piątek, 20 lutego 2015

Ars moriendi

Miałem tego nigdy nie pisać, nikomu o tym nie mówić i siedzieć cicho. Ale za to nie idzie się do więzienia, a ja i tak większym kryminalistą nie będę. Śmiecenie w miejscu publicznym, picie jak i również usiłowanie picia w miejscach publicznych to moje jedyne zatargi z prawem.
Pewien czas temu rozmawiałem z kolegą o tym, czym jest samobójstwo i dlaczego uważam je za najwyższą formę tchórzostwa.
Pozwolę sobie rozwinąć teraz tą myśl. Kiedy nie widząc innego wyjścia, możliwości pozbycia się nękających problemów, masz wrażenie że cały świat jest przeciwko. Uciekasz, pokazujesz że sobie z tym wszystkim nie radzisz, poddajesz się. Nie ważne, czy powodem była depresja, uraz psychiczny, beznadziejna sytuacja życiowa. Podobno nie ma sytuacji bez wyjścia.
Ale łatwo jest gadać od rzeczy siedząc wygodnie w domu, pewnie będąc w nieciekawej sytuacji momentalnie bym podjął właśnie taką decyzję.
Ale jak bym się za to zabrał? Ciekawe pytanie. Wiele razy, czysto hipotetycznie (no, może nie do końca), zastanawiałem się jak by wyglądało moje samobójstwo. Brałem pod uwagę między innymi:

  • podcięcie sobie żył - spokojna, prawie bezbolesna śmierć. 
  • strzał w głowę - tu z wykonaniem byłby problem, bo broni palnej nie dostaje się na pierwszym lepszym bazarku. Ale pewne bym sobie jakoś poradził. Podobno potrafię być zaradny w niektórych sytuacjach.
  • wbicie noża w serce - tylko i wyłącznie w jednym przypadku. Kiedy coś się zaczyna tam dziać niech tam się również skończy.
  • wysadzenie się w powietrze - to było by nawet ciekawe. Praktycznie bezbolesne, w końcu bym się porządnie rozerwał i narobił huku wokół własnej osoby
  • upozorowanie zabójstwa - zepsułbym życie komuś kogo nie lubiłem, kto mi się nie spodobał lub w jakikolwiek sposób naraził. 
Nie zapominajmy o moim faworycie, skoku z możliwie najwyższego miejsca w okolicy. I żeby jak najwięcej osób to widziało. Ktoś znowu powie, że jestem chory: co z tymi wszystkimi ludźmi którzy będę musieli oglądać moje rozchlapane na sporej powierzchni resztki? Czy nie martwi mnie ich los, przecież przeżyją z tego powodu niewątpliwą traumę.
Wiecie, jakoś niespecjalnie mnie to rusza. Aktualnie myślę więcej o innych niż o sobie, więc wydaje mi się, że po śmierci mógłbym sobie z tym dać spokój.
List do bliskich? Niee, to takie banalne. Ludzie którzy mnie naprawdę znali nie będą potrzebować wyjaśnień. Przynajmniej wychodzę z takiego założenia. Jeśli już skusiłbym się na zostawienie czegoś po sobie, to wyglądało by to mniej więcej tak:
Dnia poprzedzającego to wielkie wydarzenie zachowywałbym się jak zawsze. Uśmiechnięty, pogodny, otwarty na ludzi. Niech się później wszyscy zastanawiają co mogło mieć wpływ na podjętą przeze mnie decyzję.
Do samego końca chamski, egoistyczny i przepełniony hipokryzją.
Ale teraz tak poważnie. Ze względu na pojedyncze osoby obecne w moim życiu śmiem sądzić, że nigdy nie dopuściłbym się takiego czynu. Choć pamiętam że kiedyś poważnie się nad tym zastanawiałem. Taka chwila słabości. To właśnie w tym okresie wyewoluował u mnie pogląd, że samobójstwo jest najwyższą formą tchórzostwa.
Wracając jeszcze do sposobów zejścia (właściwie to ucieczki) z tego świata. Na pewno nigdy nie rozważałbym powieszenia się. No, chyba że na tak zwanym długim zwisie. Kiedy to śmierć nie następuje przez uduszenie a poprzez złamanie karku przez sznur.
Na zakończenie dodam: gdy ci smutno, gdy ci źle, zrób pętelkę, powieś się.

sobota, 7 lutego 2015

Nigdy więcej

Po publikacji ostatniego posta dostałem wiadomość, że jest on, łagodnie ujmując słowa, słaby. Bo zbyt pozytywny, za mało nihilistyczny. Z tego samego powodu został też pochwalony przez inne osoby, ale to już inna historia. Chciałbym z miejsca uspokoić malkontentów, ponieważ nie spodziewałem się, że tak szybko wypali się znaczna część mojego zapału i optymizmu o którym była ostatnio mowa.

***

Po kolejnym egzaminie (który wbrew pozorom był prosty, wystarczyło poprawnie odpowiedzieć na pytania) wróciłem lekko przybity do akademika. Kolega dzwoni. Jedno pytanie, jedna zaskakująca odpowiedź: Nie mam humoru na picie.
Należy tu nadmienić, że egzamin nie był jedynym czynnikiem składającym się na mój nieciekawy humor, który utrzymywał się od dobrych paru dni.
Poszedłem do innego dobrego znajomego z akademika, czułem, że nie powinienem za długo siedzieć sam w pokoju. Po krótkiej rozmowie poprawił mi się humor na tyle, żeby wrócić bezpiecznie do siebie.
Po pewnym czasie nawet zacząłem pomimo kilku niepowodzeń oceniać całokształt dnia jako stosunkowo udany. Poszedłem do sklepu, kupiłem sobie piwo i stwierdziłem że jednak spędzę trochę czasu ze znajomymi. Popiliśmy, jednak po pewnym czasie, co było do przewidzenia, stwierdziliśmy, że nam mało. Jednak nie można było rozwiązać tego problemu z powodu braków jakichkolwiek środków pieniężnych. Ja jednak wpadłem na pewien pomysł, genialny w swojej prostocie, jednak możliwy do wykonania jedynie w realiach akademika: przejdźmy po pokojach, powinniśmy uzbierać na wódkę.
Po przejściu trzech pięter mieliśmy jedną butelkę wódki (kolega z bodajże Białorusi nie miał pieniędzy, więc dał nam całą wódkę) i ilość pieniędzy wystarczającą na kolejną.
W szampańskich humorach wróciliśmy do pokoju, załatwiliśmy jakieś kieliszki i zaczęliśmy się raczyć darowanym specjałem wznosząc toast za toastem.
Znajoma wpadła na kolejny pomysł: Chodźmy na imprezę!
Tak też zrobiliśmy, pieniądze wstępnie przeznaczone na kolejną wódkę posły na piwo w klubie. Popiliśmy, potańczyliśmy, pogadaliśmy, słowem, impreza jak najbardziej udana. Po pewnym czasie zauważyłem że jeden z naszych towarzyszy sprawia wrażenie niezwykle "zmęczonego", więc powiadomiłem resztę towarzystwa że my się zbieramy do akademika.
Zaraz po wyjściu przyczepił się do nas jakiś pijany imprezowicz, nawiązał się pseudo dialog:

Pijaczek: Ej, wy to powiedzieliście?!
Ja: Nikt nic nie mówił, zdawało ci się.
P: To na pewno wy:
J: Nie chcemy żadnych problemów, daj nam spokój

Ale nie dał, lazł za nami kawałek i coś tam mamrotał w swoim, sobie tylko zrozumiałym żargonie. W końcu powiedziałem do kolegi żeby poczekał, dowiem się o co mu chodzi i wracam. Odwróciłem się celem podejścia i dowiedzenia się co go tak boli. Błąd. Byłem trochę wpity, nie zdążyłem zareagować w jakikolwiek sposób, ani przez uchylenie się ani przez wyjęcie czegoś z kieszeni do obrony. Nie wiem ile razy dostałem, ale pani w recepcji jak mnie zobaczyła to zbladła.
Sam się zdziwiłem jak się zobaczyłem w lustrze: rozcięty nos, opuchnięte oko, cała twarz we krwi. Ręka też, musiałem sobie ją zetrzeć kiedy upadałem.
Fizycznie nic mnie nie bolało, bolała mnie moja zdeptana duma.
Zawsze dostaję po pysku kiedy nie mam żadnych złych intencji, kiedy zaczepiałem takich ludzi dla sportu nigdy nic mi się nie działo. Najgorsze w zaistniałej sytuacji było to że puściły mi nerwy. Górę nade mną wzięła moja zła natura. Wziąłem kilka ciekawych rzeczy z pokoju i poszedłem z powrotem pod klub poszukać kolesia. Ludzie w akademiku na korytarzu mnie omijali szerokim łukiem, ktoś zapytał czy mam papierosa. Wystarczyło że popatrzył mi w oczy.
Cały się trząsłem ze złości, czułem, że jak go ponownie spotkam to będzie miało miejsce coś naprawdę złego.
Na szczęście dla mnie i dla owego człowieka, nie spotkałem go. Jeszcze bardziej zdenerwowany wróciłem do akademika. Poszedłem do kolegi którego wcześniej odprowadziłem. Kiedy minęła złość, przyszedł strach. Wiedziałem, że jak bym spotkał wtedy tego kolesia, to co najmniej jedna osoba wylądowała by w szpitalu. Przestraszyłem się swojego wybuchu, jeszcze nigdy w życiu nie byłem taki zły.
Zdaję sobie sprawę z tego, że niektórzy ludzie się mnie boją. Do ostatniego incydentu się im dziwiłem. Nie jest mnie łatwo przestraszyć, niewielu rzeczy się boję.
Wróć. Bałem. Teraz już wiem, czego się boję. Mam z tym do czynienia codziennie. Dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Siedzi we mnie i nie wiadomo kiedy znów wyjdzie na wierzch. Nie mogę do tego znów dopuścić. Nigdy.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Jakoś to będzie


Musi być. Jak nigdy jestem pełen optymizmu. Pierwszy raz tego roku. Na studiach idzie mi zaskakująco dobrze. Pomimo początkowych problemów i komplikacji, przy pomocy mojej zdolności do negocjacji, jak i częściowo dzięki szczęściu i litości wykładowców nad moją osobą, wyszedłem na prosto nadrabiając zaległości których ostatnimi czasy skumulowało mi się w życiu na wzór cholesterolu w żyłach człowieka chorego na miażdżycę.
Mimo, że moje przewidywania odnośnie moich ocen minęły się trochę z oczekiwaniami jestem z siebie zadowolony.
Nawet jeśli nie wszystkie z zaplanowanych na najbliższe miesiące cele zostaną osiągnięte, mam sprawiające niemałą satysfakcję przeczucie, że niewiele rzeczy będzie w stanie wykoleić mnie z torów po których pędzę jak rozpędzony parowóz do celu.
No dobra, aż tak różowo nie jest. Dalej miejscami jestem opryskliwy, ale moje otoczenie już zdążyło to zaakceptować jako moją wrodzoną cechę charakteru. Co najzabawniejsze, zrobiło to jeszcze przede mną. Myślę, że można uznać to za kolejny argument przemawiający za tym, że optymizm jest tu jak najbardziej na miejscu.
Na zakończenie, chciałbym się ze wszystkimi podzielić piosenką, która mnie prześladuje od kilku dni. Jakkolwiek nie przepadam za utworami o podobnej treści, ta na prawdę jest świetna i wywołuje uśmiech na mojej twarzy.