poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Instrukcja

... czyli jak stać się kimś, za kogo uważają mnie ludzie, którzy mnie nie znają. Kimś, kim chciałbym w głębi ducha być a kim nie mam szansy się stać w opinii ludzi którzy mnie znają.
  1. Miej gdzieś uwagi na temat ciebie zasłyszane od osób, których masz, powiedzmy sobie szczerze, w głębokim poważaniu.
  2. Mów ludziom nie to, co chcą usłyszeć, ale to czego boją się przyznać.
  3. Na każdym kroku pokazuj jakim jesteś kawałem sukinsyna. Jeśli ktoś udawał twojego towarzysza, nie wytrzyma i cię opuści. Zostaną tylko ci, którzy nie udawali. Choć z drugiej strony, samotność wcale nie była by taka zła.
  4. Spokój to wartość sama w sobie. Dobitnie dawaj znać o tej złotej zasadzie każdemu, który ośmieli się zakłócić twój.
  5. Empatia to choroba, wyzbądź się jej. Niech nie obchodzą cię problemy innych, masz aż nadto swoich.
  6. Prawda bywa bolesna, wszyscy to wiedzą. A więc unikaj kłamstw jak ognia i patrz jak ludzie przez to cierpią.
  7. Częściej uśmiechaj się do ludzi, będą zastanawiać się co ty właściwie knujesz.
  8. Zadawaj się z ludźmi głupszymi od siebie. Będziesz w ich towarzystwie uchodzić za niepodważalny autorytet. Jeśli zachce ci się intelektualnej rozmowy bogatej w metafory i liczne środki artystyczne wyrazu, zawsze możesz zacząć prowadzić monologi.
  9. Walczysz o równouprawnienie? Daj sobie spokój, szkoda nerwów. Facet nigdy nie będzie miał tylu przywilejów co kobieta.
  10. Nie krępuj się uzewnętrzniać swoich emocji. To pozwoli twojemu otoczeniu na w miarę szybkie podjęcie odpowiednich kroków mających na celu zadbanie o komfort psychiczny, o dziwo, także twój.
A teraz spróbuj się zastosować do tych wskazówek. Zobaczymy co się stanie, kto pierwszy powie dość: ty, czy twoje otoczenie?

wtorek, 14 kwietnia 2015

Happy as fuck

Post pierwotnie miał być o tym, jakie szczęście mnie ostatnio spotkało i jak bardzo się z tego faktu cieszę. Ale że żadne specjalnie warte uwagi szczęście mnie ostatnio nie spotkało, a mnie od ogólnopojętej radości tak daleko, jak mniej więcej dnu Rowu Mariańskiego do szczytu Olympus Mons.
Kiedy ślina przynosi na język słowa, których wypowiedzenie wiąże się z dość przykrymi konsekwencjami. Niezależnie od tego do kogo są skierowane, czy to wróg czy przyjaciel.
Kiedy nie chcesz tych słów powiedzieć, ale je wykrzyczeć tak, żeby usłyszało je całe miasto. A przynajmniej osoby w promieniu mniej więcej kilometra. Zdzierając sobie struny głosowe aż zacznie się pluć krwią.
Na szczęście do głosu dochodzą resztki rozsądku.
Bałem się dziś cały czas, jak pozwalam sobie to nazwać, ostatecznego "pęknięcia". Nie było by to tak trudne, gdyby nie fakt, że zacząłem pękać jakieś trzy dni temu. Kiedy dojdzie do pęknięcia ostatecznego, stracę resztki kontroli, zdrowego rozsądku i wszystkiego co ogólnie definiuje człowieka.
Wyobraźcie sobie wybuch wulkanu. Ale taki konkretny. Jak na przykład wybuch Krakatau w 1883 roku. Jeśli nie wiadomo o czym mówię, polecam wujka google.
W każdym razie mam takie trochę na przerost przeświadczenie, że katastrofa będzie miała podobny rozmiar. Przynajmniej w skali mojego małego świata, do którego zalicza się najbliższe grono przyjaciół, rodzina, znajomi ze studiów.
Widocznie było po mnie widać,że coś jest nie tak, poznałem po minach ludzi i pytaniach w stylu: co się dzieje?, ile wypiłeś?, coś ty jej powiedział?.
Dziś byłem trochę bardziej uszczypliwy, szorstki. Czasem milczący, na boku, chciałem spokojnie stłumić, stłamsić negatywne emocje. Starałem się odepchnąć niektórych żeby nie oberwali falą uderzeniową, niestety odniosłem wrażenie że oni odbierają to jako kolejny żart, zabawę towarzyską. Słowem, nie pomagali.
Najzabawniejsze jest to, że nie mam bladego pojęcia skąd taki stan rzeczy się wziął. Co mogło mieć wpływ na mój humor? Mam kilka hipotez, przedstawię je pokrótce.
  • Po pierwsze; może na to mieć wpływ jedna z nowo poznanych osób. Nie bezpośrednio oczywiście. Zawsze bardziej przejmowałem się innymi niż sobą, nie lubię kiedy moi znajomi z najbliższego otoczenia mają problem w którym nie potrafię pomóc, wyzwala to u mnie poczucie bezsilności. Ale tak było od zawsze, więc to pewnie nie to.
  • Może wpływ ma moja sytuacja na uczelni? Ostatnio miało miejsce kilka nieciekawych zdarzeń, ale przecież jeśli chodzi o kontakty z otoczeniem, czy to wykładowcy, czy nauczyciele, powinny mnie zahartować doświadczenia z gimnazjum, kiedy byłem traktowany przez nauczycieli jak śmiecia który wie albo za dużo (biologia, chemia, fizyka), albo za mało (matematyka, język polski i języki obce). Znowu pudło.
  • A może sytuacja rodzinna? Miało miejsce kilka wydarzeń ostatnimi czasy na które nie miałem wpływu, a które miały wpływ na mnie, niewątpliwy i może nawet decydujący. Bez zagłębiania się w szczegóły, są rzeczy których uniknąć się nie da, po prostu. Tak to jest skonstruowane, tak miało być, będzie i wątpię, żeby za mojego życia miało się tu coś zmienić.
Podsumowując, najlepszym wyjściem będzie po prostu uznać, że wpływ na zaistniały stan rzeczy mają po prostu wszystkie te czynniki. I cała masa innych, mniej istotnych, pobocznych powodów na których wymieniane szkoda mi czasu i nerwów.
Może po prostu zaakceptuję to wszystko takim jakie jest, uznając te rzeczy za nierozrywaną, niezmienną całość.
A resztę wyrzucić, po prostu wyrzucić. To co uciska mózg i sprawia, że odczuwa się migrenowe bóle jest niepotrzebne. Może nie z punktu widzenia neurochirurgii.