środa, 6 listopada 2019

Pociąg

Całkiem niedawno miałem okazję na nowo odkryć jakie plusy niesie ze sobą podróżowanie pociągiem. Poza niedającym się do niczego porównać usypiającym turkotem kół na szynach i uspokajającym kołysaniem jadącego pociągu które nadają podróży kojący charakter.
Nieodzownym elementem wydaje się być sama styczność z innymi ludźmi. Możliwość obserwacji, czasami nawet integracji.
Jak zawsze nie ominęło mnie kilka sytuacji, które mogły by uchodzić za intrygujące...
Pociąg zapchany niemiłosiernie, wagon z przedziałami, ludzie którym nie udało się przewidzieć że braknie miejsc siedzących próbowali walczyć o każdy centymetr sześcienny przestrzeni. Ja, pchany silną potrzebą, przepycham się przez to kłębowisko ciał rozpychając się łokciami i depcząc po tych, którzy przegrali walkę o dostęp do tlenu. Nie mogę się pozbyć wrażenia, że przeciskam się już na tyle długo, że zaraz dojdę do stacji docelowej. Jednak udało się, dotarłem do przedsionku wagonu. Tam niestety drzwi do toalety blokowały trzy osiedlowe "maciorki", wygodnie rozłożone na ziemi i broniące dostępu do toalety innym pasażerom.
- Nie warto, strrrasznie coś śmierdzi - powiedziała ta najszczuplejsza, która nawiasem mówiąc sama by wystarczyła do blokowania drzwi.
I tak zostałem zmuszony do skorzystania z toalety w sąsiednim wagonie. Wychodząc zauważyłem jak drzwi do bronionej toalety się uchylają i wyłania się z nich czwarta pokaźnych rozmiarów imprezowiczka. Przetarła szczecinę pod nosem wierzchem dłoni i kiwnęła głową do współtowarzyszek dając tym samym znać, że towar przedni.
Jednak nie to przyciągało głównie moją uwagę podczas podróży. Zarówno w jedną, jak i w drugą stronę miałem szczęście podróżować w towarzystwie ponadprzeciętnie urodziwych przedstawicielek płci przeciwnej.
Wsiadając do przedziału zauważyłem, że będę siedział na środkowym z trzech foteli. Nie było to moje ulubione miejsce, nie ukrywam. Ale kiedy zobaczyłem dziewczyny które siedziały po mojej lewej i prawej stronie...
Ta po lewej miała ciemnozielone oczy, kasztanowe, długie włosy z grzywką zarzuconą na prawą stronę i wydatny, ale pasujący do całości nos. Ta po mojej prawej wydawała się odrobinę młodsza, miała brązowe, proste włosy i brązowe oczu schowane za okularami w plastikowej oprawce. Zawsze podobały mi się dziewczyny w okularach, sprawiały wrażenie inteligentnych co również jest według mnie pociągające.
Siedziałem między nimi czytając książkę co chwilę zerkając ukradkiem to na jedną, to na drugą, kiedy do przedziału weszła zgrabna blondyneczka ubrana w czerń i zapytała czy można skorzystać z miejsca pod oknem, przynajmniej dopóki ktoś z wykupioną miejscówką się nie upomni.
Koloru oczu tejże piękności niestety nie zapamiętałem, bo nie mogłem przez dłuższą chwilę oderwać wzroku od jej zgrabnych nóg opiętych w ładnie dopasowane czarne dżinsy. Poczułem jak się robię czerwony kiedy nasze oczy się spotkały, ale to na pewno była wina włączonego ogrzewania. W końcu w przedziale siedział też starszy pan, który sprawiał wrażenie wiecznie niezadowolonego z życia. Byłem pewien, że to on był odpowiedzialny za ogrzewanie podkręcone do granic możliwości.
Na następnej stacji wszedł do przedziału prawowity "dzierżawca" miejsca zajmowanego przez uroczą blondyneczkę: dość duży koleś z przygłupawą miną, przy drugim spojrzeniu można było zauważyć, że to, co na początku wzięło się za mięśnie, to tak na prawdę zwały samczego tłuszczyku, który jakimś cudem świetnie je imitował.
W pewnym momencie nie wytrzymałem tej duchoty i poprosiłem tego osobnika o uchylenie okna:
- A co, gorąco się zrobiło koledze? hłe hłe.
- Tak, gorąco mi. Siedziałbyś między takimi dwoma pięknościami to też by ci było gorąco.
Mina mu zrzedła, dziewczyny jak na komendę się na mnie spojrzały. Ta w okularach chyba nawet się uśmiechnęła. Przynajmniej te delikatne drgnięcie kącika ust dało by się na siłę zaklasyfikować jako uśmiech. Ta po mojej lewej natomiast zapytała:
- Dwoma? A która jest ta druga?
"O cholera, ale się wje***em" przemknęło mi przez głowę. Ale nie dając tego po sobie poznać odpowiedziałem:
- To nie zawody, żeby nadawać miejsca, ale jeśli byłbym zmuszony wybierać, to powiedziałbym, że panie są tak samo urodziwe co plasuje obie ex aequo na miejscu pierwszym - czym chyba udało mi się wybrnąć z kłopotliwej sytuacji.
Wiadomo, w pociągu nie raz się przyśnie, wspomniane wcześniej kołysanie i rytmiczny, miarowy stukot jak najbardziej ku temu sprzyjają. Ale kiedy będąc jeszcze w półśnie otworzyłem oczy na jednej ze stacji, przed moimi oczami ukazały się jedne z najkształtniejszych pośladków jakie widziałem w życiu. Ostatkiem woli powstrzymałem się i nie sięgnąłem ręką (co bym niechybnie uczynił jakby to był sen), udowadniając tym samym sobie, że mózg wybudził się do końca. Po chwili pośladki uciekły, dziewczyna odwróciła się do mnie twarzą i poprosiła o pomoc przy bagażu. Nie byłem pewien czy to usłyszałem, raczej się tego domyśliłem, nie mogłem się skupić na tym co do mnie mówiła zapatrzony w te niebieskie oczy, zgrabny nos i równe, białe ząbki. Uznałem, że szkoda by było teraz zasnąć, skoro można się skupić na podziwianiu urody tejże brunetki siedzącej naprzeciw mnie...
Podobne sytuacje miałem jadąc w drugą stronę. Choć niewątpliwie były mniej skumulowane, bo większość drogi po prostu przespałem.
Ale kiedy w końcu się wybudziłem i umilałem sobie czas czytaniem książki, w którymś momencie naprzeciwko mnie usiadła ona: ładna, zgrabna studentka z czerwonymi włosami lekko opadającymi na ramiona. Miała tak głęboko niebieskie oczy, że w tej głębi można by się utopić, dodatkowo okulary w stalowych oprawkach koloru fioletowego które w połączeniu się z kolorem różowego swetra tworzyły specyficzną, ale spójną całość. Nie przeszkadzało mi to, że włosy były farbowane, wręcz przeciwnie, bardzo mi się podobały. Zresztą, swojego czasu bardzo podobały mi się dziewczyny z włosami pofarbowanymi na jaskrawe, nietypowe kolory (dla przykładu mógłbym tu podać pewną moją znajomą która miała włosy koloru niebiesko-różowo-fioletowego), przyciągały tym uwagę, były bardziej intrygujące.
Kiedy owa dziewczyna zasnęła, miałem masę czasu na podziwianie jej urody, nie mogłem się wręcz napatrzeć... Częściowo opamiętałem się, kiedy dotarło do mnie, że w końcu nie jesteśmy sami w przedziale i moje maślane oczy muszą dla postronnego obserwatora wyglądać po prostu żenująco.
I wtedy zauważyłem, że obok niej siedzi zakonnica. Patrzyła na mnie z nieukrywaną pogardą, widać było, że chciała by mnie skarcić za mój bezwstydny, lubieżny i wszeteczny wzrok, powodowanym wyłącznie pociągiem seksualnym.
Więc niechętnie, ale pełen skruchy, skierowałem wzrok w innym kierunku. Zatrzymałem się na korytarzu za drzwiami, gdzie stała pewna ciemnoskóra piękność...
Delikatny, lekko zadarty ku górze nosek, ciemna, przypominająca na myśl najlepszą, gorzką czekoladę skóra, włosy, ułożone w dziesiątki, malutkich, czarno-białych warkoczyków spięte z tyłu głowy lekko opadały na plecy... Rzekłbym przewrotnie, z deszczu pod rynnę.
Wychodząc z pociągu na swojej stacji czerwonowłosej nimfie zostawiłem łabędzia z papieru, a do egzotycznej damy mrugnąłem, bo szczerze mówiąc tylko na tyle się zdobyłem. Może po prostu przestraszyłem się ewentualnej bariery językowej? Tego już się nie dowiem.
Warto jeździć pociągiem.

sobota, 24 sierpnia 2019

Nieszablonowy

Czyli taki jak mój ostatni sen. Aktualnie w mojej dawnej interpretacji trwa piątek (następny dzień zaczyna się po położeniu się spać i przebudzeniu). Właśnie wspomniały mi się czasy imprezowania w akademikach, kiedy takie piątki potrafiły trwać aż do poniedziałku... eh, wspomnienia...
Ale żeby nie odbiegać zbytnio od tematu, obudziłem się wczoraj koło południa po odsypianiu kolejnej pracowitej nocki w pracy i usiadłem na łóżku zastanawiając się nad tym, co mógł oznaczać ten mój sen... A był dziwny, w pewnym stopniu zabawny i intrygujący. Ale do rzeczy.
Budzę się ni z gruchy ni z pietruchy w akademiku. Niby podobnym do tego pierwszego w którym mieszkałem, ale coś było nie tak, tylko jeszcze nie wiedziałem co. Fakt, wyrzucono mnie z niego, ale jakimś cudem jestem tu, w mieście z którym wiąże mnie wiele ciekawych wspomnień i ludzi, a którego do tej pory nie cierpię. Cóż, przynajmniej będę miał bliżej do mojego ulubionego sklepu z nożami.
Torby były rzucone na łóżko, jakbym dopiero co wrócił po weekendzie z domu, okno było na tą samą stronę pokazując kolejny akademik w którego kierunku nieraz darliśmy zapijaczone ryje ze znajomymi na imprezach. Ale coś wciąż nie dawało mi spokoju, więc stwierdziłem, że wyjdę sobie na balkon i zapalę, przy okazji zastanowię się co zrobić z resztą dnia. Otwieram drzwi, już mam odpalać i wychodzić kiedy z wyższego piętra śmignęła w dół z krzykiem jakaś dziewczyna. Patrzę przez chwilę przed siebie otępiałym wzrokiem zastanawiając się nad tym, co właśnie zobaczyłem, po czym podniosłem papierosa który wcześniej wypadł mi z ust i skierowałem się na klatkę schodową. Tak, tam na pewno nikt i nic nie zakłóci mojej ceremonii palenia. Odwracam się do drzwi wyjściowych i w końcu dociera do mnie, co mi się nie zgadzało. Pokój był zdecydowanie za duży i zbyt czysty. Ponadto, pod ścianą koło dużej szafy jak gdyby nigdy nic, stała sobie pralka. Podłączona, w pełni działająca pralka. Zaskoczyło mnie to bardziej niż laska która nie dalej jak minutę temu, wprost na moich oczach rozkwasiła się o asfalt skacząc z wyższego piętra. Po wyjściu na łącznik zaobserwowałem kolejną rzecz, mianowicie znajdowało się tam sześć pokoi, a nie jak zwykle - cztery. I czysto, wręcz sterylnie, jak w szpitalu, tylko bez tego drażniącego zapachu.
W tym momencie stwierdziłem, że wyjście na spacer po korytarzach  może się okazać znacznie ciekawsze niż zwykle. Nie myliłem się. Wszędzie panował chaos, na korytarzach młodzi ludzie biegali bez ładu i składu, były bójki, wszędzie pełno szkła i porozrzucanych ciał. Skutki typowego wieczoru z piątku na poniedziałek, można by pomyśleć, gdyby nie fakt, że ci ludzie mieli w oczach autentyczny strach. Wyszedłem w końcu na klatkę zapalić upragnionego papierosa, na schodach siedziała jakaś dziewczyna, trzymając się za kolana zwinięta pod ścianą, kiwała się w przód i tył, pustym wzrokiem wgapiała się przed siebie i szeptała coś do siebie. Udało mi się wyłapać kilka słów: za czysto, dziwne duże białe, nie ma melo, to się kręci i robi wruuu...
Zaglądając do pokoi znajomych widziałem kilka ciekawych scen, na przykład kiedy kilku studentów stało zbitych w zlęknioną grupkę pod ścianą i rzucali puszkami po piwie w kierunku pralki stojącej pod przeciwległą ścianą. Albo kiedy demolowali pokój, niejako dla zasady, bo po jakimś czasie przestawali i z zadowoleniem siadali i podziwiali swoje działo. Ale przeważnie wszędzie to samo, dezorientacja, panika strach. Niektórzy byli w takim szoku, że skakali z okien, rzucali się na innych, pozostali przy życiu ochroniarze byli bezradni.
Widać nie tylko mnie nie pasowało to, że w pokojach jest tak czysto i stoi pralka, jest więcej miejsca i jakoś tak w ogóle lepiej. Ale dlaczego tylko ja nie byłem zniewolony przez tą wręcz opętańczą, szaloną atmosferę? To pytanie pozostało bez odpowiedzi.
Wyszedłem na zewnątrz, gdzieś na wysokości ósmego piętra wystrzeliły szyby z okien, najwyraźniej ktoś na nowo odkrywał właśnie zasady działania kuchenek gazowych. Z kolei z dziesiątego wyfrunęła kolejna osoba. Na parkingu był już pokaźny stosik.
Nacieszyłem chwilę oczy, odwróciłem się na pięcie, zapaliłem kolejnego papierosa i poszedłem na zakupy. Tak, do mojego ulubionego sklepu.
W każdym razie nie udało mi się rozgryźć co mógłby oznaczać tak zakręcony, wręcz poroniony sen, nie mniej, trzeba przyznać, że w dość barwny sposób zobrazował stereotyp studenta-pijaka, niewiedzącego co to higiena i zasady BHP. Stereotypu, który potrafił na niektórych imprezach okazać się zaskakująco zgodny z prawdą.
Ten sen i obudzone przez niego wspomnienia nastawiły mnie pozytywnie i dodały mi energii na cały dzień w pracy, do tego stopnia, że koledzy i koleżanki patrzyli na mnie jak na wariata pukając się w czoła. Nadchodzi sobota, tłumaczyli to sobie. Cóż, przynajmniej nie kazali mi robić testów na obecność narkotyków.

sobota, 17 sierpnia 2019

Ideał

Ostatnio zauważyłem, że kiedy w jakimś miejscu publicznym typu dworzec PKP lub inne ruchliwe miejsce gdzie można spotkać różnych ludzi, zawsze, ale to zawsze podejdzie do mnie jakiś jegomość i zapyta się o papierosa/bułkę/drobne "na chleb". Coś ze mną nie tak?
Ale nie o tym miało być, bo znów ktoś zarzuci mi, że się nad sobą użalam.
Samotność to straszna rzecz, człowiek nie jest przystosowany do życia w samotności, to fakt naukowo potwierdzony. Jesteśmy stworzeniami społecznymi, wiążącymi się w większe lub mniejsze grupy. Taki oto wniosek ostatnio do mnie dotarł kiedy nie mogłem zasnąć, czułem w tamtym momencie dziwny niepokój. Żeby o tym nie myśleć, pozwoliłem sobie odpłynąć do krain fantazji i zacząłem się zastanawiać, jak by mogła wyglądać moja idealna druga połówka. Zaczynając od idealnego wyglądu, poprzez cechy charakteru na dopuszczalnych wadach kończąc. Wyszła nawet ciekawa hybryda...
Tak jak mówiłem, pierwszy punkt, wygląd. Zawsze podobały mi się rude dziewczyny. Nie wiem czemu, wydaje mi się, że nawet nigdy takiej nie spotkałem. Ale tym lepiej, w końcu miałem popuścić wodze fantazji. Jeśli włosy miały by być rude, to idealnie proste i długie, tak co najmniej jak moje (co jest z kolei praktycznie niespotykane). Jeśli nie rude, to delikatny brąz, ale z kolei w tym wypadku chciałbym żeby włosy były odrobinę za ramiona i delikatnie falowane, nie, lepiej kręcone. Ale na pewno nie proste, bo w takim wypadku czasem budzi to u mnie skojarzenie z brudną szmatą. Dalej, cholernie podobają mi się dziewczyny w okularach, przynajmniej do momentu pierwszej wymiany zdań. Okulary dają mglistą obietnicę obcowania z inteligentnym człowiekiem, co w wielu przypadkach okazuje się naiwnym kierowaniem się durnymi stereotypami. Ale to nie zmienia faktu, że okulary są takim moim małym fetyszem...
Dalej, kolejne kryterium, wydaje mi się, że dość istotne dla faceta: wzrost. Żeby była trochę niższa ode mnie, żeby bez krępacji mogła założyć szpilki i nie wyglądała przy tym komicznie kiedy będziemy razem wychodzić na spacery i takie tam. Reszta wyglądu nie odbiega zbytnio od stereotypowego ideału przeciętnego mężczyzny, wiadomo. Ładna figura, odpowiednio szerokie biodra, wąska talia i przyzwoitych rozmiarów biust. Ale nie za duży, tak żeby w dłoniach się mieścił, bo najlepiej się pieści, co się w dłoni mieści. Poza tym, nie dalej jak wczoraj śmialiśmy się z siostrą z dziewczyny, która musiała prawdopodobnie bardzo uważać podczas biegania, żeby sobie nie powybijać zębów.
Oczy, niewiele brakowało, a zapomniałbym o kolejnej rzeczy na którą zawsze zwracałem uwagę. W końcu, jak to się mówi, oczy zwierciadłem duszy. Pamiętam, kiedy w okresie gimnazjum/technikum, czyli najbardziej burzliwego okresu w dojrzewaniu, podobały mi się ciemne oczy u dziewczyn. Czułem, że mógłbym się godzinami w takie wpatrywać i nie widzieć dna, zaglądanie w taką głębie sprawiało mi nieopisaną wręcz przyjemność. Teraz jestem trochę starszy i zauważyłem, że tutaj też się u mnie zmieniło: jasne tęczówki, ale o wyraźnie zaznaczonym, konkretnym kolorze, taki czysty błękit lub zieleń wiosennej trawy. Kolor nie może być zbyt wyblakły, bo odnoszę w takim wypadku wrażenie, że spojrzenie jest "chłodne", wręcz groźne i odpychające. Dodatkowym plusem zmiany preferowanego koloru oczu jest też to, że łatwiej w takich oczach zauważyć coś, czego jeszcze nigdy nie widziałem, a bardzo bym chciał, mianowicie ten "maślany wzrok", kiedy druga osoba na ciebie patrzy i praktycznie traci kontakt z otaczającym was światem, można wtedy zaobserwować delikatne rozszerzenie się źrenic...
Jeśli chodzi o wygląd, to by było na tyle, takie odnoszę wrażenie. Choć na upartego można by do tej kategorii podciągnąć uśmiech: szczery, niewymuszony, śliczny i podnoszący na duchu uśmiech. Uśmiech, który nie tylko widać, ale też czuć, bo energia zawarta w tak prostej emocji aż bije od takiej osoby, mało tego, jest wręcz zaraźliwa.
Choć ja osobiście sam uśmiech zaliczyłbym bardziej do cech charakteru: osoba o takim czarującym uśmiechu nie może nie być osobą pogodną, pełną optymizmu i zrozumienia dla innych.
Już już, wracamy na ziemię (zamarzyłem się). W moich fantazjach mój ideał jest również kobietą inteligentną, co jest dla mnie bardzo ważnym kryterium. Nie tylko dlatego (co zabrzmi dość egocentrycznie) że chciałbym mieć z kim i o czym rozmawiać, ale także dlatego, że takie osoby nie boją się określić swoich poglądów, mówią jasno co się nie podoba i dlaczego, ujmując to jednocześnie w łatwe do zrozumienia przez takie proste urządzenie jak ja argumenty.
Nieraz w parze z inteligencją idzie niestety również arogancja, a tego wolelibyśmy uniknąć. Zdrowa dawka własnej wartości, a przede wszystkim jej świadomość nie była by w tym miejscu niczym złym.
Jeśli chodzi o pozostałe cechy charakteru, chciałbym żeby występowały w podobnych dawkach i stężeniu co u mnie. Poza tym, to miała by być ta część pary, która ma więcej zdrowego rozsądku, żeby delikatnie hamować moje niektóre poronione pomysły wtedy, kiedy naprawdę zajdzie taka potrzeba.
Cenię sobie u ludzi zrozumienie dla czarnego humoru. Jeśli go rozumiesz i cię bawi, to znaczy, że bez problemu się dogadamy. Logicznym się więc wydaje, że to też musiało by się znaleźć w naszym modelowym ideale.
Inteligentna, pogodna, szczera, pełna optymizmu, delikatnie pokręcona, żeby zrozumieć czarny humor, zdroworozsądkowa, ale nie za bardzo, żeby mogła razem ze mną czasem odwalić coś głupiego... O czymś zapomniałem? Myślę, że nie. Może jeszcze wyrozumiała, to zawsze dobrze brzmi.
Chciałbym także, żeby nigdy nie występował problem dla znalezienia dla siebie wspólnego czasu, czy to na jakiś festiwal, koncert, wakacyjny wyjazd, czy po prostu banalny spacer.
Stop. Wracamy na ziemię. Ideały nie istnieją, ale za to pozwalają jasno ustalić to, do czego dążymy. Kiedyś też usłyszałem, że ideały są nudne. Ale zabawa z wymyślaniem takiego była przednia.

czwartek, 25 lipca 2019

R+

Wstaję rano. Tak mi się przynajmniej wydaję. Jest równo godzina jedenasta, nie jest tak źle. Każdy ruch sprawia ból, przy próbie wydobycia z siebie jakiegokolwiek głosu słyszę niewyraźny charkot podobny do tego wydawanego przez ludzi na skraju śmierci. Oczy mam przekrwione do samych tęczówek, nie mogę się też oprzeć wrażeniu, że mam poprzypalane brwi. No i ten kretyński uśmiech wciąż nie schodzący z mojej twarzy.
Dzwoni telefon. Trzeba stoczyć nierówną walkę ze swoimi zszarpanymi strunami głosowymi.

23 lipca
To już jutro, nie mogę się doczekać! Po pracy wróciłem prosto do domu i zaraz siadłem przy komputerze żeby sprawdzić najnowsze ogłoszenia dotyczące koncertu na jaki się wybieram. Jest, znalazłem, regulamin. Jasno określone, co wolno, a co nie, bez zbędnego pier***enia. Z punktu na punkt robię jednak coraz większe oczy. O co chodzi z tymi lornetkami? Cóż, będę musiał wziąć plecak. G***no, nie wezmę, można wnieść tylko saszetki nie większe niż kartka formatu A4. Coraz niej mi się to podoba. Pełen obaw czytam kolejne punkty. Nagle szok. Nie można wejść w butach z metalowymi zakończeniami. Jak to? Nie mogę mieć glanów? Ale ja nie mam innych butów!
Kwestie bezpieczeństwa. A, to spoko. Bezpieczeństwo najważniejsze. Na koncercie gdzie co chwilę coś płonie i wybucha.

24 lipca
W końcu, to dziś! Odliczam w głowie każdą godzinę. Jestem tak cholernie podekscytowany, zauważam, że dzieją się ze mną dziwne rzeczy. W pracy ogarnia mnie dziwna energia, nawet nie czuję bólu pleców który mnie męczy od kilku dni. głowa od czasu do czasu sama wpada w niekontrolowane ale krótkie fale headbangingu.
Na przerwie podchodzi do mnie kolega, pyta czy jadę może na ten dzisiejszy koncert na stadionie. Es tut mir leid, ich verstehe nicht, odpowiadam.
Zmiana się kończy, wychodzę z zakładu. Przy wyjściu pozdrawiam znajomego ochroniarza i tanecznym krokiem oddalam się na przystanek.
W domu mam około godziny żeby się przyszykować i wyjść. W międzyczasie rozmawiam z siostrą, opowiada mi, że jej znajomy chce sprzedać bilet.
- Nie bądź głupia, jak ma to zrobić, skoro bilety są imienne i ważne tylko z ważnym dokumentem tożsamości - mówię z politowaniem w głosie.
Odruchowo sięgam do kieszeni żeby jej pokazać, że najlepiej w roli dokumentu sprawuje się dowód osobisty. Momentalnie bladnę. Oblewa mnie zimny pot, w panice rzucam się w kierunku plecaka i przeszukuję wszystkie kieszenie. Nic. Pusto. Gdzie są moje dokument?! Lekko drżącym głosem mówię do siostry: Robal, bardzo ci się śpieszy? Bo chyba dokumenty w szafce w pracy zostawiłem...
Wchodząc ponownie na teren zakładu pozdrawia mnie ponownie ochroniarz: Co jest młody, tak spodobała się praca, że na kolejną zmianę wracasz?
Spokojniej oddycham dopiero w szatni, siedząc z dokumentami w dłoni. Kilka głębszych wdechów, wychodzę.
Siostra zawiozła mnie na miejsce spotkania ze znajomymi i pojechała za swoimi sprawami, znajomi przyjechali niewiele później.
Pierwsza poważna fala emocji zalała mnie gdy znaleźliśmy się pod stadionem. Cała masa ludzi, Czesi, Chorwaci, Niemcy i oczywiście Polacy. Mieliśmy chwilę czasu do wejścia, skoczyłem kupić sobie pamiątki i siedliśmy w pobliżu wejścia. Chwile później dosiadła się do mnie jakaś babka:
- Witam, zauważyłam, że też masz opaski na nadgarstku, mogę jedną?
- Nie, to pamiątki po dziewczynach - odpowiedziałem i zacząłem wymieniać imiona które losowo przychodziły mi do głowy. Podziałało. Gdyby była chociaż ładna...
Jedna rzecz mnie tylko cały czas męczyła, mianowicie to, że było dużo ludzi w glanach, których ja sobie odmówiłem ze względu na zapis w regulaminie. Patrząc na to gotowałem się w środku ze złości, bo zamiast w wygodnych, pancernych glanach przyjechałem w podniszczonych półbutach z delikatnej skóry, których zbyt cienka podeszwa sprawiała, że moje przyzwyczajone do glanów stopy odczuwały każdy, nawet najdrobniejszy kamyczek. I to wszystko przez moją nadinterpretację punktu regulaminu. Nie było mocy, organizatorzy i zespół musieli mi jakoś wynagrodzić tą niedogodność. Czy się udało?...

Na potwierdzenie wspomnę choćby o tym, że przez połowę koncertu z oczu bez przerwy leciały mi łzy. Ogarnęła mnie dziwny rodzaj melancholii której nic nie było w stanie powstrzymać. Przez bardzo długi czas nie mogłem uwierzyć w to gdzie jestem i jakie mam szczęście że załapałem się na ten koncert. Pozwoliłem sobie zapomnieć o całym otaczającym mnie świecie i problemach, kilka razy po prostu stawałem i przymykałem oczy pozwalając pozostałym zmysłom czuć ten koncert. Co nawiasem mówiąc nie było takie trudne dzięki potężnemu nagłośnieniu sceny. Żeby łatwiej było można sobie wyobrazić tą moc, zaznaczę, że podczas kawałka gdzie wszyscy zapalili zapalniczki, w pewnym momencie po prostu zdmuchnęło płomień z mojej.
Swoją drogą, widok całego stadionu, płyty i trybun, jako morza pojedynczych płomyczków był naprawdę niesamowity. Nie, niesamowity to za mało, w tym miejscu idealnie pasuje wyświechtane określenie "zapierające dech w piersiach".
No i oczywiście nie można zapomnieć o wszystkich efektach specjalnych, wybuchach, fajerwerkach i płomieniach. W ciągu całego koncertu stadion wygenerował do atmosfery ilość dwutlenku węgla porównywalną chyba tylko z roczną emisją wszystkich kopalń na śląsku razem wziętych. Jak się z tym czuję? Po prostu zaje***cie!
Po tym co przeżyłem podczas tych kilku krótkich godzin na zawsze zmieni moje postrzeganie na temat koncertów i tego jak powinny wyglądać.
Na koniec chciałbym w tym miejscu pozdrowić moją znajomą z technikum i jej chłopaka, którzy zgodzili się wziąć na swoje barki kwestię logistyczną i towarzyszyli mi w tym niesamowitym przeżyciu. I nie zapominajmy o mojej siostrze, bez której szybkiej interwencji nawet nie znalazłbym się na tym koncercie. Dziękuję wam!

niedziela, 14 lipca 2019

Ciekawe

Mam własne mieszkanie, pracę, kochającą rodzinę. Wszystko na swoim miejscu, czuję się szczęśliwy. Nie przeszkadza mi rutyna i powtarzalność każdego dnia, wychodzę z założenia, że wyszalałem się w młodości. Praca - dom, praca - dom, pozornie niekończący się kierat, powoli niszczący od środka każdego przeciętnego człowieka. Ale ja nie jestem przeciętny, bo udało mi się wyrwać ze szponów moich potworów, co napawa mnie cholernie wielką dumą. No i spełniłem swoje największe marzenie, spotkałem kobietę swojego życia, staramy się o dziecko.
Gdzie tu jest haczyk? Otóż wracając któregoś dnia z pracy, przyłapałem ją na zdradzie.
Typowe: "Wróciłeś wcześniej? Co się stało?"
Kolega z pracy który miał być na zwolnieniu lekarskim nawet nie zdążył powiedzieć głupiego "cześć", będącego swoją drogą w tym momencie zwrotem bardzo nie na miejscu.
W tym momencie ucieszyłem się, że nie zrezygnowałem z dawnego nawyku noszenie przy sobie czegoś ostrego... Nie zwracając uwagi na biały puchowy dywan w salonie zrobiłem sieczkę z faceta któremu w pracy podawałem rękę... Następnie, z pełnym spokojem i bez najmniejszego śladu stresu czy jakiejkolwiek emocji mogącej zdradzić to, czego właśnie dokonałem, schowałem nóż do pochwy przy pasku, wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem na 112:
- Dzień dobry, tu linia alarmowa, w czym można pomóc? - słyszę w słuchawce.
- Dzień dobry, chciałem zgłosić napaść, jakiś wariat wpadł do mojego mieszkania i grozi mi nożem, aktualnie jesteśmy z żoną zamknięci w łazience i nie wiemy co zrobić, proszę, przyślijcie kogoś - wyszeptałem roztrzęsionym głosem do słuchawki po czym podałem adres i rozłączyłem się.
Następnie, patrząc prosto w oczy bladej jak ściana rozdygotanej kobiecie którą do niedawna uważałem za miłość mojego życia powiedziałem: Masz dwie minuty.
Koniec snu.

***

Ten sen przyśnił mi się jakiś czas temu. Koszmarem bym go nie nazwał, ale nie ukrywajmy, najprzyjemniejszy to on również nie był.
Wszyscy chyba wiemy jak to jest ze snami tego typu, sen trwa chwilę, a ty masz w wyśnionej głowie wspomnienia z całego życia, życia, które nie jest twoje, ale tak jakby było.
Chwilę po przebudzeniu byłem nawet w stanie powiedzieć w jakich okolicznościach poznałem tą kobietę ze snu, mimo faktu, że to nie miało nawet miejsca w samym śnie.
Ale nie o tym chciałem pisać. Kiedy dwa dni później ochłonąłem po tymże śnie, postanowiłem się pobawić w szukanie ukrytych znaczeń snów. Zupełnie jak przed studiami, kiedy jako gówniarz z kajecikiem w którym spisywałem swoje koszmary grzebałem w bibliotekach w poszukiwaniu senników.
I wiecie co znalazłem? Mnie osobiście to rozbawiło: Zdrada małżeńska miała by w tym przypadku oznaczać, że muszę jak najszybciej wziąć się w garść i przestać się nad sobą użalać. Ale to jeszcze nic. Dokonacie zabójstwa może oznaczać, że knuję coś bardzo, bardzo niedobrego...
Ale wiadomo jak to jest z zabawami tego typu, każdy sennik powie coś innego, mnie najbardziej do gustu przypadły właśnie te znaczenia. Bo to, że mnie zostawi mąż, jak to proponował mi jeden z senników, uważam za mało trafione.

niedziela, 2 czerwca 2019

(nie)Najgorzej

Czy wiedzieliście, że podczas początkowej terapii z użyciem leków antydepresyjnych może wzrosnąć częstotliwość samookaleczeń, myśli i prób samobójczych? Ponadto stosowanie leku może wpłynąć negatywnie na czynności wymagające większej uwagi i koordynacji psychoruchowej? Napawa optymizmem, nieprawdaż? Mało tego, u jednej na dziesięć osób mogą wystąpić koszmary senne, bóle i zawroty głowy, przyśpieszony/nieprawidłowy rytm serca i bóle w klatce piersiowej, uczucie zmęczenia...
Jest tego więcej, ale nie chce mi się przepisywać całej ulotki, mogłem zamiast ją czytać wyje*ać od razu do śmieci.
Także jeśli masz podobne problemy, nie czekaj na wizytę u psychiatry na NFZ, bo jedyne co zrobi to przepisze Ci leki które mogą zwiększyć częstotliwość/nasilenie twoich problemów. Ja usłyszałem: "Jak mam panu pomóc, skoro nie chce pan przyjmować leków?". Nie wiem, to nie ja jestem lekarzem. Ale faszerowanie się lekami które w moim odczuciu nie dają żadnych skutków nie jest chyba najlepszym wyjściem. A może to nie jest choroba, może nic mi nie jest, może taki po prostu jestem? Może wyobrażanie sobie jak wyglądałby świat beze mnie nie jest przejawem myśli samobójczych, może wyobrażanie sobie sytuacji w których zarzynam drażniących mnie w autobusie ludzi po ciężkim dniu nie jest przejawem jakiejś nieprawidłowości psychicznej, może huśtawki nastrojów w moim przypadku nie jest niczym nadzwyczajnym? Może tak po prostu wygląda moja norma?
Kiedy ostatnio przyznałem się jednej ze znajomych mi osób że jadę na antydepresantach zwrócona mi została uwaga, że powinienem bardziej uważać, że mogę tylko bardziej dopracować sobie wątrobę, że powinienem bardziej o siebie dbać, wezbrała we mnie fala nieopisanej złości: Co Cię do jasnej cholery obchodzi MOJA wątroba, MOJE zdrowie?! Będę chciał, to je rozpier*lę, może nawet w bardziej widowiskowy sposób... W ostatniej chwili powstrzymałem się przed powiedzeniem tego na głos, zraniłbym przecież jedną z niewielu osób które się o mnie martwi, poniekąd dba, co najważniejsze nie opuściła mnie kiedy najbardziej potrzebowałem pomocy. Mam nadzieję, że nawet nie dało się poznać po mnie jaka walka się toczyła we mnie podczas tej niewinnej i sielankowej rozmowy.
Z cichą nadzieją czekam, aż podczas kolejnej wizyty pani psychiatra stwierdzi: "Wie pan co, może życie jednak nie jest dla wszystkich....".
Na dodatek wszystko mnie ostatnio boli, wszystko mi przeszkadza. Bóle mięśni, stawów, narastające zmęczenie... Zaniepokojony tym poszedłem do lekarza ogólnego, ten zlecił podstawowe badania diagnostyczne na podstawie których można by stwierdzić, na czym stoimy.
Badania zrobiłem, kiedy przyszły wyniki poszedłem do lekarza żeby mi powiedział ile mi zostało. Czekam w kolejce cierpliwie, przede mną został już tylko jeden pan - sympatycznie wyglądający staruszek w koszuli. Pomyślałem, że zapytam czy mnie przepuści, w końcu to tylko odczytanie wyników... Ale ktoś wpadł na ten pomysł pierwszy: zapytany o możliwość przepuszczenie w kolejce staruszek wpadł w taki szał, że wszyscy w kolejce zaczęli bać się o swoje życia, nie ma się więc co dziwić, że przeszła mi chęć jakiejkolwiek interakcji z tym panem. Po przeczekaniu kolejnej godziny w końcu nadeszła moja kolej. Piętnasto sekundowa wizyta, podczas której dowiedziałem się, że jestem okazem zdrowia. Serio, po tych prawie dwóch godzinach czekania, zmęczony po nocnej zmianie mam wrażenie, że poczułbym się lepiej słysząc że mam raka, jest nieoperacyjny i został mi maksymalnie miesiąc życia. A tak wychodzę na hipochondryka.
Dodatkowo tydzień temu musiałem iść na wyrwanie zęba. Niby problem z głowy, bo zęba nie ma, ale jak przypomnę sobie tą wręcz epicką walkę dentysty z tymże zębem... O jak biedny doktorek walczył ze sobą żeby przy pacjencie nie puścić wiązanki życia...
Ale udało się, problem z głowy. Otóż nie, dziąsło rozerwane do granic pojmowania boli niemiłosiernie i to pomimo leków przeciwbólowych łykanych z częstotliwością porównywalną chyba tylko z łykaniem podczas oralu przez galerianki.
Dodatkowo wystarczy delikatne muśnięcie tego dziąsła żeby ból wzrósł dziesięciokrotnie. Co za tym idzie, nie mogę jeść tego co chcę, w takich ilościach jak chcę. A wiadomo, Polak głodny, Polak zły.
Dlatego kolega z pracy się na mnie obraził kiedy zaproponował mi, że przy wyjściu z zakładu odbije się przede mną: "Chyba głową od ściany. Wypier*laj na koniec kolejki!".
A wcześniej nie byłem taki wybuchowy. Ale dentysta powiedział że to minie, po zaledwie ośmiu tygodniach. Należy tu zaznaczyć, że za wizytę musiałem płacić, bo na NFZ nie ma już zapisów do końca roku.
Także biorąc pod uwagę rzeczy o których pisałem wcześniej, miejmy nadzieję, że wszystko skończy się dobrze i szczęśliwie. Życzcie mi szczęścia i wytrwałości. 

piątek, 3 maja 2019

Idea

Czasami jest tak, że zbyt długie siedzenie w pracy szkodzi. Czasem też "za długo" odnosi się do zwykłego ośmiogodzinnego dnia pracy, bez żadnych nadgodzin. Myślę, że nie jestem odosobniony w swojej opinii.
Wracając do meritum, w przypadku kiedy czas w pracy dłuży się niemiłosiernie, kolejne układy naszego organizmu powoli odmawiają posłuszeństwa i nie pomaga żadna dawka kawy, dzieję się dziwne rzeczy.
Właśnie tego ostatnio doświadczyłem w pracy. Po wypiciu trzech kaw (co prawda słabych, ale jednak, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że normalnie nie pijam kawy) i dużej puszki energetyka, gdy znużenie nie odpuszczało do głowy zaczęły przychodzić durne pomysły...
Ten jeden konkretny o którym chciałbym tutaj wspomnieć koledzy nazwali mianem "mongolskiej teorii".
Bo co jeśli nasi politycy tylko zgrywają takie durne bydlęta a tak naprawdę działają według precyzyjnie ustalonego długofalowego planu mającego na celu posprzątanie tego całego burdelu które pozostawił po sobie poprzedni system. Jak? To proste jak budowa cepa. Coraz więcej dodatków socjalnych dla nie tyle już biedy co typowej patologii, kolejne 500+, mieszkania, i tak dalej. Z tego powodu pieniędzy dla normalnie i uczciwie pracujących obywateli coraz mniej, system okrada nas coraz bardziej żeby patologia miała na swoje zasiłki, bo do pracy przecież nie pójdą...
Coraz dokuczliwsza sytuacja zmusza coraz więcej ludzi do wyjazdów za chlebem za granicę. Uciekają lekarze, nauczyciele, przedsiębiorcy, robotnicy fizyczni i wszelkiego rodzaju specjaliści. Patola nigdzie się nie wybiera, im tak dobrze chlać, ćpać i gździć się za cudze.
Załóżmy, że koniec końców będzie taki, że w granicach kraju nie pozostanie już ani jedna jednostka zdolna sama na siebie zarobić w uczciwy sposób, wszyscy chcący żyć godnie wyjechali, została tylko patologia, chronicznie bezrobotni i jednostki niezdolne do funkcjonowania w zdrowym społeczeństwie.
I tutaj zaczyna się robić fajnie, bo popuściłem mocno wodze fantazji...
Granice kraju zostają zamknięte od środka, nikt nie ma prawa już się wydostać. Rząd opuścił kraj, w jego granicach panuje totalna anarchia, ale nikogo to już nie obchodzi. No, może poza telewizją nadającą na żywo to co się tam wyprawia, ku uciesze normalnych ludzi którzy odczytali ukryte intencje rządu i wyjechali aby przeczekać ten pogrom. Kiedy oglądanie jak ci wszyscy którzy zostali, podkreślmy to, z własnego wyboru, walczą o naklejki na świerzaki i tym podobne, będzie zorganizowany konkurs SMS-owy: Jak to zakończymy? Przez bombardowanie głowicami, czy może prościej, zrzucimy na to napalm? A może któryś z telewidzów będzie miał swoją wizję zagłady i definitywnego pozbycia się wszelkich patologi? Może klasyczny deathmach drużynowy? Walki w klatkach? Proszę bardzo. Propozycje należy zgłaszać na wskazany adres do trzydziestego lutego. Wygra te forma oczyszczenia która zbierze najwięcej głosów.
Tylko sobie wyobraźcie, już nigdy nie usłyszy się szelestu przetartego ortalionu w ciemnej uliczce, nie będzie nawet ciemnych uliczek, bo żaden intelektualny inwalida o ilorazie inteligencji nie przekraczającym wartością rozmiaru buta nie wpadnie na to, żeby zdewastować oświetlenie uliczne. Zero zaszczanych przejść podziemnych, pyskatych madek twierdzących że wszystko im się należy bo nie wiedzą co to antykoncepcja, zostanie sama kultura, ład i szyk.
Rząd wynagrodzi nam dotychczasowe niedogodności budując piękny kraj od podstaw, dla ludzi...
Taaa... Ale pomysł ciekawy. Marzyć na szczęście jeszcze nam wolno.

poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Bez Ciebie*

W sumie, to zawsze gdzieś tam byłaś w moim otoczeniu, bliższym lub dalszym. Czasami się widywaliśmy przy okazji moich sporadycznych spotkań ze znajomymi, raczej na krócej niż dłużej, nie dostrzegając swojej wzajemnej obecności.
Z perspektywy czasu świadomość faktu, że zawsze gdzieś tam się czaiłaś jest trochę niepokojąca, sprawia, że czuję się nieswojo, trochę dziwnie. Ale to nic w porównaniu z tym, co nastąpiło kiedy poznaliśmy się bliżej. Zaczęło się niewinnie, sporadyczne wspólne wyjścia do barów, poznawanie ludzi, zakorzenianie się w towarzystwie. Dzięki Tobie czułem się pewniej, wprawdzie nigdy nie miałem większych problemów ze zdobywaniem ludzi do towarzystwa, ale to co ze mną robiłaś było niesamowite. Pozwoliłaś mi wierzyć, że mogę w towarzystwie być kimś ciekawym, że to moja osobowość przyciąga do mnie ludzi. Fakt, niektórych może tak, ale nie w tym teraz rzecz.
Powoli nasze spotkania stawały się coraz regularniejsze, kombinowałem jak zyskać trochę czasu żebyśmy mogli pobyć razem, niekiedy kosztem obowiązków. Najpierw zrezygnowałem z weekendowych wyjazdów do rodzinnego domu, w końcu to aż dwa dni w Twoim towarzystwie. Poniedziałkowe zajęcia na uczelni były następne, żebyśmy mogli spędzać jeszcze więcej czasu razem. Pracy trzymałem się trochę dłużej, ale po pewnym czasie i ją zacząłem zaniedbywać.
Było nawet fajnie, miło czasem powspominać wspólnie spędzony czas, ale kiedy okazywało się, że nauczyłaś się powoli i coraz skuteczniej przejmować nade mną kontrolę... Nie potrafiłem się Tobie oprzeć, byłaś coraz ważniejsza. Zabawnie jest to, że koniec końców nigdy nie byliśmy sam na sam...
Z czasem, nawet nie wiedząc kiedy stawałaś się celem który zamierzałem ociągnąć każdego dnia.
Wcześniej zdarzało mi się robić głupie rzeczy, ale to były sporadyczne sytuacje, których konsekwencje nie wpływały na moje życie w dostrzegalny sposób. Ot, głupie wybryki. Zero porównania z rzeczami do których potrafiłaś mnie nakłonić.
Ale teraz wszystko jest już jasne i z pełną świadomością i odpowiedzialnością wiem, że z czystym sumieniem mogę Cię obarczyć za wszystkie moje życiowe niepowodzenia, za wydalenie z akademików, zakończenie związku z dziewczyną i w końcu skreślenie z listy studentów.
Wiem co o Tobie myśleć. Pi***ol się, mam na dzieję, że się nigdy nie spotkamy. Dziękuję, dobranoc.


*Warto sobie włączyć jako ścieżkę dźwiękową podczas czytania. Może to pozwoli uniknąć nieporozumień.

sobota, 16 marca 2019

Znów w pracy...

W pomieszczeniu siedziało trzech trzech ponurych mężczyzn, w tym ja. Siedzieliśmy z nosami spuszczonymi na kwintę i w oczekiwaniu milczeliśmy. Nagle jeden z nas postanowił przerwać ciszę:
- A wy, jak się tu znaleźliście?
Nie chciałem odpowiadać, ale wytatuowany kark i wielkie ramiona rozmówcy zdradzały, że nie lubi jak ktoś go ignoruje. I domyślam się, że nie pierwszy raz siedzi w podobnym miejscu. Nie pierwszy i nie ostatni. Było to widać w jego zmęczonych oczach.
- Mnie namówił brat - odezwał się ten bliżej drzwi - to miała być prosta robota, ale okazało się, że wpadłem w oko zleceniobiorcy i posłali mnie dalej. A ty?
- Ja? - zapytałem nieśmiało nie mogąc dłużej udawać, że mnie nie ma wśród nich - kojarzycie może tą reklamę w telewizji? Tą, taką wesołą...
- Mógłbyś jaśniej, nie mam czasu na wysłuchiwanie długich historii - warknął pierwszy.
"A gdzie ci się tak ku*wa śpieszy? Pewnie jeszcze tu posiedzisz tępy dryblasie. Podobnie zresztą jak jak ja..." pomyślałem.
- Spokojnie panowie, po co te nerwy, już dążę do sedna sprawy. Jak to szło... Aaa, mam: Pracuj.pl, znajdź pracę swoich marzeń...
Tak, siedzieliśmy w pomieszczeniu gospodarczym. Świeżo zatrudnieni, czekaliśmy na wydanie ciuchów roboczych. A co wy pomyśleliście?

***

Od jakiegoś czasu pracuję w nowym miejscu. Nie jest to co prawda ziszczenie się moich snów, ale na pewno jest to praca bez porównania lepsza pod każdym względem w porównaniu z poprzednią. Lepsza atmosfera, lepsza płaca, praca jest lżejsza...
Nie o tym jednak chciałem pisać. Chciałem się podzielić moimi spostrzeżeniami dokonanymi przez okres który tam do tej pory przepracowałem. Jest to praca na produkcji. Kiedyś już pracowałem w podobnym miejscu, w tym przypadku jednak jest bez porównania lepiej i lżej. Nie mam pociętych rąk (aż tak), nie boli mnie głowa po powrocie (w poprzedniej pracy na produkcji ból głowy po powrocie do domu był porównywalny do mini wybuchów w czaszce powtarzających się średnio co sekundę), można spokojnie porozmawiać (dopóki jakiś nadgorliwiec cię nie przyłapie na plotkowaniu). Atmosfera jest przeważnie zaskakująco przyjemna, ludzie ciekawi, by nie powiedzieć: intrygujący.
Chciałbym w tym miejscu spróbować zrelacjonować ogół organizacji (lub jej braku) na zakładzie.
Pierwsze co zauważyłem, to fakt, że przytłaczająca większość pracowników ma tatuaże. Różne różniste, duże, małe, kolorowe, klasyczne... Śmiałem się kiedyś z jednym takim wydziaranym z którym załapałem lepszy kontrakt, że można by pomyśleć, że ten zakład zatrudnia kryminalistów. I w tym momencie kolega powiedział coś, czego się nie spodziewałem, a czego można się domyśleć... Po pewnym czasie podobno zanim skończył zmianę przyszła po niego policja żeby zabrać go z powrotem.
Na naszym projekcie jest przeważnie wesoło, pada masa ciekawych hasełek i anegdotek, chętnie tu kilka zacytuję:
  1. Hej dziecinko, chodź do dziadzi, dziadzia cię na ch*ja wsadzi
  2. Morda w dupę i żryj kupę
  3. Co, nie ma włosów i trudno trafić w dziurkę?
  4. Lubię chłopców!
Po pewnym czasie klimat mi się udzielił i nawet wymyśliłem taką oto perełkę:

                             Czy cię boli, czy się dusisz
                             Plan produkcji wykonany być musi
                            Gdy zrobisz więcej, czeka Cię nagroda:
                            Będziesz mógł zrobić szefowi loda.

Jak widać maksyma "z kim się zadajesz takim się stajesz" jest tu jak najbardziej na miejscu.
Wracając do samych ludzi, wszyscy są mili, w specyficzny, męski sposób. Pierwszego dnia tego doświadczyłem: Hej, hej ty!, tak ty! Ty ch*ju! Nie no, wiesz, że żartuję, nie obrażaj się, jesteś wśród swoich...
Nie przeszkadza mi to cierpkie poczucie humoru, sam takie nie raz mam. Dla przykładu, ostatnio wspólnie z kolegą ze stanowiska wymyśliliśmy jak się robi budyń z dzieci przy pomocy tego urządzenia:
Zastanawialiśmy się tylko, jak później oddzielić tekstylia od tkanki.
Przeszkadza mi natomiast pewna jedna osoba, wcale niebrzydka dziewczyna zajmująca się kontrolą jakości. Kiedy słyszę jej głos już wiem, że poczucie udanego dnia zostało naruszone cierniem jej marudzenia. Jest bardzo spostrzegawcza, ale bardzo źle wykorzystuje ten dar. Potrafi dostrzec każdy, powtarzam: KAŻDY defekt naszego produktu. Nawet ten, który w oczach kierownika zmiany defektem nie jest. I nie robi tego jakoś subtelnie, kobieco, co to, to nie. Kojarzycie może tego starego dziada, który to pomimo ton wypalonych w swoim życiu papierosów drze się na waszym osiedlu z samego rana na całe gardło: zieemniaaki zieeemniaaaakiiiii! To już wiecie o czym mówię.
Spotkałem tam też pewną przemiłą kobiecinkę, niektórzy pieszczotliwie nazywają ją babcią. Idealnie pasuje do tego zakładu, ona i jej spaczone poczucie humoru. Raz jeden z pracowników śmiał jej wytknąć jej wiek (nawiasem mówiąc oscylujący w okolicach sześćdziesiątki). Reakcja była natychmiastowa: "Ty mały ch*jku! Ja stara? Jakbym na ciebie wskoczyła, to przez tydzień byś jeszcze piszczał z rozkoszy jak nastolatek który dopiero co odkrył masturbację!".
Lubię sobie czasem z nią pogadać, jest powalająco bezpośrednia a jej uwagi celnie, czasem nawet przydatne.
Jest jeszcze jeden chłopak, bardzo musi tęsknić za swoją dziewczyną. Zdarza się, że szturcha mnie pod żebra, poklepuje w różnych dziwnych miejscach... Raz się mnie zapytał, czy jak da mi 50 zł, to będzie mógł miziać mnie po włosach.
Zauważyłem też jedną niepokojącą mnie rzecz. Jest tam zaskakująco mało ładnych dziewczyn. Albo to ja jestem taki wybredny, albo faktycznie tak jest. A może zawyżam swoje standardy kobiecej urody na podstawie moich koleżanek z akademika.
Panie z wyższych sekcji się nie liczą, one "z natury"lepiej wyglądają. Z powodu braku tychże dziewczyn, pracujący tam mężczyźni zwracają swoją uwagę ku tym, które jeszcze wywołują jakieś drgnięcia... poczucia estetyki. Na przykład pewna szczupła blondynka, smukła, bardzo smukła. Żeby nie mówić że po prostu chuda. Słyszałem opinię, że jakby facet miałby w nią wejść, zamiast jej jęku rozkoszy usłyszałby trzask pękającej miednicy i łamanych żeber. Albo pewna dość postawna dziewczyna, która ma, trzeba przyznać, przecudne czarne włosy i błękitne oczy, jednak wpędza mnie biednego w kompleksy jeśli chodzi o podnoszenie ciężkich przedmiotów...
Z drugiej strony mamy też pewną kobietę, zawsze w świetnym humorze, dodatkowo poprawia go nam, facetom, swoją nieprzeciętną urodą. Nie raz i ja tracę wątek rozmawiając z nią. Kiedy to na przykład, zamiast powiedzieć: "Ładniej wyglądasz w ubraniach cywilnych", powiedziałem: "Ładniej wyglądasz bez ubrań roboczych". Ale przynajmniej ją rozbawiłem. Warto dodać, że jej córka jest w wieku mojej siostry.
Ale takich przypadków jak ona jest niewiele, można je policzyć na palcach jednej ręki.
Wracając do samej pracy, zobaczymy jak długo tam wytrzymam, czy i ile razy dam się zrobić w ch*ja, i ile wytrzymam. Fizycznie i psychicznie.

piątek, 1 lutego 2019

Intelektualista

Pierwszy post tego roku! Czy to będzie dobry czas na osiągnięcie wyznaczonych sobie przeze mnie celów, czy może znów wszystko pójdzie się pier***ić? Zobaczymy. A teraz do rzeczy.
Jesteś może pierworodnym dzieckiem? Świetnie. Lubisz czarny humor? Wręcz zaj***ście. Może do tego masz zwiększoną podatność na nałogi - narkotyki, alkohol, papierosy? Doskonale. Teraz trudniejsze pytanie: kiedy przeżyłeś swoją pierwszą inicjację seksualną? Jeśli stosunkowo późno, to mam dla ciebie wiadomość: Mensa już czeka! Albowiem rzeczy które właśnie tu wymieniłem idą w parze ze stosunkowo wysokim ilorazem inteligencji. Nie wiadomo tylko, czy są to determinanty, czy skutki. Kiedy się o tym dowiedziałem, śmiałem się jak kretyn przez dobre kilka minut. Sprawdziłem bibliografię tego artykułu który czytałem i okazało się jednak, że zawarte tam dane i informacje mają solidne wsparcie w autentycznych badaniach naukowych. Wychodzi na to, że duża część mojego otoczenia to cholernie inteligentni ludzie, z czym nie w każdym przypadku bym się zgodził. Wygląda również na to, że też jestem stosunkowo inteligentny. Z tym też się nie do końca zgadzam. Wprawdzie za szczeniaka były mi robione jakieś testy mające na celu ocenę takich rzeczy, nawet dobrze w nich wypadłem, pani doktor powiedziała mamie, że syn jest wyjątkowo inteligentny i zdolny, zakres zainteresowań jak na ten wiek jest ogromny, i że na pewno wiele w życiu osiągnę. Widzicie to co ja? Cała masa sprzeczności. Jestem w wieku, kiedy to powinienem mieć własne mieszkanie, dobrą pracę, perspektywy na przyszłość, a nie mam nic. Gdzie ta inteligencja? Co się dzieje z moją "zdolnością rozumienia, uczenia się oraz wykorzystywania posiadanej wiedzy i umiejętności w nowych sytuacjach"? Brak zaradności i fajtłapowatość typowa dla wioskowych przygłupów towarzyszyły mi odkąd pamiętam. No, może z wyjątkiem szkoły podstawowej, kiedy to na lekcjach przyrody nie zgadzałem się nieraz z tym co mówiła nauczycielka. Kiedy poprosiła mnie za którymś razem, abym za nią poprowadził tą lekcję skoro jestem taki mądry, wstałem i zrobiłem to. Tak jej się spodobało, że poprowadziłem jeszcze kilka następnych, w tematach wykraczających znacznie poza program. Teraz jakbym miał zrobić coś podobnego, wyśmiałbym tą osobę i stwierdził, że nie mam do tego odpowiednich kompetencji.
Czasem nawet od matki słyszę, że jak byłem mały, to byłem dużo mądrzejszy, grzeczniejszy i takie tam. Jak wtedy, kiedy jadąc pociągiem do babci, gadałem z babką z przedziału o ekosystemie amazońskiej dżungli i opowiadałem o żyjących tam zwierzętach. Miałem nie więcej jak dziewięć lat.
Normalnie dzieci zostawiało się na czas zakupów na placach zabaw, w dziale zabawek czy tym podobnych miejscach. Mnie, odkąd nauczyłem się czytać, zostawiała mama w bibliotece, albo księgarni. Niech ktoś mi powie, co się ze mną stało? Co tak drastycznie mnie zmieniło? Gdzie podział się ten mały ciekawy świata brzdąc? Czyżbym, w przeciwieństwie do innych dzieci, w procesie dojrzewania głupiał zamiast zdobywać wiedzę i doświadczenie? A może to środowisko tak na mnie wpłynęło? W końcu przez jakiś czas mieszkaliśmy na dość nieciekawym osiedlu. Dzieci uczęszczające do pobliskiej szkoły też raczej były dalekie od ideału. Ale na zdrowy, chłopski rozum chyba nic nie może mieć aż takiego wpływu na życie, żeby z tak obiecującego dziecka powstała taka życiowa pierdoła.
Dziś rodzicielka mnie zapytała, dlaczego mam problem z nauką gotowania, a z poznawaniem historii i procesu ewolucji takiego satanizmu ani trochę (sytuacja wyniknęła kiedy rozmawialiśmy o książkach). Odpowiedziałem, że przyswajanie informacji mnie interesujących przychodzi mi naturalnie łatwo, a gotowanie to raczej obowiązek niż hobby, więc mam wewnętrzne opory. Usłyszałem, że w takim razie nie mam szans na poradzenie sobie w życiu.
Ostatnio nawet w pracy poruszyliśmy poniekąd bliski temat, mianowicie nudy. Skończyliśmy na tym, że nie ma o czym gadać, wszystko zamyka się w myślę znanym wszystkim powiedzonku

Trochę dałem się ponieść z tym obrazkiem, to nie był dobry pomysł. Ale tak czasami w moich oczach wyglądają ludzie mówiący, że są inteligentni, bo nie znają nudy. Bo inteligentny człowiek zawsze znajdzie sobie kreatywne, ciekawe zajęcie. Pier***enie.
Dobra, to by było na tyle