Z chwilą ogłoszenia informacji, że Wiosny w tym roku nie będzie, na ulicach miast opanowanych przez Zimę zawitał Chaos. Reakcje były przeróżne, ale wszystkie przebiegały w zasadzie według jednego schematu: niedowierzanie - ironia - zrezygnowanie - panika.
Na ulicach zaczęło się robić coraz niebezpieczniej, ludzie zbuntowani przeciwko samozwańczym rządom Zimy, mając gdzieś coraz bardziej srogie mrozy i niesprzyjające warunki, zaczęli wychodzić na ulice. Z początku pikiety, niewielkie demonstracje. Później sprawy przybrały poważniejszy obrót. Zaczęto otwarcie atakować ośrodki meteorologiczne, posądzając je o współpracę z Zimą i spiskowanie przeciwko prawomocnym rządom Wiosny. Odpowiedzią ze strony zagrożonych było wyposażenie stacji meteorologicznych w najnowsze karabiny Gatlinga. Z reguły używano pocisków typu safety-slug, ale co namolniejszych napastników traktowano amunicją ostrą, czego wynikiem są wciąż rosnąca liczba rannych i zabitych.
Co poniektórzy zwolennicy Wiosny (którym nie ciekawą wydawała się perspektywa wydłubywana z, dajmy na to brzucha, pocisków kalibru 7,62 mm) próbowali ratować sytuację w bardziej tradycyjnymi sposobami. Wszyscy masowo, w całym kraju udali się nad pobliskie rzeki w celu utopienia marzanny. Wiele marzann popłynęło z prądem, jak widać, bez skutku.
Wciąż jednak są prowadzone akcje konspiracyjne. Może nawet nie zdajecie sobie z tego sprawy, ale wokół nas toczy się nieustająca walka. Każdy może wziąć w niej udział, o ile jest jawnie zdenerwowany przedłużającymi się i bezpodstawnymi, wręcz okupacyjnymi rządami Zimy. Jak mój znajomy podczas naszego ostatniego spotkania, który w dość kolokwialny (a jednak prosty do odgadnięcia), nie warty cytowania sposób, dał wszystkim wokół do zrozumienia, że ma dość tej pory roku.
Zatem, zewrzyjmy szeregi, jestem przekonany, że nie tylko ja tęsknię za zieloną trawą, ciepłem promieni słonecznych, możliwością rowerowych wycieczek (na upartego teraz też można, choć z różnym skutkiem), śpiewem ptaków (już prawie zapomniałem jak wygląda jaskółka) i odurzającymi wręcz ilościami kolorów kwiatów, których to wachlarz barw nie jest w stanie zastąpić żaden środek halucynogenny.
Napisałem nawet odpowiednie pismo urzędowe, mające na celu odwołanie Zimy, ale nie wiem, gdzie takowe ukierunkować. Ktoś mi pomoże?
O wszystkim i o niczym. O tym co mnie wkurza, drażni, bawi, śmieszy, zastanawia. O moich przemyśleniach i innych różnych pierdołach. O mnie.
niedziela, 24 marca 2013
czwartek, 21 marca 2013
Pochwała głupoty
- Ty, ale było chlańsko, nie?
- Nooo...
- Pamiętam tylko jak poszłem po wóde i zacząłem pić, a później to odleciałem.
- Nooo...
- A jak wróce do domu, to se zrobie na obiad kiełbase i pujde spać i mnie nie obudzicie.
- Nooo...
Takiego dialogu, o pasjonującym przebiegu, wartkiej akcji i pełnego przejawu oczytania rozmówców byłem dziś światkiem. Byli mniej więcej w moim wieku, wyglądali jak typowi kloszardzi spod pobliskiego monopolowego, jednak z dalszego przebiegu rozmowy dowiedziałem się, że jednak mają pracę (w czym oni są ode mnie lepsi, że ja tej pracy nie mam?).
Dlaczego głupota jest nam potrzebna? Albo inaczej, nie głupota. Głupi ludzie w naszym otoczeniu. Ja myślę i śmiem sądzić, że duża część ludzi się ze mną zgodzi, że głupota innych dowartościowuje nas samych. Widząc czasem takiego przygłupa myślimy nieraz: "O Boże, jakie to szczęście, że na tym świecie jest ktoś jeszcze głupszy ode mnie!".
Nieraz również my, często nieświadomie, jesteśmy w oczach innych takimi przygłupami. Ale jak to możliwe? To proste. Będąc w towarzystwie swoich najlepszych kompanów, w gronie przyjaciół, popuszczamy swoje intelektualne hamulce, skupiamy się na bieżącej chwili i maksymalizowaniu korzyści wynikających z przebywania z wyżej wymienionymi. Wtedy to właśnie robimy głupie rzeczy, mówimy głupoty i siejemy ogólne spustoszenie wśród "mądrzejszych".
Nieraz, nie dwa, sam bylem w takiej sytuacji. Czy coś się zmieniło od tamtego czasu w moim postępowaniu? Zupełnie nic.
Kolejna sprawa. Zastanawiałem się dziś, jak to jest z fenomenem popularnych filmików na portalu YouTube. Jest wiele scen nagrywanych przez różnych ludzi, dokumentujących... właściwie to nic nie dokumentujących. Wielce intryguje mnie, co tak naprawdę decyduje o ich popularności (oprócz oczywistego efektu fali). Głupota filmików, ich twórców, czy może odbiorców? A może wszystko po trochu? A może nie, może to zupełnie co innego, coś niespodziewanego, przełomowego? Zostawię to bez odpowiedzi, niech każdy, wedle upodobania sam się z tym pomęczy (pewnie zaraz mi zostanie zarzucone niedbalstwo lub lenistwo, ale nie dbam o to).
Podsumowując, ciągle będę utrzymywał, że głupota jest nam niezbędna do poprawnego funkcjonowania. Nas, naszej świadomości, naszego ego.
Zatem wszyscy razem: viva stultitiae!
- Nooo...
- Pamiętam tylko jak poszłem po wóde i zacząłem pić, a później to odleciałem.
- Nooo...
- A jak wróce do domu, to se zrobie na obiad kiełbase i pujde spać i mnie nie obudzicie.
- Nooo...
Takiego dialogu, o pasjonującym przebiegu, wartkiej akcji i pełnego przejawu oczytania rozmówców byłem dziś światkiem. Byli mniej więcej w moim wieku, wyglądali jak typowi kloszardzi spod pobliskiego monopolowego, jednak z dalszego przebiegu rozmowy dowiedziałem się, że jednak mają pracę (w czym oni są ode mnie lepsi, że ja tej pracy nie mam?).
Dlaczego głupota jest nam potrzebna? Albo inaczej, nie głupota. Głupi ludzie w naszym otoczeniu. Ja myślę i śmiem sądzić, że duża część ludzi się ze mną zgodzi, że głupota innych dowartościowuje nas samych. Widząc czasem takiego przygłupa myślimy nieraz: "O Boże, jakie to szczęście, że na tym świecie jest ktoś jeszcze głupszy ode mnie!".
Nieraz również my, często nieświadomie, jesteśmy w oczach innych takimi przygłupami. Ale jak to możliwe? To proste. Będąc w towarzystwie swoich najlepszych kompanów, w gronie przyjaciół, popuszczamy swoje intelektualne hamulce, skupiamy się na bieżącej chwili i maksymalizowaniu korzyści wynikających z przebywania z wyżej wymienionymi. Wtedy to właśnie robimy głupie rzeczy, mówimy głupoty i siejemy ogólne spustoszenie wśród "mądrzejszych".
Nieraz, nie dwa, sam bylem w takiej sytuacji. Czy coś się zmieniło od tamtego czasu w moim postępowaniu? Zupełnie nic.
Kolejna sprawa. Zastanawiałem się dziś, jak to jest z fenomenem popularnych filmików na portalu YouTube. Jest wiele scen nagrywanych przez różnych ludzi, dokumentujących... właściwie to nic nie dokumentujących. Wielce intryguje mnie, co tak naprawdę decyduje o ich popularności (oprócz oczywistego efektu fali). Głupota filmików, ich twórców, czy może odbiorców? A może wszystko po trochu? A może nie, może to zupełnie co innego, coś niespodziewanego, przełomowego? Zostawię to bez odpowiedzi, niech każdy, wedle upodobania sam się z tym pomęczy (pewnie zaraz mi zostanie zarzucone niedbalstwo lub lenistwo, ale nie dbam o to).
Podsumowując, ciągle będę utrzymywał, że głupota jest nam niezbędna do poprawnego funkcjonowania. Nas, naszej świadomości, naszego ego.
Zatem wszyscy razem: viva stultitiae!
środa, 20 marca 2013
12
Dzień jak każdy inny. Wstaję rano z worami pod oczami wielkości moszny słonia, zastanawiam się nad dzisiejszym dniem. Siedzę, mam ochotę coś zrobić, ale nie wiem co. Przeczytać książkę? Przeczytana. A do biblioteki po nową pójdę przy okazji najbliższego spaceru (za jakieś 4 godziny). Nawet się pouczyłem na zajęcia, zrobiłem notatki, odklepałem zadanie... wyszorowałem łazienkę, sprzątnąłem w kuchni, odkurzyłem mieszkanie, pomyłem podłogi, byłem na małych zakupach... Nawet grać na komputerze mi się już nie chce, a oglądanie filmów mnie zaczęło nużyć.
Tak. Nudzę się. Ciężko mi jest się przyznać do tego przed samym sobą. Zawsze powtarzałem, że inteligentni ludzie nie mają czasu się nudzić, a ja zawsze chciałem za takiego uchodzić.
Ktoś powie, jeśli się nudzisz to popracuj nad sztuką samodoskonalenia. Problem w tym, że ja nie chcę być doskonały. Wszystko co jest doskonałe, idealne jest analogicznie pozbawione wad. Czyli nudne. Bo to wady sprawiają, że jesteśmy ciekawi. I kółko się zamyka.
Znowu ktoś powie, że się po prostu wykręcam, że ja lubię się nudzić, nic nie robić. Znowu pudło. Nie potrafię tego dobrze uzasadnić, ale nie znoszę bezczynności. Może nie tyle bezczynności co monotonii. Dlatego mimo ograniczonej liczby alternatyw spędzania czasu, nie tylko wolnego, staram się nie popadać w rutynę. Dla przykładu: jutro wstanę sobie lewą nogą, pojutrze po prostu spadnę z łóżka zamiast wstać, a w najbliższą środę, jakby przekornie, zaplanuje coś i tego nie zrobię. Dziś zjem obiad, ale zupełnie inny niż planowałem, bo planowanie jest pretekstem do pewnych regulacji, a od tego już tylko krok monotonii i nudy.
Znaleźć jakieś hobby? Już mam. Ale nawet czytanie powoli mnie nudzi. Co tydzień, w środę, mniej więcej o godzinie 16.30, wychodzę z domu celem odwiedzenia biblioteki. Co do godziny. A więc: regularność: systematyka: rutyna: nuda.
Popadam w paranoję? Wszędzie, we wszystkim, doszukuję się zamachu nudy na moje spokojne życie. Ale nie da się od tego uciec, nie można mieć wiecznie ciekawego i szczęśliwego życia. Nawet szczęście potrafi się znudzić. Jeszcze raz: nie popadajmy w rutynę, nie dajmy się podejść nudzie, walczmy.
Zdaję sobie sprawę, że ten post może być nużący, nieciekawy, monotonny czy nawet nudny. Ale proszę o wyrozumiałość. Chciałem się czymś zając. Nudziłem się.
Tak. Nudzę się. Ciężko mi jest się przyznać do tego przed samym sobą. Zawsze powtarzałem, że inteligentni ludzie nie mają czasu się nudzić, a ja zawsze chciałem za takiego uchodzić.
Ktoś powie, jeśli się nudzisz to popracuj nad sztuką samodoskonalenia. Problem w tym, że ja nie chcę być doskonały. Wszystko co jest doskonałe, idealne jest analogicznie pozbawione wad. Czyli nudne. Bo to wady sprawiają, że jesteśmy ciekawi. I kółko się zamyka.
Znowu ktoś powie, że się po prostu wykręcam, że ja lubię się nudzić, nic nie robić. Znowu pudło. Nie potrafię tego dobrze uzasadnić, ale nie znoszę bezczynności. Może nie tyle bezczynności co monotonii. Dlatego mimo ograniczonej liczby alternatyw spędzania czasu, nie tylko wolnego, staram się nie popadać w rutynę. Dla przykładu: jutro wstanę sobie lewą nogą, pojutrze po prostu spadnę z łóżka zamiast wstać, a w najbliższą środę, jakby przekornie, zaplanuje coś i tego nie zrobię. Dziś zjem obiad, ale zupełnie inny niż planowałem, bo planowanie jest pretekstem do pewnych regulacji, a od tego już tylko krok monotonii i nudy.
Znaleźć jakieś hobby? Już mam. Ale nawet czytanie powoli mnie nudzi. Co tydzień, w środę, mniej więcej o godzinie 16.30, wychodzę z domu celem odwiedzenia biblioteki. Co do godziny. A więc: regularność: systematyka: rutyna: nuda.
Popadam w paranoję? Wszędzie, we wszystkim, doszukuję się zamachu nudy na moje spokojne życie. Ale nie da się od tego uciec, nie można mieć wiecznie ciekawego i szczęśliwego życia. Nawet szczęście potrafi się znudzić. Jeszcze raz: nie popadajmy w rutynę, nie dajmy się podejść nudzie, walczmy.
Zdaję sobie sprawę, że ten post może być nużący, nieciekawy, monotonny czy nawet nudny. Ale proszę o wyrozumiałość. Chciałem się czymś zając. Nudziłem się.
wtorek, 12 marca 2013
Sen
Jest pierwsza w nocy. Siedzę na łóżku, jest mi trochę zimno. Czy to może dreszcze? W każdym razie czuję się nieprzyjemnie, nieswojo.
***
Spotkałem się ze znajomą w małej wsi z której pochodzą moi rodzice. Stwierdziła, że może mnie odwiedzić. Czemu nie, pomyślałem, zapraszam. Ni z gruchy, ni z pietruchy pojawił się przy niej jej ówczesny chłopak, mój kumpel, u którego drażni mnie jego przedmiotowe podejście do ludzi i śladowy, ale jednak, egocentryzm.
Znaleźliśmy się w lesie, dziwnie mi znajomym. W ogólnie pojętej atmosferze radości szliśmy przez znany mi z lat szczenięcych las, w którym nie raz i nie dwa celowo się gubiłem żeby odkryć jego tajemnice. Znałem w nim każde drzewo, każdy krzaczek. Mimo że oni nie byli w nim ani razu, sprawiali wrażenie jakby się orientowali tam równie dobrze co ja.
W pewnym momencie przybłąkały się do nas dwa, spore bezpańskie psy. Nie wyglądały groźnie, mimo to miałem przeczucie, że te kły bez problemu przegryzły by mnie na pół. Znajoma stwierdziła że są słodkie i nie słuchając sprzeciwów moich i jej chłopaka uczepiła je do smyczy i prowadziła przed sobą.
Po pewnym czasie, gdy minęliśmy stare kąpielisko w środku lasu, w miejscu w którym powinna się zaczynać cywilizacja las zaczął gęstnieć i przypominać z grubsza puszczę. Co nie stanęło na drodze ludziom stojącym koło dużego pociągu. Jak gdyby nigdy nic, konserwowali sobie właśnie tory (!). Pociąg stał na szczycie wysokiej i stromej skarpy, nasza trójka z merdającymi ogonami towarzyszami szła dołem. Po pewnej chwili, wokół nas zaczęły się zbiegać coraz to nowe psy, wszystkie były mniej więcej podobnych wymiarów do naszych (jej) dotychczasowych ulubieńców. Psów, czy raczej wilków, było od cholery, koleżance powoli brakowało smyczy żeby je wszystkie sobie pouczepiać. "Bo one są takie słodkie", mówiła uwijając się jak fryga. Ja z kumplem patrzyliśmy na nią z politowaniem. Widać się zdenerwowała, bo nie wiem jak ale zabraliśmy się do pomocy. Ja na kieszonkowym GPSie (!) szukałem nadbiegających psów i mówiłem z której strony będą nadbiegać a chłopak pomagał jej uczepiać nieszczęsne psy.
Nawet się nie zorientowałem, kiedy straciłem z oczu moich znajomych. Ciągle ich słyszałem, ale nie widziałem. Czułem że są blisko, wręcz bezczelnie blisko, na wyciągnięcie ręki.
Po chwili usłyszałem warczenie, krzyk, wybiegła koleżanka z pogryzioną ręką. "Dobrze jej tak, piesków się cholerze zachciało...", pomyślałem. Reszta wydarzeń działa się tak szybko, że nie wszystkie zdążyłem zarejestrować. Na ekraniku kieszonkowego urządzenia, które był dany mi zaszczyt dzierżyć w dłoni, pojawiło się coś dużego. Coś kurewsko dużego. Pędziło w stronę moich znajomych. Po chwili zobaczyłem, co to było. Wyglądało z grubsza jak byk, było wielkie, nie miało rogów, było białe z nielicznymi czarnymi plamami. Przemieszczało się przeważnie na tylnych łapach z ogromnymi kopytami, przednie opatrzone w sporych rozmiarów szablaste szpony służyły do przedzierania się przez busz i podbierania się. Koleżanka wrzasnęła żebym uciekał, sama zniknęła mi z oczu, pewnie pobiegła po chłopaka. Przez chwilę stałem nie wiedząc co robić, zrobiłem krok w ich kierunku żeby im pomóc, ale jak usłyszałem jego krzyk i dzwiek łamanych kości wpadłem w panikę i zacząłem uciekać. Wdrapywałem się na wspomnianą skarpę, co się okazało trudniejsze niż przewidywałem. Grunt osuwał się pod nogami, desperacko wdrapywałem się wszczepiając palcami i łamiąc paznokcie, przebierałem nogami jak szalony. Kiedy krzyki i inne nieprzyjemne dzięki ustały chciałem się obejrzeć za siebie. Kątem oka obejrzałem się za siebie. Widziałem to monstrum, całe umazane krwią moich przyjaciół. Patrzyło na mnie swoimi małymi oczkami. Może to trochę dziwne, ale miałem niepokojące wrażenie, że jak mnie zabije, to nic się nie stanie, ja ożyję i cała nasza trójka wróci na wieś i wypije po piwie. Jednak perspektywa umierania w męczarniach nie wydawała się specjalnie kusząca. Gdzieś za potworem słyszałem szept koleżanki, coś jak by błaganie o pomoc. Jednak kiedy to bydle zaczęło się za mną z przerażającą zręcznością i szybkością wdrapywać na strome zbocze, nie czekałem chwili, tylko uciekłem do pociągu zostawiając ją na pastwę losu. Dlaczego tylko ją? Bo wiedziałem, że on już dawno nie żył.
Obudziłem się.
***
Zawsze byłem święcie przekonany, że jak przyjaciele będą w potrzebie to ich nie zostawię. A tu, proszę. Jeden senny koszmar, wystarczył jeden, żeby podważyć moje dotychczasowe przekonania. I to na tyle, że jestem skłonny uwierzyć, że moja podświadomość się nie myli. Użyła bardzo prostego i niepodważalnego argumentu: zwierzęcego instynktu przetrwania.
Przepraszam.
sobota, 9 marca 2013
Inferno
Czym jest piekło? Pominąwszy to, że jest karą? Gdzie się znajduje, czy jest inny sposób by tam trafić (wzorem Dantego który zrobił sobie w te okolice wycieczkę)?
Kiedyś słyszałem, że wyobrażenie piekła wzięło swoje początki z pewnej pustynnej doliny w której, ze względu na dość wysoką temperaturę, często widziano płomienie (może to zjawisko miało coś wspólnego z fatamorganą). Więc jakoś się tak przyjęło, że są to Bramy Piekielne.
Czy jest sens w obawie przed wiecznym potępieniem? Jak będziemy odczuwać ból i cierpienie będąc pozbawionym naszej cielesności? Mam taką historyjkę na tą okazję, pozwalającą zobrazować jak by to mogło, czysto teoretycznie, wyglądać:
Na potrzeby eksperymentu załóżmy, że boimy się wilków. Albo lepiej, tak zwanych potworów spod łóżka. Kładziemy się spać, w swoim wygodnym, kochanym wyrku. Nie spodziewając się niczego, spokojnie zasypiamy. Nachodzi nas jednak koszmar. Spod łóżka wychodzą wszelkiej maści potwory, szkarady i tym podobne. Rzucają się na nasze bezbronne, niczym nie osłonięte ciało. Schowanie się od kołdrę nic nie dało. Czujemy jak nas rozrywają na drobne kawałki, z wyrafinowaną wręcz brutalnością, wyraźnie czerpiąc przyjemność z naszego bólu i strachu. Budzimy się, cali zlani potem. Macamy się po ciele sprawdzając, czy wszystkie członki są na swoim miejscu. Rozglądamy się po pokoju, zaglądamy pod łóżko. Wszystko w porządku. Nagle, potwory wyskakują spod łóżka, dokonując niemałej masakry. Znowu się budzimy. Teraz nawet nie wiemy, czy to sen czy rzeczywistość, powoli nam odbija...
I tak w kółko.
Czyli się da. Ale dalej nie wiemy, co to ma na celu. Dostosowując się do wszystkim znanego zakładu Pascala, można przyjąć, że piekło, Bóg, życie w raju i te sprawy istnieją i żyć jak nam nakazano. Z tym że, według spirytystów miłosierny Bóg nie mógłby postąpić względem ludzi w tak bezwzględny, wręcz brutalny sposób ustanawiając karą za nieposłuszeństwo życie w wiecznych męczarniach.
Ale mniejsza z tym, znowu schodzę z tematu.
Spróbujmy teraz ugryźć z zupełnie innej strony. Myślę, że każdy słyszał o takim związku frazeologicznym jak "piekło dnia codziennego". Kiedy wstajemy rano i zdajemy sobie sprawę z tego, że właściwie niepotrzebnie to zrobiliśmy. Zero motywacji do życia, do którego przekornie się jednak przywiązaliśmy. Mając nadzieję, że gorzej już być nie może, z dnia na dzień doświadczamy jakże bolesnego rozczarowania. Kiedy słyszymy, że to co robimy i to co kochamy robić jest uważane przez ludzi za marnowanie czasu, nie tylko swojego, ale i ich. Wszyscy mają nas dość, życzą nam jak najgorzej i to wcale nie z powodu przejaskrawionej, polskiej zawiści. Po prostu, dla zasady. Chcą nas posłać do piekła, nie mając świadomości, że zrobili to już bardzo dawno temu... Gdzie życie, wbrew swojemu przeznaczeniu nie jest nagrodą, tylko karą. Istne piekło.
Wiecie co mam na myśli, nie? No właśnie, ja też nie.
Kiedyś słyszałem, że wyobrażenie piekła wzięło swoje początki z pewnej pustynnej doliny w której, ze względu na dość wysoką temperaturę, często widziano płomienie (może to zjawisko miało coś wspólnego z fatamorganą). Więc jakoś się tak przyjęło, że są to Bramy Piekielne.
Czy jest sens w obawie przed wiecznym potępieniem? Jak będziemy odczuwać ból i cierpienie będąc pozbawionym naszej cielesności? Mam taką historyjkę na tą okazję, pozwalającą zobrazować jak by to mogło, czysto teoretycznie, wyglądać:
Na potrzeby eksperymentu załóżmy, że boimy się wilków. Albo lepiej, tak zwanych potworów spod łóżka. Kładziemy się spać, w swoim wygodnym, kochanym wyrku. Nie spodziewając się niczego, spokojnie zasypiamy. Nachodzi nas jednak koszmar. Spod łóżka wychodzą wszelkiej maści potwory, szkarady i tym podobne. Rzucają się na nasze bezbronne, niczym nie osłonięte ciało. Schowanie się od kołdrę nic nie dało. Czujemy jak nas rozrywają na drobne kawałki, z wyrafinowaną wręcz brutalnością, wyraźnie czerpiąc przyjemność z naszego bólu i strachu. Budzimy się, cali zlani potem. Macamy się po ciele sprawdzając, czy wszystkie członki są na swoim miejscu. Rozglądamy się po pokoju, zaglądamy pod łóżko. Wszystko w porządku. Nagle, potwory wyskakują spod łóżka, dokonując niemałej masakry. Znowu się budzimy. Teraz nawet nie wiemy, czy to sen czy rzeczywistość, powoli nam odbija...
I tak w kółko.
Czyli się da. Ale dalej nie wiemy, co to ma na celu. Dostosowując się do wszystkim znanego zakładu Pascala, można przyjąć, że piekło, Bóg, życie w raju i te sprawy istnieją i żyć jak nam nakazano. Z tym że, według spirytystów miłosierny Bóg nie mógłby postąpić względem ludzi w tak bezwzględny, wręcz brutalny sposób ustanawiając karą za nieposłuszeństwo życie w wiecznych męczarniach.
Ale mniejsza z tym, znowu schodzę z tematu.
Spróbujmy teraz ugryźć z zupełnie innej strony. Myślę, że każdy słyszał o takim związku frazeologicznym jak "piekło dnia codziennego". Kiedy wstajemy rano i zdajemy sobie sprawę z tego, że właściwie niepotrzebnie to zrobiliśmy. Zero motywacji do życia, do którego przekornie się jednak przywiązaliśmy. Mając nadzieję, że gorzej już być nie może, z dnia na dzień doświadczamy jakże bolesnego rozczarowania. Kiedy słyszymy, że to co robimy i to co kochamy robić jest uważane przez ludzi za marnowanie czasu, nie tylko swojego, ale i ich. Wszyscy mają nas dość, życzą nam jak najgorzej i to wcale nie z powodu przejaskrawionej, polskiej zawiści. Po prostu, dla zasady. Chcą nas posłać do piekła, nie mając świadomości, że zrobili to już bardzo dawno temu... Gdzie życie, wbrew swojemu przeznaczeniu nie jest nagrodą, tylko karą. Istne piekło.
Wiecie co mam na myśli, nie? No właśnie, ja też nie.
***
Wszędzie ogień, jak okiem sięgnąć. Słychać płacz, krzyki, zawodzenie. Ludzie już wiedzą, nie ma nadziei. Nadzieja odeszła razem z nimi. Kotłują się bezbronni w pomieszczeniu, którego przeznaczenie nie jest nikomu znane. Temperatura jest tak wysoka, że dochodzi do samozapalenia ciał. Czuć swąd palonej skóry, której całe płaty wcześniej opadły na posadzkę. Mimo to, nikt nie umarł. I nie wydaje się, żeby to miało się zmienić.
To?... Wizja Piekła. Tak to sobie wymarzyłem.
poniedziałek, 4 marca 2013
Rzecz o strachu
Strach. Wszyscy wiemy czym jest, jednak nie do końca potrafimy to wytłumaczyć innym. Dlatego z całą odpowiedzialnością, powołując się na przykłady, wezmę ten problem na moje wątłe barki i spróbuję rzecz przedstawić po ludzku.
Jak zwykle, posiłkując się "Słownikiem języka polskiego PWN": Strach - uczucie ogarniające kogoś wobec niebezpieczeństwa, trwoga, lęk, przerażenie.
Ludzie boją się rzeczy, których nie znają.
Strach jest nam potrzebny, jest danym nam przez Matkę Naturę systemem wczesnego ostrzegania i wstępnej obrony (ucieczki). Ale ostatnimi czasy, wraz ze wzrostem świadomości że nie wszystko na świecie jest takie straszne jak sądziliśmy, i że wszystkie nasze lęki da się naukowo wytłumaczyć, mało tego, także zwalczać, niektórzy zaczęli na siłę szukać zastępstwa dla naturalnego i zdrowego strachu. Najgorsze jest to, że znaleźli. Co mam na myśli: wbrew pozorom nie mówię tu o ludziach poszukujących mocnych wrażeń czy też zastrzyku adrenaliny robiąc głupie (przyjść na wiec neonazistów głosząc hasło o równości i miłości), niebezpieczne (skydiving, przejście po linie nad Niagarą...), czy wręcz karkołomne (krzyknąć w na dworcu kolejowym w Katowicach, że jest się z Sosnowca, i że jest się dumnym z bycia Ślązakiem) rzeczy, bo to też czasem może wyjść na zdrowie, w końcu nie od dziś wiadomo, że dobrze jest sobie od czasu do czasu fundnąć sobie takiego kopa mocnych wrażeń.
Jakiś czas temu oglądałem program w telewizji pod tytułem "Extremalne fobie zwierzęce" (czy jakoś tak). Byłem, w pewnym sensie zniesmaczony, jakich rzeczy mogą bać się ludzie. Ale po chwili przestałem się dziwić, to był amerykański program...
Ale do rzeczy: jak można bać się gołębi? I to z tak prozaicznego i jednocześnie głupiego powodu, jak atak kaczki w parku? Co ma piernik do wiatraka?
Normalni ludzie (nieamerykanie) też się boją przeróżnych rzeczy, czasem bardziej, a czasem mniej dziwnych.
Pozwolę sobie przeanalizować kilka z nich:
Może (raczej na pewno, jak z resztą zwykle) przesadzam, jednak mimowolnie zaczynam się o siebie bać...
Jak zwykle, posiłkując się "Słownikiem języka polskiego PWN": Strach - uczucie ogarniające kogoś wobec niebezpieczeństwa, trwoga, lęk, przerażenie.
Ludzie boją się rzeczy, których nie znają.
Strach jest nam potrzebny, jest danym nam przez Matkę Naturę systemem wczesnego ostrzegania i wstępnej obrony (ucieczki). Ale ostatnimi czasy, wraz ze wzrostem świadomości że nie wszystko na świecie jest takie straszne jak sądziliśmy, i że wszystkie nasze lęki da się naukowo wytłumaczyć, mało tego, także zwalczać, niektórzy zaczęli na siłę szukać zastępstwa dla naturalnego i zdrowego strachu. Najgorsze jest to, że znaleźli. Co mam na myśli: wbrew pozorom nie mówię tu o ludziach poszukujących mocnych wrażeń czy też zastrzyku adrenaliny robiąc głupie (przyjść na wiec neonazistów głosząc hasło o równości i miłości), niebezpieczne (skydiving, przejście po linie nad Niagarą...), czy wręcz karkołomne (krzyknąć w na dworcu kolejowym w Katowicach, że jest się z Sosnowca, i że jest się dumnym z bycia Ślązakiem) rzeczy, bo to też czasem może wyjść na zdrowie, w końcu nie od dziś wiadomo, że dobrze jest sobie od czasu do czasu fundnąć sobie takiego kopa mocnych wrażeń.
Jakiś czas temu oglądałem program w telewizji pod tytułem "Extremalne fobie zwierzęce" (czy jakoś tak). Byłem, w pewnym sensie zniesmaczony, jakich rzeczy mogą bać się ludzie. Ale po chwili przestałem się dziwić, to był amerykański program...
Ale do rzeczy: jak można bać się gołębi? I to z tak prozaicznego i jednocześnie głupiego powodu, jak atak kaczki w parku? Co ma piernik do wiatraka?
Normalni ludzie (nieamerykanie) też się boją przeróżnych rzeczy, czasem bardziej, a czasem mniej dziwnych.
Pozwolę sobie przeanalizować kilka z nich:
- Lęk przed śmiercią - Najpowszechniejszy. Jak mówiłem wcześniej, ludzie boją się tego czego nie znają, a z zaświatów nikt jeszcze nie wrócił żeby nam powiedzieć czy to boli, kłuje czy łaskocze. Osobiście strach przed śmiercią uważam za bezpodstawny i trochę głupi. Śmierć i tak po nas przyjdzie, nie mamy na to najmniejszego wpływu. Taka jest kolej rzeczy.
- Cisza - Dla mnie, miłującego ten stan rzeczy, taki lęk jest dziwny. Uwielbiam przebywać w ciszy, która w naszej cywilizacji powoli umiera śmiercią naturalną. Co ciekawsze, osobą która mi powiedziała o tymże lęku, był ksiądz. Dlaczego bał się ciszy? Bo podczas ciszy wyczuwa niepewność, czuje się nieswojo. Zatem ksiądz nie tyle bał się ciszy, co jej następstw.
- Samotność - to mój osobisty lęk. Boję sie, że do usranej śmierci będę sam. Źle, nie tyle sam, co odizolowany. Osamotniony. Może nawet porzucony. Wiele razy słyszałem od ludzi od których tego nigdy nie powinienem usłyszeć: "Jesteś nic nie warty, więc nikomu nie potrzebny".
- Klaustrofobia - chyba każdy o tym słyszał. Te wrażenie napierających na nas ścian, że się udusimy, zostaniemy zmiażdżeni...
- Ciemność - Trochę dziecinny lęk, moja siostra boi się ciemności. Tak jak wspominałem na początku, boimy się tego, czego nie znamy, nie widzimy. A trudno zobaczyć coś co ukrywa się w ciemności...
- Strach przed... strachem - to chyba najciekawsze z czym przyszło mi się zetknąć. Najdziwniejsze, trochę komiczne i jednocześnie budzące mój podziw zjawisko.
Może (raczej na pewno, jak z resztą zwykle) przesadzam, jednak mimowolnie zaczynam się o siebie bać...
Subskrybuj:
Posty (Atom)