na moje ostatnie problemy ze snem, a co na finalną ulgę i skorzystanie z przywileju snu? Nie mam pojęcia, mogę się tylko domyślać.
Pozwolę sobie opowiedzieć pewną historię.
Był sobie ptak, dajmy na to: słowik, który postanowił sobie uwić gniazdko. Plan wielce ambitny, ale możliwy do wykonania. Pozostało tylko znaleźć odpowiednie miejsce. Nasz słowik był estetą, do tego dość wybrednym, szukał nierealnie długo. Ale wysiłek się opłacił, znalazł. Miejsce spełniało wszelkie kryteria, nie było się do czego przyczepić. Był to krzak białej róży. Plan zakładał gniazdo w samym środku krzaku, gdzie jest cień, ładny zapach i nieprzeciętnie ładny widok, co z kolei zaspokajało zmysł estetyki naszego słowika. Upojony zapachem uwielbiał przesiadywać w pobliżu róży, czół się nawet bezpieczny, odizolowany od problemów świata codziennego. Był jednak pewien problem: za każdym razem, kiedy słowik znosił materiały na gniazdo, ranił się o wystające z łodyg ostre kolce. Im był bliżej ukończenia gniazda tym bardziej był poraniony.
Historia nie ma happy endu, kończy się kiedy róża zmienia kolor ze śnieżnobiałego na czerwony, pod wpływem krwi słowika. Gniazdo nie zostało ukończone, smętnie wisiało w głębi wspomnianego krzaku.
Spróbujmy sobie teraz wyobrazić, jak mogłaby wyglądać ta sama historia z perspektywy róży.
Rośnie sobie taki krzaczek, wygląda przecudnie, choć nie zdaje sobie z tego sprawy. Pewnego dnia podlatuje do niej słowik, przysiada i śpiewa. Róży podoba się śpiew słowika, z czasem przyzwyczaiła się do jego obecności i śpiewu, dlatego była zaskoczona faktem że nie pojawiał się od dłuższego czasu. Jednak po pewnym czasie przyleciał, nie wyglądał najlepiej...
Dlaczego o tym piszę? Bo podobna historia śni mi się od jakiegoś czasu. Możliwe, że wiem co jest tego przyczyną, ale pewnym jest, że nie chcę tego przyjąć do wiadomości.
To deprymujące, kiedy z całych sił staram się nie myśleć o problemach, a one bezczelnie wracają do mnie pod postacią snów. Z drugiej jednak strony może nie do końca jestem wobec siebie szczery, bo skoro podświadomość robi mi takie psikusy, to może coś jest na rzeczy. Kiedy rozum jest z ciebie dumny bo podjąłeś słuszną decyzję, ale cała reszta się buntuje i nie daje rozumowi spokoju.
To wszystko sprawia że w głowie panuje jeszcze większy bałagan niż zwykle, totalny chaos, permanentny zamęt i perturbacja.
Na zakończenie, zagadka: czy to wina róży, że słowik zmarł?