sobota, 19 marca 2016

Kaleka do kwadratu

To że mieszkam w akademiku jest faktem dość wydaje mi się powszechnie znanym wśród moich znajomych. Z czym mieszkanie w akademiku się wiąże chyba nie trzeba tłumaczyć. Nauka wielokrotnie przegrywa pod względem atrakcyjności z perspektywą napicia się w dobrym towarzystwie. Także w sytuacji gdy do sesji jeszcze daleko a do nauki nic nie ma, nikt nie zauważa żadnych przeciwwskazań do napicia się.
Tak też było kilka dni temu, kiedy współlokator zaproponował kulturalne napicie się wódki. Pomysł dobry, nic nie stało na przeszkodzie we wprowadzeniu go w życie. Jak to się skończyło, nie trzeba tłumaczyć, jednak wartym wspomnienia wydaje się to, co miało miejsce po degustacji wódki.
Zmęczony życiem i przytłoczony codziennością kieruję się w stronę łóżka, w wiadomym celu. Droga mi się dłużyła niemiłosiernie, a perspektywa wspinaczki na górny pokład piętrowego łóżka zdawała się mnie przytłaczać. Pomimo licznych przeszkód jednak jakimś cudem udało mi się dotrzeć do podnóża łóżka. Przede mną zostało zdobycie szczytu. Już u samego wierzchołka jednak coś poszło nie tak. Na łóżku siedział jakiś kosmaty koleś z chamskim uśmieszkiem. Diabeł jak nic, myślę sobie. Wyszczerzył do mnie swoje śnieżnobiałe kły i dał mi prztyczka w czoło. Siła uderzenia była tak wielka, że rzuciło mną na drzwi. Komentarz współlokatora: Jeb...eś jak Tupolew w brzozę.
Ja natomiast leżąc w nienaturalnej pozie pod drzwiami śmiałem się jak debil ze swojej nieporadności. Jednak podczas próby podniesienia się nie było mi już tak do śmiechu. Niemiłosiernie silny ból przeszył moje lewe ramię, coś było ewidentnie nie tak. Ale, poboli i przestanie, myślę sobie. Wgramoliłem się na łóżko, nieproszony gość gdzieś wyparował. Czyli teren bezpieczny, można w spokoju kłaść się spać.
Rano było już poważniej. Zwlekam się z mojego legowiska, z przerażeniem stwierdzam, że ból nie tylko nie minął, ale i wzrósł na sile. Wychodzę do łazienki, słyszę za sobą: Gdzie leziesz? Odpowiedź jakoś sama mi się wymknęła, niejako bez udziału mózgu: zesrać się z bólu.
Postanowiłem, że tak nie można zostawić tej sprawy, więc zaplanowałem wycieczkę do szpitala celem udania się do specjalisty który mi powie co jest źródłem mojego bólu. Jakże się srogo przeliczyłem...
W pierwszym szpitalu dowiedziałem się, że nie ma odpowiedniego specjalisty który będzie mógł mi pomóc. Więc musiałem, chcąc nie chcąc, udać się do kolejnego. Tu też nie było mi dane uzyskać, pomocy, lekarz był zbyt zajęty żeby rzucić okiem na moją rękę. Ulitowała się nade mną jakaś pielęgniarka. Popatrzyła na rękę, pokiwała mądrze głową i stwierdziła, że wszystko w porządku. Nie ma opuchlizny, zaczerwienienia, ręka jest tylko lekko stłuczona. Nieistotnym jej się wydawał fakt, że boli jak cholera przy nawet próbie poruszenia ręką. Na odchodne rzuciła tylko, że mam przez dwa tygodnie oszczędzać rękę i wszystko będzie w porządku.
I tu jest problem. Jestem osobą leworęczną, a moje wrodzone szczęście sprawiło, że uszkodzoną mam właśnie tą rękę.
Sytuacja jest analogiczna do tej, którą opisywałem ostatnio, kiedy to skręciłem kostkę. Tak, to był ten sam szpital. Ten sam do którego miałem się nie zbliżać na choćby kilometr. Dostałem wtedy równie profesjonalną pomoc.
Dlaczego kaleka do kwadratu? Kuśtykam i mam nie do końca sprawną rękę. Zastanawia mnie, co będzie następne. Może dla odmiany coś po prawej stronie? Bo jak na razie, wszystkie poważniejsze urazy które mi się przytrafiły w ciągu ostatnich lat obejmowały tylko lewą stronę ciała: Prawie ucięty palec lewej dłoni, rozerwana błona bębenkowa w lewym uchu i skręcona kostka. Tak, lewa.
Czym mnie jeszcze zaskoczy moje szczęście? Ja obstawiam prawe kolano. Dla równowagi.

sobota, 12 marca 2016

Kolaps

Na wstępie chciałem z góry przeprosić za słownictwo jakiego mam zamiar użyć. Aż do tego momentu najbardziej wulgarnymi słowami jakimi raczyłem osoby które z braku perspektywy ciekawszego zajęcia czytają brednie które tu wypisuję były "cholera" i ewentualnie "dupa". Właśnie dziś mam zamiar to zmienić.
Miało to nastąpić już jakiś czas temu. Stało się właśnie teraz, ze spotęgowaną do niebotycznych wartości mocą. Kiedy jak zawsze naiwnie myślałem, że już mi przeszło. Jeśli miałbym tą sytuację do czegoś porównać, to byłby to niewątpliwie uśpiony wulkan. Na zewnątrz wszystko spokojnie, ale nigdy nie można być pewnym czy przypadkiem nie pierdolnie. I jak mocno.
Jestem wręcz flegmatycznie spokojny, nic mi się nie chce: to powoduje, że jeszcze bardziej się denerwuję, bo przecież powinienem być totalnie wkurwiony, a jestem tak cholernie obojętny. Nie rozumiem tego, co powoduje u mnie kolejne falę frustracji.
Już po feriach byłem w dość nieciekawym humorze, łatwiej mnie było zdenerwować, ale ostatnio przeszedłem sam siebie. Jakiś dowód, przykład? Proszę bardzo. Wkurwia mnie wszystko na literę "A", począwszy od Aachen, poprzez arolium na ażurze skończywszy. Żeby innym literom alfabetu nie było smutno, w imię równouprawnienie, przez kolejne tygodnie będę się bezpodstawnie wyżywał na pozostałych.
Abstrahując trochę od tematu mojego chujowego humoru skorzystam z okazji by przyznać rację moim znajomym. Wiem już jak się czuli kiedy po pijaku ich przepraszałem za wszystkie moje życiowe błędy i chore sytuacje które odjebałem. I wiem już jak słowo "przepraszam" chujowo wtedy brzmi.
I chciałem z miejsca podziękować mojej kumpeli (nie mam siły na pisanie słówka na "P", ale ona wie, że nie lubię go nadużywać i mam nadzieję, że nie będzie zła z tego powodu) z roku, za jej próby poprawienia mi samopoczucia. Zapytała mnie ostatnio co mi poprawi mi nastrój. Odpowiedziałem szczerze, że niewątpliwie byłby to karnet na strzelnicę. Mówiąc to wyobrażałem sobie siebie z półautomatem strzelającego do jabłek umieszczonych na głowach ludzi których nie lubię. Dawno nie strzelałem, mogłem wyjść z wprawy, ale nawet w przypadku gdy nie trafiłbym w jabłko strata nie była by dla mnie bolesna. Należy tu dodać, że owa kumpela zadeklarowała, że za pierwszą wypłatę załatwi mi taki karnet. Trzymam za słowo.
Chciałem jeszcze na zakończenie dodać, że ten post był pisany sukcesywnie od stycznia, potrzebowałem tylko jakieś sytuacji, bodźca, który popchnie mnie do sfinalizowania tegoż posta.
Dobra, dość tego pierdolenia, jest robota do zrobienia.