Nie dalej jak w zeszłym tygodniu byłem skazany na dłuższy pobyt w szpitalu. Z jakiego powodu nie jest w tym miejscu aż tak istotne, trzymajmy się wersji, że miałem tajną misję od ministra zdrowia zbadania jak funkcjonują polskie szpitale od środka...
Chciałbym w tym miejscu opisać kilka ciekawych sytuacji które mnie w tym przybytku spotkały.
A więc, wchodzę, skierowano mnie zwyczajowo do izby przyjęć, podchodzę do okienka. Wiele opinii słyszałem, że te okienka są tak nisko właśnie dlatego, żeby poniżyć pacjenta i pokazać mu gdzie jest jego miejsce. Możliwe. Ale ja miałem to szczęście, że dane mi było poznać ich inną funkcję, a to za sprawą niezwykle urodziwej pani będącej po drugiej stronie. Jej oba wdzięki prężyły i uśmiechały się do mnie zza szyby i różowego topiku... Ten obraz prześladował mnie jeszcze przez kilka dni.
Któregoś dnia musiałem też odbyć wizytę kontrolną u lekarza specjalisty. Pani doktor okazała się nie ustępować wcale wizualnie pani z izby przyjęć. Mało tego, była niezwykle uprzejma i pomogła mi nawet trafić do mojej sali prowadząc mnie pod rękę - Patrzcie dziewczyny jakie ciacho wyrwałam, i nawet mój przedział wiekowy, tylko dwa lata ode mnie starszy. I te włosy... - chwaliła się mijanym przez nas lekarkom i pielęgniarkom. "Cholewcia, przepióreczko, to w jakim wieku ty zaczęłaś studia, że już jesteś panią doktor?..." kołatało mi się w głowie. "Aaa, nie, wszystko w porządku, to ja zmarnowałem tyle lat życia".
Podczas tego pobytu było dane mi przejść pierwszą w życiu operacje wykonaną pod znieczuleniem ogólnym. Wcześniej oczywiście podeszła do mnie pani anestezjolog z całą masą pytać, wzrost, masa, używki, dieta... Wiadomo, dawka musi być ściśle dostosowana do moich "parametrów" abym nie przeszedł z rozpędu na drugą stronę.
Podczas operacji miałem intrygujący sen. Śniło mi się, że jestem w akademiku i gram z dwójką moich najlepszych znajomych w bilard. Popołudnie jak każde inne. Nagle, podczas rozbijania kolega uderzył na tyle mocno, że wybił białą bilę poza stół. Koleżanka od razu zaofiarowała się, że po nią pójdzie. Nagle, z ciemnego kąta sali słyszę jej głos - Misiu, ale ta bila mnie złapała za rękę - I faktycznie, kształt bili zaczął się zmieniać, zaczęła rosnąć, by po pewnym czasie przyjąć postać pielęgniarki mówiącej - Proszę pana, budzimy się, operacja dobiegła końca.
Ogólnie moje sny podczas pobytu były dziwne. Śniło mi się raz na przykład, że jestem przywódcą organizacji terrorystycznej polującej na polityków nie spełniających oczekiwań narodu. Byłem z racji tego nawet zapraszany na wywiady do telewizji. Albo jak strzelałem ze strzelby typu pump action do szczeniaków na ulicy.
Prze cały pobyt byłem sam na sali, trzy dni spędziłem praktycznie cały czas będąc skulonym na łóżku w pozycji embrionalnej, bez jakiejkolwiek większej aktywności. Nie miałem apetytu, pochłaniałem tylko litr za litrem wody.
Sytuacja zmieniła się z niewiadomego powodu dnia czwartego. Odsłoniłem żaluzje, poznałem miłego pana z sąsiedniej sali, rozdawałem pielęgniarkom figurki origami, chodziłem na spacery nie tylko po oddziale na którym przebywałem ale wręcz po całym szpitalu, uśmiech wprost nie schodził mi z twarzy. Sytuacja wyglądała podobnie ostatniego dnia. Nie wiedząc do końca czemu, zaniepokoił mnie trochę ten stan rzeczy. Bo to, że mam dobry humor nie do końca jest dobrym znakiem. Kiedy pewnego razu miałem tak dobry humor, wyrzucono mnie z akademika.
I poniekąd, stało się. W nocy skusiłem się na zapalenie papierosa. Zsunąłem się po cichu z łóżka, podszedłem do okna, ostrożnie otworzyłem (jak draństwo ciężko się otwierało, a do tego niemożliwie głośno skrzypiało) i uraczyłem się dymkiem. Zdążyłem wypalić, zamknąć okno i położyć się z powrotem, gdy nagle do sali wpadła siostra oddziałowa - Przepraszam, czy pan właśnie palił na sali?
A ja, jak typowy odpowiedzialny facet - Ależ oczywiście, że nie, a czemu pani pyta?
- Czujka się włączyła, poza tym zaczęło śmierdzieć aż na korytarzu. Proszę się nie wykręcać. Jak miał pan potrzebę zapalić, wystarczyło to zgłosić i wyjść przed szpital, to nie więzienie. Ale w salach i na całym oddziale obowiązuje bezwzględny zakaz palenia, proszę o tym pamiętać na raz następny. Dobranoc.
Było mi strasznie głupio, że nie miałem odwagi się przyznać, mając nawet przeciwko sobie tak niepodważalne dowody. Gdyby wstyd i poczucie winy miało ludzką postać, wyglądały by jak ja.
Ale mimo wszystko wybaczono mi ten wybryk, widocznie nie byłem pierwszy. I na pewno nie ostatni.
Pielęgniarki na oddziale również zasługują na to, żeby o nich wspomnieć. Zawsze uśmiechnięte, miłe, pełne humoru. Nigdy nie zapomnę tego, kiedy po serii zastrzyków i kropli wracam do swojej sali, a z zabiegowego słychać wesołe - To był ostatni. To co Henia, jedziemy tera my w żyłę?
I w końcu nadszedł ostatni dzień, Zawołała mnie pani okulistka na kontrolę. Standardowe "Proszę spojrzeć w górę, lewo, prawo". Na komendę "Proszę spojrzeć w dół" tylko czekałem, aby móc bezkarnie podziwiać dekolt pięknej pani doktor.
Po chwili przyszedł ordynator - Ma pan wielkie szczęście, wygląda na to, że wszystko po operacji goi się jak na psie, nie ma komplikacji.
- Wiem - odpowiadam - Głupi zawsze ma szczęście.
Moje wypociny. Nieśmiała (?) próba zaistnienia.
O wszystkim i o niczym. O tym co mnie wkurza, drażni, bawi, śmieszy, zastanawia. O moich przemyśleniach i innych różnych pierdołach. O mnie.
sobota, 14 marca 2020
sobota, 11 stycznia 2020
Nie, Nie chcę, Nie mogę
Zdarzyło się wam kiedykolwiek w życiu palnąć lub zrobić coś głupiego czego bardzo żałowaliście? Oczywiście że tak, każdy ma taką zadrę na sumieniu, nie ma ludzi świętych. Tu pojawia się drugie moje pytanie: Co z tym zrobiliście? I czy w ogóle dało się to odkręcić?
Czym jest złość? Wydawać by się mogło, że wie to każdy. Jednak, profilaktycznie, aby uniknąć nieścisłości, powołam się na towarzyszący mi od zawsze w takich trudnych sytuacjach Słownik Języka Polskiego PWN: "stan irytacji, wzburzenia, uczucie wrogości, gniew".
Wydaję mi się, że ogół moich znajomych zgodzi się ze mną kiedy stwierdzę, że do osób porywczych i nerwowych to ja raczej nie należę. Na czym polega moja tajemnica? Jak radzę sobie ze złością? To proste, nie radzę sobie. Bardzo rzadko daję się ponieść negatywnym emocjom, zazwyczaj po prostu duszę i gniotę je w sobie. Problem pojawia się, kiedy kociołek jest już pełen i wystarczy byle głupia sytuacja żeby to wszystko pie***lnęło. Złość potrafi być bardzo destrukcyjna w swoich następstwach, a nie regulowana w naturalny sposób i powstrzymywana tyle czasu, to już w ogóle iście niszczycielski żywioł. Dlatego muszę się tego nauczyć. Jakieś pomysły jak to osiągnąć?
Byle szybko, dopóki nie ma ofiar w ludziach.
A podoba wam się tytuł? Niby tu nie pasuje, ale idealnie spełnia rolę przypomnienia pewnej sytuacji.
kiedy pod wpływem bliżej niezidentyfikowanego impulsu odczułem potrzebę uwolnienia dawno nie mającej gdzie ujść złości. Czy powiem tu co zrobiłem? Nie. A dlaczego? Bo nie chcę. A czemuż to? Nie mogę.
Czym jest złość? Wydawać by się mogło, że wie to każdy. Jednak, profilaktycznie, aby uniknąć nieścisłości, powołam się na towarzyszący mi od zawsze w takich trudnych sytuacjach Słownik Języka Polskiego PWN: "stan irytacji, wzburzenia, uczucie wrogości, gniew".
Wydaję mi się, że ogół moich znajomych zgodzi się ze mną kiedy stwierdzę, że do osób porywczych i nerwowych to ja raczej nie należę. Na czym polega moja tajemnica? Jak radzę sobie ze złością? To proste, nie radzę sobie. Bardzo rzadko daję się ponieść negatywnym emocjom, zazwyczaj po prostu duszę i gniotę je w sobie. Problem pojawia się, kiedy kociołek jest już pełen i wystarczy byle głupia sytuacja żeby to wszystko pie***lnęło. Złość potrafi być bardzo destrukcyjna w swoich następstwach, a nie regulowana w naturalny sposób i powstrzymywana tyle czasu, to już w ogóle iście niszczycielski żywioł. Dlatego muszę się tego nauczyć. Jakieś pomysły jak to osiągnąć?
Byle szybko, dopóki nie ma ofiar w ludziach.
A podoba wam się tytuł? Niby tu nie pasuje, ale idealnie spełnia rolę przypomnienia pewnej sytuacji.
kiedy pod wpływem bliżej niezidentyfikowanego impulsu odczułem potrzebę uwolnienia dawno nie mającej gdzie ujść złości. Czy powiem tu co zrobiłem? Nie. A dlaczego? Bo nie chcę. A czemuż to? Nie mogę.
środa, 6 listopada 2019
Pociąg
Całkiem niedawno miałem okazję na nowo odkryć jakie plusy niesie ze sobą podróżowanie pociągiem. Poza niedającym się do niczego porównać usypiającym turkotem kół na szynach i uspokajającym kołysaniem jadącego pociągu które nadają podróży kojący charakter.
Nieodzownym elementem wydaje się być sama styczność z innymi ludźmi. Możliwość obserwacji, czasami nawet integracji.
Jak zawsze nie ominęło mnie kilka sytuacji, które mogły by uchodzić za intrygujące...
Pociąg zapchany niemiłosiernie, wagon z przedziałami, ludzie którym nie udało się przewidzieć że braknie miejsc siedzących próbowali walczyć o każdy centymetr sześcienny przestrzeni. Ja, pchany silną potrzebą, przepycham się przez to kłębowisko ciał rozpychając się łokciami i depcząc po tych, którzy przegrali walkę o dostęp do tlenu. Nie mogę się pozbyć wrażenia, że przeciskam się już na tyle długo, że zaraz dojdę do stacji docelowej. Jednak udało się, dotarłem do przedsionku wagonu. Tam niestety drzwi do toalety blokowały trzy osiedlowe "maciorki", wygodnie rozłożone na ziemi i broniące dostępu do toalety innym pasażerom.
- Nie warto, strrrasznie coś śmierdzi - powiedziała ta najszczuplejsza, która nawiasem mówiąc sama by wystarczyła do blokowania drzwi.
I tak zostałem zmuszony do skorzystania z toalety w sąsiednim wagonie. Wychodząc zauważyłem jak drzwi do bronionej toalety się uchylają i wyłania się z nich czwarta pokaźnych rozmiarów imprezowiczka. Przetarła szczecinę pod nosem wierzchem dłoni i kiwnęła głową do współtowarzyszek dając tym samym znać, że towar przedni.
Jednak nie to przyciągało głównie moją uwagę podczas podróży. Zarówno w jedną, jak i w drugą stronę miałem szczęście podróżować w towarzystwie ponadprzeciętnie urodziwych przedstawicielek płci przeciwnej.
Wsiadając do przedziału zauważyłem, że będę siedział na środkowym z trzech foteli. Nie było to moje ulubione miejsce, nie ukrywam. Ale kiedy zobaczyłem dziewczyny które siedziały po mojej lewej i prawej stronie...
Ta po lewej miała ciemnozielone oczy, kasztanowe, długie włosy z grzywką zarzuconą na prawą stronę i wydatny, ale pasujący do całości nos. Ta po mojej prawej wydawała się odrobinę młodsza, miała brązowe, proste włosy i brązowe oczu schowane za okularami w plastikowej oprawce. Zawsze podobały mi się dziewczyny w okularach, sprawiały wrażenie inteligentnych co również jest według mnie pociągające.
Siedziałem między nimi czytając książkę co chwilę zerkając ukradkiem to na jedną, to na drugą, kiedy do przedziału weszła zgrabna blondyneczka ubrana w czerń i zapytała czy można skorzystać z miejsca pod oknem, przynajmniej dopóki ktoś z wykupioną miejscówką się nie upomni.
Koloru oczu tejże piękności niestety nie zapamiętałem, bo nie mogłem przez dłuższą chwilę oderwać wzroku od jej zgrabnych nóg opiętych w ładnie dopasowane czarne dżinsy. Poczułem jak się robię czerwony kiedy nasze oczy się spotkały, ale to na pewno była wina włączonego ogrzewania. W końcu w przedziale siedział też starszy pan, który sprawiał wrażenie wiecznie niezadowolonego z życia. Byłem pewien, że to on był odpowiedzialny za ogrzewanie podkręcone do granic możliwości.
Na następnej stacji wszedł do przedziału prawowity "dzierżawca" miejsca zajmowanego przez uroczą blondyneczkę: dość duży koleś z przygłupawą miną, przy drugim spojrzeniu można było zauważyć, że to, co na początku wzięło się za mięśnie, to tak na prawdę zwały samczego tłuszczyku, który jakimś cudem świetnie je imitował.
W pewnym momencie nie wytrzymałem tej duchoty i poprosiłem tego osobnika o uchylenie okna:
- A co, gorąco się zrobiło koledze? hłe hłe.
- Tak, gorąco mi. Siedziałbyś między takimi dwoma pięknościami to też by ci było gorąco.
Mina mu zrzedła, dziewczyny jak na komendę się na mnie spojrzały. Ta w okularach chyba nawet się uśmiechnęła. Przynajmniej te delikatne drgnięcie kącika ust dało by się na siłę zaklasyfikować jako uśmiech. Ta po mojej lewej natomiast zapytała:
- Dwoma? A która jest ta druga?
"O cholera, ale się wje***em" przemknęło mi przez głowę. Ale nie dając tego po sobie poznać odpowiedziałem:
- To nie zawody, żeby nadawać miejsca, ale jeśli byłbym zmuszony wybierać, to powiedziałbym, że panie są tak samo urodziwe co plasuje obie ex aequo na miejscu pierwszym - czym chyba udało mi się wybrnąć z kłopotliwej sytuacji.
Wiadomo, w pociągu nie raz się przyśnie, wspomniane wcześniej kołysanie i rytmiczny, miarowy stukot jak najbardziej ku temu sprzyjają. Ale kiedy będąc jeszcze w półśnie otworzyłem oczy na jednej ze stacji, przed moimi oczami ukazały się jedne z najkształtniejszych pośladków jakie widziałem w życiu. Ostatkiem woli powstrzymałem się i nie sięgnąłem ręką (co bym niechybnie uczynił jakby to był sen), udowadniając tym samym sobie, że mózg wybudził się do końca. Po chwili pośladki uciekły, dziewczyna odwróciła się do mnie twarzą i poprosiła o pomoc przy bagażu. Nie byłem pewien czy to usłyszałem, raczej się tego domyśliłem, nie mogłem się skupić na tym co do mnie mówiła zapatrzony w te niebieskie oczy, zgrabny nos i równe, białe ząbki. Uznałem, że szkoda by było teraz zasnąć, skoro można się skupić na podziwianiu urody tejże brunetki siedzącej naprzeciw mnie...
Podobne sytuacje miałem jadąc w drugą stronę. Choć niewątpliwie były mniej skumulowane, bo większość drogi po prostu przespałem.
Ale kiedy w końcu się wybudziłem i umilałem sobie czas czytaniem książki, w którymś momencie naprzeciwko mnie usiadła ona: ładna, zgrabna studentka z czerwonymi włosami lekko opadającymi na ramiona. Miała tak głęboko niebieskie oczy, że w tej głębi można by się utopić, dodatkowo okulary w stalowych oprawkach koloru fioletowego które w połączeniu się z kolorem różowego swetra tworzyły specyficzną, ale spójną całość. Nie przeszkadzało mi to, że włosy były farbowane, wręcz przeciwnie, bardzo mi się podobały. Zresztą, swojego czasu bardzo podobały mi się dziewczyny z włosami pofarbowanymi na jaskrawe, nietypowe kolory (dla przykładu mógłbym tu podać pewną moją znajomą która miała włosy koloru niebiesko-różowo-fioletowego), przyciągały tym uwagę, były bardziej intrygujące.
Kiedy owa dziewczyna zasnęła, miałem masę czasu na podziwianie jej urody, nie mogłem się wręcz napatrzeć... Częściowo opamiętałem się, kiedy dotarło do mnie, że w końcu nie jesteśmy sami w przedziale i moje maślane oczy muszą dla postronnego obserwatora wyglądać po prostu żenująco.
I wtedy zauważyłem, że obok niej siedzi zakonnica. Patrzyła na mnie z nieukrywaną pogardą, widać było, że chciała by mnie skarcić za mój bezwstydny, lubieżny i wszeteczny wzrok, powodowanym wyłącznie pociągiem seksualnym.
Więc niechętnie, ale pełen skruchy, skierowałem wzrok w innym kierunku. Zatrzymałem się na korytarzu za drzwiami, gdzie stała pewna ciemnoskóra piękność...
Nieodzownym elementem wydaje się być sama styczność z innymi ludźmi. Możliwość obserwacji, czasami nawet integracji.
Jak zawsze nie ominęło mnie kilka sytuacji, które mogły by uchodzić za intrygujące...
Pociąg zapchany niemiłosiernie, wagon z przedziałami, ludzie którym nie udało się przewidzieć że braknie miejsc siedzących próbowali walczyć o każdy centymetr sześcienny przestrzeni. Ja, pchany silną potrzebą, przepycham się przez to kłębowisko ciał rozpychając się łokciami i depcząc po tych, którzy przegrali walkę o dostęp do tlenu. Nie mogę się pozbyć wrażenia, że przeciskam się już na tyle długo, że zaraz dojdę do stacji docelowej. Jednak udało się, dotarłem do przedsionku wagonu. Tam niestety drzwi do toalety blokowały trzy osiedlowe "maciorki", wygodnie rozłożone na ziemi i broniące dostępu do toalety innym pasażerom.
- Nie warto, strrrasznie coś śmierdzi - powiedziała ta najszczuplejsza, która nawiasem mówiąc sama by wystarczyła do blokowania drzwi.
I tak zostałem zmuszony do skorzystania z toalety w sąsiednim wagonie. Wychodząc zauważyłem jak drzwi do bronionej toalety się uchylają i wyłania się z nich czwarta pokaźnych rozmiarów imprezowiczka. Przetarła szczecinę pod nosem wierzchem dłoni i kiwnęła głową do współtowarzyszek dając tym samym znać, że towar przedni.
Jednak nie to przyciągało głównie moją uwagę podczas podróży. Zarówno w jedną, jak i w drugą stronę miałem szczęście podróżować w towarzystwie ponadprzeciętnie urodziwych przedstawicielek płci przeciwnej.
Wsiadając do przedziału zauważyłem, że będę siedział na środkowym z trzech foteli. Nie było to moje ulubione miejsce, nie ukrywam. Ale kiedy zobaczyłem dziewczyny które siedziały po mojej lewej i prawej stronie...
Ta po lewej miała ciemnozielone oczy, kasztanowe, długie włosy z grzywką zarzuconą na prawą stronę i wydatny, ale pasujący do całości nos. Ta po mojej prawej wydawała się odrobinę młodsza, miała brązowe, proste włosy i brązowe oczu schowane za okularami w plastikowej oprawce. Zawsze podobały mi się dziewczyny w okularach, sprawiały wrażenie inteligentnych co również jest według mnie pociągające.
Siedziałem między nimi czytając książkę co chwilę zerkając ukradkiem to na jedną, to na drugą, kiedy do przedziału weszła zgrabna blondyneczka ubrana w czerń i zapytała czy można skorzystać z miejsca pod oknem, przynajmniej dopóki ktoś z wykupioną miejscówką się nie upomni.
Koloru oczu tejże piękności niestety nie zapamiętałem, bo nie mogłem przez dłuższą chwilę oderwać wzroku od jej zgrabnych nóg opiętych w ładnie dopasowane czarne dżinsy. Poczułem jak się robię czerwony kiedy nasze oczy się spotkały, ale to na pewno była wina włączonego ogrzewania. W końcu w przedziale siedział też starszy pan, który sprawiał wrażenie wiecznie niezadowolonego z życia. Byłem pewien, że to on był odpowiedzialny za ogrzewanie podkręcone do granic możliwości.
Na następnej stacji wszedł do przedziału prawowity "dzierżawca" miejsca zajmowanego przez uroczą blondyneczkę: dość duży koleś z przygłupawą miną, przy drugim spojrzeniu można było zauważyć, że to, co na początku wzięło się za mięśnie, to tak na prawdę zwały samczego tłuszczyku, który jakimś cudem świetnie je imitował.
W pewnym momencie nie wytrzymałem tej duchoty i poprosiłem tego osobnika o uchylenie okna:
- A co, gorąco się zrobiło koledze? hłe hłe.
- Tak, gorąco mi. Siedziałbyś między takimi dwoma pięknościami to też by ci było gorąco.
Mina mu zrzedła, dziewczyny jak na komendę się na mnie spojrzały. Ta w okularach chyba nawet się uśmiechnęła. Przynajmniej te delikatne drgnięcie kącika ust dało by się na siłę zaklasyfikować jako uśmiech. Ta po mojej lewej natomiast zapytała:
- Dwoma? A która jest ta druga?
"O cholera, ale się wje***em" przemknęło mi przez głowę. Ale nie dając tego po sobie poznać odpowiedziałem:
- To nie zawody, żeby nadawać miejsca, ale jeśli byłbym zmuszony wybierać, to powiedziałbym, że panie są tak samo urodziwe co plasuje obie ex aequo na miejscu pierwszym - czym chyba udało mi się wybrnąć z kłopotliwej sytuacji.
Wiadomo, w pociągu nie raz się przyśnie, wspomniane wcześniej kołysanie i rytmiczny, miarowy stukot jak najbardziej ku temu sprzyjają. Ale kiedy będąc jeszcze w półśnie otworzyłem oczy na jednej ze stacji, przed moimi oczami ukazały się jedne z najkształtniejszych pośladków jakie widziałem w życiu. Ostatkiem woli powstrzymałem się i nie sięgnąłem ręką (co bym niechybnie uczynił jakby to był sen), udowadniając tym samym sobie, że mózg wybudził się do końca. Po chwili pośladki uciekły, dziewczyna odwróciła się do mnie twarzą i poprosiła o pomoc przy bagażu. Nie byłem pewien czy to usłyszałem, raczej się tego domyśliłem, nie mogłem się skupić na tym co do mnie mówiła zapatrzony w te niebieskie oczy, zgrabny nos i równe, białe ząbki. Uznałem, że szkoda by było teraz zasnąć, skoro można się skupić na podziwianiu urody tejże brunetki siedzącej naprzeciw mnie...
Podobne sytuacje miałem jadąc w drugą stronę. Choć niewątpliwie były mniej skumulowane, bo większość drogi po prostu przespałem.
Ale kiedy w końcu się wybudziłem i umilałem sobie czas czytaniem książki, w którymś momencie naprzeciwko mnie usiadła ona: ładna, zgrabna studentka z czerwonymi włosami lekko opadającymi na ramiona. Miała tak głęboko niebieskie oczy, że w tej głębi można by się utopić, dodatkowo okulary w stalowych oprawkach koloru fioletowego które w połączeniu się z kolorem różowego swetra tworzyły specyficzną, ale spójną całość. Nie przeszkadzało mi to, że włosy były farbowane, wręcz przeciwnie, bardzo mi się podobały. Zresztą, swojego czasu bardzo podobały mi się dziewczyny z włosami pofarbowanymi na jaskrawe, nietypowe kolory (dla przykładu mógłbym tu podać pewną moją znajomą która miała włosy koloru niebiesko-różowo-fioletowego), przyciągały tym uwagę, były bardziej intrygujące.
Kiedy owa dziewczyna zasnęła, miałem masę czasu na podziwianie jej urody, nie mogłem się wręcz napatrzeć... Częściowo opamiętałem się, kiedy dotarło do mnie, że w końcu nie jesteśmy sami w przedziale i moje maślane oczy muszą dla postronnego obserwatora wyglądać po prostu żenująco.
I wtedy zauważyłem, że obok niej siedzi zakonnica. Patrzyła na mnie z nieukrywaną pogardą, widać było, że chciała by mnie skarcić za mój bezwstydny, lubieżny i wszeteczny wzrok, powodowanym wyłącznie pociągiem seksualnym.
Więc niechętnie, ale pełen skruchy, skierowałem wzrok w innym kierunku. Zatrzymałem się na korytarzu za drzwiami, gdzie stała pewna ciemnoskóra piękność...
Delikatny, lekko zadarty ku górze nosek, ciemna, przypominająca na myśl najlepszą, gorzką czekoladę skóra, włosy, ułożone w dziesiątki, malutkich, czarno-białych warkoczyków spięte z tyłu głowy lekko opadały na plecy... Rzekłbym przewrotnie, z deszczu pod rynnę.
Wychodząc z pociągu na swojej stacji czerwonowłosej nimfie zostawiłem łabędzia z papieru, a do egzotycznej damy mrugnąłem, bo szczerze mówiąc tylko na tyle się zdobyłem. Może po prostu przestraszyłem się ewentualnej bariery językowej? Tego już się nie dowiem.
Warto jeździć pociągiem.
Wychodząc z pociągu na swojej stacji czerwonowłosej nimfie zostawiłem łabędzia z papieru, a do egzotycznej damy mrugnąłem, bo szczerze mówiąc tylko na tyle się zdobyłem. Może po prostu przestraszyłem się ewentualnej bariery językowej? Tego już się nie dowiem.
Warto jeździć pociągiem.
sobota, 24 sierpnia 2019
Nieszablonowy
Czyli taki jak mój ostatni sen. Aktualnie w mojej dawnej interpretacji trwa piątek (następny dzień zaczyna się po położeniu się spać i przebudzeniu). Właśnie wspomniały mi się czasy imprezowania w akademikach, kiedy takie piątki potrafiły trwać aż do poniedziałku... eh, wspomnienia...
Ale żeby nie odbiegać zbytnio od tematu, obudziłem się wczoraj koło południa po odsypianiu kolejnej pracowitej nocki w pracy i usiadłem na łóżku zastanawiając się nad tym, co mógł oznaczać ten mój sen... A był dziwny, w pewnym stopniu zabawny i intrygujący. Ale do rzeczy.
Budzę się ni z gruchy ni z pietruchy w akademiku. Niby podobnym do tego pierwszego w którym mieszkałem, ale coś było nie tak, tylko jeszcze nie wiedziałem co. Fakt, wyrzucono mnie z niego, ale jakimś cudem jestem tu, w mieście z którym wiąże mnie wiele ciekawych wspomnień i ludzi, a którego do tej pory nie cierpię. Cóż, przynajmniej będę miał bliżej do mojego ulubionego sklepu z nożami.
Torby były rzucone na łóżko, jakbym dopiero co wrócił po weekendzie z domu, okno było na tą samą stronę pokazując kolejny akademik w którego kierunku nieraz darliśmy zapijaczone ryje ze znajomymi na imprezach. Ale coś wciąż nie dawało mi spokoju, więc stwierdziłem, że wyjdę sobie na balkon i zapalę, przy okazji zastanowię się co zrobić z resztą dnia. Otwieram drzwi, już mam odpalać i wychodzić kiedy z wyższego piętra śmignęła w dół z krzykiem jakaś dziewczyna. Patrzę przez chwilę przed siebie otępiałym wzrokiem zastanawiając się nad tym, co właśnie zobaczyłem, po czym podniosłem papierosa który wcześniej wypadł mi z ust i skierowałem się na klatkę schodową. Tak, tam na pewno nikt i nic nie zakłóci mojej ceremonii palenia. Odwracam się do drzwi wyjściowych i w końcu dociera do mnie, co mi się nie zgadzało. Pokój był zdecydowanie za duży i zbyt czysty. Ponadto, pod ścianą koło dużej szafy jak gdyby nigdy nic, stała sobie pralka. Podłączona, w pełni działająca pralka. Zaskoczyło mnie to bardziej niż laska która nie dalej jak minutę temu, wprost na moich oczach rozkwasiła się o asfalt skacząc z wyższego piętra. Po wyjściu na łącznik zaobserwowałem kolejną rzecz, mianowicie znajdowało się tam sześć pokoi, a nie jak zwykle - cztery. I czysto, wręcz sterylnie, jak w szpitalu, tylko bez tego drażniącego zapachu.
W tym momencie stwierdziłem, że wyjście na spacer po korytarzach może się okazać znacznie ciekawsze niż zwykle. Nie myliłem się. Wszędzie panował chaos, na korytarzach młodzi ludzie biegali bez ładu i składu, były bójki, wszędzie pełno szkła i porozrzucanych ciał. Skutki typowego wieczoru z piątku na poniedziałek, można by pomyśleć, gdyby nie fakt, że ci ludzie mieli w oczach autentyczny strach. Wyszedłem w końcu na klatkę zapalić upragnionego papierosa, na schodach siedziała jakaś dziewczyna, trzymając się za kolana zwinięta pod ścianą, kiwała się w przód i tył, pustym wzrokiem wgapiała się przed siebie i szeptała coś do siebie. Udało mi się wyłapać kilka słów: za czysto, dziwne duże białe, nie ma melo, to się kręci i robi wruuu...
Zaglądając do pokoi znajomych widziałem kilka ciekawych scen, na przykład kiedy kilku studentów stało zbitych w zlęknioną grupkę pod ścianą i rzucali puszkami po piwie w kierunku pralki stojącej pod przeciwległą ścianą. Albo kiedy demolowali pokój, niejako dla zasady, bo po jakimś czasie przestawali i z zadowoleniem siadali i podziwiali swoje działo. Ale przeważnie wszędzie to samo, dezorientacja, panika strach. Niektórzy byli w takim szoku, że skakali z okien, rzucali się na innych, pozostali przy życiu ochroniarze byli bezradni.
Widać nie tylko mnie nie pasowało to, że w pokojach jest tak czysto i stoi pralka, jest więcej miejsca i jakoś tak w ogóle lepiej. Ale dlaczego tylko ja nie byłem zniewolony przez tą wręcz opętańczą, szaloną atmosferę? To pytanie pozostało bez odpowiedzi.
Wyszedłem na zewnątrz, gdzieś na wysokości ósmego piętra wystrzeliły szyby z okien, najwyraźniej ktoś na nowo odkrywał właśnie zasady działania kuchenek gazowych. Z kolei z dziesiątego wyfrunęła kolejna osoba. Na parkingu był już pokaźny stosik.
Nacieszyłem chwilę oczy, odwróciłem się na pięcie, zapaliłem kolejnego papierosa i poszedłem na zakupy. Tak, do mojego ulubionego sklepu.
W każdym razie nie udało mi się rozgryźć co mógłby oznaczać tak zakręcony, wręcz poroniony sen, nie mniej, trzeba przyznać, że w dość barwny sposób zobrazował stereotyp studenta-pijaka, niewiedzącego co to higiena i zasady BHP. Stereotypu, który potrafił na niektórych imprezach okazać się zaskakująco zgodny z prawdą.
Ten sen i obudzone przez niego wspomnienia nastawiły mnie pozytywnie i dodały mi energii na cały dzień w pracy, do tego stopnia, że koledzy i koleżanki patrzyli na mnie jak na wariata pukając się w czoła. Nadchodzi sobota, tłumaczyli to sobie. Cóż, przynajmniej nie kazali mi robić testów na obecność narkotyków.
Ale żeby nie odbiegać zbytnio od tematu, obudziłem się wczoraj koło południa po odsypianiu kolejnej pracowitej nocki w pracy i usiadłem na łóżku zastanawiając się nad tym, co mógł oznaczać ten mój sen... A był dziwny, w pewnym stopniu zabawny i intrygujący. Ale do rzeczy.
Budzę się ni z gruchy ni z pietruchy w akademiku. Niby podobnym do tego pierwszego w którym mieszkałem, ale coś było nie tak, tylko jeszcze nie wiedziałem co. Fakt, wyrzucono mnie z niego, ale jakimś cudem jestem tu, w mieście z którym wiąże mnie wiele ciekawych wspomnień i ludzi, a którego do tej pory nie cierpię. Cóż, przynajmniej będę miał bliżej do mojego ulubionego sklepu z nożami.
Torby były rzucone na łóżko, jakbym dopiero co wrócił po weekendzie z domu, okno było na tą samą stronę pokazując kolejny akademik w którego kierunku nieraz darliśmy zapijaczone ryje ze znajomymi na imprezach. Ale coś wciąż nie dawało mi spokoju, więc stwierdziłem, że wyjdę sobie na balkon i zapalę, przy okazji zastanowię się co zrobić z resztą dnia. Otwieram drzwi, już mam odpalać i wychodzić kiedy z wyższego piętra śmignęła w dół z krzykiem jakaś dziewczyna. Patrzę przez chwilę przed siebie otępiałym wzrokiem zastanawiając się nad tym, co właśnie zobaczyłem, po czym podniosłem papierosa który wcześniej wypadł mi z ust i skierowałem się na klatkę schodową. Tak, tam na pewno nikt i nic nie zakłóci mojej ceremonii palenia. Odwracam się do drzwi wyjściowych i w końcu dociera do mnie, co mi się nie zgadzało. Pokój był zdecydowanie za duży i zbyt czysty. Ponadto, pod ścianą koło dużej szafy jak gdyby nigdy nic, stała sobie pralka. Podłączona, w pełni działająca pralka. Zaskoczyło mnie to bardziej niż laska która nie dalej jak minutę temu, wprost na moich oczach rozkwasiła się o asfalt skacząc z wyższego piętra. Po wyjściu na łącznik zaobserwowałem kolejną rzecz, mianowicie znajdowało się tam sześć pokoi, a nie jak zwykle - cztery. I czysto, wręcz sterylnie, jak w szpitalu, tylko bez tego drażniącego zapachu.
W tym momencie stwierdziłem, że wyjście na spacer po korytarzach może się okazać znacznie ciekawsze niż zwykle. Nie myliłem się. Wszędzie panował chaos, na korytarzach młodzi ludzie biegali bez ładu i składu, były bójki, wszędzie pełno szkła i porozrzucanych ciał. Skutki typowego wieczoru z piątku na poniedziałek, można by pomyśleć, gdyby nie fakt, że ci ludzie mieli w oczach autentyczny strach. Wyszedłem w końcu na klatkę zapalić upragnionego papierosa, na schodach siedziała jakaś dziewczyna, trzymając się za kolana zwinięta pod ścianą, kiwała się w przód i tył, pustym wzrokiem wgapiała się przed siebie i szeptała coś do siebie. Udało mi się wyłapać kilka słów: za czysto, dziwne duże białe, nie ma melo, to się kręci i robi wruuu...
Zaglądając do pokoi znajomych widziałem kilka ciekawych scen, na przykład kiedy kilku studentów stało zbitych w zlęknioną grupkę pod ścianą i rzucali puszkami po piwie w kierunku pralki stojącej pod przeciwległą ścianą. Albo kiedy demolowali pokój, niejako dla zasady, bo po jakimś czasie przestawali i z zadowoleniem siadali i podziwiali swoje działo. Ale przeważnie wszędzie to samo, dezorientacja, panika strach. Niektórzy byli w takim szoku, że skakali z okien, rzucali się na innych, pozostali przy życiu ochroniarze byli bezradni.
Widać nie tylko mnie nie pasowało to, że w pokojach jest tak czysto i stoi pralka, jest więcej miejsca i jakoś tak w ogóle lepiej. Ale dlaczego tylko ja nie byłem zniewolony przez tą wręcz opętańczą, szaloną atmosferę? To pytanie pozostało bez odpowiedzi.
Wyszedłem na zewnątrz, gdzieś na wysokości ósmego piętra wystrzeliły szyby z okien, najwyraźniej ktoś na nowo odkrywał właśnie zasady działania kuchenek gazowych. Z kolei z dziesiątego wyfrunęła kolejna osoba. Na parkingu był już pokaźny stosik.
Nacieszyłem chwilę oczy, odwróciłem się na pięcie, zapaliłem kolejnego papierosa i poszedłem na zakupy. Tak, do mojego ulubionego sklepu.
W każdym razie nie udało mi się rozgryźć co mógłby oznaczać tak zakręcony, wręcz poroniony sen, nie mniej, trzeba przyznać, że w dość barwny sposób zobrazował stereotyp studenta-pijaka, niewiedzącego co to higiena i zasady BHP. Stereotypu, który potrafił na niektórych imprezach okazać się zaskakująco zgodny z prawdą.
Ten sen i obudzone przez niego wspomnienia nastawiły mnie pozytywnie i dodały mi energii na cały dzień w pracy, do tego stopnia, że koledzy i koleżanki patrzyli na mnie jak na wariata pukając się w czoła. Nadchodzi sobota, tłumaczyli to sobie. Cóż, przynajmniej nie kazali mi robić testów na obecność narkotyków.
sobota, 17 sierpnia 2019
Ideał
Ostatnio zauważyłem, że kiedy w jakimś miejscu publicznym typu dworzec PKP lub inne ruchliwe miejsce gdzie można spotkać różnych ludzi, zawsze, ale to zawsze podejdzie do mnie jakiś jegomość i zapyta się o papierosa/bułkę/drobne "na chleb". Coś ze mną nie tak?
Ale nie o tym miało być, bo znów ktoś zarzuci mi, że się nad sobą użalam.
Samotność to straszna rzecz, człowiek nie jest przystosowany do życia w samotności, to fakt naukowo potwierdzony. Jesteśmy stworzeniami społecznymi, wiążącymi się w większe lub mniejsze grupy. Taki oto wniosek ostatnio do mnie dotarł kiedy nie mogłem zasnąć, czułem w tamtym momencie dziwny niepokój. Żeby o tym nie myśleć, pozwoliłem sobie odpłynąć do krain fantazji i zacząłem się zastanawiać, jak by mogła wyglądać moja idealna druga połówka. Zaczynając od idealnego wyglądu, poprzez cechy charakteru na dopuszczalnych wadach kończąc. Wyszła nawet ciekawa hybryda...
Tak jak mówiłem, pierwszy punkt, wygląd. Zawsze podobały mi się rude dziewczyny. Nie wiem czemu, wydaje mi się, że nawet nigdy takiej nie spotkałem. Ale tym lepiej, w końcu miałem popuścić wodze fantazji. Jeśli włosy miały by być rude, to idealnie proste i długie, tak co najmniej jak moje (co jest z kolei praktycznie niespotykane). Jeśli nie rude, to delikatny brąz, ale z kolei w tym wypadku chciałbym żeby włosy były odrobinę za ramiona i delikatnie falowane, nie, lepiej kręcone. Ale na pewno nie proste, bo w takim wypadku czasem budzi to u mnie skojarzenie z brudną szmatą. Dalej, cholernie podobają mi się dziewczyny w okularach, przynajmniej do momentu pierwszej wymiany zdań. Okulary dają mglistą obietnicę obcowania z inteligentnym człowiekiem, co w wielu przypadkach okazuje się naiwnym kierowaniem się durnymi stereotypami. Ale to nie zmienia faktu, że okulary są takim moim małym fetyszem...
Dalej, kolejne kryterium, wydaje mi się, że dość istotne dla faceta: wzrost. Żeby była trochę niższa ode mnie, żeby bez krępacji mogła założyć szpilki i nie wyglądała przy tym komicznie kiedy będziemy razem wychodzić na spacery i takie tam. Reszta wyglądu nie odbiega zbytnio od stereotypowego ideału przeciętnego mężczyzny, wiadomo. Ładna figura, odpowiednio szerokie biodra, wąska talia i przyzwoitych rozmiarów biust. Ale nie za duży, tak żeby w dłoniach się mieścił, bo najlepiej się pieści, co się w dłoni mieści. Poza tym, nie dalej jak wczoraj śmialiśmy się z siostrą z dziewczyny, która musiała prawdopodobnie bardzo uważać podczas biegania, żeby sobie nie powybijać zębów.
Oczy, niewiele brakowało, a zapomniałbym o kolejnej rzeczy na którą zawsze zwracałem uwagę. W końcu, jak to się mówi, oczy zwierciadłem duszy. Pamiętam, kiedy w okresie gimnazjum/technikum, czyli najbardziej burzliwego okresu w dojrzewaniu, podobały mi się ciemne oczy u dziewczyn. Czułem, że mógłbym się godzinami w takie wpatrywać i nie widzieć dna, zaglądanie w taką głębie sprawiało mi nieopisaną wręcz przyjemność. Teraz jestem trochę starszy i zauważyłem, że tutaj też się u mnie zmieniło: jasne tęczówki, ale o wyraźnie zaznaczonym, konkretnym kolorze, taki czysty błękit lub zieleń wiosennej trawy. Kolor nie może być zbyt wyblakły, bo odnoszę w takim wypadku wrażenie, że spojrzenie jest "chłodne", wręcz groźne i odpychające. Dodatkowym plusem zmiany preferowanego koloru oczu jest też to, że łatwiej w takich oczach zauważyć coś, czego jeszcze nigdy nie widziałem, a bardzo bym chciał, mianowicie ten "maślany wzrok", kiedy druga osoba na ciebie patrzy i praktycznie traci kontakt z otaczającym was światem, można wtedy zaobserwować delikatne rozszerzenie się źrenic...
Jeśli chodzi o wygląd, to by było na tyle, takie odnoszę wrażenie. Choć na upartego można by do tej kategorii podciągnąć uśmiech: szczery, niewymuszony, śliczny i podnoszący na duchu uśmiech. Uśmiech, który nie tylko widać, ale też czuć, bo energia zawarta w tak prostej emocji aż bije od takiej osoby, mało tego, jest wręcz zaraźliwa.
Choć ja osobiście sam uśmiech zaliczyłbym bardziej do cech charakteru: osoba o takim czarującym uśmiechu nie może nie być osobą pogodną, pełną optymizmu i zrozumienia dla innych.
Już już, wracamy na ziemię (zamarzyłem się). W moich fantazjach mój ideał jest również kobietą inteligentną, co jest dla mnie bardzo ważnym kryterium. Nie tylko dlatego (co zabrzmi dość egocentrycznie) że chciałbym mieć z kim i o czym rozmawiać, ale także dlatego, że takie osoby nie boją się określić swoich poglądów, mówią jasno co się nie podoba i dlaczego, ujmując to jednocześnie w łatwe do zrozumienia przez takie proste urządzenie jak ja argumenty.
Nieraz w parze z inteligencją idzie niestety również arogancja, a tego wolelibyśmy uniknąć. Zdrowa dawka własnej wartości, a przede wszystkim jej świadomość nie była by w tym miejscu niczym złym.
Jeśli chodzi o pozostałe cechy charakteru, chciałbym żeby występowały w podobnych dawkach i stężeniu co u mnie. Poza tym, to miała by być ta część pary, która ma więcej zdrowego rozsądku, żeby delikatnie hamować moje niektóre poronione pomysły wtedy, kiedy naprawdę zajdzie taka potrzeba.
Cenię sobie u ludzi zrozumienie dla czarnego humoru. Jeśli go rozumiesz i cię bawi, to znaczy, że bez problemu się dogadamy. Logicznym się więc wydaje, że to też musiało by się znaleźć w naszym modelowym ideale.
Inteligentna, pogodna, szczera, pełna optymizmu, delikatnie pokręcona, żeby zrozumieć czarny humor, zdroworozsądkowa, ale nie za bardzo, żeby mogła razem ze mną czasem odwalić coś głupiego... O czymś zapomniałem? Myślę, że nie. Może jeszcze wyrozumiała, to zawsze dobrze brzmi.
Chciałbym także, żeby nigdy nie występował problem dla znalezienia dla siebie wspólnego czasu, czy to na jakiś festiwal, koncert, wakacyjny wyjazd, czy po prostu banalny spacer.
Stop. Wracamy na ziemię. Ideały nie istnieją, ale za to pozwalają jasno ustalić to, do czego dążymy. Kiedyś też usłyszałem, że ideały są nudne. Ale zabawa z wymyślaniem takiego była przednia.
Ale nie o tym miało być, bo znów ktoś zarzuci mi, że się nad sobą użalam.
Samotność to straszna rzecz, człowiek nie jest przystosowany do życia w samotności, to fakt naukowo potwierdzony. Jesteśmy stworzeniami społecznymi, wiążącymi się w większe lub mniejsze grupy. Taki oto wniosek ostatnio do mnie dotarł kiedy nie mogłem zasnąć, czułem w tamtym momencie dziwny niepokój. Żeby o tym nie myśleć, pozwoliłem sobie odpłynąć do krain fantazji i zacząłem się zastanawiać, jak by mogła wyglądać moja idealna druga połówka. Zaczynając od idealnego wyglądu, poprzez cechy charakteru na dopuszczalnych wadach kończąc. Wyszła nawet ciekawa hybryda...
Tak jak mówiłem, pierwszy punkt, wygląd. Zawsze podobały mi się rude dziewczyny. Nie wiem czemu, wydaje mi się, że nawet nigdy takiej nie spotkałem. Ale tym lepiej, w końcu miałem popuścić wodze fantazji. Jeśli włosy miały by być rude, to idealnie proste i długie, tak co najmniej jak moje (co jest z kolei praktycznie niespotykane). Jeśli nie rude, to delikatny brąz, ale z kolei w tym wypadku chciałbym żeby włosy były odrobinę za ramiona i delikatnie falowane, nie, lepiej kręcone. Ale na pewno nie proste, bo w takim wypadku czasem budzi to u mnie skojarzenie z brudną szmatą. Dalej, cholernie podobają mi się dziewczyny w okularach, przynajmniej do momentu pierwszej wymiany zdań. Okulary dają mglistą obietnicę obcowania z inteligentnym człowiekiem, co w wielu przypadkach okazuje się naiwnym kierowaniem się durnymi stereotypami. Ale to nie zmienia faktu, że okulary są takim moim małym fetyszem...
Dalej, kolejne kryterium, wydaje mi się, że dość istotne dla faceta: wzrost. Żeby była trochę niższa ode mnie, żeby bez krępacji mogła założyć szpilki i nie wyglądała przy tym komicznie kiedy będziemy razem wychodzić na spacery i takie tam. Reszta wyglądu nie odbiega zbytnio od stereotypowego ideału przeciętnego mężczyzny, wiadomo. Ładna figura, odpowiednio szerokie biodra, wąska talia i przyzwoitych rozmiarów biust. Ale nie za duży, tak żeby w dłoniach się mieścił, bo najlepiej się pieści, co się w dłoni mieści. Poza tym, nie dalej jak wczoraj śmialiśmy się z siostrą z dziewczyny, która musiała prawdopodobnie bardzo uważać podczas biegania, żeby sobie nie powybijać zębów.
Oczy, niewiele brakowało, a zapomniałbym o kolejnej rzeczy na którą zawsze zwracałem uwagę. W końcu, jak to się mówi, oczy zwierciadłem duszy. Pamiętam, kiedy w okresie gimnazjum/technikum, czyli najbardziej burzliwego okresu w dojrzewaniu, podobały mi się ciemne oczy u dziewczyn. Czułem, że mógłbym się godzinami w takie wpatrywać i nie widzieć dna, zaglądanie w taką głębie sprawiało mi nieopisaną wręcz przyjemność. Teraz jestem trochę starszy i zauważyłem, że tutaj też się u mnie zmieniło: jasne tęczówki, ale o wyraźnie zaznaczonym, konkretnym kolorze, taki czysty błękit lub zieleń wiosennej trawy. Kolor nie może być zbyt wyblakły, bo odnoszę w takim wypadku wrażenie, że spojrzenie jest "chłodne", wręcz groźne i odpychające. Dodatkowym plusem zmiany preferowanego koloru oczu jest też to, że łatwiej w takich oczach zauważyć coś, czego jeszcze nigdy nie widziałem, a bardzo bym chciał, mianowicie ten "maślany wzrok", kiedy druga osoba na ciebie patrzy i praktycznie traci kontakt z otaczającym was światem, można wtedy zaobserwować delikatne rozszerzenie się źrenic...
Jeśli chodzi o wygląd, to by było na tyle, takie odnoszę wrażenie. Choć na upartego można by do tej kategorii podciągnąć uśmiech: szczery, niewymuszony, śliczny i podnoszący na duchu uśmiech. Uśmiech, który nie tylko widać, ale też czuć, bo energia zawarta w tak prostej emocji aż bije od takiej osoby, mało tego, jest wręcz zaraźliwa.
Choć ja osobiście sam uśmiech zaliczyłbym bardziej do cech charakteru: osoba o takim czarującym uśmiechu nie może nie być osobą pogodną, pełną optymizmu i zrozumienia dla innych.
Już już, wracamy na ziemię (zamarzyłem się). W moich fantazjach mój ideał jest również kobietą inteligentną, co jest dla mnie bardzo ważnym kryterium. Nie tylko dlatego (co zabrzmi dość egocentrycznie) że chciałbym mieć z kim i o czym rozmawiać, ale także dlatego, że takie osoby nie boją się określić swoich poglądów, mówią jasno co się nie podoba i dlaczego, ujmując to jednocześnie w łatwe do zrozumienia przez takie proste urządzenie jak ja argumenty.
Nieraz w parze z inteligencją idzie niestety również arogancja, a tego wolelibyśmy uniknąć. Zdrowa dawka własnej wartości, a przede wszystkim jej świadomość nie była by w tym miejscu niczym złym.
Jeśli chodzi o pozostałe cechy charakteru, chciałbym żeby występowały w podobnych dawkach i stężeniu co u mnie. Poza tym, to miała by być ta część pary, która ma więcej zdrowego rozsądku, żeby delikatnie hamować moje niektóre poronione pomysły wtedy, kiedy naprawdę zajdzie taka potrzeba.
Cenię sobie u ludzi zrozumienie dla czarnego humoru. Jeśli go rozumiesz i cię bawi, to znaczy, że bez problemu się dogadamy. Logicznym się więc wydaje, że to też musiało by się znaleźć w naszym modelowym ideale.
Inteligentna, pogodna, szczera, pełna optymizmu, delikatnie pokręcona, żeby zrozumieć czarny humor, zdroworozsądkowa, ale nie za bardzo, żeby mogła razem ze mną czasem odwalić coś głupiego... O czymś zapomniałem? Myślę, że nie. Może jeszcze wyrozumiała, to zawsze dobrze brzmi.
Chciałbym także, żeby nigdy nie występował problem dla znalezienia dla siebie wspólnego czasu, czy to na jakiś festiwal, koncert, wakacyjny wyjazd, czy po prostu banalny spacer.
Stop. Wracamy na ziemię. Ideały nie istnieją, ale za to pozwalają jasno ustalić to, do czego dążymy. Kiedyś też usłyszałem, że ideały są nudne. Ale zabawa z wymyślaniem takiego była przednia.
czwartek, 25 lipca 2019
R+
Wstaję rano. Tak mi się przynajmniej wydaję. Jest równo godzina jedenasta, nie jest tak źle. Każdy ruch sprawia ból, przy próbie wydobycia z siebie jakiegokolwiek głosu słyszę niewyraźny charkot podobny do tego wydawanego przez ludzi na skraju śmierci. Oczy mam przekrwione do samych tęczówek, nie mogę się też oprzeć wrażeniu, że mam poprzypalane brwi. No i ten kretyński uśmiech wciąż nie schodzący z mojej twarzy.
Dzwoni telefon. Trzeba stoczyć nierówną walkę ze swoimi zszarpanymi strunami głosowymi.
23 lipca
To już jutro, nie mogę się doczekać! Po pracy wróciłem prosto do domu i zaraz siadłem przy komputerze żeby sprawdzić najnowsze ogłoszenia dotyczące koncertu na jaki się wybieram. Jest, znalazłem, regulamin. Jasno określone, co wolno, a co nie, bez zbędnego pier***enia. Z punktu na punkt robię jednak coraz większe oczy. O co chodzi z tymi lornetkami? Cóż, będę musiał wziąć plecak. G***no, nie wezmę, można wnieść tylko saszetki nie większe niż kartka formatu A4. Coraz niej mi się to podoba. Pełen obaw czytam kolejne punkty. Nagle szok. Nie można wejść w butach z metalowymi zakończeniami. Jak to? Nie mogę mieć glanów? Ale ja nie mam innych butów!
Kwestie bezpieczeństwa. A, to spoko. Bezpieczeństwo najważniejsze. Na koncercie gdzie co chwilę coś płonie i wybucha.
24 lipca
W końcu, to dziś! Odliczam w głowie każdą godzinę. Jestem tak cholernie podekscytowany, zauważam, że dzieją się ze mną dziwne rzeczy. W pracy ogarnia mnie dziwna energia, nawet nie czuję bólu pleców który mnie męczy od kilku dni. głowa od czasu do czasu sama wpada w niekontrolowane ale krótkie fale headbangingu.
Na przerwie podchodzi do mnie kolega, pyta czy jadę może na ten dzisiejszy koncert na stadionie. Es tut mir leid, ich verstehe nicht, odpowiadam.
Zmiana się kończy, wychodzę z zakładu. Przy wyjściu pozdrawiam znajomego ochroniarza i tanecznym krokiem oddalam się na przystanek.
W domu mam około godziny żeby się przyszykować i wyjść. W międzyczasie rozmawiam z siostrą, opowiada mi, że jej znajomy chce sprzedać bilet.
- Nie bądź głupia, jak ma to zrobić, skoro bilety są imienne i ważne tylko z ważnym dokumentem tożsamości - mówię z politowaniem w głosie.
Odruchowo sięgam do kieszeni żeby jej pokazać, że najlepiej w roli dokumentu sprawuje się dowód osobisty. Momentalnie bladnę. Oblewa mnie zimny pot, w panice rzucam się w kierunku plecaka i przeszukuję wszystkie kieszenie. Nic. Pusto. Gdzie są moje dokument?! Lekko drżącym głosem mówię do siostry: Robal, bardzo ci się śpieszy? Bo chyba dokumenty w szafce w pracy zostawiłem...
Wchodząc ponownie na teren zakładu pozdrawia mnie ponownie ochroniarz: Co jest młody, tak spodobała się praca, że na kolejną zmianę wracasz?
Spokojniej oddycham dopiero w szatni, siedząc z dokumentami w dłoni. Kilka głębszych wdechów, wychodzę.
Siostra zawiozła mnie na miejsce spotkania ze znajomymi i pojechała za swoimi sprawami, znajomi przyjechali niewiele później.
Dzwoni telefon. Trzeba stoczyć nierówną walkę ze swoimi zszarpanymi strunami głosowymi.
23 lipca
To już jutro, nie mogę się doczekać! Po pracy wróciłem prosto do domu i zaraz siadłem przy komputerze żeby sprawdzić najnowsze ogłoszenia dotyczące koncertu na jaki się wybieram. Jest, znalazłem, regulamin. Jasno określone, co wolno, a co nie, bez zbędnego pier***enia. Z punktu na punkt robię jednak coraz większe oczy. O co chodzi z tymi lornetkami? Cóż, będę musiał wziąć plecak. G***no, nie wezmę, można wnieść tylko saszetki nie większe niż kartka formatu A4. Coraz niej mi się to podoba. Pełen obaw czytam kolejne punkty. Nagle szok. Nie można wejść w butach z metalowymi zakończeniami. Jak to? Nie mogę mieć glanów? Ale ja nie mam innych butów!
Kwestie bezpieczeństwa. A, to spoko. Bezpieczeństwo najważniejsze. Na koncercie gdzie co chwilę coś płonie i wybucha.
24 lipca
W końcu, to dziś! Odliczam w głowie każdą godzinę. Jestem tak cholernie podekscytowany, zauważam, że dzieją się ze mną dziwne rzeczy. W pracy ogarnia mnie dziwna energia, nawet nie czuję bólu pleców który mnie męczy od kilku dni. głowa od czasu do czasu sama wpada w niekontrolowane ale krótkie fale headbangingu.
Na przerwie podchodzi do mnie kolega, pyta czy jadę może na ten dzisiejszy koncert na stadionie. Es tut mir leid, ich verstehe nicht, odpowiadam.
Zmiana się kończy, wychodzę z zakładu. Przy wyjściu pozdrawiam znajomego ochroniarza i tanecznym krokiem oddalam się na przystanek.
W domu mam około godziny żeby się przyszykować i wyjść. W międzyczasie rozmawiam z siostrą, opowiada mi, że jej znajomy chce sprzedać bilet.
- Nie bądź głupia, jak ma to zrobić, skoro bilety są imienne i ważne tylko z ważnym dokumentem tożsamości - mówię z politowaniem w głosie.
Odruchowo sięgam do kieszeni żeby jej pokazać, że najlepiej w roli dokumentu sprawuje się dowód osobisty. Momentalnie bladnę. Oblewa mnie zimny pot, w panice rzucam się w kierunku plecaka i przeszukuję wszystkie kieszenie. Nic. Pusto. Gdzie są moje dokument?! Lekko drżącym głosem mówię do siostry: Robal, bardzo ci się śpieszy? Bo chyba dokumenty w szafce w pracy zostawiłem...
Wchodząc ponownie na teren zakładu pozdrawia mnie ponownie ochroniarz: Co jest młody, tak spodobała się praca, że na kolejną zmianę wracasz?
Spokojniej oddycham dopiero w szatni, siedząc z dokumentami w dłoni. Kilka głębszych wdechów, wychodzę.
Siostra zawiozła mnie na miejsce spotkania ze znajomymi i pojechała za swoimi sprawami, znajomi przyjechali niewiele później.
Pierwsza poważna fala emocji zalała mnie gdy znaleźliśmy się pod stadionem. Cała masa ludzi, Czesi, Chorwaci, Niemcy i oczywiście Polacy. Mieliśmy chwilę czasu do wejścia, skoczyłem kupić sobie pamiątki i siedliśmy w pobliżu wejścia. Chwile później dosiadła się do mnie jakaś babka:
- Witam, zauważyłam, że też masz opaski na nadgarstku, mogę jedną?
- Nie, to pamiątki po dziewczynach - odpowiedziałem i zacząłem wymieniać imiona które losowo przychodziły mi do głowy. Podziałało. Gdyby była chociaż ładna...
Jedna rzecz mnie tylko cały czas męczyła, mianowicie to, że było dużo ludzi w glanach, których ja sobie odmówiłem ze względu na zapis w regulaminie. Patrząc na to gotowałem się w środku ze złości, bo zamiast w wygodnych, pancernych glanach przyjechałem w podniszczonych półbutach z delikatnej skóry, których zbyt cienka podeszwa sprawiała, że moje przyzwyczajone do glanów stopy odczuwały każdy, nawet najdrobniejszy kamyczek. I to wszystko przez moją nadinterpretację punktu regulaminu. Nie było mocy, organizatorzy i zespół musieli mi jakoś wynagrodzić tą niedogodność. Czy się udało?...
Na potwierdzenie wspomnę choćby o tym, że przez połowę koncertu z oczu bez przerwy leciały mi łzy. Ogarnęła mnie dziwny rodzaj melancholii której nic nie było w stanie powstrzymać. Przez bardzo długi czas nie mogłem uwierzyć w to gdzie jestem i jakie mam szczęście że załapałem się na ten koncert. Pozwoliłem sobie zapomnieć o całym otaczającym mnie świecie i problemach, kilka razy po prostu stawałem i przymykałem oczy pozwalając pozostałym zmysłom czuć ten koncert. Co nawiasem mówiąc nie było takie trudne dzięki potężnemu nagłośnieniu sceny. Żeby łatwiej było można sobie wyobrazić tą moc, zaznaczę, że podczas kawałka gdzie wszyscy zapalili zapalniczki, w pewnym momencie po prostu zdmuchnęło płomień z mojej.
Swoją drogą, widok całego stadionu, płyty i trybun, jako morza pojedynczych płomyczków był naprawdę niesamowity. Nie, niesamowity to za mało, w tym miejscu idealnie pasuje wyświechtane określenie "zapierające dech w piersiach".
No i oczywiście nie można zapomnieć o wszystkich efektach specjalnych, wybuchach, fajerwerkach i płomieniach. W ciągu całego koncertu stadion wygenerował do atmosfery ilość dwutlenku węgla porównywalną chyba tylko z roczną emisją wszystkich kopalń na śląsku razem wziętych. Jak się z tym czuję? Po prostu zaje***cie!
Po tym co przeżyłem podczas tych kilku krótkich godzin na zawsze zmieni moje postrzeganie na temat koncertów i tego jak powinny wyglądać.
Na koniec chciałbym w tym miejscu pozdrowić moją znajomą z technikum i jej chłopaka, którzy zgodzili się wziąć na swoje barki kwestię logistyczną i towarzyszyli mi w tym niesamowitym przeżyciu. I nie zapominajmy o mojej siostrze, bez której szybkiej interwencji nawet nie znalazłbym się na tym koncercie. Dziękuję wam!
Na potwierdzenie wspomnę choćby o tym, że przez połowę koncertu z oczu bez przerwy leciały mi łzy. Ogarnęła mnie dziwny rodzaj melancholii której nic nie było w stanie powstrzymać. Przez bardzo długi czas nie mogłem uwierzyć w to gdzie jestem i jakie mam szczęście że załapałem się na ten koncert. Pozwoliłem sobie zapomnieć o całym otaczającym mnie świecie i problemach, kilka razy po prostu stawałem i przymykałem oczy pozwalając pozostałym zmysłom czuć ten koncert. Co nawiasem mówiąc nie było takie trudne dzięki potężnemu nagłośnieniu sceny. Żeby łatwiej było można sobie wyobrazić tą moc, zaznaczę, że podczas kawałka gdzie wszyscy zapalili zapalniczki, w pewnym momencie po prostu zdmuchnęło płomień z mojej.
Swoją drogą, widok całego stadionu, płyty i trybun, jako morza pojedynczych płomyczków był naprawdę niesamowity. Nie, niesamowity to za mało, w tym miejscu idealnie pasuje wyświechtane określenie "zapierające dech w piersiach".
No i oczywiście nie można zapomnieć o wszystkich efektach specjalnych, wybuchach, fajerwerkach i płomieniach. W ciągu całego koncertu stadion wygenerował do atmosfery ilość dwutlenku węgla porównywalną chyba tylko z roczną emisją wszystkich kopalń na śląsku razem wziętych. Jak się z tym czuję? Po prostu zaje***cie!
Po tym co przeżyłem podczas tych kilku krótkich godzin na zawsze zmieni moje postrzeganie na temat koncertów i tego jak powinny wyglądać.
Na koniec chciałbym w tym miejscu pozdrowić moją znajomą z technikum i jej chłopaka, którzy zgodzili się wziąć na swoje barki kwestię logistyczną i towarzyszyli mi w tym niesamowitym przeżyciu. I nie zapominajmy o mojej siostrze, bez której szybkiej interwencji nawet nie znalazłbym się na tym koncercie. Dziękuję wam!
niedziela, 14 lipca 2019
Ciekawe
Mam własne mieszkanie, pracę, kochającą rodzinę. Wszystko na swoim miejscu, czuję się szczęśliwy. Nie przeszkadza mi rutyna i powtarzalność każdego dnia, wychodzę z założenia, że wyszalałem się w młodości. Praca - dom, praca - dom, pozornie niekończący się kierat, powoli niszczący od środka każdego przeciętnego człowieka. Ale ja nie jestem przeciętny, bo udało mi się wyrwać ze szponów moich potworów, co napawa mnie cholernie wielką dumą. No i spełniłem swoje największe marzenie, spotkałem kobietę swojego życia, staramy się o dziecko.
Gdzie tu jest haczyk? Otóż wracając któregoś dnia z pracy, przyłapałem ją na zdradzie.
Typowe: "Wróciłeś wcześniej? Co się stało?"
Kolega z pracy który miał być na zwolnieniu lekarskim nawet nie zdążył powiedzieć głupiego "cześć", będącego swoją drogą w tym momencie zwrotem bardzo nie na miejscu.
W tym momencie ucieszyłem się, że nie zrezygnowałem z dawnego nawyku noszenie przy sobie czegoś ostrego... Nie zwracając uwagi na biały puchowy dywan w salonie zrobiłem sieczkę z faceta któremu w pracy podawałem rękę... Następnie, z pełnym spokojem i bez najmniejszego śladu stresu czy jakiejkolwiek emocji mogącej zdradzić to, czego właśnie dokonałem, schowałem nóż do pochwy przy pasku, wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem na 112:
- Dzień dobry, tu linia alarmowa, w czym można pomóc? - słyszę w słuchawce.
- Dzień dobry, chciałem zgłosić napaść, jakiś wariat wpadł do mojego mieszkania i grozi mi nożem, aktualnie jesteśmy z żoną zamknięci w łazience i nie wiemy co zrobić, proszę, przyślijcie kogoś - wyszeptałem roztrzęsionym głosem do słuchawki po czym podałem adres i rozłączyłem się.
Następnie, patrząc prosto w oczy bladej jak ściana rozdygotanej kobiecie którą do niedawna uważałem za miłość mojego życia powiedziałem: Masz dwie minuty.
Koniec snu.
Gdzie tu jest haczyk? Otóż wracając któregoś dnia z pracy, przyłapałem ją na zdradzie.
Typowe: "Wróciłeś wcześniej? Co się stało?"
Kolega z pracy który miał być na zwolnieniu lekarskim nawet nie zdążył powiedzieć głupiego "cześć", będącego swoją drogą w tym momencie zwrotem bardzo nie na miejscu.
W tym momencie ucieszyłem się, że nie zrezygnowałem z dawnego nawyku noszenie przy sobie czegoś ostrego... Nie zwracając uwagi na biały puchowy dywan w salonie zrobiłem sieczkę z faceta któremu w pracy podawałem rękę... Następnie, z pełnym spokojem i bez najmniejszego śladu stresu czy jakiejkolwiek emocji mogącej zdradzić to, czego właśnie dokonałem, schowałem nóż do pochwy przy pasku, wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem na 112:
- Dzień dobry, tu linia alarmowa, w czym można pomóc? - słyszę w słuchawce.
- Dzień dobry, chciałem zgłosić napaść, jakiś wariat wpadł do mojego mieszkania i grozi mi nożem, aktualnie jesteśmy z żoną zamknięci w łazience i nie wiemy co zrobić, proszę, przyślijcie kogoś - wyszeptałem roztrzęsionym głosem do słuchawki po czym podałem adres i rozłączyłem się.
Następnie, patrząc prosto w oczy bladej jak ściana rozdygotanej kobiecie którą do niedawna uważałem za miłość mojego życia powiedziałem: Masz dwie minuty.
Koniec snu.
***
Ten sen przyśnił mi się jakiś czas temu. Koszmarem bym go nie nazwał, ale nie ukrywajmy, najprzyjemniejszy to on również nie był.
Wszyscy chyba wiemy jak to jest ze snami tego typu, sen trwa chwilę, a ty masz w wyśnionej głowie wspomnienia z całego życia, życia, które nie jest twoje, ale tak jakby było.
Chwilę po przebudzeniu byłem nawet w stanie powiedzieć w jakich okolicznościach poznałem tą kobietę ze snu, mimo faktu, że to nie miało nawet miejsca w samym śnie.
Ale nie o tym chciałem pisać. Kiedy dwa dni później ochłonąłem po tymże śnie, postanowiłem się pobawić w szukanie ukrytych znaczeń snów. Zupełnie jak przed studiami, kiedy jako gówniarz z kajecikiem w którym spisywałem swoje koszmary grzebałem w bibliotekach w poszukiwaniu senników.
I wiecie co znalazłem? Mnie osobiście to rozbawiło: Zdrada małżeńska miała by w tym przypadku oznaczać, że muszę jak najszybciej wziąć się w garść i przestać się nad sobą użalać. Ale to jeszcze nic. Dokonacie zabójstwa może oznaczać, że knuję coś bardzo, bardzo niedobrego...
Ale wiadomo jak to jest z zabawami tego typu, każdy sennik powie coś innego, mnie najbardziej do gustu przypadły właśnie te znaczenia. Bo to, że mnie zostawi mąż, jak to proponował mi jeden z senników, uważam za mało trafione.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
