czwartek, 15 stycznia 2015

Artur, nie jesteś bogiem tej gry...

Słowem wstępu. Niedawno czytałem, że ludzie którzy umieszczają na portalach społecznościowych dużo zdjęć ze swoim udziałem mają skłonności psychopatyczne. Owszem, mam trochę zdjęć na znanym wszystkim i lubianym fejsie, ale to chyba niczego nie dowodzi, prawda? Chciałem w ten sposób pokazać jakie mam bogate życie towarzyskie.
Tak poza tematem, chciałbym się pochwalić moim ostatnim zakupem. Jestem od niedawna szczęśliwym posiadaczem balisonga...

***

- Siema byku!
I już wiedziałem, że zaliczenie tego dnia do udanych będzie graniczyło z cudem.
Wbrew pozorom, winę za zaistniały stan rzeczy wcale nie ponoszą słowa pozdrowienia skierowane do mnie przez kolegę. Nie. Na tą sytuację złożyło się więcej czynników.
Dręczące mnie sny nagminnie się powtarzają. Codziennie. W każdym z tych snów zawsze komuś dzieje się krzywda, najczęściej mnie. Raz, nie mam bladego pojęcia co mogło mieć na to wpływ, ja zrobiłem krzywdę osobie która mnie nawiedza w snach. To było dziwne.
Kolejnym problemem jest moje wielokrotnie tu obnażane lenistwo. Jednak to jeszcze jestem w stanie miejscami przezwyciężyć. Niestety zdecydowanie zbyt rzadko.
Dzisiejszy dzień był tego doskonałym przykładem, kiedy to w niezwykle widowiskowy sposób oblałem dwa kolokwia.
Do tego dochodzi jeszcze jeden, bliżej niezidentyfikowany czynnik. Od równego tygodnia robię dobrą minę do złej gry, starając się nie pokazywać innym, że mam nie najlepszy humor. Nie wszystkich da się zwieść, zdaję sobie z tego sprawę, ale na razie działa w zadowalającym mnie stopniu. Najgorsze jest to, że ostatnimi czasy zbyt wiele się dzieje żebym mógł w jasny i klarowny sposób określić co wpływa na moją kondycję psychiczną. Albo ściślej, jej brak.
To jeszcze nie koniec. Momentami wpędzają mnie w głęboką konsternację skierowane do mnie słowa "jesteś straszny kiedy się nie uśmiechasz", by zaraz po tym dostać salwą cytatów w stylu "twój uśmiech jest niepokojący".
Na szczęście są również sytuacje wyrównujące poziom frustracji rozsadzającej mnie czasem od środka.
Przykładowo sytuacja w której miałem niepowtarzalną okazję pozwalającą na pokazanie, że moje wykolejenie dobrze współgra z czarnym humorem:

Kolega: Zastanawiałem się kiedyś nad pracą w kostnicy. To musi być ciekawe, tak kroić ludzi...
Ja: No coś ty, to już nie jest takie fajnie kiedy nie krzyczą przy kolejnych cięciach
K; Co ty ćpasz?!
J; Życie. Stary, mocny towar. Ciężko dostać, uzależnia po pierwszej dawce. Jest koszmarnie drogie. Należy ponadto nadmienić o stuprocentowej śmiertelności wśród uzależnionych od tego specyfiku.

Tak się zastanawiałem, czy wspomniany kolega mówiąc o pracy w kostnicy chciał mi się przypodobać, pokazać, że też lubi takie wypaczone żarty?
W każdym razie, gdyby nie niektóre rozładowujące we mnie napięcie sytuacje przeciążenie układu nerwowego sięgnęło by zenitu doprowadzając do "zwarcia" które z kolei zakończyło by moją egzystencję serią kolorowych fajerwerków.
A dlaczego taki dziwny tytuł? To ukłon w stronę mojego współlokatora, towarzysza niedoli. Zawsze mnie raczy podobnymi tekstami, ochrzcił mnie szczytnym mianem Artura i zabawia błyskotliwymi tekstami w stylu "Je...ać szlauchy maczetami".

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Pierwszy!...

... post tego roku. Z tej okazji życzę sobie wszystkiego najlepszego. Bo jak chcesz żeby coś było zrobione dobrze, zrób to sam. Można by tym samym powiedzieć (prawdopodobnie obrażając kilka osób), że najlepsze życzenia noworoczne jakie dostałem w tym roku złożyłem sobie sam.
A teraz, starym dobrym zwyczajem, z subtelnością ciosu młotkiem w twarz, przechodzimy do właściwego tematu postu.
Ogólnie znaną prawdą jest, że jak ma się coś ważnego do zrobienia zawsze znajdzie się coś innego do roboty. Ilość i natężenie "tych innych" zajęć jest wprost proporcjonalna do priorytetu zadania pierwotnego. Dodatkowym czynnikiem demotywującym jest brak nad sobą osoby potrafiącej przypilnować lub zachęcić do działania. Do czego zmierzam?
Jako że jestem dumnym ze swojego statusu studentem, muszę się uczyć. Za kilka dni mam kolokwium. Nie potrafię się zagonić do nauki. Czym się to objawia? Pokój w akademiku jest czysty jak nigdy, podłoga umyta, kurze pościerane, naczynia umyte, zakupy zrobione (pomimo rażących braków środków na koncie). Porządek w szafie też jest. Zrobiłem już wszystko czym mógłbym się odciągnąć od nauki, więc wyszedłem szukać w akademiku form życia innych od kurzu który do mnie zagadał kiedy wyciągałem śmieci spod łóżka. Niestety, nie udało mi się. Od sylwestra akademik tętni życiem jak Dolina Śmierci w Stanach Zjednoczonych.
Jednak wczoraj wróciła jedna z sąsiadek na łączniku (który to z braku zajęcia wcześniej również wysprzątałem). Zawsze robiła mi awantury o głośno grającą muzykę. Miała do tego niesamowite wyczucie czasu, przychodziła się uskarżać zawsze równo o 22:01. Że niby już jest cisza nocna. Współlokator zasugerował mi kiedyś żeby jej wyperswadować, że w takim miejscu jak akademik pojęcie ciszy nocnej jest terminem czysto abstrakcyjnym, ale jakoś mi jej szkoda.
Jakże zatem wielkie było moje zaskoczenie, kiedy wczoraj wieczorem około godziny 23:00 zaczęła się wydobywać zza ściany seria niezidentyfikowanych dźwięków znanych szerzej jako muzyka pop. Doszedłem do wniosku, że sąsiadka miała udanego sylwestra. Na tyle udanego, że atmosfera szampańskiej zabawy jeszcze się jej trzymała. Bo nikt normalnie nie włącza (nie tylko takiej ale w ogóle) tak głośno muzyki bez zbędnego powodu. Na zastanawianiu się cóż to mógł być za powód zeszło mi kilka następnych kilka godzin które mogłem spożytkować na naukę.
Dzień następny schodzi mi na zaglądaniu w każdy kąt pokoju w poszukiwaniu pozostałości po niezwykle oczytanych, elokwentnych i rozmownych kępkach kurzu. Oczywiście nie znalazłem. Znalazłem za to w skrzynce mailowej wiadomość od pani magister z informacją że nie zaliczyłem poprawki z kolokwium. Bosko.
Współlokator wróci najprawdopodobniej jutro, więc do jutra załatwię sobie lustro żeby mieć z kim pić. No, chyba że ktoś przyjdzie sprać mnie na kwaśne jabłko w celu zachęcenia mnie do nauki. Znam kilka osób które dysponują argumentami o podobnej sile i skuteczności. Teraz tylko pozostaje pytanie: czekać na nie, czy brać się za naukę?