Tak, nie udało mi się. Jestem załamany i za tydzień się powieszę. Jak chcecie popatrzeć to wyjdźcie na spacer, łatwo będzie mnie znaleźć. Wybiorę najwyższe i najokazalsze drzewo w mieście. Ostatecznie może być słup. Zastanawiałem się też nad skokiem z jakiegoś wieżowca, ale ogranicza mnie ilość wieżowców w okolicy... a właściwie ich brak...
Niee, tak łatwo się mnie nie pozbędziecie, dłuugo jeszcze będę wam truł życie. Nie będzie płaczu, zgrzytania zębami, wyrywania włosów z głowy, zalewania robaka, szukania kozła ofiarnego. To tylko i wyłącznie moja wina.
Właściwie to oficjalnie przestałem być studentem dnia 4 kwietnia, ale potrzebowałem czasu żeby to powoli przeanalizować w moim zlasowanym czerepie żeby się z tą myślą oswoić i móc to wam przedstawić. Jak zawsze będę miło wspominał poznanych na roku ludzi, przynajmniej niektórych.
Muszę się niechlubnie przyznać że pierwsze odczucie jakie mnie naszło dzień po feralnym incydencie oblania ósmego (!) terminu z (nieważne z czego) to... ulga. Nie będzie już wstawania o 5 rano, dosypiania w pociągu/autobusie, wysłuchiwaniu meneli na dworcach, szarpaniny z własnymi nerwami. Ale nie usłyszę też dzwięku gitary tego niezwykle utalentowanego grajka na dworcu w Katowicach, raczej wątpliwe żebym jeszcze kiedyś spotkał kogoś z osób poznanych na roku, nawet jeśli mieszkają tak blisko jak 20 minut drogi autobusem od mojej mieściny. Ludzie mnie unikają.
I co teraz? Wszyscy mnie o to pytają. Jak to co? Jeszcze raz, tylko z innej strony, od nowa, do skutku.
Inna uczelnia, inny kierunek, nowi ludzie, może nawet inne miasto/województwo. A może by tak prawko? Taak, długo nad tym myślałem, i sądzę, ze najwyższy czas sobie takowe sprawić. Rozszerzę maturę, dostanę się do wymarzonej uczelni, dostanę świetną pracę...
I jak to powiedział mój nowy kumpel: Trzymaj się jakoś. I pamiętaj: nie wolno się poddawać.
Zauważyłem, i wy pewnie też, że jakość moich tekstów wyraźnie osłabła. Postaram się coś z tym zrobić. Nie obiecuję rewelacji, nie spodziewajmy się więc niczego na skalę Rewolucji Francuskiej. Ale tak tego nie zostawię, na pewno.
Moje wypociny. Nieśmiała (?) próba zaistnienia.
O wszystkim i o niczym. O tym co mnie wkurza, drażni, bawi, śmieszy, zastanawia. O moich przemyśleniach i innych różnych pierdołach. O mnie.
środa, 11 kwietnia 2012
środa, 4 kwietnia 2012
Rozmowa
Cześć, co Cię do mnie sprowadza?... Chcesz porozmawiać? Nie ma sprawy, chętnie Cię wysłucham... Nie, nie, nie, nie narzekaj, każdy potrafi narzekać. A my mieliśmy rozmawiać. Więc jaki temat proponujesz?... Pogoda?! Proszę cię, bądźmy trochę bardziej oczytani, przynajmniej sprawiajmy takie wrażenie... Teraz lepiej, ale pójdźmy krok dalej, spróbuj zainteresować mnie tą rozmową, powiedz coś ciekawego, czego dawno nie słyszałem... Nieee, tylko nie plotki! Nasłuchałem się ich w gimnazjum i szkole średniej. Mam dość. Spróbuj jeszcze raz...Widzisz jakie to proste?... Prawda? Rozmowa od razu staje się przyjemniejsza, aż żal ją przerywać...
A teraz zastanów się, czy Ty jesteś w stanie naprowadzić rozmowę na takie tory, żeby zainteresować swojego rozmówcę, w tym przypadku mnie. Zaryzykuje stwierdzenie że rozmowa to w pewnym stopniu rodzaj sztuki, którą jak opanujemy i nauczymy się poprawnie operować, może nam się niezwykle przydać w życiu.
A więc, jak już wymyślisz coś ciekawego, zapraszam, utniemy sobie miłą pogawędkę. Może akurat spędzimy miło kilka chwil i dowiemy się od siebie nawzajem kilka interesujących rzeczy.
***
A teraz zastanów się, czy Ty jesteś w stanie naprowadzić rozmowę na takie tory, żeby zainteresować swojego rozmówcę, w tym przypadku mnie. Zaryzykuje stwierdzenie że rozmowa to w pewnym stopniu rodzaj sztuki, którą jak opanujemy i nauczymy się poprawnie operować, może nam się niezwykle przydać w życiu.
A więc, jak już wymyślisz coś ciekawego, zapraszam, utniemy sobie miłą pogawędkę. Może akurat spędzimy miło kilka chwil i dowiemy się od siebie nawzajem kilka interesujących rzeczy.
środa, 7 marca 2012
Bezsilny
W porządku, przyznaje bez bicia. To moja wina. Przecież mówiono mi żebym się ogarnął. Przynajmniej jako tako. Chwila, ale o so chozi? Już śpieszę z wyjaśnieniami. Jest źle. Sesja oficjalnie skończyła się tydzień temu a mi zostały trzy przedmioty do zaliczenia. Tak, jako jedynemu na roku. Uchodzę teraz za największego debila, lenia (co po części jest prawdą) i nieroba. Jestem obiektem głupich żartów i docinek. Ale sam się tego dorobiłem. Wykładowce z przedmiotów które mi pozostały raczej nie są chętni do współpracy, nie licząc pana profesora z fizyki. Na oficjalnie ostatni termin zaliczenia przyszedłem żeby zakomunikować mu, że nic nie potrafię. Czułem, że wewnątrz facet się gotuje i walczy sam ze sobą że nie powiedzieć mi co tak naprawdę o mnie myśli...
Takich oporów nie mieli pozostali wykładowcy:
-"Bardzo mi przykro, ale moim zdaniem nie nadaje się pan na studenta"
-"To mówi pan, że co panu zostało do zaliczenia? I pan myśli, że da radę? Bo ja nie daje panu najmniejszych szans"
I wiele innych nie wartych powtarzania. Po oddaniu do dziekanatu sporego pliku podań i wniosków czekam na obrót spraw, stale zakuwając (a przynajmniej się starając) żeby móc udowodnić światu i sobie że się da.
Szkoda by było zawalić ten rok. Nie dla tego, że jak to się mówi, zmarnowało się tyle czasu. Nie uważam tego czasu za zmarnowany, nawet jeśli nie uda mi nie zdać semestru. Poznałem ciekawych ludzi i już wiem, że wiem za mało żeby nazywać się studentem. Wiem gdzie leży mój problem, co z tym zrobić i jak z nim walczyć...
Doba, ponarzekałem, wracam do nauki.
Takich oporów nie mieli pozostali wykładowcy:
-"Bardzo mi przykro, ale moim zdaniem nie nadaje się pan na studenta"
-"To mówi pan, że co panu zostało do zaliczenia? I pan myśli, że da radę? Bo ja nie daje panu najmniejszych szans"
I wiele innych nie wartych powtarzania. Po oddaniu do dziekanatu sporego pliku podań i wniosków czekam na obrót spraw, stale zakuwając (a przynajmniej się starając) żeby móc udowodnić światu i sobie że się da.
Szkoda by było zawalić ten rok. Nie dla tego, że jak to się mówi, zmarnowało się tyle czasu. Nie uważam tego czasu za zmarnowany, nawet jeśli nie uda mi nie zdać semestru. Poznałem ciekawych ludzi i już wiem, że wiem za mało żeby nazywać się studentem. Wiem gdzie leży mój problem, co z tym zrobić i jak z nim walczyć...
Doba, ponarzekałem, wracam do nauki.
czwartek, 6 października 2011
Wielce Szanowny Pan Student
Ładnie brzmi, prawda? No. Tylko nie pasuje do mnie. Ja? Student? Z moim rażącym brakiem odpowiedzialności? Dobre sobie.
Ledwie się semestr zaczął a ja już opuściłem 3 dni wykładów. No, trzy i pół. Czy żałuję? Jak cholera.
Teraz od początku, jak to jest, jak powinno być, jak było, i jak będzie jeśli się nie wezmę w garść. Na razie jest spokojnie. Ale wiadomo, to dopiero początek. Wszyscy znajomi rozlokowani na przeróżnych kierunkach uczelni wyższych na śląsku i nie tylko wciąż powtarzają, że tylko na początku jest ciężko, później się wkręcę. To mnie trochę pocieszało, bo to samo mówili mi jak się dostałem do technikum. Nawet nie odczułem tego kulminacyjnego momentu. Ale boję się, że tu będzie inaczej. I będzie, na pewno. Ale przygotuję się na to moralnie.
Mam wrażenie, że personel szkoły jawnie robi sobie ze mnie jaja. Przykład? Proszę bardzo:
1. Składanie papierów w oddziale głównym uczelni. Na drzwiach wyraźnie pisze: wejście tylko dla studentów.
Więc wchodzę. Woźny: "Czego mi tu ku...wa?! Nie widać co jest napisane na drzwiach?"
2.Szkolenie bhp: Wchodzę do budynku, szukam kogoś kto mi powie gdzie to szklenie się odbędzie. Jest! Miła, uczciwie wyglądająca pani. Zauważa mnie i zanim się zdążę zapytać mówi: pierwsze piętro pokój 103. Podziękowałem i skierowałem się w danym kierunku. Na drzwiach pisało dużymi literami: WC. Nie wiem po czym poznała że powinienem tu zajrzeć, ale mogłem stwierdzić, że w 100% się myliła.
3.Szukałem sali w której miałem mieć wykłady. Nie powiem, że nie mogłem się doczekać, ale mus to mus. Podobna sytuacja jak wyżej. Zapytałem:"Przepraszam, gdzie jest sala 208?"
"W budynku C."- usłyszałem odpowiedź. Nie uznałem jej za odpowiednio satysfakcjonującą, więc pytam dalej:
"A gdzie jest budynek C?"
"Zaraz za B."
Nie powiem, trochę mnie rozzłościła ta sytuacja, ale co mogłem zrobić?
Dziekanat. Miejsce z którego zawsze się śmiałem gdy było przedstawiane w krzywym zwierciadle przez studentów. Tajemnicze miejsce, do którego w długich i niekończących się kolejkach stoją setki studentów i sami nie wiedzą po co. Cały czas myślałem że to po prostu bujdy mające na celu... nie mające żadnego celu.
Dopóki sam nie miałem tam nic do załatwienia. O zgrozo! Daruje sobie w tym punkcie opisywanie co działo się w moim przypadku. Ale opiszę co działo się w przypadku znajomego. Kiedy pojechał do dziekanatu zapytać się jak wygląda sprawa rezerwacji jego miejsca w akademiku, dowiedział się że, że nie ma co sprawdzać. Jego podanie zostało zgubione. W tym nieszczęściu było tyle dobrego, że pani miała na tyle odwagi, że sama przyznała się do błędu. Świetna robota! Ma pani jaja!
Oczywiście Studia to nie tylko minusy. Są także niezaprzeczalne plusy. Jakie? Choćby takie, że wszystkie dziewczyny są pełnoletnie i nie ma możliwości natknięcia się na jakąś gówniarę będąc zmylonym jej przesadzonym makijażem i za dużym dekoltem. Studenckie zniżki. Kolejny niezaprzeczalny plus.
A z czego to się wzięło? Ze wszystkim dobrze znanego, stereotypowego "biednego studenta". Podgatunek ten jest niezwykle spotykany w środowisku studiów zaocznych... Ale tak całkiem serio. Przyznam, że sam się z tego śmiałem, dopóki sam nie doświadczyłem podobnego zjawiska. Na sam dojazd przeznaczam fortunę, a to dlatego, że: "Drugi przydział na razie nie dostanie legitymacji. Uprzedzając pańskie pytanie: nie wiem kiedy będą." - powiedziała miła pani z dziekanatu. A bez legitymacji wszystkie 'studenckie' zniżki szlag trafił.
Jest jeszcze motywacja ze strony najbliższej rodziny. Z jednej strony chwalą się swoim znajomym z pracy że ich pociecha studiuje, z drugiej podnosi nas na duch słowami "Nie dasz rady", "Za cianki/a jesteś", "Źle zrobiłeś/aś wybierając ten/owaki kierunek". Tere fere. Wiem lepiej. Oczywiście, może być ciężko, zdaje sobie z tego sprawę. Ale zrobię wszystko żeby nie wyrzucili mnie już w pierwszym semestrze.
Napisawszy stertę nikomu nie potrzebnych i gówno wartych bzdur, poszedł na piwo.
Oczywiście, jak zawsze, zdaję sobie sprawę z tego że mogłem się jak zwykle minąć z prawdą. Ale nikt nie dostanie kwiatów, bombonierki i przeprosin, przykro mi. Reklamacje składać w dziale 'Zażalenia'. Tam odpowiednio wyszkolony personel odeśle państwu wyjątkowo bezczelną odpowiedź.
Ledwie się semestr zaczął a ja już opuściłem 3 dni wykładów. No, trzy i pół. Czy żałuję? Jak cholera.
Teraz od początku, jak to jest, jak powinno być, jak było, i jak będzie jeśli się nie wezmę w garść. Na razie jest spokojnie. Ale wiadomo, to dopiero początek. Wszyscy znajomi rozlokowani na przeróżnych kierunkach uczelni wyższych na śląsku i nie tylko wciąż powtarzają, że tylko na początku jest ciężko, później się wkręcę. To mnie trochę pocieszało, bo to samo mówili mi jak się dostałem do technikum. Nawet nie odczułem tego kulminacyjnego momentu. Ale boję się, że tu będzie inaczej. I będzie, na pewno. Ale przygotuję się na to moralnie.
Mam wrażenie, że personel szkoły jawnie robi sobie ze mnie jaja. Przykład? Proszę bardzo:
1. Składanie papierów w oddziale głównym uczelni. Na drzwiach wyraźnie pisze: wejście tylko dla studentów.
Więc wchodzę. Woźny: "Czego mi tu ku...wa?! Nie widać co jest napisane na drzwiach?"
2.Szkolenie bhp: Wchodzę do budynku, szukam kogoś kto mi powie gdzie to szklenie się odbędzie. Jest! Miła, uczciwie wyglądająca pani. Zauważa mnie i zanim się zdążę zapytać mówi: pierwsze piętro pokój 103. Podziękowałem i skierowałem się w danym kierunku. Na drzwiach pisało dużymi literami: WC. Nie wiem po czym poznała że powinienem tu zajrzeć, ale mogłem stwierdzić, że w 100% się myliła.
3.Szukałem sali w której miałem mieć wykłady. Nie powiem, że nie mogłem się doczekać, ale mus to mus. Podobna sytuacja jak wyżej. Zapytałem:"Przepraszam, gdzie jest sala 208?"
"W budynku C."- usłyszałem odpowiedź. Nie uznałem jej za odpowiednio satysfakcjonującą, więc pytam dalej:
"A gdzie jest budynek C?"
"Zaraz za B."
Nie powiem, trochę mnie rozzłościła ta sytuacja, ale co mogłem zrobić?
Dziekanat. Miejsce z którego zawsze się śmiałem gdy było przedstawiane w krzywym zwierciadle przez studentów. Tajemnicze miejsce, do którego w długich i niekończących się kolejkach stoją setki studentów i sami nie wiedzą po co. Cały czas myślałem że to po prostu bujdy mające na celu... nie mające żadnego celu.
Dopóki sam nie miałem tam nic do załatwienia. O zgrozo! Daruje sobie w tym punkcie opisywanie co działo się w moim przypadku. Ale opiszę co działo się w przypadku znajomego. Kiedy pojechał do dziekanatu zapytać się jak wygląda sprawa rezerwacji jego miejsca w akademiku, dowiedział się że, że nie ma co sprawdzać. Jego podanie zostało zgubione. W tym nieszczęściu było tyle dobrego, że pani miała na tyle odwagi, że sama przyznała się do błędu. Świetna robota! Ma pani jaja!
Oczywiście Studia to nie tylko minusy. Są także niezaprzeczalne plusy. Jakie? Choćby takie, że wszystkie dziewczyny są pełnoletnie i nie ma możliwości natknięcia się na jakąś gówniarę będąc zmylonym jej przesadzonym makijażem i za dużym dekoltem. Studenckie zniżki. Kolejny niezaprzeczalny plus.
A z czego to się wzięło? Ze wszystkim dobrze znanego, stereotypowego "biednego studenta". Podgatunek ten jest niezwykle spotykany w środowisku studiów zaocznych... Ale tak całkiem serio. Przyznam, że sam się z tego śmiałem, dopóki sam nie doświadczyłem podobnego zjawiska. Na sam dojazd przeznaczam fortunę, a to dlatego, że: "Drugi przydział na razie nie dostanie legitymacji. Uprzedzając pańskie pytanie: nie wiem kiedy będą." - powiedziała miła pani z dziekanatu. A bez legitymacji wszystkie 'studenckie' zniżki szlag trafił.
Jest jeszcze motywacja ze strony najbliższej rodziny. Z jednej strony chwalą się swoim znajomym z pracy że ich pociecha studiuje, z drugiej podnosi nas na duch słowami "Nie dasz rady", "Za cianki/a jesteś", "Źle zrobiłeś/aś wybierając ten/owaki kierunek". Tere fere. Wiem lepiej. Oczywiście, może być ciężko, zdaje sobie z tego sprawę. Ale zrobię wszystko żeby nie wyrzucili mnie już w pierwszym semestrze.
Napisawszy stertę nikomu nie potrzebnych i gówno wartych bzdur, poszedł na piwo.
Oczywiście, jak zawsze, zdaję sobie sprawę z tego że mogłem się jak zwykle minąć z prawdą. Ale nikt nie dostanie kwiatów, bombonierki i przeprosin, przykro mi. Reklamacje składać w dziale 'Zażalenia'. Tam odpowiednio wyszkolony personel odeśle państwu wyjątkowo bezczelną odpowiedź.
sobota, 11 czerwca 2011
Koniec wspomnień
Nie będę już pisał o tym co było w szkole. Nie dlatego, że nie mam weny, wspomnień, czy coś w tym stylu. Po prostu mi się nie chce. I obiecałem sobie ze więcej czasu spędzę z przyjaciółmi a nie przed ekranem monitora niszcząc zdrowie i takie tam. Można mieć wspomnienia, dzielić się nimi, ale nie wolno się w nich za bardzo zagłębiać. To prowadzi do szaleństwa. Chyba. Trzeba zapracować sobie na nowe wspomnienia, żeby mieć co wspominać na starość, prawda?
Myślę, że są ludzie którzy się ze mną zgodzą. A teraz, wychodzę, po nowe życiowe doświadczenia.
Au revoir.
Myślę, że są ludzie którzy się ze mną zgodzą. A teraz, wychodzę, po nowe życiowe doświadczenia.
Au revoir.
sobota, 28 maja 2011
Wspomnień ciąg dalszy - religia
To było w pierwszym półroczu, nie pamiętam jednak konkretnej daty. Wyglądało to mniej więcej tak...
Siedzę sobie spokojnie w czytelni. Czytelnie to wspaniałe miejsce, gdzie jest zarazem wszystko i nic, to znaczy wszystko, tylko nie to, czego aktualnie potrzebujesz. Siedziałem w spokoju nikomu nie wadząc i czytałem National Geographic. Nagle wszedł ksiądz. Zobaczył mnie, zobaczył co robię i się zaczęło. Kazanie bogata w treści moralne, prawdziwe oratorium. Że czasopisma popularnonaukowe są narzędziem w ręku Szatana służącym do mamienia takich naiwnych i niewinnych (czy ja wiem, wcale taki niewinny nie jestem) dusz jak moja.
Siedzę sobie spokojnie w czytelni. Czytelnie to wspaniałe miejsce, gdzie jest zarazem wszystko i nic, to znaczy wszystko, tylko nie to, czego aktualnie potrzebujesz. Siedziałem w spokoju nikomu nie wadząc i czytałem National Geographic. Nagle wszedł ksiądz. Zobaczył mnie, zobaczył co robię i się zaczęło. Kazanie bogata w treści moralne, prawdziwe oratorium. Że czasopisma popularnonaukowe są narzędziem w ręku Szatana służącym do mamienia takich naiwnych i niewinnych (czy ja wiem, wcale taki niewinny nie jestem) dusz jak moja.
***
Ksiądz nie był lubiany, nie wiadomo dlaczego. Może dlatego że był księdzem, może dlatego że pozjadał wszystkie rozumy. A może dlatego, że nie należał do najurodziwszych osób w szkole.
Nie wiem jak teraz wygląda program nauczania na lekcjach religii, ale tematy jakie poruszał z nami ksiądz na pewno nie zaliczały się do podstaw programowych. Poruszając dość takie a nie inne tematy raczej nie zbierał sobie zwolenników. Postaram się z grubsza przedstawić kilka tematów poruszanych na katechezach.
1. Miłość. Ksiądz uważał, że nie jest to uczucie. A co, imię dla psa? Wygłaszając ten sąd zburzył tym samym fundamenty na których większa część z nas budowała swój świat. "Miłość to nie uczucie tylko stan. Uczucia przemijają, a nie chcemy żeby miłość przeminęła."
Nie nie, Księżulku, to nie tak. Coś się księdzu pomyliło. Proszę nie mylić uczyć z emocjami, to karygodne.
2. Homoseksualizm. Tak, to w dzisiejszych czasach istna plaga. Przez kilka lekcji oglądaliśmy film o homoseksualistach, w których nie było najmniejszej wzmianki o lesbijkach. Film był generalnie pojazdem po gejach, że to trzeba leczyć, walczyć z tym wodą święconą i osikowym kołkiem.
Popchnięci zwykłą ciekawością i najzwyklejszą w świecie chęcią poznanie prawdy, kierując się maksymą 'kto pyta nie błądzi', spytaliśmy co ksiądz o tym sądzi. Wygłosił nam kilkudziesięciominutową mowę, z której pewnie nikt nic nie zrozumiał. Ale można było z tej ogólnej paplaniny wywnioskować, że geje są bee, a lesbijki cacy. To właśnie wtedy zorientowałem się, że coś tu nie gra...
3. Antykoncepcja. Kolejną rzeczą o której nasz ksiądz powinien wiedzieć najmniej. Ale jest wręcz odwrotnie, wie zaskakująco dużo. Nie tylko jak na duchownego, ale jak na mężczyznę. I całą swoją wiedzę na ten (i nie tylko ten) temat czerpie z podejrzanie wyglądającej małej książeczki...
Ale wróćmy do tematu. Po tym wszystkim co usłyszałem na tych lekcjach stwierdziłem, że być może nie wiemy pewnych rzeczy o księdzu. Może po zmierzchu zmieniał się w prawdziwego amanta, łamacza niewieścich serc. Zwabia swoje ofiary na parafię, wykorzystuje i...
Ale w biblii można się doszukać wielu przykładów nieznajomości podstawowych informacji o antykoncepcji.
Podam najbardziej znane przykłady:
-Jakub ze starego testamentu i jego przyprawiająca o zawroty głowy liczba synów
-Maryja. Miała stracić cnotę i nie zajść w ciążę. Zaszła w ciążę nie tracąc cnoty...
A jeśli miało się różnicę zdań z księdzem, to swoich racji można było się dobiegać już tylko na sądzie ostatecznym, ponieważ pan Jawiemwszystkolepiejodciebie jest nie do przegadania. Wie swoje i już.
Pewnie jest jaki jest tylko przez swój upór. Nawet jak nie ma racji to idzie w zaparte, nie patrząc na konsekwencje. No cóż, będę mile wspominał jego grymas, który uparcie nazywał uśmiechem.
Istnieje możliwość że dużą część przekręciłem, jednak niewiele odbiega tak naprawdę od prawdy. Jeśli ktoś jednak będzie miał zastrzeżenia co do treści niech da znać. Tak dla idei, bo to i tak nic nie da.
Nie wiem jak teraz wygląda program nauczania na lekcjach religii, ale tematy jakie poruszał z nami ksiądz na pewno nie zaliczały się do podstaw programowych. Poruszając dość takie a nie inne tematy raczej nie zbierał sobie zwolenników. Postaram się z grubsza przedstawić kilka tematów poruszanych na katechezach.
1. Miłość. Ksiądz uważał, że nie jest to uczucie. A co, imię dla psa? Wygłaszając ten sąd zburzył tym samym fundamenty na których większa część z nas budowała swój świat. "Miłość to nie uczucie tylko stan. Uczucia przemijają, a nie chcemy żeby miłość przeminęła."
Nie nie, Księżulku, to nie tak. Coś się księdzu pomyliło. Proszę nie mylić uczyć z emocjami, to karygodne.
2. Homoseksualizm. Tak, to w dzisiejszych czasach istna plaga. Przez kilka lekcji oglądaliśmy film o homoseksualistach, w których nie było najmniejszej wzmianki o lesbijkach. Film był generalnie pojazdem po gejach, że to trzeba leczyć, walczyć z tym wodą święconą i osikowym kołkiem.
Popchnięci zwykłą ciekawością i najzwyklejszą w świecie chęcią poznanie prawdy, kierując się maksymą 'kto pyta nie błądzi', spytaliśmy co ksiądz o tym sądzi. Wygłosił nam kilkudziesięciominutową mowę, z której pewnie nikt nic nie zrozumiał. Ale można było z tej ogólnej paplaniny wywnioskować, że geje są bee, a lesbijki cacy. To właśnie wtedy zorientowałem się, że coś tu nie gra...
3. Antykoncepcja. Kolejną rzeczą o której nasz ksiądz powinien wiedzieć najmniej. Ale jest wręcz odwrotnie, wie zaskakująco dużo. Nie tylko jak na duchownego, ale jak na mężczyznę. I całą swoją wiedzę na ten (i nie tylko ten) temat czerpie z podejrzanie wyglądającej małej książeczki...
Ale wróćmy do tematu. Po tym wszystkim co usłyszałem na tych lekcjach stwierdziłem, że być może nie wiemy pewnych rzeczy o księdzu. Może po zmierzchu zmieniał się w prawdziwego amanta, łamacza niewieścich serc. Zwabia swoje ofiary na parafię, wykorzystuje i...
Ale w biblii można się doszukać wielu przykładów nieznajomości podstawowych informacji o antykoncepcji.
Podam najbardziej znane przykłady:
-Jakub ze starego testamentu i jego przyprawiająca o zawroty głowy liczba synów
-Maryja. Miała stracić cnotę i nie zajść w ciążę. Zaszła w ciążę nie tracąc cnoty...
A jeśli miało się różnicę zdań z księdzem, to swoich racji można było się dobiegać już tylko na sądzie ostatecznym, ponieważ pan Jawiemwszystkolepiejodciebie jest nie do przegadania. Wie swoje i już.
Pewnie jest jaki jest tylko przez swój upór. Nawet jak nie ma racji to idzie w zaparte, nie patrząc na konsekwencje. No cóż, będę mile wspominał jego grymas, który uparcie nazywał uśmiechem.
Istnieje możliwość że dużą część przekręciłem, jednak niewiele odbiega tak naprawdę od prawdy. Jeśli ktoś jednak będzie miał zastrzeżenia co do treści niech da znać. Tak dla idei, bo to i tak nic nie da.
poniedziałek, 23 maja 2011
Wspomnień część pierwsza, język polski
Jest 22 styczeń, rok 2010. Siedzę sobie na lekcji języka polskiego i gapie się w migającą świetlówkę, zastanawiając się jednocześnie kiedy w końcu padnie. Dziwne uczucie, bolą już mnie oczy, a ja dalej gapie się jak debil.
Popatrzę teraz dla odmiany na tablice. I co się ukazuje mym pięknym oczom? Temat zgoła inny od tych, które przywykliśmy oglądać na tablicy na lekcjach języka pilskiego: "Czas Present Simple - właściwości i budowa." Przecieram oczy ze zdumienia. Może jak spojrzę drugi raz to wszystko wróci do normy. Gówno prawda. Jest jeszcze gorzej. Pojawiły sie przykłady budowy zdań i definicje.
A może mi się tylko wydaje, że coś jest nie tak? Może tylko ja widzę wszędzie problemy których nie ma? Może się zjarałem? Na te i wiele innych pytań pewnie nigdy nie znajdę odpowiedzi.
Dla odmiany teraz słucham dukania polonistki. Próbuje nam przeczytać jakiś sonet, o ile się nie mylę Kasprowicza.
Nie powinienem się z niej śmiać, nie wiem czy przeczytał bym to lepiej, ale na litość boską, to jest polonistka! Ten tytuł chyba do czegoś obliguje, nie?!
Jak czegoś nie wie, to pyta nas (pewnie w myśl: kto pyta, nie błądzi), albo zadaje nam na zadanie dowiedzieć się o co jej chodziło.
Teraz dyktuje nam notatkę ściągniętą z Wikipedii. Jeśli myślicie, że pisanie na lekcji u tej nauczycielki to jedyny sposób na uzupełniony zeszyt, jesteście w błędzie. Bo po co się spinać i stresować na lekcji, skoro można w domu spokojnie wejść na Wikipedię, wpisać temat lekcji i przepisać wszystko, spokojnie i bez pośpiechu, we własnym tempie. Można też być trochę do przodu i ściągać tematy na przyszłe lekcje. To pozwoli zaobserwować, że lekcji powie słowo w słowo z tym, co jest napisane w internecie. Wszystko się będzie zgadzać, nawet literówki.
Zauważyłem coś jeszcze. Tipsy. Olbrzymie tipsy. I jeszcze do tego ostro zakończone. Ten obraz przypomina szponiastą rękawice Freddy'ego Krugera z 'Koszmaru z ulicy Wiązów'. Założę się, że jak by machnęła tą szponiastą łapą w okolicach mojej szyi, rozszarpała by mi tętnice.
To skoro jest taka straszna, dlaczego uczy? Bo jest dobrą znajomą dyrektorki (kolejnej szkolnej mary). A koleżanka dyrektorki nudzi się w domu, więc poszła do szkoły uczyć.
Mieliśmy kiedyś fajnego poloniste. Był wymagający, to prawda, ale był też dowcipny. Można było czasem z nim luźniej pogadać. A dzięki temu, że dużo od nas wymagał, miałem czwórkę w pierwszej klasie. Już wtedy przygotowywał nas do matury. Ale nasza kochana pani dyrektor powiedziała, że on jest za dobry żeby uczyć uczniów technikum. Uczy teraz gimnazjalistów. Pamiętam co mówił nam o gimnazjalistach: są mali, brzydcy i śmierdzą.
Od tamtej pory walczymy z dyrekcją o przywrócenie poprzedniego polonisty. Bezskutecznie.
A na zakończenie powiem, że gdzieś w głębi jednak podziwiam naszą panią z polskiego. Ten jej właściwie bezcelowy upór w dążeniu do celu.
Popatrzę teraz dla odmiany na tablice. I co się ukazuje mym pięknym oczom? Temat zgoła inny od tych, które przywykliśmy oglądać na tablicy na lekcjach języka pilskiego: "Czas Present Simple - właściwości i budowa." Przecieram oczy ze zdumienia. Może jak spojrzę drugi raz to wszystko wróci do normy. Gówno prawda. Jest jeszcze gorzej. Pojawiły sie przykłady budowy zdań i definicje.
A może mi się tylko wydaje, że coś jest nie tak? Może tylko ja widzę wszędzie problemy których nie ma? Może się zjarałem? Na te i wiele innych pytań pewnie nigdy nie znajdę odpowiedzi.
Dla odmiany teraz słucham dukania polonistki. Próbuje nam przeczytać jakiś sonet, o ile się nie mylę Kasprowicza.
Nie powinienem się z niej śmiać, nie wiem czy przeczytał bym to lepiej, ale na litość boską, to jest polonistka! Ten tytuł chyba do czegoś obliguje, nie?!
Jak czegoś nie wie, to pyta nas (pewnie w myśl: kto pyta, nie błądzi), albo zadaje nam na zadanie dowiedzieć się o co jej chodziło.
Teraz dyktuje nam notatkę ściągniętą z Wikipedii. Jeśli myślicie, że pisanie na lekcji u tej nauczycielki to jedyny sposób na uzupełniony zeszyt, jesteście w błędzie. Bo po co się spinać i stresować na lekcji, skoro można w domu spokojnie wejść na Wikipedię, wpisać temat lekcji i przepisać wszystko, spokojnie i bez pośpiechu, we własnym tempie. Można też być trochę do przodu i ściągać tematy na przyszłe lekcje. To pozwoli zaobserwować, że lekcji powie słowo w słowo z tym, co jest napisane w internecie. Wszystko się będzie zgadzać, nawet literówki.
***
Pamiętam kiedy mieliśmy z nią pierwszą lekcje. Sprawiała wrażenie miłej, inteligentnej i oczytanej w przedmiocie który uczy. Owszem, coś wie, może (raczej na pewno) nawet więcej ode mnie. Ale myślę, że to troszkę za mało żeby uczyć uczniów szkoły średniej.Zauważyłem coś jeszcze. Tipsy. Olbrzymie tipsy. I jeszcze do tego ostro zakończone. Ten obraz przypomina szponiastą rękawice Freddy'ego Krugera z 'Koszmaru z ulicy Wiązów'. Założę się, że jak by machnęła tą szponiastą łapą w okolicach mojej szyi, rozszarpała by mi tętnice.
To skoro jest taka straszna, dlaczego uczy? Bo jest dobrą znajomą dyrektorki (kolejnej szkolnej mary). A koleżanka dyrektorki nudzi się w domu, więc poszła do szkoły uczyć.
Mieliśmy kiedyś fajnego poloniste. Był wymagający, to prawda, ale był też dowcipny. Można było czasem z nim luźniej pogadać. A dzięki temu, że dużo od nas wymagał, miałem czwórkę w pierwszej klasie. Już wtedy przygotowywał nas do matury. Ale nasza kochana pani dyrektor powiedziała, że on jest za dobry żeby uczyć uczniów technikum. Uczy teraz gimnazjalistów. Pamiętam co mówił nam o gimnazjalistach: są mali, brzydcy i śmierdzą.
Od tamtej pory walczymy z dyrekcją o przywrócenie poprzedniego polonisty. Bezskutecznie.
A na zakończenie powiem, że gdzieś w głębi jednak podziwiam naszą panią z polskiego. Ten jej właściwie bezcelowy upór w dążeniu do celu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)