piątek, 28 lutego 2014

Śmierdząca sprawa

Niedawno zauważyłem, że większa część z ostatnich postów ma mniej więcej taki wydźwięk. Postanowiłem to trochę zmienić. A więc do dzieła.

Nadchodzę. A właściwie to nadciągam. W zniszczonym, czarnym płaszczu, dziurawych spodniach i butach, na których wyraźnie widać partactwo szewskiej roboty. Nie możemy również zapomnieć o krzywych okularach, spiętych w nieładzie włosach i papierosie w ustach. Starsze panie widzą pewnie jeszcze wystające spod czupryny sterczące różki a chude nogi w wysokich butach tłumaczą sobie ukrytymi w nich koźlimi kopytami. Przeganiają mnie czym prędzej wymachując różańcami i wykrzykując pełne pobożności egzorcyzmy w stylu (uwaga, cytuję): "Wypierdalaj stąd, pierdolony szatański pomiocie!".
Więc żeby do reszty nie uschły mi uszy rażone potęgą wspomnianych egzorcyzmów oddalam się od moherowej bojówki, na skróty, przez trawnik. To był błąd. Między innymi dlatego tak nie lubię psów. I ich nieodpowiedzialnych właścicieli.
Czy, cytując Adasia Miałczyńskiego, psie gówno jest mniej gówniane od ludzkiego? Bo nie widzę innego wytłumaczenia dla walających się tu i tam psich klocków.
Swoją drogą, zdajecie sobie sprawę z tego jak to obrzydlistwo ciężko schodzi z podeszwy glanów?
A śmierdzi przy tym niemiłosiernie.
Chcesz mieć pieska? Fajnie. Ale zastanów się czy dasz radę biegać i zbierać ekskrementy swojego Burka czy Azorka. Ponadto postaw się czasem w sytuacji ludzi którzy mają problemy z manewrowaniem i lawirowaniem wśród tego walającego się syfu.
Czasem idąc przez park czuję się jak saper-amator na polu minowym. Wystarczy jeden nieostrożny ruch...
Jednak, z drugiej strony, wczujmy się teraz w sytuację właścicieli psów. Tych odpowiedzialnych, sprzątających po swoich pupilkach i nie karmiący ich zupą mleczną z ogórków.
Bo sprzątać po psie jest trudniej niż się z założenia by wydawać mogło. Miały być pojemniczki z woreczkami na osiedlach, w parkach i w ogóle wszędzie gdzie można spotkać ludzi wychodzących z psami na spacer. Jest ich niewiele lub nie ma ich wcale. Na moim osiedlu jest jeden. I jeszcze nie widziałem żeby ktoś z tego cholerstwa korzystał.
Mało prawdopodobne mi się wydaje (choć słyszałem już podobne historie), żeby właściciel, dajmy na to Pikusia, stawiał wokół obiektu moich dzisiejszych rozważań pachołki, obwijał je biało czerwoną taśmą i stawiał tabliczkę: "ZARAZ WRACAM, POSZEDŁEM PO WORECZEK".
Najlepszym wyjściem jest więc noszenie woreczków ze sobą. A i to nie zawsze rozwiązuje wszystkie problemy. Raz, że z tym dyndającym u dłoni gówienku w woreczku trzeba paradować aż do najbliższego kosza.
Na zobrazowanie kolejnego problemu pozwolę sobie przywołać postać mojego byłego wykładowcy z politechniki. Ze swoim pieskiem był nierozłączny, do tego stopnia, że przychodził z nim na wykłady. I my, biedni studenci, chcąc nie chcąc wiedzieliśmy o tym piesku wszystko, bo pan profesor zamiast prowadzić wykład opowiadał o swoim futrzanym ulubieńcu. Moja ulubiona historyjka dotyczyła właśnie problemu sprzątana po psach:
"Wyszedłem razu pewnego z Pikusiem (tak się wabił nasz bohater) na spacer. No i, co jest rzeczą psa, pies zrobił swoje. Niefortunnie przy wizytówce po innym czworonogu. Wiec miałem spory dylemat, które gówienko należy do Pikusia. Więc nachyliłem się w celu sprawdzenia tego metodą organoleptyczną. Logicznie rzecz biorąc, cieplejsze winno być jego..."
Takimi delicjami raczył nas pan profesor.
Podsumowując, problem kłopotliwy i praktycznie niemożliwy do usunięcia. Chyba że razem z psami, ale na to nikt się nie zgodzi, a już na pewno nie właściciele psów.

sobota, 8 lutego 2014

Skradziony dzień

Jest sobotnie popołudnie. Siedzę sobie w pokoju czytając "Boże Igrzysko" Normana Davies'a. Zasłużyłem sobie po całym tygodniu ciężkiej pracy.Tak, mam pracę. Kokosów może nie zbijam, ale nie od razu Kraków zbudowano. Nabiegałem się jak głupi rozrzucając CV jak ulotki, ale nikt mi nie powie, że nie było warto.
Przerwa, odkładam książkę. Kładę się na łóżku i włączam sobie The Ocean Chopina i zastanawiam się nad tym jak mi minął tydzień. Myślę, że największym z moich sukcesów można śmiało okrzyknąć rzucenie wreszcie palenia. Tak, to niewątpliwy triumf nad samym sobą.
Nagle do pokoju wchodzi ojciec:
-Co tam młody, słodkie lenistwo?
-Lenistwo to brzydkie słowo. Osobiście wolę "chwila wytchnienia". Brzmi dojrzalej.
-Dobra wykrztałciuchu. Zbieraj się, obiad. Mama zrobiła coś ekstra.

***

Sobotnie popołudnie. Z wielkim trudem podnoszę swoje odrętwiałe ciało z łóżka. Jeszcze czuję w gardle typowy posmak gównianej jakości tytoniu. Jakaś puszka boleśnie mi się wbiła w stopę podczas pierwszej próby ustabilizowania się do pionu. W końcu jakoś się udało się.
Foliowa koszulka z masą CV leży na biurku. Mogę śmiało to nazwać makulaturą.
Po jakimś śniadaniu pora na zajęcia codzienne. Dziś może Nietzsche? Nie, za cianka dupa ze mnie. Biorę Sienkiewicza. Komputer włączony, klimatycznie włączony marsz żałobny Chopina, następnie Die Walkure Wagnera. Po chwili do mojego pokoju wpada matka:
-Wyłącz to cholerstwo! I komputer też! I zostaw w końcu te książki!
Mój pusty śmiech jest idealną odpowiedzią na jej atak:
-Panie i panowie, oto mamy przed sobą relikt z epoki kamienia łupanego. Nie wtykać palców pomiędzy kraty. Osobnik bywa agresywny i gryzie.
-Przeginasz. Dwa dni i won z domu.

***

Dwie sytuacje, dwa światy. W każdym jest trochę prawdy. Ja jestem po środku między nimi. Choć niebezpiecznie bliżej drugiego.
Tak, siedzę popołudniami bezproduktywnie czytając książki. Na "Boże Igrzysko" może i mnie nie stać, ale nie jest tak źle. W końcu wiem gdzie jest biblioteka.
Pracy nie mam. I jak się domyślacie, dalej palę. Nie wytrzymuję czasem sytuacji w domu (która prawdę powiedziawszy nie raz jest w znacznej mierze spowodowana moją arogancją i lenistwem). Wtedy wychodzę szukać pracy. Albo pić.
Ludzie mnie znający znają moją sytuację rodzinną i wiedzą że nigdy nie miałem ojca. Nie zdążyłem staruszka poznać.
Na podstawie tego jaskrawego zestawienia diametralnie różnych sytuacji próbuję sobie uzmysłowić co chcę osiągnąć. Czy chcę pozostać zawieszony w próżni i zacząć się powoli staczać, czy skupić całą wolę i spróbować choć w części osiągnąć stan przedstawiony w tytułowym skradzionym dniu. Myślę że odpowiedź jest oczywista.