Pewien czas temu rozmawiałem z kolegą o tym, czym jest samobójstwo i dlaczego uważam je za najwyższą formę tchórzostwa.
Pozwolę sobie rozwinąć teraz tą myśl. Kiedy nie widząc innego wyjścia, możliwości pozbycia się nękających problemów, masz wrażenie że cały świat jest przeciwko. Uciekasz, pokazujesz że sobie z tym wszystkim nie radzisz, poddajesz się. Nie ważne, czy powodem była depresja, uraz psychiczny, beznadziejna sytuacja życiowa. Podobno nie ma sytuacji bez wyjścia.
Ale łatwo jest gadać od rzeczy siedząc wygodnie w domu, pewnie będąc w nieciekawej sytuacji momentalnie bym podjął właśnie taką decyzję.
Ale jak bym się za to zabrał? Ciekawe pytanie. Wiele razy, czysto hipotetycznie (no, może nie do końca), zastanawiałem się jak by wyglądało moje samobójstwo. Brałem pod uwagę między innymi:
- podcięcie sobie żył - spokojna, prawie bezbolesna śmierć.
- strzał w głowę - tu z wykonaniem byłby problem, bo broni palnej nie dostaje się na pierwszym lepszym bazarku. Ale pewne bym sobie jakoś poradził. Podobno potrafię być zaradny w niektórych sytuacjach.
- wbicie noża w serce - tylko i wyłącznie w jednym przypadku. Kiedy coś się zaczyna tam dziać niech tam się również skończy.
- wysadzenie się w powietrze - to było by nawet ciekawe. Praktycznie bezbolesne, w końcu bym się porządnie rozerwał i narobił huku wokół własnej osoby
- upozorowanie zabójstwa - zepsułbym życie komuś kogo nie lubiłem, kto mi się nie spodobał lub w jakikolwiek sposób naraził.
Wiecie, jakoś niespecjalnie mnie to rusza. Aktualnie myślę więcej o innych niż o sobie, więc wydaje mi się, że po śmierci mógłbym sobie z tym dać spokój.
List do bliskich? Niee, to takie banalne. Ludzie którzy mnie naprawdę znali nie będą potrzebować wyjaśnień. Przynajmniej wychodzę z takiego założenia. Jeśli już skusiłbym się na zostawienie czegoś po sobie, to wyglądało by to mniej więcej tak:
Dnia poprzedzającego to wielkie wydarzenie zachowywałbym się jak zawsze. Uśmiechnięty, pogodny, otwarty na ludzi. Niech się później wszyscy zastanawiają co mogło mieć wpływ na podjętą przeze mnie decyzję.
Do samego końca chamski, egoistyczny i przepełniony hipokryzją.
Ale teraz tak poważnie. Ze względu na pojedyncze osoby obecne w moim życiu śmiem sądzić, że nigdy nie dopuściłbym się takiego czynu. Choć pamiętam że kiedyś poważnie się nad tym zastanawiałem. Taka chwila słabości. To właśnie w tym okresie wyewoluował u mnie pogląd, że samobójstwo jest najwyższą formą tchórzostwa.
Wracając jeszcze do sposobów zejścia (właściwie to ucieczki) z tego świata. Na pewno nigdy nie rozważałbym powieszenia się. No, chyba że na tak zwanym długim zwisie. Kiedy to śmierć nie następuje przez uduszenie a poprzez złamanie karku przez sznur.
Na zakończenie dodam: gdy ci smutno, gdy ci źle, zrób pętelkę, powieś się.
