czwartek, 21 sierpnia 2014

Śmietnik

Zamierzam tu wrzucić garść niewykorzystanych fragmentów postów, którym nie dane było ujrzeć światła dziennego. Z przeróżnych powodów. Od braku czasu, poprzez brak weny na lenistwie kończąc. Niedokończone a czasem nawet nie zaczęte myśli.
  • Ze wszystkich cech charakteru jakimi mógłbym być obdarzony, ktoś u góry wybrał tylko te złe. Wyobrażam sobie, jak podczas poważnej konferencji/zebrania zarządu nasz Wielki Projektant przedstawia mnie jako swój nowy koncept: "...a temu tutaj zafundowałem takie cechy jak lenistwo, niefrasobliwość, nieporadność, obojętność... słowem cały ten bajzel który powstał w wyniku błędnych obliczeń podczas projektu o kryptonimie "Stwarzane", a z którymi nie było co zrobić. Czy jesteście państwo tak samo ciekawi jak ja, jak nasz pupilek sobie z tym poradzi?..."
  • Może znajdzie się ktoś, kto pamięta jak opisywałem pewną sytuację z czasów technikum, mianowicie kiedy to koleżanka opowiadała na forum klasy co ją we mnie denerwuje. Zastanawiałem się niedawno, co by było gdybym wtedy odpowiedział na jej salwę ogniem ze wszystkich dział. Co bym jej powiedział?...                                                                     "Twoje wyłupiaste oczy i rechoczący śmiech przywołuje bardzo jednoznaczne skojarzenie z jakimś płazem. Jednak twoja figura, a właściwie jej brak, spiczasty nos i chude jak patyki kończyny przywodzą na myśl raczej komarzycę. Smętnie wiszące z czubka głowy włosy, sprawiające wrażenie jakby chciały stamtąd uciec... zrób coś z nimi. I zakryj te czoło wielkości płaskowyżu. Drażni cię mój śmiech? Mnie drażni to, jak przedmiotowo traktujesz swoje najbliższe koleżanki. Po twoim zachowaniu na co dzień można łatwo dojść do wniosku, że według ciebie są modnym dodatkiem pasującym do twojej jędzowatej osobowości..."               Et cetera, et cetera. Mógłbym tak godzinami. Naprawdę jej nie lubiłem.
  • Czy koś może potrafi dostrzec podobieństwa w tak skrajnych emocjach jak miłość i nienawiść? Mnie, przynajmniej w moim mniemaniu się udało (wkraczam na niepewny grunt).   W obu przypadkach zmienia diametralnie się obraz otaczającego nas świata. Przestajemy postępować racjonalnie. Zarówno miłość (w przypadku gdy jest to uczucie toksyczne) jak i nienawiść są w stanie zrujnować nam życie. Czy ktoś dorzuci coś od siebie?
  • Siedząc na przystanku zauważyłem ciężarówkę. Na jej naczepie był kontener z dużym, kolorowym napisem: "Ola - trans". Skłoniło mnie to do przemyśleń nad niektórymi znajomymi.
  • Przeglądałem stare zeszyty z czasów technikum. A właściwie ich ostatnie strony, te bowiem zawsze maja najciekawszą zawartość względem reszty zeszytu. Co znalazłem? Przeróżne rzeczy. Pierwsze posty, które pisałem z nudów na lekcjach, przerwach i w ogóle w każdej możliwej sytuacji. Były też rysunki. Kopie rysunków Sławomira Mrożka, odręczne plany szkoły, rysunki osób za którymi nie przepadałem... szczególnie jeden wywołał u mnie uśmiech. Przedstawiał chłopaka leżącego w kałuży krwi, podpisanego na czole imieniem osoby za którą nie przepadałem, z masą strzał sterczącą z pleców i tabliczką z napisem "Persona non grata - niemile widziana szmata" wbitą w miejsce, gdzie kończą się plecy a zaczynają nogi. To zabawne, ale teraz, po tych kilku latach, polubiłem tą osobę i chętniej poszedłbym z nią na piwo, niż umieszczał tabliczki w miejscach na jej ciele w których ich być nie powinno.
  • Dlaczego do piekła wiedzie autostrada, a do nieba strome schody? Czyżby grzeszników było więcej i aby usprawnić ich przepływ wybudowaną piękną, szeroką dwupasmówkę? Droga jest prosta, komfortowa, bez ograniczeń prędkości, kontroli radarowych, bramek do poboru opłat  i tym podobnych rewelacji. Wystarczy wsiąść do podstawionej bryki, w której nieraz siedzi uśmiechnięty szofer i nic nie robić. Do nieba natomiast nie wystarczy chcieć się dostać. Potrzeba trochę, a nawet trochę więcej wysiłku, żeby tam trafić. A u szczytu schodów i tak stoi bramkarz jak przed modnym klubem i selekcjonuje wchodzących. Ale nie zawsze tak jest. Polska myśl techniczna jest niezwykle płodna w nowe pomysły, o czym można się przekonać słuchając refrenu tejże melodii.                                                                                             Co to było? Wyniki rozmyślań napędzonych dobrym towarzystwem i piwem, ot co.

To by było tyle. Jakbym chciał umieścić tu wszystkie tego typu rzeczy, zajęło by to zbyt wiele miejsca. I czasu. Skompletowanie "materiałów" do tego postu zajęło mi około pół roku. Mam zwyczaj zapisywania niektórych myśli, więc zazwyczaj mam przy sobie kartkę papieru i długopis, a odnalezienie tych wszystkich kartek jak widać trochę mi zajęło. 
Może kiedyś, jeśli znów skumuluje się podobna ilość odprysków, zdecyduję się je ponownie umieścić na blogu pod podobną do tej postacią. Może.

niedziela, 10 sierpnia 2014

Proroczy sen?

Zawsze miewałem dziwne sny, zdążyłem do tego przywyknąć. Nigdy nie zawracałem sobie głowy ich fachową interpretacją. Wolałem sam zastanawiać się nad tym co dany sen może oznaczać nie posiłkując się żadną fachową literaturą.
Ale kiedy budzisz się godziną po zaśnięciu zlany potem i boisz się ponownie zasnąć, a rzeczy widziane we śnie wywołują odruch wymiotny to ewidentnie coś jest nie tak i trzeba się temu bliżej przyjrzeć...

***
Nie wiem który jest rok. Właśnie trwa Trzecia Wojna Światowa. Nie wiem z kim walczymy, to cud, że jestem tu gdzie jestem, bo zabroniono mi brania udziału w działaniach na froncie. Ukradłem jakąś broń (wyglądała dziwnie znajomo, kojarzyłem ją z gry, zaskakująco prosta, strzelająca czymś w rodzaju wiązki energii będącej w stanie jednym strzałem rozerwać wszystko na kawałki) i poszedłem przed siebie z jakąś grupą ludzi w tylko im znanym kierunku. Ogólnie byliśmy nawet dobrze uzbrojeni, więc byliśmy raczej pewni siebie.
Nagle zostaliśmy otoczeni przez olbrzymią armię czegoś, co przypominało skrzyżowanie androidów, czołgów i ludzi. Zauważyłem, że można je podzielić na trzy klasy pod względem uzbrojenia i opancerzenia. Nie minęło więcej niż dziesięć sekund, z naszej naprawdę sporej grupy zostało pięć osób. Schowani za kawałkiem ściany, trzęsący się ze strachu, nie wiedzieliśmy co zrobić. Jeden z nas majaczył przedśmiertnie, miał wyrwane obie nogi. Popatrzyłem na swoją broń, zostały mi trzy strzały do wyczerpania zasilania. Wybrałem trzy największe cele, czworonożne czołgi wielkości autobusu, wymierzyłem...
Migawka. Jestem w jakimś ciasnym pomieszczeniu, siedzę na pryczy. Szybko dotarło do mnie gdzie jestem. Obóz koncentracyjny.
Nie było jedzenia, nie było wody. Jedyna woda jaką mieliśmy, to przefiltrowany przez specjalne urządzenie mocz. Z jedzeniem więźniowie też sobie radzili. Wystarczyło, że któryś ze współwięźniów był za słaby żeby się obronić. Widziałem jak w celi obok rozrywali jednego na kawałki. Nie chciał jeść, nie miał już siły.
W celi razem ze mną siedział Anglik (jak się dowiedziałem później z rozmowy potomek jakiegoś klanu szkockiego w którym panowała tradycja, że pierworodny syn idzie do wojska), Niemiec, Rosjanin i drugi Polak. Rozmawialiśmy po angielsku, z Rosjaninem łamanym polskim. Z rodakiem nie było żadnego kontaktu. Cały się trząsł leżąc na podłodze skulony w pozycji embrionalnej, płakał jak dziecko, jęczał coś że po niego idą, że to koniec, że wszyscy zginą i że nie ma nadziei.
Niemiec wyciągnął jakieś plany, szkice i tłumaczył czym są żołnierze wrogiej armii. Dowiedziałem się, że to w większości humanoidy z ludzkimi mózgami zamiast typowych procesorów. Ale skąd oni wzięli taką liczbę w pełni sprawnych mózgów? Tego też się dowiedziałem. Zawsze pół żartem mówiłem "Nie pytaj, bo jeszcze ktoś ci odpowie". Jeszcze nigdy tak boleśnie nie przekonałem się o sile tych słów...
Jak się dowiedziałem, w kącie każdej celi było małe urządzenie służące do badania aktywności fal mózgowych. Wystarczyło przyłożyć oczy do czytnika, nic bolesnego. Cała procedura trwała około trzech sekund. Obok jednak było coś dużo gorszego. Łóżko, całe czarne od zaschniętej krwi, w miejscu gdzie trzyma się głowę było coś w rodzaju skomplikowanego chwytaka. Przywodził na myśl mechaniczną ośmiornicę, która na każdej z macek ma zestaw noży, skalpelów i kleszczy. Już wiedziałem jak to działa. A chwilę później miałem to zobaczyć...
Szczęknął zamek. Zdążyłem tylko szturchnąć Niemca żeby schował papiery za które mogliśmy zginąć. Wszedł wysoki mężczyzna, w towarzystwie dwóch androidów. To musiał być nadzorca obozu albo jakaś inna wysoka szczeblem osoba. Schludny ciemnozielony mundur ze złotymi przeszyciami. Na piersi medale, białe rękawiczki, elegancka laska w dłoni. Broni nie nosił. Nie musiał. Nie mam pojęcia w jakim języku mówił, wszystko jednak rozumiałem. Rozejrzał się po pomieszczeniu, wzrok zatrzymał się na każdym z nas na chwilę. Kiedy patrzył na mnie dziwnie się uśmiechnął. Na Anglika patrzył najdłużej. Po chwili kiwnął w jego kierunku głową i rozkazał: Rozstrzelać. Nawet nie kłopocili się z wyprowadzeniem go na zewnątrz.
Drugi Polak zaczął krzyczeć, coraz głośniej i głośniej. Widać było, że wojskowego to wybitnie denerwowało. Tym razem nic nie powiedział. Androidy wzięły więźnia pod barki, położyły na łóżku, przywiązały pasami.
Zauważyłem, że nie zabrali mi broni. To było dziwne. Został mi jeden strzał. Miałem wybór:
  • Strzelić do wojskowego, ale to nic by nie dało. zaraz by przysłali następnego, a moich współwięźniów zabiliby w najokrutniejszy z możliwych sposobów.
  • Zabić rodaka, żeby skrócić jego cierpienie
  • Strzelić sobie w głowę
Nie zrobiłem nic. Bałem się. odwróciłem się głową do ściany, zamknąłem oczy, zatkałem uszy. Nic to nie dało. Krzyk był tak głośny, jakby to nie krzyczał ktoś obok mnie, ale ktoś w mojej głowie. Obok krzyku usłyszałem w głowie spokojny głos, domyślałem się czyj: "Nie ma się czego bać, dostał sporą dawkę morfiny, tak naprawdę go nie boli".
Pewnie. A krzyczał żeby umilić sobie czas.

***
W tym momencie się obudziłem. Jakąś godzinę siedziałem skulony przed łóżkiem, nie obyło się bez wizyty w łazience. Byłem, dalej jestem zszokowany tym co mi się śniło.
Mimo ze sen się nie powtórzył i nie śniło mi się nic więcej, wiedziałem, że przeżyłem w tamtym miejscu jeszcze trzy dni. Obóz był zbiorowiskiem ludzi, nie, bardziej obiektów. Używano ich do tworzenia armii androidów wyrywając mózgi, wcześniej skanując i oceniając ich przydatność. Ci którzy się nie nadawali byli poddawani przeróżnym eksperymentom.
Kryłem współwięźniów, nie pamiętam w czym, ale wiem, że to robiłem. Wiem też, że ten wojskowy chciał mnie przeciągnąć na swoją stronę. Mówił, że jest pod wrażeniem mojej siły ducha, spokoju i opanowania, że potrzebuje takich ludzi. Niełatwo się domyśleć, jaka była moja odpowiedź. Tego dnia mnie zabili.
Pora na interpretację:
Kiedy śni się wojna, oznacza to w tym przypadku, że dowiem się czegoś strasznego o kimś mi bliskim, a wśród moich przyjaciół wybuchnie poważna kłótnia o nieprzewidzianych skutkach.
Dostanie się do niewoli - Spotkam przeciwnika z którym starcie mnie przerośnie.Samo wyruszenie na wojnę oznacza, że aktualne moje problemy mnie po prostu zmiażdżą, nic mi się nie uda.
Pobyt w więzieniu oznacza, że osoba którą cenię, a nawet kocham mnie rozczaruje.
Kiedy widzę śmierć, oznacza to że nie powinienem się przejmować losem innych, odciąć się, odpocząć.
Moja śmierć we śnie może oznaczać dwie rzeczy: długie i szczęśliwe życie, albo ostatnie ostrzeżenie przed nieuchronnie się zbliżającą katastrofą.
Nie ma co, przyjemna zapowiedź najbliższych miesięcy.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Hard survival, czyli jak przeżyć we własnym mieszkaniu

Z pamiętnika mieszkańca bezludnego mieszkania:

Sobota - trzeba ustalić plan działania. Czym się będę żywić, czym zajmować. Tak, zapiszę sobie plan całego tygodnia, zrobię niezbędne przygotowania. Bez tego ani rusz, a po całym tygodniu w sobotę sobie odpocznę spotykając się ze znajomymi. Tak, to już jest jakiś plan. Co tam w lodówce... nie jest tak źle. Trzeba jeszcze zrobić drobne zakupy i będzie gitara.

Niedziela
- Jest źle. Już drugiego dnia przyłapałem się na rozmowie ze swoim odbiciem w lustrze. Strasznie tu pusto. I bez względu na to jak głośno gra muzyka - cicho.

Poniedziałek - Spotkałem znajomego podczas załatwiania pewnych spraw. Nawiązał się dialog:
- Cześć, co tam u ciebie? Dawno się nie widzieliśmy
- Aa, tak. Racja. U mnie? W porządku. Sam w mieszkaniu, także wiesz, nie nudzę się.
- O, to ciekawe. Dlaczego kulejesz? Coś ci się stało w nogę?
- To? Nic poważnego. Życie wyślizgnęło mi się z rąk i przygniotło mi stopę. Nie byłem w stanie utrzymać tego ciężaru. Codzienność mnie przytłacza...
- Ale ty poważny się zrobiłeś. Muszę spadać, miłego dnia. Trzymaj się. I swoje życie też, bo za drugim razem może ci połamać nogi.

W ciągu kolejnych trzech dni nie działo się nic istotnego. Mieszkanie powoli dziczeje. Ja razem z nim.

Piątek - Trzeba odpocząć od tego wszystkiego. To znaczy od tego "niczego". Były plany, dużo planów: wszystko zawaliłem. Podsumowując tydzień, to cud że żyję. Teraz sobota i niedziela, to jakoś się prześlizgniemy.

Sobota - Nigdy więcej. To było straszne. Boli mnie głowa, przed oczami mam mroczki. Pokój wygląda jak pobojowisko, łazienka przypomina mi to o czym chciałbym zapomnieć a o czym zapomnieć nie pozwala tępy ból głowy. Może coś zjeść? Trochę trochę ryzykowne. A co mi tam, nie ma ryzyka nie ma zabawy.
Telefon. Kolega dzwoni. Krótkie zdanie, trzy słowa, a sprawiły że zakręciło mi się w głowie i w żołądku jednocześnie: "Idziemy na piwo?". Rozłączyłem się bez słowa, bo podobno milczenie jest bardziej wymowne.

W  niedzielę się śpi albo odpoczywa. Więc mam podstawy sądzić że sąsiad zgłupiał na starość klupiąc młotkiem po wszystkich powierzchniach płaskich swojego mieszkania.

Poniedziałek - Bierzemy się w garść. Trzeba ogarnąć. Może coś ugotujemy?...
Wbrew pozorom lubię sprzątać w mieszkaniu. Wystarczy że będą spełnione następujące warunki:

  • ma być pusto w mieszkaniu, 
  • ma być włączona dobra muzyka i nic nie może mnie rozpraszać. 
  • No i muszę zacząć. To jest najtrudniejsze.
Ale udało mi się, w mieszkaniu lśni jak nigdy, obiad ugotowany na trzy dni, zaplanowany na dwa kolejne, zakupy zrobione. Nawet dobrze się podczas tego bawiłem... Słowem zrobiłem wszystko to, na co nie znalazłem motywacji przez cały tydzień. I zdążyłem jeszcze się zdrzemnąć przed pracą.

Wtorek - Tęsknię za nimi. Nawet za tymi kłótniami z matką i przekomarzaniem z siostrą. Zaskakujące, nigdy nie przypuszczałem że będę tęsknił jedyną rzeczą na świecie która jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. A jednak. Sam siebie czasem zaskakuję.

Środa - Dziś wolne. W pracy coś się zepsuło i moje stanowisko stoi. Fajnie. Wypłata na tym ucierpi, ale przynajmniej się wyśpię. Zrobię sobie maraton filmowy. Jest kilka filmów które zawsze chciałem obejrzeć a na które nigdy nie miałem czasu, pomimo faktu że wolnym czasem mogłem sobie tapetować pokój.

Dziś jest czwartek. Matka z siostrą wracają w poniedziałek. Będę wtedy w pracy, nie pomogę więc przy rozpakowywaniu skarbów przywiezionych ze wsi.
Nie mogę się tego dnia doczekać.

W piątek miałem nieprzyjemną pobudkę. Młotki, wiertarki i tym podobne rewelacje dały o sobie znać ze zdwojoną siłą. Jakby wszyscy majsterkowicze z powołania związani w jakiejś koalicji doszli do wniosku, że pora urządzić sobie meeting u sąsiadki z góry. Przestali około południa. Lepiej późno niż wcale.
Zdecydowałem się pójść w końcu do lekarza ogólnego. Po chwili spędzonej w poczekalni na podziwianiu urody nieznajomej dziewczyny zostałem zawołany do gabinetu. Pani doktor mnie zbeształa mówiąc, że jestem niewychowany prosząc o skierowanie na podstawowe badania diagnostyczne. Wróciłem do domu, zrobiłem porządny obiad, posprzątałem w mieszkaniu...
Zastanawiałem się nad sobotą. Może tym razem się uda.

Sobota - Wcale nie jestem zaskoczony. Znowu się nie uda. Tego coś boli, temu się nie chce, tamten się boi... Nic to, przynajmniej nie muszę się śpieszyć i mogę zostawić wszystko tak jak jest. Siedzę sobie przy komputerze, trochę rozgoryczony bezproduktywnie spędzam resztę dnia. Bo już niewiele go zostało.
Telefon dzwoni. Kolega, stęsknił się? Mówi, że zaraz będzie. Spoko, nie będę siedział sam.
Dzwonek do drzwi. Cholera, kogo znowu niesie. Czyżby już był? Patrzę przez wizjer i nie wiem czy to ze zmęczenia, czy z jakiegoś innego powodu sylwetka osoby po drugiej stronie drzwi mi nic nie mówi. W pierwszej chwili myślałem, że to sąsiadka przyszła się poskarżyć na głośną muzykę. Jakże byłem mile zaskoczony kiedy się okazało, że mam gościa. W drzwiach stała moja dobra znajoma witając mnie miłym dla oka uśmiechem. Chwilkę później wychylił się kolega. Zaprosiłem ich do środka, lekko zszokowany, trochę skołowany i zawstydzony nieładem panującym w mieszkaniu. Dlatego nie przepadam za takimi sytuacjami. Dziwne uczucie, kiedy rozdrażnienie, szczypta złości, pozytywnego zaskoczenia i szczęścia łączą się w jedno.
Po chwili przyszedł kolega, towarzystwo się dopełniło. Chwilkę posiedzieliśmy wspólnie, pogadaliśmy, pośmialiśmy się. Niestety, znajoma musiała uciekać i 75% dobrego towarzystwa nam ubyło, bo jeden z kolegów również się zabrał, tłumacząc się jutrzejszym dniem.
Najlepsi zostali do końca. Sobota skończyła się o czwartej nad ranem.

Natomiast niedziela poszła jak z bicza strzelił. Doszedłem do wniosku, że najwyższy czas wstać z łóżka koło pierwszej po południu. Coś zjeść, posprzątać i wcześnie położyć się spać, bo nie wiem czemu czuję się wyssany z życia.

Ostatni dzień samotności. Dziś poniedziałek. Wspominam cały ten okres. Było fajnie. Ciężko, ale fajnie. Ale stęskniłem się za resztą domowników. Jak wrócę z pracy to się z nimi zobaczę. W końcu.
Motywem dnia jest Cells. Będę sobie nucił w pracy.