niedziela, 26 listopada 2017

Dwubiegunowy

Siedzę sobie gapiąc się jak kretyn przez okno w mieszkaniu mojej rodzicielki. Nie żeby widok był jakoś specjalnie fascynujący, po prostu kolejny familok zasłaniający praktycznie wszystko co mogło by się wydawać warte podziwiania z okna bloku na przykopalnianym osiedlu.
Po prostu mam dziwny humor. Od dłuższego czasu, o ile się nie mylę ponad tydzień. Rzadziej się uśmiecham, szczególnie w domu. Niczym nieuzasadnione huśtawki nastrojów (choć część znajomych twierdzi inaczej) ładnie komponują się z przeciągłymi bólami pleców i mięśni.
Za każdym razem, kiedy zmęczony po całym dniu kładłem się spać z nadzieją, że rano wszystko mi przejdzie, poranne bóle skutecznie sprowadzały mnie z krainy fantazji z powrotem na ziemię silnym uderzeniem o podłogę.
Podobno to stres. Możliwe. Tylko czym by był spowodowany? Domyślam się. Ale Jej tego na pewno nie powiem. Na razie.

***

Od tamtego czasu minęło wcale nie mało czasu. Dobre kilka tygodni. Zdecydowałem się skończyć ten wpis, bo mam dzisiaj humor, który śmiało może zrównoważyć ostatnie dziwne zachowania. Było kilka dziwnych sytuacji, niektórych się wstydzę, a niektórych nie.
Tak jak wcześniej, nie będę tu roztrząsał, co mi tak skutecznie, wręcz niezawodnie niszczyło chęć egzystencji w trzeźwym świecie.
Ale teraz jest zupełnie inaczej. Jestem szczęśliwy, czuję się wyśmienicie (pomimo niezmienionego faktu męczącego mnie bólu, do którego dołączył nowy), mam siłę żeby w tym tygodniu stanąć na przeciw czekających mnie wyzwań, jakiekolwiek by one nie były.
Z nowości, w końcu udało mi się sprecyzować temat mojej pracy licencjackiej, myślę, że to właśnie ten problem, z którym (jakby nie patrzeć) męczyłem się od ponad roku bez żadnych widocznych skutków.
Chciałbym w tym miejscu napisać coś więcej, móc przekazać innym moją pozytywną energię, ale jakoś nie mam pomysłu na to, jak tego dokonać. Dlatego w tym miejscu będę kończył, pozostawiając (z nieukrywaną satysfakcją) kilka pytań bez odpowiedzi. A teraz, panie i panowie, idę się dalej cieszyć moim bajecznie dobrym humorem. Oby ten wieczór dla wszystkich był taki dobry. Ciao!

czwartek, 17 sierpnia 2017

Fuksiarz

Znowu dawno niczego kreatywnego nie stworzyłem. I nie chodzi tu tylko o wpisy na moim śmietniczku myśli. Ale i tak jest zaje*%$cie. Wypocę teraz w kilku słowach co mnie ostatnio spotkało i dlaczego mnie to teraz tak napełnia pozytywami.
Zostałem wydalony z akademika. Oficjalny powód? Spożywanie alkoholu na terenie akademika i ściąganie do pokoju "podejrzanych" ludzi. Cóż, nie powiem, że jestem bez winy, ani że jestem ofiarą bezlitosnego aparatu administracyjnego. W stu procentach zasłużyłem na los który mnie spotkał sprowadzając mnie do realnego życia jak rozpędzony pośpieszny sprowadza kolejne dusze samobójców w zaświaty. Denerwowało mnie tylko bezlitosne wypominanie mi tego przez znajomych na każdym kroku, którzy niby to w dobrej wierze jeszcze mi wytykali i wypominali moje błędy życiowe wbijając w ten sposób kolejne szpile bolesnych uwag w moją skołotaną psychikę. Bo skończyłem praktycznie bez dachu nad głową z wiszącą nade mną groźbą zapowiadającą, że ten stan się nie zmieni przez długi czas. Pomógł mi pewien miejscowy kloszard udzielając mi schronienia w swoim mieszkaniu. W tym miejscu chciałbym go z całego serca pozdrowić i życzyć mu szczęścia. Ale do rzeczy.
Żeby się wyzerować, uspokoić i odpocząć od realnego życia wybrałem się z grupką znajomych na jeden z bardziej (o ile nie najbardziej) znanych festiwali na terenie naszego kraju. Oczywiście wybraliśmy się na miejsce jedynym słuszny środkiem transportu, pociągiem.
Podczas integracyjnego spożywania alkoholu z pozostałymi festiwalowiczami zapodział się gdzieś nie tylko mój bagaż, ale też hamulec powstrzymujący mnie przed doprowadzeniem do stanu kompletnej nieużyteczności. W poszukiwaniu swoich tobołków udałem się więc w pełną wzlotów i upadków pasjonującą i pełną przygód podróż po pociągu. Bagaż znalazłem, zgubiłem za to towarzyszy podróży. Więc powtórka z rozrywki. Po kilku takich kursach stałem się podobno jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci w pociągu. Kiedy już udało mi się wszystko ogarnąć, znaleźć bagaż, kumpli, postanowiłem najzwyczajniej się przejść. W pewnym momencie jakaś nieznana prawom fizyki siła rzuciła mną w kierunku dolno-prawym w okolice jakiejś dziewczyny. Łatwo się domyślić, że nie była jakoś specjalnie zachwycona moją obecnością, nie mniej zacisnęła zęby i zniosła moją obecność jak prawdziwy mężczyzna. Podobno się opłaciło. Po fatalnym pierwszym wrażeniu moja postać zaczynała powoli nadrabiać ujemnie punkty między innymi zdolnością składania origami, co w moim ówczesnym stanie było nie lada wyzwaniem, biorąc dodatkowo pod uwagę poziom skomplikowania figurki...
Krótka migawka i w końcu, jakimś cudem dotarliśmy na miejsce. Rozbiliśmy namioty i zaczęliśmy się raczyć piwkami. Przy okazji wspomnę, że koleżanka która musiała znosić moje towarzystwo w pociągu chętnie przystała na propozycję dołączenia do naszego obozu. Pomogliśmy jej rozłożyć namiot, co nawiasem mówiąc było trudniejsze niż pierwotnie zakładaliśmy. Efekt końcowy naszej pracy można było śmiało porównać z wytworem pająka po sporej dawce LSD. Poddaliśmy się i poszliśmy z powrotem na piwo, ustalając, że nasza nowa koleżanka będzie spała w namiocie ze mną i z kumplem. Przeraziła mnie szybkość z jaką przystała na tą propozycję.
Zmieniając temat, chciałbym w tym miejscu napomnieć, że nigdy nie byłem wielkim fanem zieleniny. Rozumiem, wszystko jest dla ludzi, ale mnie wystarczy, że popijam piwem każdego kolejnego papierosa. Jednak za namową naszej nowej towarzyszki dałem się skusić. Wprawdzie niewiele to zmieniło w moim poglądzie na ten temat, ale i tak nie żałuję.
A co powiedział "burmistrz" naszego obozowiska kiedy zorientował się że mamy nowego członka naszej społeczności?
- Kim ty ku*w@ jesteś? Przyszłaś tutaj, siedzisz z nami, kręcisz blanty, nikt cię nie zna. Weź się chociaż przedstaw.
Owszem, przedstawiła się. Po cztery razy, wszystkim razem i każdemu z osobna. Nic to nie dało.
Jako przerywnik powiem, co usłyszałem od jednego z uczestników festiwalu który zaczepił mnie jak wyszedłem na niewinny spacerek: "Boisz się kleszczy roznoszących zapalenie opon mózgowych? A może muszek Tse-tse? Zapomnij o nich. Bój się tutejszych komarów. One roznoszą kiłę i HIV".
Tjaa...
Wybawiliśmy się, wyszaleliśmy, trzeba się powoli godzić z myślą, że pora wracać do realnego świata. Nie uśmiechało mi się to, ani trochę. Bałem się utraty nowych znajomości które były dla mnie tak cenne. Ale co poradzę. Wracamy.
Wspominałem w jakiej sytuacji byłem przed wyjazdem. Poważnie się zastanawiałem nad tym, żeby nie wracać. Od tego pomysłu odwiódł mnie od tego pomysłu (pośrednio) dodatek do mojej nadziei który się do mnie przytulał w namiocie przez te kilka dni słowami: "Jak zwolni się u mnie na mieszkaniu pokój, to dam ci znać, zawsze będzie weselej być w pokoju z kimś tak pokręconym jak ja". Czy jakoś tak...
Skąd w takim razie ten przewrotny tytuł? Bo jestem kutym na cztery kopyta farciarzem. Wróciłem z festiwalu z dziewczyną, na którą śmiało mogę przelewać wszystkie pozytywne emocja jakie się we mnie kumulowały przez te wszystkie lata, używać względem jej słów z mojego czerwonego słownika bez ryzyka o ich zmarnowanie i mam dach na głową. A jak opowiada znajomym o naszym pierwszym spotkaniu?
- Szedł jakiś w ch#j n@j€bany koleś, zatoczył się w moim kierunku i tak został.


sobota, 10 czerwca 2017

Hipokryzja

Według słownika języka polskiego PWN: obłuda, nieszczerość, dwulicowość. Szczerze mówiąc spodziewałem się bardziej wyczerpującej definicji, choć, nie powiem, ta również trafia w sedno. Popularna encyklopedia internetowa, choć w moim mniemaniu dużo mniej wiarygodna, jest bardziej rozbudowana: Zachowanie lub sposób myślenia i działania charakteryzujący się niespójnością stosowanych zasad moralnych.
Do czego zmierzam. Ostatnimi czasy w swoim dalszym, jak i bliższym otoczeniu miałem kilka podręcznikowych przykładów w moim mniemaniu idealnie do tego słówka przykładów zachowania. Chciałbym je w tym momencie opisać, bo ja wiem, ku przestrodze? Zaczynamy.

***

Siedzę sobie grzecznie w pewnej fasatfudzierni z żółtym gryzmołem na czerwonym tle w logo serwując sobie kolejną niezdrową dawkę rakotwórczych środków zawartych w dostępnym tam "jedzeniu". Nagle mój spokój zakłóca pewna kobiecina w średnim wieku. Po ubiorze już wywnioskowałem jakiego kalibru prośbę do mnie skieruje: "Przepraszam, zbieram na jedzenie, miałby pan może wspomóc czterdziestoma groszami?". Stwierdziłem, jak zawsze zgodnie z prawdą, że pieniądze posiadam tylko na karcie i nie mam gotówki, więc nawet jeśli bym chciał to nie pomogę. Więc kobiecina poszła dalej, do kolejnego stolika. Siedział tam pewien jegomość popijając lurę szumnie w tym lokalu nazywaną kawą i korzystał z darmowego dostępu do sieci na swoim laptopie. Nawiązał się taki oto dialog:
- Miałby pan może poratować kwotą czterdziestu groszy, zbieram na jedzenie dla siebie i dzieci?
- Niestety, jestem wychowany żeby nie dawać pieniędzy, nawet na jedzenie. Ale jeśli pani chce, mam           tu kanapkę, mogę ją pani bez żadnego problemu dać.
- A to spierdalaj, niewychowany chuju, nie o jedzenie prosiłam, tylko o pieniądze.
Zbaraniałem jak to usłyszałem. Nie trudno się domyśleć, że nie tylko ja. Tak samo, jak nie trudno się domyśleć, że bohaterka tej opowieści raczej nie dostała żadnych pieniędzy od osób w tym  czasie przesiadujących owego dnia w lokalu.

***

Dość oczywistym faktem jest, że jestem biednym studentem, dlatego do pracy jadę tramwajem, zamiast prywatnym odrzutowcem. Nie szczególnie przepadam za komunikacją miejską, choć przyznam, zdarzają się sytuacje godne zapamiętania. Oto jedna z nich.
Siedzę sobie w tramwaju i umilam sobie czas obserwując zachowanie otaczających mnie ludzi. W pewnym momencie moją uwagę przyciągnęła pewna starsza pani poruszająca się z wielkim trudem pomagając sobie przy tym kulami. z jakiegoś sobie tylko znanego powodu doszła do wniosku, że krzesełko na którym siedzi jest pod jakimś względem mniej atrakcyjne od tego, które właśnie się zwolniło na drugim końcu pojazdu. Więc z konsekwencją i uporem Syzyfa wtaczającego głaz na szczyt góry zaczęła kuśtykać w tamtym kierunku.Dotarła i sapiąc jak sfrustrowany nosorożec z wysiłkiem klapnęła na upragnionym miejscu. Jej spełnienie jednak nie trwało długo, ponieważ po kilku minutach kolejne miejsce przyciągnęło jej uwagę. Więc znów, z tytanicznym wysiłkiem zaczęła zmierzać w kierunku nowego celu. Sytuacja jeszcze się powtórzyła dwa razy. W którymś momencie spodobało jej się moje miejsce, z tymże ja nadal tam byłem. więc stoi chwiejnie nade mną i już nie sapie, ale wręcz rzęzi jak zarzynane prosie. Po czym, jakby w ciężkim szoku że nie ustąpiłem jej miejsca mówi:
- Nie ustąpisz miejsca starszej kobiecie synku? Zmęczona jestem.
- Szczerze mówiąc, nie. I pozwolę sobie zauważyć, że jakby pani nie biegała po całym tramwaju,                   sądzę, że nie była by pani tak zmęczona. Tym bardziej, że nie dalej jak trzy minuty temu pani siedziała.
- Co za niewychowany gówniarz!
Oczywiście posypały się jeszcze inne epitety pod moim adresem.
Choć przyznam szczerze, chciałbym mieć taką kondycję będąc w wieku tejże pani.

***

Miałbym także mały zarzut do otaczających mnie bliżej ludzi. Nie raz, nie dwa, usłyszałem, że jestem typem osoby charyzmatycznej. Miło takie coś usłyszeć, nie powiem. Nie raz się z nimi widywałem, zdawali się być zadowoleni z mojej obecności. Nie raz także do mnie dzwonili, czy przypadkiem nie robię czegoś ciekawego, niestety jakoś tak się zawsze składało, że właśnie w tych momentach byłem nieosiągalny. Nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Ale nie raz była też sytuacja, kiedy mam wolny cały weekend i zapraszam do siebie ludzi, wszystko przygotowane, bo zadeklarowali obecność, po czym nikt nie przychodzi. Bez uprzedniego powiadomienia o tym. Co w takim razie jest nie tak z moją "charyzmą"? Żeby było jasne, nie mam na myśli konkretnych osób. Możliwe, że to nawet nie jest przykład hipokryzji tylko zwykły zbieg okoliczności. Ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że coś tu jest nie tak.

***

A żeby teraz nie było niejasności, uściślijmy. Nie chcę tutaj szkalować tylko moje otoczenie, sobie też mam do zarzucenia małe co nie co. Choćby mój proces studiowania. Ile razy deklarowałem że chcę pracować w tym zawodzie, że podoba mi się ten kierunek i w ogóle. Niestety, mam wrażenie (i nie tylko ja), że niewiele się dzieje w tym kierunku. Podobnie wygląda sprawa z moimi nałogami, ale to już historia na osobny wpis.

Dziękuję, wysypałem z głowy śmieci, miłej końcówki weekendu. Do zobaczenia w moje urodziny. Ciao.

poniedziałek, 1 maja 2017

Wspaniały weekend

Zaczęło się w piątek. Pobudką o czwartej rano, czyli o godzinie, o której ludzie normalni w takim samym stopniu jak ja kładą się spać. Musiałem jechać do dość oddalonego od akademików miasta celem załatwienie pewnych spraw ciągnących się za mną już zdecydowanie za długo.
Świadom wczesnej godziny w takim samym stopniu jak faktu, że o tej porze tramwaje nie kursują, wyjrzałem za okno. Leje jak z cebra. Po prostu zaj€bi$cie. Nie zrażony tym faktem, dzielnie zebrałem niezbędne mi rzeczy i wyszedłem w kierunku dworca. Muszę częściej wychodzić o tej porze na spacer, żywej duszy na ulicy, niczym nie zmącany spokój... tak bym pomyślał, gdyby z odmętów mojej świadomości nie wytrącił mnie pojawiający się znikąd samochód ochlapując mnie całą zawartością pobliskiej kałuży...
Szczęśliwie (i o dziwo w jednym kawałku) dotarłem do końca pierwszego etapu mojej podróży.
Zająłem swoje miejsce w pociągu i nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń udałem się w objęcia Morfeusza. Jakież było moje zdziwienie, gdy się obudziłem i nie byłem sam w przedziale. Ośmioosobowy przedział, rezerwacja z wyprzedzeniem, siedząc na środku przedziału ktoś złośliwie dopieprzył mi dwa mohery po bokach. I tak do końca podróży. Całą drogę ani się ruszyć, bo je szturcham łokciami, ani muzyki posłuchać, bo (pomimo słuchawek) za głośno, ani wyjść na korytarz, bo każda z osobna skutecznie mogły by robić za tamy przeciwpowodziowe.
Na szczęście dotarłem, wsiadłem w mieście w odpowiedni autobus, dojechałem w pobliże zwieńczenia mojej podróży życia po czym się zgubiłem. W myśl złotej zasady: "kto pyta nie błądzi" postanowiłem się spytać o się drogę tego miło wyglądającego pana nadciągającego z naprzeciwka. Błąd. Nie tylko nie wysłuchał mojego pytania, ale jak tylko mnie ujrzał zaczął uciekać. Zaskoczony obrotem sytuacji zareagowałem równie nieadekwatnie co mój niedoszły rozmówca: roześmiałem się jak kretyn, po czym dość głośno i wyraźnie powiedziałem: Widzę, że jednak nie należę do osób wzbudzających zaufania!
Końcówka dnia minęła mi na dotarciu do rodzinnej wsi celem odwiedzenia dawno nie widzianych babci, dziadka i wujka.
Sobota bez rewelacji, jak każdy normalny dzień na wsi spędziłem pomagając w czymkolwiek tylko się dało. Wieczorem tylko pozwoliłem sobie na spacer na cmentarz, w końcu dawno tatusia nie odwiedzałem. Po drodze zastanawiałem się, jak to jest, że przez cała drogę minęły mnie zaledwie dwa samochody, a nad głową przeleciało sześć śmigłowców, jeden górnopłat i jeden odrzutowiec zwiadowczy.
Niedziela, czas wracać. Cały przedział w pociągu zapchany, tłok że ja pi!€rdo€l€. Logicznym więc wydawała mi się myśl, która przemknęła mi przez głowę: spokojnie, do przesiadki masz równe 370 km, na pewno się przerzedzi. ₡huj@ tam. Wszyscy wysiadali tam gdzie ja. Ale nie o tym chciałem wspomnieć. Niedaleko naszego przedziału kręcił się pijak i robił raban. Co w tym dziwnego? Może to, że miał na oko nie więcej niż osiemnaście lat i zarzekał się, że pi€rd0l! maturę i wyjeżdża za granicę. Gdzie? A gdzie może chcieć wyjechać buntownik idealista jego pokolenia? Oczywiście, do mekki równości tolerancji i ogólnie pojętego szczęścia. Tak, wspominał coś o Holandii. Wspominał również o innej rzeczy, która mnie osobiście wielce zaintrygowała. Znalazł jakiegoś kolesia z jego przedziału wiekowego i wdał się z nim w dyskusję, w której stwierdził, że jest znaną osobistością w mieście w którym mieszka i jak pstryknie palcami, to w każdym momencie/miejscu/czasie ma za sobą masę ziomeczków godowych oddać w jego obronie życie. Co w tym mnie tak zaintrygowało? Otóż głowiłem się, czy jakbym teraz, w tym momencie, w tym pociągu, podszedł i wyłożył mu prostego w twarz, czy rzeczywiście ci jego "ziomeczkowie" by się pojawili. Ale ja po prostu mam zbyt sielankowe życie żeby zastanawiać się nad czymś innym niż tego kalibru pierdoły. 
Dotarłem w końcu do miejsca przesiadki. Kupiłem już bilet, mam czas, około czterdziestu minut. W związku z tym, że jestem nałogowcem wiedziałem zatem jak ten czas spożytkuję.
W tym momencie stało się tyle ciekawych rzeczy, że można by o tym książkę napisać, ale tylko w punktach wymienię w kolejności jakiej to zapamiętałem:
  1. W momencie kiedy schylałem się do torby po papierosa, jakiś nawiedzony deskorolkarz (nie wiem jak to się poprawnie w slangu nazywa) potkną się o moją wystającą nogę,
  2. Podszedł do mnie około dziesięcioletni szczyl i poprosił o papierosa. Moja odpowiedź nie powinna być trudna do odgadnięcia ("A mama wie?"),
  3. Teraz dla odmiany podeszła do mnie żeńska wersja dworcowego kloszarda z prośbą o "szścierśći grszy". Odpowiedziałem, że nie pomogę pomóc, bo pieniądze posiadam jedynie na karcie,
  4. Następnie zaczepił mnie jakiś osobnik narodowości rosyjskiej/ukraińskiej i kulturalnie spytał: "Gawarit pa ruski?". Odpowiedziałem w pełni szczerze i pełen dobrych intencji, aczkolwiek nie do końca pełen świadomości wypowiadanych przeze mnie słów: "Niet. Paszoł w żopu",
  5. W tym momencie doszedłem do wniosku, że stanąłem pod szyldem głoszącym "Tu dostaniesz papierosa". Podchodzi do mnie modelowa rodzina. On: z czapeczką na bakier, gęstym zarostem i podbitym okiem, ona: tleniona blondynka z zezem, krzywymi zębami i prowadząca wózek z dzieckiem, które niewątpliwie wiele odziedziczyło z urody matki. Samiec się odzywa (muszę zaznaczyć, że niespodziewanie grzecznie i pełnymi zdaniami): "Przepraszam, miałby pan może odsprzedać papierosa?". Powiedziałem, że owszem, ale niech obieca, że nie będzie palił przy dziecku. A,i że nie chcę pieniędzy. "Ależ oczywiście, to się rozumie" po czym wcisnął mi do ręki czterdzieści groszy mówiąc na odchodne, że z daleka widać we mnie biednego studenta.
  6. Zgadnijcie, kto teraz do mnie podszedł. Tak, dokładnie, bohaterka punktu trzeciego! Kręciła się cały czas w pobliżu łypiąc co jakiś czas w moim kierunku. "Ale traz masz szścierśći grszy, kochaneczku". Ale za ta nie mam czasu, pociąg mi przyjechał więc oddaliłem się do pociągu.
To wszystko w czasie krótszym niż dwadzieścia minut.
Po tym wszystkim co przeszedłem, od piątku do niedzieli, po spotkaniu z matką usłyszałem tylko jedno, zbijające mnie z tropu pytanie: Paliłeś?
A na koniec dnia prawdziwa petarda. Podczas wieczornego spaceru z siostrą zaczepił nas pewien pan. Konspiracyjnie rozejrzał się wokół i rozchylając połę płaszcza wyciągnął keczup łagodny z tortexa z pytaniem: Chcecie może, świetna cena, jedyne złoty pięćdziesiąt, świetny na grilla... Mniej by mnie zaskoczył jakby narkotyki albo dopalacze sprzedawał.

wtorek, 18 kwietnia 2017

Spowiedź (nie)grzesznika

Kiedyś, dawno dawno temu (a może nie tak dawno), w odległym miejscu (a może całkiem blisko), znajoma zapytała mnie, dlaczego taki fajny ktoś jak ja wciąż jest sam. Dało mi to trochę do myślenia, nie powiem. Znajomy zasugerował mi wtedy odpowiedź, że nie potrafię rozmawiać z przedstawicielkami płci pięknej. Brak mi po prostu podejścia. Nie powiem, bardzo możliwe. Wtedy bym się z tym zgodził, ale nie dawniej jak dwa dni temu natknąłem się w pewnym filmie na odpowiedź, która by bardziej pasowała, nawet jeśli to zabrzmi trochę egocentrycznie, mianowicie: Za wcześnie zacząłem swoją przygodę z literaturą piękną przez co wyrobiłem sobie wyidealizowany obraz kobiety, niepasujący do czasów współczesnych.
Pasuje jak ulał.
Ale do rzeczy. Chciałbym na chwilę obecną Ci się wyspowiadać, a cholera nie wiem od czego zacząć, więc może od pierwszej lepszej rzeczy która przychodzi mi d głowy.
Pamiętam jak obiecywałem Ci, że nie będę tyle pił, a przynajmniej przy Tobie. Znajomy z pracy (chciałbym go z tego miejsca pozdrowić) mnie ostatnio o tym upomniał, kiedy zauważył, że pomimo tego nagminnie tą obietnicę łamię. Co się z tym łączy, pamiętam również, że zapraszałem Cię na tegoroczny Przystanek Woodstock. Wtedy się zgodziłaś. Do czego zmierzam? Już wyjaśniam.
Zróbmy tak: jeśli po zobaczeniu mnie w juwenalia będziesz w stanie zaakceptować mój sposób zabawy na tego typu imprezie, to wtedy podejmiesz decyzję. Po, że tak to ujmę, skompletowaniu bazy danych. Bo na Przystanku nie będzie lepiej, możliwe, że nawet gorzej.
Dalej. Papierosy. Tu się bardziej przykładam, choć też różnie z tym bywa. Ale ostatnio dowiedziałem się bardzo ciekawej, wręcz intrygującej rzeczy. Wiedziałaś może, że granie w kultowego Tetrisa pozwala zapomnieć o chęci sięgnięcia po papierosa? Ja już tak. Wielce mnie to zaskoczyło. Żeby było zabawniej, to fakt naukowo potwierdzony. Nie wierzysz? To uwierz. W każdym razie, widzę w tym nawet szansę na zerwanie z tym nałogiem, muszę tylko rozwiązać problem natury technicznej, czyli ściągnąć sobie tą (tę?) grę na telefon.
Powiedziałbym to wszystko Ci prosto w twarz, ale jakoś po ostatnim incydencie nie mam za bardzo odwagi. Długo będę tą sytuację pamiętał, o ile nie zawsze. Analogicznie do połamania żeber koledze z klasy w podstawówce. Jak zadra na umyśle. Jest mi po prostu cholernie wstyd.
Więcej grzechów nie pamiętam (alkohol), obiecuję szczerą chęć poprawy. Czekam na pokutę i ewentualne rozgrzeszenie.
Amen.

czwartek, 2 lutego 2017

Pareidolia

Codzienne rano, patrząc w lustro i widząc swoje odbicie, wyobrażam sobie, że patrzę na człowieka. Widzę jednak niespecjalnie zadbany worek z ludzkiej skóry, obrośnięty tu i ówdzie włosami, służący do przechowywania tkanek i narządów wewnętrznych. Z dodatkową opcją samodzielnego poruszania się.Wychodzę na ulicą, wydaję mi się, że widzę miłych i uprzejmych ludzi, jednak mam nieodparte wrażenie, że oni wszyscy i każdy z osobna najchętniej strzeliła by mi w tył głowy...

***

Od jakiegoś czasu mam wyjątkowo parszywy humor, chodzę niewyspany i obolały, nie mniej nie mam kogo za to obarczyć winą poza sobą samym. Ale, jak to zwykłem mawiać, to nie porno, żeby zwalać na kogoś. Nikt nie wie, co jest przyczyną takiego stanu rzeczy, nie mam aż tak wielu niepowodzeń ostatnimi czasy (chyba). Mam względnie udane życie towarzyskie, ludzi, na których mogę liczyć, nie mam też aż tak mało pieniędzy jak w poprzednich miesiącach. Dostałem nawet niedawno zaproszenie na ślub (mnie wydaje się, że bliżej mi do grobu niż ślubu). Żyć, nie umierać.
Nie mniej, ostatnio mam wrażenie, że pozostaje czasem tylko wyjść gdzieś daleko za miasto, wykopać sobie duży dołek i poczekać w spokoju na śmierć. Ale nie zrobię tego, bo jestem przekorny, nawet w stosunku do samego siebie.
Odnoszę wrażenie, że jestem w tak dziadowskim nastroju tylko dlatego, że jak patrzę na niektórych ludzi w tramwaju odczuwam niechęć i pogardę do siebie samego, wynikające z faktu dzielenia z nimi tej samej planety. Nie szukajmy życia na innych planetach, Obcy żyją wśród nas.
Żeby nie było tak gorzko, zażartuję, że ostatnio miałem plan otworzyć okno i wylecieć na miasto, niestety, nie tak dawno w akademiku ktoś już mnie uprzedził. Cóż, jeszcze będzie okazja.
Dodam jeszcze, że podobno nie tak trudno u mnie zaobserwować, że mam zły humor, wczoraj znajomy z pracy się mnie pytał co się dzieje, dlaczego chodzę taki zdenerwowany (a myślałem, że dobrze się kamufluję). Nie wiem, może dlatego, że średnio dwa razy w miesiąca dzwonią do mnie z jakiegoś pierdzielonego call center i proponują darmowe badania diagnostyczne dla osób po czterdziestce? Naprawdę tak staro wyglądam? Podobno moja broda mnie postarza, ale zapuszczałem ją po to, żeby w sklepie przestano mnie prosić o okazanie dowodu przy zakupowaniu piwa, a nie po to żeby do mnie wydzwaniali żeby mi udowodnić, że już pora kopnąć w kalendarz.
Choć coś chyba jest na rzeczy, wprawdzie niespecjalnie wierzę w takie rzeczy, ale śniło mi się że wypadają mi zęby, co zwiastuję nagłą śmierć. Moją, bądź bliskiej osoby. Swoją bym jakoś zniósł, (wygrałbym przynajmniej jeden głupi zakład), ale śmierci bliskiej osoby bym raczej nie przetrawił.
W tym momencie miałem już zakończyć proces wylewania z siebie śmieci, zakończyć to jakąś zabawną puentą, ale cholera coś mnie opuściła wena, więc zarzucę sucharkiem:

Rozmowa telefoniczna:
- Dzień dobry, z tej strony dyrektor szkoły do której uczęszcza Pański syn. Z przykrością powiadamiam, że w drodze powrotnej ze szkoły przydarzył mu się wypadek.
- O mój Boże, co się stało? Czy mój syn jest cały?
- Nie wiem, nie zaglądałem do worka.