Są święta. Rzeczą wiadomą jest, że w tymże okresie idzie się całą rodziną do kościoła na mszę świętą. Mimo, że się tego nie chce robić i mimo że w tym czasie można na setki innych znacznie przyjemniejszych sposobów zmarnować swój czas.
Ja na przykład, pozmywałem naczynia, przetarłem podłogi i jeszcze znalazłem czas żeby pograć na komputerze pierwszego dnia świąt.
Natomiast następnego dnia popełniłem jeden z największych błędów mojego życia. Mianowicie poszedłem do kościoła. Nie obyło się rzecz jasna bez kolędowania. O zgrozo. Uszy to mnie bolą do teraz.
Barwa i natężenie głosu, a właściwie dźwięku wydobywającego się z krtani niepozornie wyglądającej pani ulokowanej tuż nad moim uchem obejmowała niesamowity zakres. Od dźwięków tak wysokich jak pisk zdolny do kruszenia szkła po coś wydającego z siebie rzężący dźwięk. Zupełnie jak zarzynane prosię.
Gdzieś po drodze był jeszcze basowy pomruk, ale pozwolę sobie to pominąć.
Ktoś powie: Dobrze, kolędy kolędami, starsze panie w kościele odstawmy na bok. Co z ludźmi którzy lubią śpiewać?
Niech śpiewają przed lustrem. Albo pod prysznicem. Gdziekolwiek, byle nikt nie był skazany na ich słuchanie. Człowiek tego typu zazwyczaj czuje się niesamowicie pokrzywdzony przez los tym, że nie jest (i nigdy nie będzie) drugim Luciano Pavarotti.
No dobrze, znowu odezwie się jakiś sceptyk. A co z wokalnymi talentami pijaków?
Moja odpowiedź jest prosta jak metr kabla w kieszeni, jak zwykł mawiać mój wujek. Od każdej reguły istnieją wyjątki ją potwierdzającą. Dlaczego śpiewanie po pijaku należy uznać za taki wyjątek? Otóż ludzie pod wpływem alkoholu robią różne głupich rzeczy, których na trzeźwo by nie zrobili. Być może doskonale wiedzą o co mi chodzi w tym momencie i całym sercem stoją za mną murem. A przynajmniej kiedy są trzeźwi.
O wszystkim i o niczym. O tym co mnie wkurza, drażni, bawi, śmieszy, zastanawia. O moich przemyśleniach i innych różnych pierdołach. O mnie.
sobota, 28 grudnia 2013
czwartek, 12 grudnia 2013
Kolejny niepokojący sen
Wstałem rano, i półprzytomny od razu zapisałem na pierwszym lepszym kawałku papieru tym co wpadło mi w ręce. Mój sen.
Zostałem zesłany z powrotem na ziemię, jako kara za nieprawidłowe życie i pozaprogramowe przedwczesne jego zakończenie (czego nie byłem świadomy). Wyglądałem mniej więcej jak współczesne wyobrażenie śmierci, z kilkoma drobnymi szczegółami: Z otworów w czaszce wydostawały się języki ognia, ubrany byłem w długi skórzany płaszcz z kapturem, na nogach miałem wysokie buty za kolana zapinane na klamry. W rękach trzymałem wielką kosę, której ostrze jaśniało niezwykłą poświatą. Wokół mnie roztaczała się dziwna, lodowata aura, niepozwalająca moim ofiarom uciekać. Ale nie było takiej potrzeby, byłem najszybszy wśród Wyklętych. Tak, było nas więcej.
Na czym polegała kara? I tu zaczyna się robić dziwnie. Miałem zabijać ludzi, żeby móc dalej przeżyć. Za każdego człowieka dostawałem kolejne 7 sekund życia...
Zastanawiałem się czemu moim orężem jest właśnie kosa. Ktoś mi powiedział że to jest odniesienie do sposobu w jaki nieplanowo zakończyłem własną właściwą ziemską egzystencję. Co?! To znaczy że popełniłem samobójstwo? Tak, powiedział mi ktoś inny. Poderżnąłeś sobie gardło kosą właśnie.
"No ładnie. Pewnie chciałem się wymigać od sianokosów albo czegoś w tym stylu. W sumie to by do mnie pasowało", pomyślałem.
Nie pojmowałem tej kary, biorąca pod uwagę że jestem człowiekiem o dziwnych zamiłowaniach do ostrych przedmiotów i ogólnie pojętej broni białej.
Z niepokojem muszę stwierdzić, że na początku nawet mnie to bawiło. Mimo wszystko nie wpadłem w szał zabijania, zachowałem odrobinę zdrowego rozsądku niepozwalającego mi między innymi zbliżać się do kobiet w ciąży.
Zacząłem rozumieć sens kary dopiero po uzyskaniu kolejnej minuty życia...
Wśród otaczających mnie ludzi byli moi krewni, ci dalsi i ci bliżsi. A ja nie wszystkich zdążyłem zauważyć. Ale znalazłem na to sposób: zamiast zabijać dla przedłużenia własnego życia, bezboleśnie zabierałem część życia "ofiary". Oczywiście przelicznik był podobny jak w przypadku zabijanie: za każdy skradziony rok życia otrzymywałem w przybliżeniu 1,5 sekundy. "Ale jaki był tego sens, nie widzę większej różnicy" powie jakiś sceptyk. Otóż różnica była i to znaczna. Skradzione w ten sposób życie mogło wrócić do swojej pierwotnej... objętości. Ale to już zależało tylko i wyłącznie od mojej ofiary. Postępując w zgodzie z sumieniem i moralnością mogli sprawić, że skradzione życie do nich wracało.
Kiedy to zrozumiałem, z otoczenia w którym znajdowały się moje ofiary zniknęli członkowie mojej rodziny, a pojawili się ludzie którzy potrzebowali swoistego naprowadzenia na właściwe tory. A ja im miałem w tym pomóc. Tylko czy oni moją pomoc przyjmą? Za tak wysoką cenę?
Migawka, kolejna faza snu. Tym razem jestem czymś w rodzaju policjanta. Zostałem wyznaczony do grupy mnie podobnych, której celem jest pacyfikacja grupy ludzi, która ponoć zakłóca porządek i szkodzi szeroko pojętemu dobry ogólnemu. Zostałem wyposażony w jakiś pistolet, półautomat z pociskami zapalającymi i dziwne coś... Ni to karabin, ni to strzelba... w każdym razie miało bębenek na amunicję jak w rewolwerze, na 10 naboi dużego kalibru. Niepokojąco dużego kalibru. Amunicja grzybkująca rozwiała wszelkie moje wątpliwości. Padł rozkaz otwarcia ognia. Wydawał się głupi, nieuzasadniony i okrutny. Ci ludzie tylko stali i rozmawiali ze sobą.
Zanim padł huk wystrzałów zdążyłem tylko krzyknąć w próbie ostrzeżenia tych ludzi.
Korzystając z zamieszania szybko odłączyłem się od mojej grupy, zyskując zapewne szczytne miano dezertera, ale nie dbałem o to. Pomóc jak największej liczbie ludzi, tylko o tym myślałem...
Udało mi się uratować grupkę pięciu osób. Z około dwutysięcznej grupy.
Stojąc na przeciw plutonu egzekucyjnego usłyszałem pytanie: "Ostatnie słowo?"
Uśmiechnąłem się, złożyłem palce prawej dłoni w kształt pistoletu, wycelowałem przed siebie i powiedziałem "Ba-bach".
Zostałem zesłany z powrotem na ziemię, jako kara za nieprawidłowe życie i pozaprogramowe przedwczesne jego zakończenie (czego nie byłem świadomy). Wyglądałem mniej więcej jak współczesne wyobrażenie śmierci, z kilkoma drobnymi szczegółami: Z otworów w czaszce wydostawały się języki ognia, ubrany byłem w długi skórzany płaszcz z kapturem, na nogach miałem wysokie buty za kolana zapinane na klamry. W rękach trzymałem wielką kosę, której ostrze jaśniało niezwykłą poświatą. Wokół mnie roztaczała się dziwna, lodowata aura, niepozwalająca moim ofiarom uciekać. Ale nie było takiej potrzeby, byłem najszybszy wśród Wyklętych. Tak, było nas więcej.
Na czym polegała kara? I tu zaczyna się robić dziwnie. Miałem zabijać ludzi, żeby móc dalej przeżyć. Za każdego człowieka dostawałem kolejne 7 sekund życia...
Zastanawiałem się czemu moim orężem jest właśnie kosa. Ktoś mi powiedział że to jest odniesienie do sposobu w jaki nieplanowo zakończyłem własną właściwą ziemską egzystencję. Co?! To znaczy że popełniłem samobójstwo? Tak, powiedział mi ktoś inny. Poderżnąłeś sobie gardło kosą właśnie.
"No ładnie. Pewnie chciałem się wymigać od sianokosów albo czegoś w tym stylu. W sumie to by do mnie pasowało", pomyślałem.
Nie pojmowałem tej kary, biorąca pod uwagę że jestem człowiekiem o dziwnych zamiłowaniach do ostrych przedmiotów i ogólnie pojętej broni białej.
Z niepokojem muszę stwierdzić, że na początku nawet mnie to bawiło. Mimo wszystko nie wpadłem w szał zabijania, zachowałem odrobinę zdrowego rozsądku niepozwalającego mi między innymi zbliżać się do kobiet w ciąży.
Zacząłem rozumieć sens kary dopiero po uzyskaniu kolejnej minuty życia...
Wśród otaczających mnie ludzi byli moi krewni, ci dalsi i ci bliżsi. A ja nie wszystkich zdążyłem zauważyć. Ale znalazłem na to sposób: zamiast zabijać dla przedłużenia własnego życia, bezboleśnie zabierałem część życia "ofiary". Oczywiście przelicznik był podobny jak w przypadku zabijanie: za każdy skradziony rok życia otrzymywałem w przybliżeniu 1,5 sekundy. "Ale jaki był tego sens, nie widzę większej różnicy" powie jakiś sceptyk. Otóż różnica była i to znaczna. Skradzione w ten sposób życie mogło wrócić do swojej pierwotnej... objętości. Ale to już zależało tylko i wyłącznie od mojej ofiary. Postępując w zgodzie z sumieniem i moralnością mogli sprawić, że skradzione życie do nich wracało.
Kiedy to zrozumiałem, z otoczenia w którym znajdowały się moje ofiary zniknęli członkowie mojej rodziny, a pojawili się ludzie którzy potrzebowali swoistego naprowadzenia na właściwe tory. A ja im miałem w tym pomóc. Tylko czy oni moją pomoc przyjmą? Za tak wysoką cenę?
Migawka, kolejna faza snu. Tym razem jestem czymś w rodzaju policjanta. Zostałem wyznaczony do grupy mnie podobnych, której celem jest pacyfikacja grupy ludzi, która ponoć zakłóca porządek i szkodzi szeroko pojętemu dobry ogólnemu. Zostałem wyposażony w jakiś pistolet, półautomat z pociskami zapalającymi i dziwne coś... Ni to karabin, ni to strzelba... w każdym razie miało bębenek na amunicję jak w rewolwerze, na 10 naboi dużego kalibru. Niepokojąco dużego kalibru. Amunicja grzybkująca rozwiała wszelkie moje wątpliwości. Padł rozkaz otwarcia ognia. Wydawał się głupi, nieuzasadniony i okrutny. Ci ludzie tylko stali i rozmawiali ze sobą.
Zanim padł huk wystrzałów zdążyłem tylko krzyknąć w próbie ostrzeżenia tych ludzi.
Korzystając z zamieszania szybko odłączyłem się od mojej grupy, zyskując zapewne szczytne miano dezertera, ale nie dbałem o to. Pomóc jak największej liczbie ludzi, tylko o tym myślałem...
Udało mi się uratować grupkę pięciu osób. Z około dwutysięcznej grupy.
Stojąc na przeciw plutonu egzekucyjnego usłyszałem pytanie: "Ostatnie słowo?"
Uśmiechnąłem się, złożyłem palce prawej dłoni w kształt pistoletu, wycelowałem przed siebie i powiedziałem "Ba-bach".
piątek, 6 grudnia 2013
Maraton? A może sprint?
Zanim się budzę, jeszcze będąc w stanie półsnu, docierają do mnie suche dowcipy ojca mojego gospodarza: - Jaki jest najlepszy środek na łysinę? Środek głowy... Jakie należy podjąć kroki w zetknięciu ze wściekłym psem? Jak najszybsze...
Tak. Wczoraj pozwoliłem sobie ździebko wypić. Nie za dużo, nie za mało. A więc: obudziłem się, wstałem ubrałem, wyszykowałem... już wiem jak się czuje dziewczyna opuszczająca przygodnie poznanego faceta rano...
Budzę go, bo ktoś mi musi drzwi otworzyć. Idę sobie spacerkiem przez osiedle dawniej zamieszkane również przeze mnie. Niewiele się zmieniło.
Ależ tu ślisko... nie zdążyłem nawet pomyśleć gdy wylądowałem na moich szlachetnych czterech literach. Ale nic się strasznego nie stało, trzeba w pobliskim sklepie zakupić bilety i udać się na przystanek.
Skrócę sobie drogę, pójdę tą z pozoru nieuczęszczaną drogą.. Co do jasnej...?! Na środku jezdni stoi klatka z królikiem. Nie wygląda on na szczególnie przejętego swoim, eeee, położeniem. Idziemy dalej. Zbliżam się do przystanku autobusowego.
O łaaaa, jaka ładna dziewczyna... ciekawe czy jest tak samo inteligentna jak obdarzona przez naturę walorami estetycznymi... nie chce mi się tego sprawdzać.
Po ledwie 3 minutach czekania nadjechał upragniony autobus. Kierowca jak zwykle jechał z prędkością pozwalającą jego schizofrenicznym przyjaciołom grzybom przejść na drugą stronę jezdni. Mimo to dojechałem na czas na stację docelową.
Ładna pani o której była mowa wcześniej wyfrunęła na swoich przepiórczych skrzydłach w kierunku następnego autobusu, podczas gdy ja ze stoickim spokojem udałem się w tym samym kierunku. Nie ma pośpiechu, kierowca się spóźni nawet jeśli już stoi na przystanku... No, i jak zwykle miałem rację.
Podsumowując, podróż z osiedla znajomego na moje zajęła mi w przybliżeniu około 15 minut.
Przechodząc koło z góry ustalonego wśród moich znajomych punktu orientacyjnego zauważyłem rzecz dość niezwykłą: Na talerzyku, na którym była schludna serwetka, zostały poukładane w niesamowitym porządku kromki chleba posmarowane masłem... Należy dodać, że owym punktem orientacyjnym jest osiedlowy śmietnik.
Ale mniejsza z tym. Jeszcze lekko się zataczając wkraczam w progi mojego domu.
Nie byłem jakoś specjalnie zaskoczony widząc moją rodzicielkę. Zaskoczony byłem jej reakcją : - Jak było? Może śniadanko?
ktoś mi porwał matkę i zastąpił tym podejrzanie miłym klonem...
Odrzućmy podejrzenia na bok. Przeszedłem z mamą ciekawą i pełną wartości moralnych rozmowę. O czym była to może innym razem.
Pomoc w zmywaniu po śniadaniu, dalej w przygotowaniu obiadu i znów plany na wyjście. Wszystko idzie zgodnie z planem (oprócz zwyczajowego spóźnienia kolegi, ale zdążyłem się przyzwyczaić). Zapaliłem, zaczekałem...
Jest! Nareszcie! Jedziemy.
W planie było wyrwać koleżanki, jedną za drugą i pójść do naszego ulubionego baru. Plan się oczywiście nie udał, ale źle nie było. Czas spędziliśmy na piciu "Urodzinówki" i czystej.
Po wyjściu od znajomej odprowadziliśmy z kumplem drugą. Idąc pod rękę ratowałem nie tylko jej nadszarpnięty zmysł orientacji, ale i po części swój. Ale najważniejszy był nastrój jaki towarzyszył całemu zajściu. Od początku do samego końca.
Ktoś mnie nie znający mógłby pomyśleć po lekturze: menel, pijak. Ale pozory mylą, pamiętajcie.
Pomoc w zmywaniu po śniadaniu, dalej w przygotowaniu obiadu i znów plany na wyjście. Wszystko idzie zgodnie z planem (oprócz zwyczajowego spóźnienia kolegi, ale zdążyłem się przyzwyczaić). Zapaliłem, zaczekałem...
Jest! Nareszcie! Jedziemy.
W planie było wyrwać koleżanki, jedną za drugą i pójść do naszego ulubionego baru. Plan się oczywiście nie udał, ale źle nie było. Czas spędziliśmy na piciu "Urodzinówki" i czystej.
Po wyjściu od znajomej odprowadziliśmy z kumplem drugą. Idąc pod rękę ratowałem nie tylko jej nadszarpnięty zmysł orientacji, ale i po części swój. Ale najważniejszy był nastrój jaki towarzyszył całemu zajściu. Od początku do samego końca.
Ktoś mnie nie znający mógłby pomyśleć po lekturze: menel, pijak. Ale pozory mylą, pamiętajcie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)