sobota, 29 listopada 2014

Co mi jest?

Dużo się ostatnio działo, dawno nie pisałem. Następny post miał opisywać mój proces aklimatyzacyjny w akademiku, ale...
Kilka dni temu kilka osób zauważyło, że coś ze mną nie tak. Kiedy na przekór sobie zapewniałem, że wszystko w porządku nikt oczywiście nie wierzył i ktoś wysnuł hipotezę która zadowoliła wszystkich. Byłem trzeźwy.
Ale nie. To było coś innego. Teraz mniej więcej już wiem co.
Kiedy powoli zdawałem sobie sprawę z tego, że nie wszyscy ludzie wokół są gotowi nieść pomoc innym, że są osoby które zdają się delektować krzywdą innych lub nieświadomi wzajemnych między sobą relacji niszczą drugiego człowieka, zacząłem się wewnętrznie gotować. A kiedy dodatkowo uświadomiłem sobie, że ja również mogę się zaliczać do tej grupy ludzi wcale nie poczułem się lepiej. Ale to jeszcze nie było to. Najgorsze miało dopiero nadejść.
Kiedy w bodajże w czwartek, podczas ciężkiego powrotu do domu czułem jak na wzór wydobywającej się z krateru wulkanu materii piroklastycznej kipi ze mnie nieopisana złość, czułem jak prawie krystalizuje się pod postacią ciężkiego przedmiotu w prawej dłoni i ostrego w lewej.
Równocześnie się bałem, że jeszcze spotkam kogoś i tracąc resztki zdrowego rozsądku zrobię coś głupiego i nieodpowiedzialnego.
Resztkami silnej woli zaciskając zęby stłumiłem to w sobie na tyle żeby dojść spokojnie do celu podróży, nie szukać zaczepki w akademiku i położyć się spać.
Udało się, połowicznie. Doszedłem do pokoju, jednak czekała mnie kolejna nerwowa noc, przerywana kilkom krótkimi sennymi koszmarami. W sumie spałem może koło trzech godzin.
Mówią: masz jakiś problem, prześpij się z nim, przejdzie.
Ja natomiast mam dziwne wrażenie, że z każdą koleją nocą jest jeśli nie tak samo, to jeszcze gorzej. Powinienem wyjść do ludzi, zapomnieć lub chociaż spróbować zapomnieć o tej burzy. Zrobić uśmiechniętą minę, pokazać że wszystko w porządku i nie ma się czym przejmować. Ale chyba już nie potrafię.
Nawet rzeczy które zwykle poprawiały mi humor przestają działać.
Czy ktoś mi pomoże? Albo chociaż odważy się spróbować?

czwartek, 6 listopada 2014

Nieme wyznanie

Znowu. Chcę użyć słowa, którego boję się użyć ze względu na jego powagę i szacunek którym je darzę. To niewątpliwie Twoja wina. Nie, może raczej zasługa.
Kiedy podziw miesza się ze strachem w jedno dziwne, nieopisane i nieznane mi uczucie. Nieistotne, że widuję Cię tylko czasem na uczelni. Ukradkiem patrząc w Twoją stronę podziwiając Twoją urodę, marzę o tym, żeby nasze spojrzenia się na chwilę spotkały, jednocześnie bardzo się tego bojąc.
Nie zamieniłem z Tobą nawet słowa, choć w czasem w bezsenne noce układam scenariusze naszych rozmów, tworząc sobie w ten sposób wyidealizowany przeze mnie obraz Twojej osoby.
Co z tego, że Twoja uroda wywołuje u mnie dziwne nieopisane dreszcze, że podziwiam dosłownie każdy centymetr twojego ciała, co z tego, że śnisz mi się po nocach...
Widzę w Tobie ideał, ikonę, świętość której nie ośmieliłbym się skalać choćby dotykiem.
Ale co z tego, kiedy boję się podejść, porozmawiać, powiedzieć zwykłe "cześć", głupio pogadać o pogodzie.
Może się okazać, że żyjąc poniekąd obok siebie nigdy się nie poznamy, a ja nigdy nie powiem Ci tego, co tu napisałem.
Znowu to zrobiłem. Pod wpływem chwilowej słabości, impulsu, rozlałem się na klawiaturze tworząc to, co zaśmieca mój miejscami przegnity umysł.
No trudno.