niedziela, 29 maja 2011

Wspomnień ciąg dalszy - religia

To było w pierwszym półroczu, nie pamiętam jednak konkretnej daty. Wyglądało to mniej więcej tak...
Siedzę sobie  spokojnie w czytelni. Czytelnie to wspaniałe miejsce, gdzie jest zarazem wszystko i nic, to znaczy wszystko, tylko nie to, czego aktualnie potrzebujesz. Siedziałem w spokoju nikomu nie wadząc i czytałem National Geographic. Nagle wszedł ksiądz. Zobaczył mnie, zobaczył co robię i się zaczęło. Kazanie bogata w treści moralne, prawdziwe oratorium. Że czasopisma popularnonaukowe są narzędziem w ręku Szatana służącym do mamienia takich naiwnych i niewinnych (czy ja wiem, wcale taki niewinny nie jestem) dusz jak moja.
***
Ksiądz nie był lubiany, nie wiadomo dlaczego. Może dlatego że był księdzem, może dlatego że pozjadał wszystkie rozumy. A może dlatego, że nie należał do najurodziwszych osób w szkole.
Nie wiem jak teraz wygląda program nauczania na lekcjach religii, ale tematy jakie poruszał z nami ksiądz na pewno nie zaliczały się do podstaw programowych. Poruszając dość takie a nie inne tematy raczej nie zbierał sobie zwolenników. Postaram się z grubsza przedstawić kilka tematów poruszanych na katechezach.
1. Miłość. Ksiądz uważał, że nie jest to uczucie. A co, imię dla psa? Wygłaszając ten sąd zburzył tym samym fundamenty na których większa część z nas budowała swój świat. "Miłość to nie uczucie tylko stan. Uczucia przemijają, a nie chcemy żeby miłość przeminęła."
Nie nie, Księżulku, to nie tak. Coś się księdzu pomyliło. Proszę nie mylić uczyć z emocjami, to karygodne.
2. Homoseksualizm. Tak, to w dzisiejszych czasach istna plaga. Przez kilka lekcji oglądaliśmy film o homoseksualistach, w których nie było najmniejszej wzmianki o lesbijkach. Film był generalnie pojazdem po gejach, że to trzeba leczyć, walczyć z tym wodą święconą i osikowym kołkiem.
Popchnięci zwykłą ciekawością i najzwyklejszą w świecie chęcią poznanie prawdy, kierując się maksymą 'kto pyta nie błądzi', spytaliśmy co ksiądz o tym sądzi. Wygłosił nam kilkudziesięciominutową mowę, z której pewnie nikt nic nie zrozumiał. Ale można było z tej ogólnej paplaniny wywnioskować, że geje są bee, a lesbijki cacy. To właśnie wtedy zorientowałem się, że coś tu nie gra...
3. Antykoncepcja. Kolejną  rzeczą o której nasz ksiądz powinien wiedzieć najmniej. Ale jest wręcz odwrotnie, wie zaskakująco dużo. Nie tylko jak na duchownego, ale jak na mężczyznę. I całą swoją wiedzę na ten (i nie tylko ten) temat czerpie z podejrzanie wyglądającej małej książeczki...
Ale wróćmy do tematu. Po tym wszystkim co usłyszałem na tych lekcjach  stwierdziłem, że być może nie wiemy pewnych rzeczy o księdzu. Może po zmierzchu zmieniał się w prawdziwego amanta, łamacza niewieścich serc. Zwabia swoje ofiary na parafię, wykorzystuje i...
Ale w biblii można się doszukać wielu przykładów nieznajomości podstawowych informacji o antykoncepcji.
Podam najbardziej znane przykłady:
-Jakub ze starego testamentu i jego przyprawiająca o zawroty głowy liczba synów
-Maryja. Miała stracić cnotę i nie zajść w ciążę. Zaszła w ciążę nie tracąc cnoty...
A jeśli miało się różnicę zdań z księdzem, to swoich racji można było się dobiegać już tylko na sądzie ostatecznym, ponieważ pan Jawiemwszystkolepiejodciebie jest nie do przegadania. Wie swoje i już.
Pewnie jest jaki jest tylko przez swój upór. Nawet jak nie ma racji to idzie w zaparte, nie patrząc na konsekwencje. No cóż, będę mile wspominał jego grymas, który uparcie nazywał uśmiechem.

Istnieje możliwość że dużą część przekręciłem, jednak niewiele odbiega tak naprawdę od prawdy. Jeśli ktoś jednak będzie miał zastrzeżenia co do treści niech da znać. Tak dla idei, bo to i tak nic nie da.

poniedziałek, 23 maja 2011

Wspomnień część pierwsza, język polski

Jest 22 styczeń, rok 2010. Siedzę sobie na lekcji języka polskiego i gapie się w migającą świetlówkę, zastanawiając się jednocześnie kiedy w końcu padnie. Dziwne uczucie, bolą już mnie oczy, a ja dalej gapie się jak debil.
Popatrzę teraz dla odmiany na tablice. I co się ukazuje mym pięknym oczom? Temat zgoła inny od tych, które przywykliśmy oglądać na tablicy na lekcjach języka pilskiego: "Czas Present Simple - właściwości i budowa." Przecieram oczy ze zdumienia. Może jak spojrzę drugi raz to wszystko wróci do normy. Gówno prawda. Jest jeszcze gorzej. Pojawiły sie przykłady budowy zdań i definicje.
A może mi się tylko wydaje, że coś jest nie tak? Może tylko ja widzę wszędzie problemy których nie ma? Może się zjarałem? Na te i wiele innych pytań pewnie nigdy nie znajdę odpowiedzi.
Dla odmiany teraz słucham dukania polonistki. Próbuje nam przeczytać jakiś sonet, o ile się nie mylę Kasprowicza.
Nie powinienem się z niej śmiać, nie wiem czy przeczytał bym to lepiej, ale na litość boską, to jest polonistka! Ten tytuł chyba do czegoś obliguje, nie?!
Jak czegoś nie wie, to pyta nas (pewnie w myśl: kto pyta, nie błądzi), albo zadaje nam na zadanie dowiedzieć się o co jej chodziło.
Teraz dyktuje nam notatkę ściągniętą z Wikipedii. Jeśli myślicie, że pisanie na lekcji u tej nauczycielki to jedyny sposób na uzupełniony zeszyt, jesteście w błędzie. Bo po co się spinać i stresować na lekcji, skoro można w domu spokojnie wejść na Wikipedię, wpisać temat lekcji i przepisać wszystko, spokojnie i bez pośpiechu, we własnym tempie. Można też być trochę do przodu i ściągać tematy na przyszłe lekcje. To pozwoli zaobserwować, że lekcji powie słowo w słowo z tym, co jest napisane w internecie. Wszystko się będzie zgadzać, nawet literówki.
***
Pamiętam kiedy mieliśmy z nią pierwszą lekcje. Sprawiała wrażenie miłej, inteligentnej i oczytanej w przedmiocie który uczy. Owszem, coś wie, może (raczej na pewno) nawet więcej ode mnie. Ale myślę, że to troszkę za mało żeby uczyć uczniów szkoły średniej.
Zauważyłem coś jeszcze. Tipsy. Olbrzymie tipsy. I jeszcze do tego ostro zakończone. Ten obraz przypomina szponiastą rękawice Freddy'ego Krugera z 'Koszmaru z ulicy Wiązów'. Założę się, że jak by machnęła tą szponiastą łapą w okolicach mojej szyi, rozszarpała by mi tętnice.
To skoro jest taka straszna, dlaczego uczy? Bo jest dobrą znajomą dyrektorki (kolejnej szkolnej mary). A koleżanka dyrektorki nudzi się w domu, więc poszła do szkoły uczyć.
Mieliśmy kiedyś fajnego poloniste. Był wymagający, to prawda, ale był też dowcipny. Można było czasem z nim luźniej pogadać. A dzięki temu, że dużo od nas wymagał, miałem czwórkę w pierwszej klasie. Już wtedy przygotowywał nas do matury. Ale nasza kochana pani dyrektor powiedziała, że on jest za dobry żeby uczyć uczniów technikum. Uczy teraz gimnazjalistów. Pamiętam co mówił nam o gimnazjalistach: są mali, brzydcy i śmierdzą.
Od tamtej pory walczymy z dyrekcją o przywrócenie poprzedniego polonisty. Bezskutecznie.
A na zakończenie powiem, że gdzieś w głębi jednak podziwiam naszą panią z polskiego. Ten jej właściwie bezcelowy upór w dążeniu do celu.

czwartek, 19 maja 2011

Już po... wszytkim?

Cie choroba, ostatni post ponad miesiąc temu?! Nie może być!
Ale jest.
Już po maturach, po stresie, po nerwowych przygotowaniach. Wspaniałe doświadczenie. Pamiętam słowa egzaminatora podczas prezentacji na maturze ustnej z polskiego: "Spokojnie, proszę się nie denerwować, to tylko matura". Nie ma sprawy, następnym razem nie będę się już denerwował, pomyślałem. Nie będzie następnego razu, nie ma takiej potrzeby.
Ale już po wszystkim, została tylko garść wspomnień z tych czterech lat. Będę pamiętał tych ludzi, czy było dobrze, czy było źle, bądź co bądź, byliśmy jedyni w swoim rodzaju. Kompletnie zdezorganizowani, nie zgrani, wiecznie skłóceni, jak nie ze sobą to z nauczycielami. Typowy przykład anarchii. Cholera, będę tęsknił za tym wariactwem. Za tą atmosferą. Chyba jako jedyny. A nie powinienem, w końcu to ja przespałem większą część czwartej klasy...
Tylko ja jestem zdania, że jednak powinniśmy kiedyś zorganizować zebranie klasowe, na luzie, każdy będzie mógł być sobą...
Ale to jest fizycznie nie możliwe. Wszyscy mówią, że to nie wypali. Przynajmniej w jednym się zgadzają.

Kolejne posty będą zawierały wspomnienia z poszczególnych przedmiotów i moje 'unikalne' komentarze i przemyślenia.