Są święta. Rzeczą wiadomą jest, że w tymże okresie idzie się całą rodziną do kościoła na mszę świętą. Mimo, że się tego nie chce robić i mimo że w tym czasie można na setki innych znacznie przyjemniejszych sposobów zmarnować swój czas.
Ja na przykład, pozmywałem naczynia, przetarłem podłogi i jeszcze znalazłem czas żeby pograć na komputerze pierwszego dnia świąt.
Natomiast następnego dnia popełniłem jeden z największych błędów mojego życia. Mianowicie poszedłem do kościoła. Nie obyło się rzecz jasna bez kolędowania. O zgrozo. Uszy to mnie bolą do teraz.
Barwa i natężenie głosu, a właściwie dźwięku wydobywającego się z krtani niepozornie wyglądającej pani ulokowanej tuż nad moim uchem obejmowała niesamowity zakres. Od dźwięków tak wysokich jak pisk zdolny do kruszenia szkła po coś wydającego z siebie rzężący dźwięk. Zupełnie jak zarzynane prosię.
Gdzieś po drodze był jeszcze basowy pomruk, ale pozwolę sobie to pominąć.
Ktoś powie: Dobrze, kolędy kolędami, starsze panie w kościele odstawmy na bok. Co z ludźmi którzy lubią śpiewać?
Niech śpiewają przed lustrem. Albo pod prysznicem. Gdziekolwiek, byle nikt nie był skazany na ich słuchanie. Człowiek tego typu zazwyczaj czuje się niesamowicie pokrzywdzony przez los tym, że nie jest (i nigdy nie będzie) drugim Luciano Pavarotti.
No dobrze, znowu odezwie się jakiś sceptyk. A co z wokalnymi talentami pijaków?
Moja odpowiedź jest prosta jak metr kabla w kieszeni, jak zwykł mawiać mój wujek. Od każdej reguły istnieją wyjątki ją potwierdzającą. Dlaczego śpiewanie po pijaku należy uznać za taki wyjątek? Otóż ludzie pod wpływem alkoholu robią różne głupich rzeczy, których na trzeźwo by nie zrobili. Być może doskonale wiedzą o co mi chodzi w tym momencie i całym sercem stoją za mną murem. A przynajmniej kiedy są trzeźwi.
O wszystkim i o niczym. O tym co mnie wkurza, drażni, bawi, śmieszy, zastanawia. O moich przemyśleniach i innych różnych pierdołach. O mnie.
sobota, 28 grudnia 2013
czwartek, 12 grudnia 2013
Kolejny niepokojący sen
Wstałem rano, i półprzytomny od razu zapisałem na pierwszym lepszym kawałku papieru tym co wpadło mi w ręce. Mój sen.
Zostałem zesłany z powrotem na ziemię, jako kara za nieprawidłowe życie i pozaprogramowe przedwczesne jego zakończenie (czego nie byłem świadomy). Wyglądałem mniej więcej jak współczesne wyobrażenie śmierci, z kilkoma drobnymi szczegółami: Z otworów w czaszce wydostawały się języki ognia, ubrany byłem w długi skórzany płaszcz z kapturem, na nogach miałem wysokie buty za kolana zapinane na klamry. W rękach trzymałem wielką kosę, której ostrze jaśniało niezwykłą poświatą. Wokół mnie roztaczała się dziwna, lodowata aura, niepozwalająca moim ofiarom uciekać. Ale nie było takiej potrzeby, byłem najszybszy wśród Wyklętych. Tak, było nas więcej.
Na czym polegała kara? I tu zaczyna się robić dziwnie. Miałem zabijać ludzi, żeby móc dalej przeżyć. Za każdego człowieka dostawałem kolejne 7 sekund życia...
Zastanawiałem się czemu moim orężem jest właśnie kosa. Ktoś mi powiedział że to jest odniesienie do sposobu w jaki nieplanowo zakończyłem własną właściwą ziemską egzystencję. Co?! To znaczy że popełniłem samobójstwo? Tak, powiedział mi ktoś inny. Poderżnąłeś sobie gardło kosą właśnie.
"No ładnie. Pewnie chciałem się wymigać od sianokosów albo czegoś w tym stylu. W sumie to by do mnie pasowało", pomyślałem.
Nie pojmowałem tej kary, biorąca pod uwagę że jestem człowiekiem o dziwnych zamiłowaniach do ostrych przedmiotów i ogólnie pojętej broni białej.
Z niepokojem muszę stwierdzić, że na początku nawet mnie to bawiło. Mimo wszystko nie wpadłem w szał zabijania, zachowałem odrobinę zdrowego rozsądku niepozwalającego mi między innymi zbliżać się do kobiet w ciąży.
Zacząłem rozumieć sens kary dopiero po uzyskaniu kolejnej minuty życia...
Wśród otaczających mnie ludzi byli moi krewni, ci dalsi i ci bliżsi. A ja nie wszystkich zdążyłem zauważyć. Ale znalazłem na to sposób: zamiast zabijać dla przedłużenia własnego życia, bezboleśnie zabierałem część życia "ofiary". Oczywiście przelicznik był podobny jak w przypadku zabijanie: za każdy skradziony rok życia otrzymywałem w przybliżeniu 1,5 sekundy. "Ale jaki był tego sens, nie widzę większej różnicy" powie jakiś sceptyk. Otóż różnica była i to znaczna. Skradzione w ten sposób życie mogło wrócić do swojej pierwotnej... objętości. Ale to już zależało tylko i wyłącznie od mojej ofiary. Postępując w zgodzie z sumieniem i moralnością mogli sprawić, że skradzione życie do nich wracało.
Kiedy to zrozumiałem, z otoczenia w którym znajdowały się moje ofiary zniknęli członkowie mojej rodziny, a pojawili się ludzie którzy potrzebowali swoistego naprowadzenia na właściwe tory. A ja im miałem w tym pomóc. Tylko czy oni moją pomoc przyjmą? Za tak wysoką cenę?
Migawka, kolejna faza snu. Tym razem jestem czymś w rodzaju policjanta. Zostałem wyznaczony do grupy mnie podobnych, której celem jest pacyfikacja grupy ludzi, która ponoć zakłóca porządek i szkodzi szeroko pojętemu dobry ogólnemu. Zostałem wyposażony w jakiś pistolet, półautomat z pociskami zapalającymi i dziwne coś... Ni to karabin, ni to strzelba... w każdym razie miało bębenek na amunicję jak w rewolwerze, na 10 naboi dużego kalibru. Niepokojąco dużego kalibru. Amunicja grzybkująca rozwiała wszelkie moje wątpliwości. Padł rozkaz otwarcia ognia. Wydawał się głupi, nieuzasadniony i okrutny. Ci ludzie tylko stali i rozmawiali ze sobą.
Zanim padł huk wystrzałów zdążyłem tylko krzyknąć w próbie ostrzeżenia tych ludzi.
Korzystając z zamieszania szybko odłączyłem się od mojej grupy, zyskując zapewne szczytne miano dezertera, ale nie dbałem o to. Pomóc jak największej liczbie ludzi, tylko o tym myślałem...
Udało mi się uratować grupkę pięciu osób. Z około dwutysięcznej grupy.
Stojąc na przeciw plutonu egzekucyjnego usłyszałem pytanie: "Ostatnie słowo?"
Uśmiechnąłem się, złożyłem palce prawej dłoni w kształt pistoletu, wycelowałem przed siebie i powiedziałem "Ba-bach".
Zostałem zesłany z powrotem na ziemię, jako kara za nieprawidłowe życie i pozaprogramowe przedwczesne jego zakończenie (czego nie byłem świadomy). Wyglądałem mniej więcej jak współczesne wyobrażenie śmierci, z kilkoma drobnymi szczegółami: Z otworów w czaszce wydostawały się języki ognia, ubrany byłem w długi skórzany płaszcz z kapturem, na nogach miałem wysokie buty za kolana zapinane na klamry. W rękach trzymałem wielką kosę, której ostrze jaśniało niezwykłą poświatą. Wokół mnie roztaczała się dziwna, lodowata aura, niepozwalająca moim ofiarom uciekać. Ale nie było takiej potrzeby, byłem najszybszy wśród Wyklętych. Tak, było nas więcej.
Na czym polegała kara? I tu zaczyna się robić dziwnie. Miałem zabijać ludzi, żeby móc dalej przeżyć. Za każdego człowieka dostawałem kolejne 7 sekund życia...
Zastanawiałem się czemu moim orężem jest właśnie kosa. Ktoś mi powiedział że to jest odniesienie do sposobu w jaki nieplanowo zakończyłem własną właściwą ziemską egzystencję. Co?! To znaczy że popełniłem samobójstwo? Tak, powiedział mi ktoś inny. Poderżnąłeś sobie gardło kosą właśnie.
"No ładnie. Pewnie chciałem się wymigać od sianokosów albo czegoś w tym stylu. W sumie to by do mnie pasowało", pomyślałem.
Nie pojmowałem tej kary, biorąca pod uwagę że jestem człowiekiem o dziwnych zamiłowaniach do ostrych przedmiotów i ogólnie pojętej broni białej.
Z niepokojem muszę stwierdzić, że na początku nawet mnie to bawiło. Mimo wszystko nie wpadłem w szał zabijania, zachowałem odrobinę zdrowego rozsądku niepozwalającego mi między innymi zbliżać się do kobiet w ciąży.
Zacząłem rozumieć sens kary dopiero po uzyskaniu kolejnej minuty życia...
Wśród otaczających mnie ludzi byli moi krewni, ci dalsi i ci bliżsi. A ja nie wszystkich zdążyłem zauważyć. Ale znalazłem na to sposób: zamiast zabijać dla przedłużenia własnego życia, bezboleśnie zabierałem część życia "ofiary". Oczywiście przelicznik był podobny jak w przypadku zabijanie: za każdy skradziony rok życia otrzymywałem w przybliżeniu 1,5 sekundy. "Ale jaki był tego sens, nie widzę większej różnicy" powie jakiś sceptyk. Otóż różnica była i to znaczna. Skradzione w ten sposób życie mogło wrócić do swojej pierwotnej... objętości. Ale to już zależało tylko i wyłącznie od mojej ofiary. Postępując w zgodzie z sumieniem i moralnością mogli sprawić, że skradzione życie do nich wracało.
Kiedy to zrozumiałem, z otoczenia w którym znajdowały się moje ofiary zniknęli członkowie mojej rodziny, a pojawili się ludzie którzy potrzebowali swoistego naprowadzenia na właściwe tory. A ja im miałem w tym pomóc. Tylko czy oni moją pomoc przyjmą? Za tak wysoką cenę?
Migawka, kolejna faza snu. Tym razem jestem czymś w rodzaju policjanta. Zostałem wyznaczony do grupy mnie podobnych, której celem jest pacyfikacja grupy ludzi, która ponoć zakłóca porządek i szkodzi szeroko pojętemu dobry ogólnemu. Zostałem wyposażony w jakiś pistolet, półautomat z pociskami zapalającymi i dziwne coś... Ni to karabin, ni to strzelba... w każdym razie miało bębenek na amunicję jak w rewolwerze, na 10 naboi dużego kalibru. Niepokojąco dużego kalibru. Amunicja grzybkująca rozwiała wszelkie moje wątpliwości. Padł rozkaz otwarcia ognia. Wydawał się głupi, nieuzasadniony i okrutny. Ci ludzie tylko stali i rozmawiali ze sobą.
Zanim padł huk wystrzałów zdążyłem tylko krzyknąć w próbie ostrzeżenia tych ludzi.
Korzystając z zamieszania szybko odłączyłem się od mojej grupy, zyskując zapewne szczytne miano dezertera, ale nie dbałem o to. Pomóc jak największej liczbie ludzi, tylko o tym myślałem...
Udało mi się uratować grupkę pięciu osób. Z około dwutysięcznej grupy.
Stojąc na przeciw plutonu egzekucyjnego usłyszałem pytanie: "Ostatnie słowo?"
Uśmiechnąłem się, złożyłem palce prawej dłoni w kształt pistoletu, wycelowałem przed siebie i powiedziałem "Ba-bach".
piątek, 6 grudnia 2013
Maraton? A może sprint?
Zanim się budzę, jeszcze będąc w stanie półsnu, docierają do mnie suche dowcipy ojca mojego gospodarza: - Jaki jest najlepszy środek na łysinę? Środek głowy... Jakie należy podjąć kroki w zetknięciu ze wściekłym psem? Jak najszybsze...
Tak. Wczoraj pozwoliłem sobie ździebko wypić. Nie za dużo, nie za mało. A więc: obudziłem się, wstałem ubrałem, wyszykowałem... już wiem jak się czuje dziewczyna opuszczająca przygodnie poznanego faceta rano...
Budzę go, bo ktoś mi musi drzwi otworzyć. Idę sobie spacerkiem przez osiedle dawniej zamieszkane również przeze mnie. Niewiele się zmieniło.
Ależ tu ślisko... nie zdążyłem nawet pomyśleć gdy wylądowałem na moich szlachetnych czterech literach. Ale nic się strasznego nie stało, trzeba w pobliskim sklepie zakupić bilety i udać się na przystanek.
Skrócę sobie drogę, pójdę tą z pozoru nieuczęszczaną drogą.. Co do jasnej...?! Na środku jezdni stoi klatka z królikiem. Nie wygląda on na szczególnie przejętego swoim, eeee, położeniem. Idziemy dalej. Zbliżam się do przystanku autobusowego.
O łaaaa, jaka ładna dziewczyna... ciekawe czy jest tak samo inteligentna jak obdarzona przez naturę walorami estetycznymi... nie chce mi się tego sprawdzać.
Po ledwie 3 minutach czekania nadjechał upragniony autobus. Kierowca jak zwykle jechał z prędkością pozwalającą jego schizofrenicznym przyjaciołom grzybom przejść na drugą stronę jezdni. Mimo to dojechałem na czas na stację docelową.
Ładna pani o której była mowa wcześniej wyfrunęła na swoich przepiórczych skrzydłach w kierunku następnego autobusu, podczas gdy ja ze stoickim spokojem udałem się w tym samym kierunku. Nie ma pośpiechu, kierowca się spóźni nawet jeśli już stoi na przystanku... No, i jak zwykle miałem rację.
Podsumowując, podróż z osiedla znajomego na moje zajęła mi w przybliżeniu około 15 minut.
Przechodząc koło z góry ustalonego wśród moich znajomych punktu orientacyjnego zauważyłem rzecz dość niezwykłą: Na talerzyku, na którym była schludna serwetka, zostały poukładane w niesamowitym porządku kromki chleba posmarowane masłem... Należy dodać, że owym punktem orientacyjnym jest osiedlowy śmietnik.
Ale mniejsza z tym. Jeszcze lekko się zataczając wkraczam w progi mojego domu.
Nie byłem jakoś specjalnie zaskoczony widząc moją rodzicielkę. Zaskoczony byłem jej reakcją : - Jak było? Może śniadanko?
ktoś mi porwał matkę i zastąpił tym podejrzanie miłym klonem...
Odrzućmy podejrzenia na bok. Przeszedłem z mamą ciekawą i pełną wartości moralnych rozmowę. O czym była to może innym razem.
Pomoc w zmywaniu po śniadaniu, dalej w przygotowaniu obiadu i znów plany na wyjście. Wszystko idzie zgodnie z planem (oprócz zwyczajowego spóźnienia kolegi, ale zdążyłem się przyzwyczaić). Zapaliłem, zaczekałem...
Jest! Nareszcie! Jedziemy.
W planie było wyrwać koleżanki, jedną za drugą i pójść do naszego ulubionego baru. Plan się oczywiście nie udał, ale źle nie było. Czas spędziliśmy na piciu "Urodzinówki" i czystej.
Po wyjściu od znajomej odprowadziliśmy z kumplem drugą. Idąc pod rękę ratowałem nie tylko jej nadszarpnięty zmysł orientacji, ale i po części swój. Ale najważniejszy był nastrój jaki towarzyszył całemu zajściu. Od początku do samego końca.
Ktoś mnie nie znający mógłby pomyśleć po lekturze: menel, pijak. Ale pozory mylą, pamiętajcie.
Pomoc w zmywaniu po śniadaniu, dalej w przygotowaniu obiadu i znów plany na wyjście. Wszystko idzie zgodnie z planem (oprócz zwyczajowego spóźnienia kolegi, ale zdążyłem się przyzwyczaić). Zapaliłem, zaczekałem...
Jest! Nareszcie! Jedziemy.
W planie było wyrwać koleżanki, jedną za drugą i pójść do naszego ulubionego baru. Plan się oczywiście nie udał, ale źle nie było. Czas spędziliśmy na piciu "Urodzinówki" i czystej.
Po wyjściu od znajomej odprowadziliśmy z kumplem drugą. Idąc pod rękę ratowałem nie tylko jej nadszarpnięty zmysł orientacji, ale i po części swój. Ale najważniejszy był nastrój jaki towarzyszył całemu zajściu. Od początku do samego końca.
Ktoś mnie nie znający mógłby pomyśleć po lekturze: menel, pijak. Ale pozory mylą, pamiętajcie.
poniedziałek, 11 listopada 2013
Memento mori
Pada. Stoję na samym środku, wpatrzony w niebo. Tysiące gwiazd na niebie znajduje swoje odbicie w perlących się na nagrobkach kroplach deszczu, a stojące na grobach znicze dodają całości niesamowitego efektu. Kiedy spuszczam wzrok z gwiazd jestem święcie przekonany, że układ kolorowych zniczy odpowiada układowi gwiazd na niebie, tworząc swoiste gwiazdozbiory i konstelacje... Rzekłbym, paradoksalnie do sytuacji i miejsca, niebo na ziemi.
Święto pierwszego listopada minęło ponad tydzień temu. Mimo to, a może przede wszystkim dlatego chciałbym się z Wami podzielić moimi przemyśleniami związanymi z tymże właśnie dniem.
Boicie się śmierci? Dlaczego tak? Dlaczego nie? Większość ludzi boi się śmierci, z przeróżnych powodów. Ale czy powinni? Człowiek boi się nieznanego. To naturalne. Nikt jeszcze nie wrócił z zaświatów i nie powiedział nam, że po drugiej stronie nie jest źle i że nie mamy powodów do obaw.
Śmierć jest, tak jak mówiłem ostatnio, rzeczą nie do uniknięcia. Nie ma najmniejszego sensu się jej bać.
Ludzie w czasach średniowiecza, mimo że te czasy są stereotypowo uznane za epokę ciemnoty i ograniczenia, nie bali się śmierci, mało tego, w stu procentach ją akceptowali. Dlaczego? No właśnie. Podobno kolosalny na to wpływ miał ogólnie panujący wtedy światopogląd, że śmierć to tylko początek czegoś nowego, nie tak jak dziś, kiedy utożsamiamy ją z ewidentnym końcem wszystkiego. I dlatego uważam, po części wbrew sobie, że religia w Boga jest jednak potrzebna. Choćby dla rozwiania tych nieuzasadnionych obaw.
Druga sprawa. Dlaczego święto pierwszego listopada jest takie smutne, wręcz ponure? To w żaden sposób nie pomoże nam oswoić się ze śmiercią.
Tego dnia głównie wspominamy naszych bliskich których już nie ma w śród nas. Czy nie macie wrażenia, że opłakując ich postępujemy trochę egoistycznie? Żałujemy, że nie ma ich przy nas. Nie zastanawiamy się, co oni by "czuli". Nie potrafimy założyć, że być może tam jest im lepiej, że na nas czekają w miejscu gdzie nie ma chorób, przemocy i wszelkiego zła.
Dlaczego wspominając ich nie spróbujemy się uśmiechnąć na wspomnienia spędzonych wspólnie chwil? Czy to takie trudne? Śmiem wątpić. A takie coś na pewno wpłynie pozytywnie na nasze samopoczucie.
Święto pierwszego listopada minęło ponad tydzień temu. Mimo to, a może przede wszystkim dlatego chciałbym się z Wami podzielić moimi przemyśleniami związanymi z tymże właśnie dniem.
Boicie się śmierci? Dlaczego tak? Dlaczego nie? Większość ludzi boi się śmierci, z przeróżnych powodów. Ale czy powinni? Człowiek boi się nieznanego. To naturalne. Nikt jeszcze nie wrócił z zaświatów i nie powiedział nam, że po drugiej stronie nie jest źle i że nie mamy powodów do obaw.
Śmierć jest, tak jak mówiłem ostatnio, rzeczą nie do uniknięcia. Nie ma najmniejszego sensu się jej bać.
Ludzie w czasach średniowiecza, mimo że te czasy są stereotypowo uznane za epokę ciemnoty i ograniczenia, nie bali się śmierci, mało tego, w stu procentach ją akceptowali. Dlaczego? No właśnie. Podobno kolosalny na to wpływ miał ogólnie panujący wtedy światopogląd, że śmierć to tylko początek czegoś nowego, nie tak jak dziś, kiedy utożsamiamy ją z ewidentnym końcem wszystkiego. I dlatego uważam, po części wbrew sobie, że religia w Boga jest jednak potrzebna. Choćby dla rozwiania tych nieuzasadnionych obaw.
Druga sprawa. Dlaczego święto pierwszego listopada jest takie smutne, wręcz ponure? To w żaden sposób nie pomoże nam oswoić się ze śmiercią.
Tego dnia głównie wspominamy naszych bliskich których już nie ma w śród nas. Czy nie macie wrażenia, że opłakując ich postępujemy trochę egoistycznie? Żałujemy, że nie ma ich przy nas. Nie zastanawiamy się, co oni by "czuli". Nie potrafimy założyć, że być może tam jest im lepiej, że na nas czekają w miejscu gdzie nie ma chorób, przemocy i wszelkiego zła.
Dlaczego wspominając ich nie spróbujemy się uśmiechnąć na wspomnienia spędzonych wspólnie chwil? Czy to takie trudne? Śmiem wątpić. A takie coś na pewno wpłynie pozytywnie na nasze samopoczucie.
sobota, 26 października 2013
Czuję się... dziwnie
Ludzie się rodzą, żyją i umierają, taka jest naturalna kolej rzeczy i nikt tego nie kwestionuje.
Wszyscy się czują co najmniej zmartwieni śmiercią bliskiej osoby, ale czy kiedykolwiek ktokolwiek z was odczuwał żal po śmierci osoby której się nie znało?
Jestem nałogowym graczem. Może nie jest to specjalny powód do dumy, ale też niespecjalnie się z tym kryję. Co to ma do rzeczy? Otóż ma i to więcej niż bym sobie tego życzył. Wchodząc dziś na forum dotyczące mojej ulubionej gry dowiedziałem się, że osoba z którą miałem przyjemność nie tak dawno grać uległa wypadkowi samochodowemu. Samochód wjechał pod pociąg na nieoznakowanym przejeździe.
Osoba też prowadziła również na YouTube kanał zawierający porady dla początkujących graczy i nie tylko.
Dlatego poczułem się dziwnie na myśl, że już nigdy nie zobaczę nowych filmików zaczynających się od wypowiedzianych charakterystycznym głosem słów: "What is gone one, ladies and gentlemens?*"
Na usta aż się ciśnie gorzka uwaga, że człowiek ten bezpieczniejszy był w wirtualnej rzeczywistości...
Gracze z całego świata solidaryzują się w bólu z rodziną osoby znanej pod nikiem yoteslaya.
*Może zawierać błędy, pisałem ze słuchu
Wszyscy się czują co najmniej zmartwieni śmiercią bliskiej osoby, ale czy kiedykolwiek ktokolwiek z was odczuwał żal po śmierci osoby której się nie znało?
Jestem nałogowym graczem. Może nie jest to specjalny powód do dumy, ale też niespecjalnie się z tym kryję. Co to ma do rzeczy? Otóż ma i to więcej niż bym sobie tego życzył. Wchodząc dziś na forum dotyczące mojej ulubionej gry dowiedziałem się, że osoba z którą miałem przyjemność nie tak dawno grać uległa wypadkowi samochodowemu. Samochód wjechał pod pociąg na nieoznakowanym przejeździe.
Osoba też prowadziła również na YouTube kanał zawierający porady dla początkujących graczy i nie tylko.
Dlatego poczułem się dziwnie na myśl, że już nigdy nie zobaczę nowych filmików zaczynających się od wypowiedzianych charakterystycznym głosem słów: "What is gone one, ladies and gentlemens?*"
Na usta aż się ciśnie gorzka uwaga, że człowiek ten bezpieczniejszy był w wirtualnej rzeczywistości...
Gracze z całego świata solidaryzują się w bólu z rodziną osoby znanej pod nikiem yoteslaya.
*Może zawierać błędy, pisałem ze słuchu
środa, 23 października 2013
Homo Sapiens. I co dalej?
Człowiek. Pionier w każdej dziedzinie. Dzięki swojemu wspaniałemu mózgowi i zdolności abstrakcyjnego myślenia wybił się ponad resztę gatunków na naszej planecie stając się gatunkiem dominującym. Przekonani o swojej wyższości siejemy wszechogarniające zniszczenie.
W rzeczywistości nieporadne stworzenie, odseparowane od znajomego sobie świata, cywilizacji, rzadko potrafi sprostać wyzwaniu jakie stawia przed nim natura. Wspaniały mózg? Ponad kilogramowy kawał gąbczastej struktury z której możliwości korzystamy w zaledwie 10%. No dobrze, ale mamy to wspaniałe abstrakcyjne myślenie. Tak, pewnie. Z tym że część naczelnych też w pewnym stopniu posiada tę umiejętność.
Nie jesteśmy tacy doskonali jak o sobie myślimy.
Jakiś czas temu analizowałem na nowo przebieg ewolucji człowieka. Znam ją dość dobrze. Ale co by się stało, gdyby któreś z wielkich wymierań w historii Ziemi nie miało miejsca? Bylibyśmy czymś na kształt większych, inteligentniejszych owadów? A może dalej uciekalibyśmy spod nóg wielkich dinozaurów? Chciałbym wiedzieć że nie tylko mnie zastanawiają takie rzeczy. Wiem, wiem. To głupie gdybanie, dziecinne "co by było, gdyby...". Ale do czego zmierzam. Człowiek osiągnął pewien, pozwolę sobie to nazwać "pułap ewolucyjny". Nie wydaje mi się, żeby w ciągu najbliższych tysięcy, setek tysięcy, milionów lat mielibyśmy się zmienić w znaczący sposób. Choć może ten pogląd jest po prostu zakorzeniony w mojej konserwatywnej naturze. Załóżmy jednak, że coś się zmienia. Że nie nastąpiła żadna katastrofa ekologiczna, nie doprowadziliśmy do samozagłady, nie zniszczyli nas kosmici. Jaką drogę wybierzemy? Czy będziemy mieli możliwość wyboru?
Jakiś czas temu czytałem w pewnym czasopiśmie popularnonaukowym, że za góra 50 lat będzie możliwe stworzenie swojego mechanicznego awatara i przeniesienie do niego swoich wspomnień. Czy jak kto woli: duszy. Oczywiście było by to możliwe tylko dla najbogatszych i takie tam... Do samej wiadomości podszedłem z dystansem, bo jeśli wszystkie tego typu prognozy miały by się spełniać, to pociągi śmigały by z prędkością dźwięku i bylibyśmy, dajmy na to, w połowie drogi do kolonizacji Marsa. Ale sam pomysł mnie zaintrygował. Czy wejdziemy na tą ścieżkę i będziemy dążyć do tego, że w przyszłości ludzie będą bardziej przypominać maszyny z ludzkimi odruchami? Czy może pójdziemy w zupełnie przeciwnym kierunku: nauczymy się korzystać z naszych mózgów w jak najwyższym stopniu, poznając takie możliwości jak telepatia, telekineza i inne tego typu sensacje? Powstanie nowy gatunek, który śmiało można by ochrzcić mianem homo sapiens superius? Czytałem kiedyś w podręczniku do bodajże biologi (a może fizyki?) że przewiduje się powstanie nadczłowieka. Brzmi trochę jak z taniego filmu science fiction? Być może, ale podobno naukowcy nie wykluczają, że taka możliwość istnieje. Osobiście wolałbym żeby ludzkość podążyła właśnie tą ścieżką. Jednocześnie, nie wiem czemu, wydaje mi się ona dużo mniej prawdopodobna. Przynajmniej w najbliższym czasie. Technika na razie oferuje te wszystkie cuda które podobna można osiągnąć sprawując pełną kontrolę nad mózgiem. Ludzie jak zawsze pójdą na łatwiznę. Tylko czy dla ludzkości wyzbycie się swojej cielesności nie będzie równoznaczne z zaprzeczeniu swojemu człowieczeństwu? Czy to w ogóle jeszcze będzie człowiek? Czy będzie można z czystym sumienie powiedzieć o sobie ecce homo?
W rzeczywistości nieporadne stworzenie, odseparowane od znajomego sobie świata, cywilizacji, rzadko potrafi sprostać wyzwaniu jakie stawia przed nim natura. Wspaniały mózg? Ponad kilogramowy kawał gąbczastej struktury z której możliwości korzystamy w zaledwie 10%. No dobrze, ale mamy to wspaniałe abstrakcyjne myślenie. Tak, pewnie. Z tym że część naczelnych też w pewnym stopniu posiada tę umiejętność.
Nie jesteśmy tacy doskonali jak o sobie myślimy.
Jakiś czas temu analizowałem na nowo przebieg ewolucji człowieka. Znam ją dość dobrze. Ale co by się stało, gdyby któreś z wielkich wymierań w historii Ziemi nie miało miejsca? Bylibyśmy czymś na kształt większych, inteligentniejszych owadów? A może dalej uciekalibyśmy spod nóg wielkich dinozaurów? Chciałbym wiedzieć że nie tylko mnie zastanawiają takie rzeczy. Wiem, wiem. To głupie gdybanie, dziecinne "co by było, gdyby...". Ale do czego zmierzam. Człowiek osiągnął pewien, pozwolę sobie to nazwać "pułap ewolucyjny". Nie wydaje mi się, żeby w ciągu najbliższych tysięcy, setek tysięcy, milionów lat mielibyśmy się zmienić w znaczący sposób. Choć może ten pogląd jest po prostu zakorzeniony w mojej konserwatywnej naturze. Załóżmy jednak, że coś się zmienia. Że nie nastąpiła żadna katastrofa ekologiczna, nie doprowadziliśmy do samozagłady, nie zniszczyli nas kosmici. Jaką drogę wybierzemy? Czy będziemy mieli możliwość wyboru?
Jakiś czas temu czytałem w pewnym czasopiśmie popularnonaukowym, że za góra 50 lat będzie możliwe stworzenie swojego mechanicznego awatara i przeniesienie do niego swoich wspomnień. Czy jak kto woli: duszy. Oczywiście było by to możliwe tylko dla najbogatszych i takie tam... Do samej wiadomości podszedłem z dystansem, bo jeśli wszystkie tego typu prognozy miały by się spełniać, to pociągi śmigały by z prędkością dźwięku i bylibyśmy, dajmy na to, w połowie drogi do kolonizacji Marsa. Ale sam pomysł mnie zaintrygował. Czy wejdziemy na tą ścieżkę i będziemy dążyć do tego, że w przyszłości ludzie będą bardziej przypominać maszyny z ludzkimi odruchami? Czy może pójdziemy w zupełnie przeciwnym kierunku: nauczymy się korzystać z naszych mózgów w jak najwyższym stopniu, poznając takie możliwości jak telepatia, telekineza i inne tego typu sensacje? Powstanie nowy gatunek, który śmiało można by ochrzcić mianem homo sapiens superius? Czytałem kiedyś w podręczniku do bodajże biologi (a może fizyki?) że przewiduje się powstanie nadczłowieka. Brzmi trochę jak z taniego filmu science fiction? Być może, ale podobno naukowcy nie wykluczają, że taka możliwość istnieje. Osobiście wolałbym żeby ludzkość podążyła właśnie tą ścieżką. Jednocześnie, nie wiem czemu, wydaje mi się ona dużo mniej prawdopodobna. Przynajmniej w najbliższym czasie. Technika na razie oferuje te wszystkie cuda które podobna można osiągnąć sprawując pełną kontrolę nad mózgiem. Ludzie jak zawsze pójdą na łatwiznę. Tylko czy dla ludzkości wyzbycie się swojej cielesności nie będzie równoznaczne z zaprzeczeniu swojemu człowieczeństwu? Czy to w ogóle jeszcze będzie człowiek? Czy będzie można z czystym sumienie powiedzieć o sobie ecce homo?
wtorek, 15 października 2013
Tytuł?...
Wiele razy już to przechodziłem. Kiedy siadam przed komputerem z chęcią napisania kolejnego wpisu na blogu i pomimo kipiących z mojej głowy pomysłów, przemyśleń, rad... nie wiem co napisać, ani jak zacząć. Biernie czekam na wenę.
Dziś, w poszukiwaniu owej weny, wybrałem się na wycieczkę autokarową, która finalnie nie doszła do skutku. Wyszedłem z autobusu w połowie drogi do pierwotnego celu i:
Dlaczego to napisałem? W sumie to sam nie wiem. Może żeby dać upust mojej, wedle opinii niektórych: grafomanii.
Może po prostu stęskniłem się za uczuciem jakie towarzyszy każdemu publikowanemu przeze mnie wpisowi. A może po to, żeby roztrwonić czas, którego z każdą chwilą mam mniej. Tak, marnowanie czasu to moja specjalność. Zaraz po laniu wody. Wiem, że jeśli nie przestanę topić ludzi w potokach bezsensownego bełkotu wydobywających się z moich ust (spod moich palców?) będę jedynym czytelnikiem tego bloga, wciąż narcystycznie wpadając w samozachwyt czytając te same wyblakłe i wyjałowione z jakichkolwiek wartości teksty.
Swoją drogą, napiłbym się jeszcze dobrego piwa...
Dziś, w poszukiwaniu owej weny, wybrałem się na wycieczkę autokarową, która finalnie nie doszła do skutku. Wyszedłem z autobusu w połowie drogi do pierwotnego celu i:
- spotkałem się ze znajomym, choć nie musiałem,
- wypiłem piwo, choć nie miałem na nie pieniędzy (podobnie zresztą jak on),
- porozmawiałem z nim mimo że właściwie nie miałem ku temu powodu.
Dlaczego to napisałem? W sumie to sam nie wiem. Może żeby dać upust mojej, wedle opinii niektórych: grafomanii.
Może po prostu stęskniłem się za uczuciem jakie towarzyszy każdemu publikowanemu przeze mnie wpisowi. A może po to, żeby roztrwonić czas, którego z każdą chwilą mam mniej. Tak, marnowanie czasu to moja specjalność. Zaraz po laniu wody. Wiem, że jeśli nie przestanę topić ludzi w potokach bezsensownego bełkotu wydobywających się z moich ust (spod moich palców?) będę jedynym czytelnikiem tego bloga, wciąż narcystycznie wpadając w samozachwyt czytając te same wyblakłe i wyjałowione z jakichkolwiek wartości teksty.
Swoją drogą, napiłbym się jeszcze dobrego piwa...
sobota, 21 września 2013
Jekyll and Hyde
Czy miewacie czasem niepokojące, wręcz przerażające was myśli? Kiedy wasza wyobraźnia prowadzi was, nie raz wbrew waszej woli w rejony świadomości w które wolelibyście się nie zapuszczać? Jestem bardziej niż pewny, że tak. I to nie raz. I niekoniecznie wbrew swojej woli.
Każdy z nas ma jakiś wrogów. Czy to dzieci z podwórka, znajomi ze szkoły, źli sąsiedzi czy Urząd Skarbowy. Nie raz pewnie wyobrażaliście sobie przeróżne formy słodkiej zemsty za dotychczas wyrządzone wam przez owych wrogów krzywdy. Ale kiedy owe imaginacje przestają być zdrowym wytworem fantazji a zaczynają być chorą manią? Jak zwykle, jest to trudna do wyczucia, subtelna granica...
Z reguły jestem postrzegany przez otoczenie jako miły, uczynny i takie tam. Ale to co czasem dzieje się w mojej głowie przyprawia mnie o dreszcze. Najgorsze jest to, że nie zawsze są to dreszcze obrzydzenia. Kiedy w biały dzień nachodzą mnie myśli o posłaniu kilku dobrych ludzi do nieba a złych do piekła można się domyślić, że coś już jest nie tak. Kiedy w sennych marzeniach jestem wyrafinowanym mordercą starannie zacierającym wszelkie ślady. Albo wyobrażam sobie że wylewam na pewne szczerze znienawidzone przeze mnie osoby kwas solny o wyjątkowo silnym stężeniu. To nie jest zdrowe. Gdyby można było pójść do więzienia za swoje myśli, w przeciwieństwie do innych ja bym już wisiał. Może czas się zastanowić nad swojego rodzaju terapią?
Dla lepszego zobrazowania sytuacji opiszę moją ostatnią "wizję".
Kiedy to zapraszam jednego z moich poważnych wrogów na pojednawczą wódkę, idziemy do piwnicy, żeby niepotrzebnie nie hałasować sąsiadom w bloku.
Krótka migawka i już rozcinam mu plecy skalpelem jednocześnie posypując solą świeże rany. Robiąc coraz głębsze nacięcia moim nożem z zadowoleniem patrzę jak jego śmierdząca jucha ścieka na podłogę, na której starannie wcześniej rozłożyłem folię malarską. Po kilku dłuższych chwilach zabawy rozcinam go ręczną piłą na kawałki. Kątówką narobiłbym za dużo hałasu...
Jakiś czas temu ktoś w komentarzu napisał, że jestem chory i powinienem się leczyć. Cóż, może najwyższy czas.
Każdy z nas ma jakiś wrogów. Czy to dzieci z podwórka, znajomi ze szkoły, źli sąsiedzi czy Urząd Skarbowy. Nie raz pewnie wyobrażaliście sobie przeróżne formy słodkiej zemsty za dotychczas wyrządzone wam przez owych wrogów krzywdy. Ale kiedy owe imaginacje przestają być zdrowym wytworem fantazji a zaczynają być chorą manią? Jak zwykle, jest to trudna do wyczucia, subtelna granica...
Z reguły jestem postrzegany przez otoczenie jako miły, uczynny i takie tam. Ale to co czasem dzieje się w mojej głowie przyprawia mnie o dreszcze. Najgorsze jest to, że nie zawsze są to dreszcze obrzydzenia. Kiedy w biały dzień nachodzą mnie myśli o posłaniu kilku dobrych ludzi do nieba a złych do piekła można się domyślić, że coś już jest nie tak. Kiedy w sennych marzeniach jestem wyrafinowanym mordercą starannie zacierającym wszelkie ślady. Albo wyobrażam sobie że wylewam na pewne szczerze znienawidzone przeze mnie osoby kwas solny o wyjątkowo silnym stężeniu. To nie jest zdrowe. Gdyby można było pójść do więzienia za swoje myśli, w przeciwieństwie do innych ja bym już wisiał. Może czas się zastanowić nad swojego rodzaju terapią?
Dla lepszego zobrazowania sytuacji opiszę moją ostatnią "wizję".
Kiedy to zapraszam jednego z moich poważnych wrogów na pojednawczą wódkę, idziemy do piwnicy, żeby niepotrzebnie nie hałasować sąsiadom w bloku.
Krótka migawka i już rozcinam mu plecy skalpelem jednocześnie posypując solą świeże rany. Robiąc coraz głębsze nacięcia moim nożem z zadowoleniem patrzę jak jego śmierdząca jucha ścieka na podłogę, na której starannie wcześniej rozłożyłem folię malarską. Po kilku dłuższych chwilach zabawy rozcinam go ręczną piłą na kawałki. Kątówką narobiłbym za dużo hałasu...
Jakiś czas temu ktoś w komentarzu napisał, że jestem chory i powinienem się leczyć. Cóż, może najwyższy czas.
wtorek, 10 września 2013
Historia pewnej znajomości
"Przed przeczytaniem poniższego tekstu nie musisz się z nikim konsultować ani czytać durnych ulotek. Po prostu weź kilka głębokich wdechów i czytaj. Miłej lektury."
Zakładałem, że będzie to fascynująca historyjka z morałem o osobie która poprosiła mnie o opisanie jej w jakikolwiek sposób. Chciałem napisać coś optymistycznego, napawające nadzieją na lepsze jutro, ale nic takiego nie przychodzi mi do głowy. Chciałem też napisać tekst z lekka obraźliwy, jednak ona powiedziała, że nawet gdybym napisał, że wezmę ją od tyłu, to jej nie zdenerwuję. 'No to jestem w dupie' pomyślałem (paradoksalnie). Straciłem wątek zanim go posiadłem. Ale wszystko przede mną, mam jeszcze parę dni do napisania tego...
No właśnie, czego? Nazwijmy to może... chybioną charakterystyką.
A więc tak, zacząłem wszystko od początku właśnie dziś, o godzinie 11:48.
To tak, szczerze mówiąc nie pamiętam zbyt wiele o naszej koleżance z wcześniejszych lat (a szkoda, bo teraz jest koniec edukacji w technikum i wiele ciekawych kontaktów pójdzie w niepamięć), może poza tym, że częściej jej nie było niż była.
W związku z tym, że przeciętny człowiek wyrabia sobie zdanie o drugiej osobie w ciągu około 15 sekund, moje pierwsze odczucia o, nazwijmy ją V (żeby było oryginalniej od X i jednocześnie zachowując anonimowość) wyglądały mniej więcej tak: O %$*#@!
Jej spokój był wielce niepokojący, mógłby powiedzieć, że straszny. Ubrana na czarno, z kontrastującymi, ciemnorudymi (ale jednak rudymi) włosami wyglądała jak... jak nie wiem co. Nie widziałem jeszcze rzeczy bądź osoby do której mogłem ją wtedy porównać.
Ale to tylko pierwsze, i jak się zwykle okazuje, chybione zdanie. Nie wolno sobie wyrabiać opinii o drugiej osobie w ciągu tych kilku zasranych sekund. Czasami braknie życia żeby poznać w 100% drugą osobę a my (zwykli szarzy ludzie) oceniamy na podstawie stereotypów. Wielce mnie to drażni.
Dosyć moralnych gadek, wróćmy do głównego tematu. Jak się później okazało, nasza bohaterka to nawet miła osoba. potrafiąca powiedzieć to, co chce powiedzieć tak, aby ją zrozumiano (co w dzisiejszych czasach jest coraz trudniejsze, można to zaobserwować u dorastającej 'młodzieży').
Owszem, mówiła czasem o dość makabrycznych rzeczach które ją spotkały w życiu, np:
V: Jestem zombie!
Ja: Dlaczego tak uważasz?
V: mam znikome ciśnienie krwi, praktycznie nie żyję.
J: Suuupeeerr!
(wtedy mnie to bawiło)
W tak zwanym międzyczasie, V zmieniła swój 'styl'. Glany odeszły do lamusa (a może dalej je zakłada, na specjalne okazje? Nie będzie mi dane się tego dowiedzieć), ubierała się bardziej barwnie (do czerni doszła czerwień), jak mi powiedziała, polubiła gorsety. Pamiętam jeszcze jak na rozpoczęcie roku przyszła z tak intensywnie rudymi włosami, że można było odnieść wrażenie, że jej się głowa pali. Niby się mówi w takich sytuacjach De gustibus non disputantum est, ale mnie osobiście się to bardzo podobało.
I tutaj ciemna plama w pamięci zajmująca jakiś rok. Zaczęły się zajęcia z labolatorium, siedziałem koło niej (początkowo nie byłem z tego zachwycony). Okazało się że jest świetną i bardzo skrupulatną
laborantką. Teraz się z tego śmieje, ale za każdym razem jak brała jakikolwiek kwas do rąk, odchodziłem na bezpieczną odległość. Kiedyś powiedziała: 'Nikt w moim najbliższym otoczeniu nie może czuć się
bezpiecznie.' Może po prostu miała zły humor. A może to prawda?...
W każdym razie, zawsze mi pomagała jak sobie nie radziłem. W tedy zdałem sobie sprawę z tego, że to świetny materiał na dobrego kumpla.
Bo nie zachowywała się jak typowa dziewczyna:
'Pewnie zauważyłeś, chodzę do toalety bez obstawy'
'Już wiem dlaczego tapeciary są takie głupie. Tony makijażu które nakładają na twarz uciskają im czaszkę, a tym samym mózg który powoli obumiera z braku dostępu tlenu'.
I wiele innych których aktualnie nie pamiętam. No i zawsze paliła mocniejsze papierosy niż kolesie z naszej klasy.
W ostatniej klasie podczas wigilii klasowej, a właściwie pod jej koniec, bardzo zaskoczyło mnie jej zachowanie. Sytuacja wyglądała mniej więcej tak: W klasie zostałem tylko ja i garstka dziewczyn, w tym V.
Pomagałem im sprzątać ten burdel jaki zostawiła reszta osobników należąca do naszej klasy. Kiedy wszystkie śmieci były uprzątnięte, dziewczyny zaczęły się żegnać w typowy tylko dla dziewczyn sposób. W pewnym momencie V mówi: 'Popatrzcie na niego, on taki sam smutny siedzi. Przytulmy go!'. I o dziwo, wszystkie dziewczyny się na mnie rzuciły i wyściskały. Poczułem się naprawdę, nie wiem, miło? W każdym razie nikt nigdy mi nie zrobił takiej niespodzianki. Poczułem się naprawdę bardzo wyjątkowo.
I tu znowu nic się nie działo przez pewien, bliżej nie określony czas.
Przez ten czas dowiadywałem się o V wiele ciekawych rzeczy. To że lubi gry komputerowe wiedziałem już od dawna.
Na którejś lekcji informatyki poprosiła mnie do swojego stanowiska i pokazała jaką muzykę preferuje. Mówi się, że muzyka wiele mówi o słuchającym ją człowieku. Gówno prawda. Tym bardziej jak słucha się tak skrajnych rodzajów jak bodajże trance i metal. Szczerze mówiąc nawet niespecjalnie słuchałem wtedy tej muzyki. Po prostu się zawiesiłem. Skupiłem się na bieżącej chwili. W myślach wszystko analizowałem.
Dobra, bo znowu piszę nie na temat. Jakiś czas temu V do mnie napisała i wymienialiśmy się linkami z muzyką i rozmawialiśmy o różnych pierdołach. O jakich chyba nie muszę pisać. Pomyślałem sobie
'Kurde, to niby ja zawsze byłem ten z ciężkim życiem...'
W porównaniu z tym co przeszła V to ja miałem sielankę'. Te wszystkie wydarzenia sprawiły, że jest taka a nie inna. Jest Sobą.
Podsumowując, żeby nie było: V jest nałogowym palaczem, miłą dziewczyną i świetnym kumplem/kumpelą (niepotrzebne skreślić), można nawet śmiało stwierdzić, że przyjacielem. Kawę i Coca-Colę pije litrami, lubi czarny humor, między innymi kawały o Żydach. Niestety jest zamknięta w sobie, otwiera się tylko dla niektórych osób, dla reszty chowa się za maską i w szczelnej skorupie, w której jak nigdzie czuje się bezpiecznie.
Mogę nawet powiedzieć, że zawdzięczam jej trochę dobrego.
Dzięki niej zawsze lepiej mi szło z "laborki", ale to już było mówione.
Może to dziwnie zabrzmi, ale dzięki V zaczęły mi się podobać rude dziewczyny (w tym momencie na mojej twarzy zawitał przygłupi uśmiech). Ma jeszcze ogromny mózg.
V to żywy dowód na to że prawdziwe piękno jest schowane w człowieku (i nie mówię tu o szukania piękna pod tu zacytuję: tonami makijażu, bo go się tam nie znajdzie), w duszy, i nie widać go od razu. Tylko w tym wypadku piękno ma wcale nie brzydką oprawkę, i nie ma się co chować za maską. Taka moja dygresja.
"Jeśli zaobserwowano jakieś rozbieżności od tematu (a zaobserwowano na pewno), lub ma się pewne zastrzeżenia do treści, proszę dogonić i złapać autora (tak, będzie uciekał)"
Zakładałem, że będzie to fascynująca historyjka z morałem o osobie która poprosiła mnie o opisanie jej w jakikolwiek sposób. Chciałem napisać coś optymistycznego, napawające nadzieją na lepsze jutro, ale nic takiego nie przychodzi mi do głowy. Chciałem też napisać tekst z lekka obraźliwy, jednak ona powiedziała, że nawet gdybym napisał, że wezmę ją od tyłu, to jej nie zdenerwuję. 'No to jestem w dupie' pomyślałem (paradoksalnie). Straciłem wątek zanim go posiadłem. Ale wszystko przede mną, mam jeszcze parę dni do napisania tego...
No właśnie, czego? Nazwijmy to może... chybioną charakterystyką.
A więc tak, zacząłem wszystko od początku właśnie dziś, o godzinie 11:48.
To tak, szczerze mówiąc nie pamiętam zbyt wiele o naszej koleżance z wcześniejszych lat (a szkoda, bo teraz jest koniec edukacji w technikum i wiele ciekawych kontaktów pójdzie w niepamięć), może poza tym, że częściej jej nie było niż była.
W związku z tym, że przeciętny człowiek wyrabia sobie zdanie o drugiej osobie w ciągu około 15 sekund, moje pierwsze odczucia o, nazwijmy ją V (żeby było oryginalniej od X i jednocześnie zachowując anonimowość) wyglądały mniej więcej tak: O %$*#@!
Jej spokój był wielce niepokojący, mógłby powiedzieć, że straszny. Ubrana na czarno, z kontrastującymi, ciemnorudymi (ale jednak rudymi) włosami wyglądała jak... jak nie wiem co. Nie widziałem jeszcze rzeczy bądź osoby do której mogłem ją wtedy porównać.
Ale to tylko pierwsze, i jak się zwykle okazuje, chybione zdanie. Nie wolno sobie wyrabiać opinii o drugiej osobie w ciągu tych kilku zasranych sekund. Czasami braknie życia żeby poznać w 100% drugą osobę a my (zwykli szarzy ludzie) oceniamy na podstawie stereotypów. Wielce mnie to drażni.
Dosyć moralnych gadek, wróćmy do głównego tematu. Jak się później okazało, nasza bohaterka to nawet miła osoba. potrafiąca powiedzieć to, co chce powiedzieć tak, aby ją zrozumiano (co w dzisiejszych czasach jest coraz trudniejsze, można to zaobserwować u dorastającej 'młodzieży').
Owszem, mówiła czasem o dość makabrycznych rzeczach które ją spotkały w życiu, np:
V: Jestem zombie!
Ja: Dlaczego tak uważasz?
V: mam znikome ciśnienie krwi, praktycznie nie żyję.
J: Suuupeeerr!
(wtedy mnie to bawiło)
W tak zwanym międzyczasie, V zmieniła swój 'styl'. Glany odeszły do lamusa (a może dalej je zakłada, na specjalne okazje? Nie będzie mi dane się tego dowiedzieć), ubierała się bardziej barwnie (do czerni doszła czerwień), jak mi powiedziała, polubiła gorsety. Pamiętam jeszcze jak na rozpoczęcie roku przyszła z tak intensywnie rudymi włosami, że można było odnieść wrażenie, że jej się głowa pali. Niby się mówi w takich sytuacjach De gustibus non disputantum est, ale mnie osobiście się to bardzo podobało.
I tutaj ciemna plama w pamięci zajmująca jakiś rok. Zaczęły się zajęcia z labolatorium, siedziałem koło niej (początkowo nie byłem z tego zachwycony). Okazało się że jest świetną i bardzo skrupulatną
laborantką. Teraz się z tego śmieje, ale za każdym razem jak brała jakikolwiek kwas do rąk, odchodziłem na bezpieczną odległość. Kiedyś powiedziała: 'Nikt w moim najbliższym otoczeniu nie może czuć się
bezpiecznie.' Może po prostu miała zły humor. A może to prawda?...
W każdym razie, zawsze mi pomagała jak sobie nie radziłem. W tedy zdałem sobie sprawę z tego, że to świetny materiał na dobrego kumpla.
Bo nie zachowywała się jak typowa dziewczyna:
'Pewnie zauważyłeś, chodzę do toalety bez obstawy'
'Już wiem dlaczego tapeciary są takie głupie. Tony makijażu które nakładają na twarz uciskają im czaszkę, a tym samym mózg który powoli obumiera z braku dostępu tlenu'.
I wiele innych których aktualnie nie pamiętam. No i zawsze paliła mocniejsze papierosy niż kolesie z naszej klasy.
W ostatniej klasie podczas wigilii klasowej, a właściwie pod jej koniec, bardzo zaskoczyło mnie jej zachowanie. Sytuacja wyglądała mniej więcej tak: W klasie zostałem tylko ja i garstka dziewczyn, w tym V.
Pomagałem im sprzątać ten burdel jaki zostawiła reszta osobników należąca do naszej klasy. Kiedy wszystkie śmieci były uprzątnięte, dziewczyny zaczęły się żegnać w typowy tylko dla dziewczyn sposób. W pewnym momencie V mówi: 'Popatrzcie na niego, on taki sam smutny siedzi. Przytulmy go!'. I o dziwo, wszystkie dziewczyny się na mnie rzuciły i wyściskały. Poczułem się naprawdę, nie wiem, miło? W każdym razie nikt nigdy mi nie zrobił takiej niespodzianki. Poczułem się naprawdę bardzo wyjątkowo.
I tu znowu nic się nie działo przez pewien, bliżej nie określony czas.
Przez ten czas dowiadywałem się o V wiele ciekawych rzeczy. To że lubi gry komputerowe wiedziałem już od dawna.
Na którejś lekcji informatyki poprosiła mnie do swojego stanowiska i pokazała jaką muzykę preferuje. Mówi się, że muzyka wiele mówi o słuchającym ją człowieku. Gówno prawda. Tym bardziej jak słucha się tak skrajnych rodzajów jak bodajże trance i metal. Szczerze mówiąc nawet niespecjalnie słuchałem wtedy tej muzyki. Po prostu się zawiesiłem. Skupiłem się na bieżącej chwili. W myślach wszystko analizowałem.
Dobra, bo znowu piszę nie na temat. Jakiś czas temu V do mnie napisała i wymienialiśmy się linkami z muzyką i rozmawialiśmy o różnych pierdołach. O jakich chyba nie muszę pisać. Pomyślałem sobie
'Kurde, to niby ja zawsze byłem ten z ciężkim życiem...'
W porównaniu z tym co przeszła V to ja miałem sielankę'. Te wszystkie wydarzenia sprawiły, że jest taka a nie inna. Jest Sobą.
Podsumowując, żeby nie było: V jest nałogowym palaczem, miłą dziewczyną i świetnym kumplem/kumpelą (niepotrzebne skreślić), można nawet śmiało stwierdzić, że przyjacielem. Kawę i Coca-Colę pije litrami, lubi czarny humor, między innymi kawały o Żydach. Niestety jest zamknięta w sobie, otwiera się tylko dla niektórych osób, dla reszty chowa się za maską i w szczelnej skorupie, w której jak nigdzie czuje się bezpiecznie.
Mogę nawet powiedzieć, że zawdzięczam jej trochę dobrego.
Dzięki niej zawsze lepiej mi szło z "laborki", ale to już było mówione.
Może to dziwnie zabrzmi, ale dzięki V zaczęły mi się podobać rude dziewczyny (w tym momencie na mojej twarzy zawitał przygłupi uśmiech). Ma jeszcze ogromny mózg.
V to żywy dowód na to że prawdziwe piękno jest schowane w człowieku (i nie mówię tu o szukania piękna pod tu zacytuję: tonami makijażu, bo go się tam nie znajdzie), w duszy, i nie widać go od razu. Tylko w tym wypadku piękno ma wcale nie brzydką oprawkę, i nie ma się co chować za maską. Taka moja dygresja.
"Jeśli zaobserwowano jakieś rozbieżności od tematu (a zaobserwowano na pewno), lub ma się pewne zastrzeżenia do treści, proszę dogonić i złapać autora (tak, będzie uciekał)"
***
Tego posta znalazłem nie tak dawno w skrzynce mailowej wykonując porządki. Miał on nie ujrzeć nigdy światła dziennego. Został napisany w zamierzchłych czasach, kiedy byłem jeszcze dumnym uczniem technikum. Od tamtego czasu, tak jak przewidziałem, relacje z wieloma ludźmi z dawnej klasy osłabły, a niektóre nawet przestały istnieć. Podobna sytuacja ma miejsce również w przypadku V. Kontakt jest niestety znikomy. Ale najważniejsze jest to, że ona cały czas pozostaje sobą. Skąd to wiem? Dziś z nią rozmawiałem. Gdy spytałem, czy ma udane życie, "jak ze snu", odpowiedziała mi:
'W snach jestem seryjnym mordercą, który pozbywa się z ciał dowodów mocząc je w wannie pełnej perhydrolu'.
piątek, 30 sierpnia 2013
Podsumowanie
Dzień dobry, cześć i czołem. Pomyślałem sobie, że warto by podsumować moje dotychczasowe doświadczenia z wakacji. Okraszając je oczywiście moim błyskotliwym komentarzem.
Wiec tak. Byłem znów na wsi. Jak wyglądał mój pobyt? Co najmniej nieciekawie. Nie, nie nudno, dreszczyku emocji nie brakowało, ale o tym za chwilkę.
W zeszłym roku światła na ulicach gasły równo z nastaniem ciszy nocnej. W tym roku oszczędności poszły dalej. Nie zapalano światła wcale. Jakież to sprytne, prawda? Uniemożliwiono (a przynajmniej w znacznym stopniu utrudniono) w ten sposób dużej części wiejskiej populacji powrót do domu. Jakby uciekająca spod nóg droga nie była wystarczającym utrudnieniem.
W tym roku byłem na zesłaniu znacznie dłużej, co pozwoliło mi się zaznajomić ze strukturą społeczną wieśniaków. Dobrze, ludzi zamieszkujących tereny sąsiadujące z polami uprawnymi, na których rzadko wyrasta coś, co można z zyskiem opchnąć. Teren mieszkalny wsi jest dość niewielki. Sądzę, że nie przesadziłbym stwierdzając, że osiedla na którym aktualnie mieszkam jest podobnych rozmiarów. Mimo tego zdarzają się sytuacje kiedy ludzie nie widują się miesiącami ze sobą. Z kilku powodów, zależnie od pokolenia i stanu majątku. Dzieciaki do lat, dajmy na to 15 (choć zdarzają się starsi) przesiadują całe dnie przed komputerami grając w gry sieciowe. O ile mają internet, bo z tym bywa różnie. inni pracują, uciekają jak najdalej (najczęściej do sąsiedniej wsi), lub po prostu pija pod sklepem i zapominają o otaczających ich świecie. Sęk w tym, że jeśli ośmielisz się nie pokazywać ludziom na oczy, zaczną zastanawiać się, co się z tobą dzieje i bazując na strzępkach informacji tworzą niesamowite historie, o smokach, rycerzach i uwięzionych księżniczkach...
Plotki, bo o nich tu mowa, powstają kiedy ludzie mający nudne życia interesują się cudzymi w nadziei, że te drugie są ciekawsze. A w miejscu takim jak wieś, gdzie nuda wyznacza porządek nie tylko dnia, ale i pogody i pór roku, powstają naprawdę wspaniałe opowieści.
- Wiedziała pani, że Pawlak postawił wiadro z paszą dla świń po prawej stronie koryta?
- Co też pani nie powie?
- Taa, na pewno bije swoje dzieci...
Albo historyjka o tym, ze zgubienie telefonu jest najlepszym dowodem na to, że twoja córka jest w ciąży.
W tym roku nie obyło się również bez konfliktów z tubylcami. To właśnie wspomniany wcześniej dreszczyk emocji. Spielberg scenariusza może by z tego nie zrobił, ale bidy ni ma. Naraziłem się pewnemu kolesiowi. Nie wiem czym, nie przepadał za mną ot tak, bez powodu. A jak to się mówi, jeśli ludzie nie darzą cię sympatią bez powodu, musisz jak najszybciej dać im powód. Ale nie tym razem, wbrew sobie schowałem swoje pyskówki do kieszeni, żeby się nie marnowały. Osobnik o którym mowa był nazywany od imienia upadłego anioła, bodajże symbolu mądrości. Nie mam najmniejszego pojęcia czemu, bo z mądrością miał równie dużo wspólnego co ja z hodowlą kuców szetlandzkich. Którejś pogodnej nocy mnie dopadł, zasypał gradem niespecjalnie silnych i wątpliwej precyzji ciosów, po czym napawając się zwycięstwem którego nie było odszedł. Więc żeby nie było mu smutno postanowiłem opuścić wieś. Chciałem w ten sposób dać mu cień powodu do dumy, że oto pozbył się "obcego" ze "swojej ziemi". Niech się cieszy, tacy ludzie mają nierzadko ciężko w życiu...
Wyjechałem do pierwszego większego miasta, szczęśliwie zamieszkałego przez część mojej rodziny ze strony ojca. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to śmigłowce. Widziałem je stojące w różnych dziwnych miejscach. Na środku jeziora, na rondzie, koło stacji paliw, na czyimś podwórzu... Może to tamtejszy zamiennik dla krasnali ogrodowych.
Sam pobyt u rodzinki nie był zły, pogawędziłem sobie z ludźmi których dawno nie widziałem a których cenię, mając jednocześnie nadzieję, że mój pobyt nie był dla nich zbędnym ciężarem.
Właśnie sobie przypomniałem jeszcze pewną rzecz, będącą niezaprzeczalnym plusem pobytu na wsi. Gwiazdy. Na co dzień mieszkam na śląsku, gdzie zobaczenie choć jednej gwiazdy graniczy z cudem, o gwiazdozbiorach nie wspomnę. Na tym samym śląsku dzieci wyczekujące pierwszej gwiazdki przed wigilijną kolacją tracą dzieciństwo stercząc w oknach. A na wsi widziałem gwiazdozbiór Wielkiego Wozu. Mało? Widziałem drogę mleczną, a jeśli spadające gwiazdy rzeczywiście przynoszą szczęście, to od niedawna jestem najszczęśliwszym człowiekiem. Przez cały pobyt na wsi, każdego wieczoru, widziałem meteory w liczbie od trzech wzwyż. Nie licząc Deszczu Perseidów. Wtedy nawet nie liczyłem...
Przede mną jeszcze trochę wakacji, więc skupię się na tym, co dla mnie najważniejsze. Zobaczymy, ile jeszcze szczęścia zdołam wycisnąć z pozostałego mi czasu wakacji.
Wiec tak. Byłem znów na wsi. Jak wyglądał mój pobyt? Co najmniej nieciekawie. Nie, nie nudno, dreszczyku emocji nie brakowało, ale o tym za chwilkę.
W zeszłym roku światła na ulicach gasły równo z nastaniem ciszy nocnej. W tym roku oszczędności poszły dalej. Nie zapalano światła wcale. Jakież to sprytne, prawda? Uniemożliwiono (a przynajmniej w znacznym stopniu utrudniono) w ten sposób dużej części wiejskiej populacji powrót do domu. Jakby uciekająca spod nóg droga nie była wystarczającym utrudnieniem.
W tym roku byłem na zesłaniu znacznie dłużej, co pozwoliło mi się zaznajomić ze strukturą społeczną wieśniaków. Dobrze, ludzi zamieszkujących tereny sąsiadujące z polami uprawnymi, na których rzadko wyrasta coś, co można z zyskiem opchnąć. Teren mieszkalny wsi jest dość niewielki. Sądzę, że nie przesadziłbym stwierdzając, że osiedla na którym aktualnie mieszkam jest podobnych rozmiarów. Mimo tego zdarzają się sytuacje kiedy ludzie nie widują się miesiącami ze sobą. Z kilku powodów, zależnie od pokolenia i stanu majątku. Dzieciaki do lat, dajmy na to 15 (choć zdarzają się starsi) przesiadują całe dnie przed komputerami grając w gry sieciowe. O ile mają internet, bo z tym bywa różnie. inni pracują, uciekają jak najdalej (najczęściej do sąsiedniej wsi), lub po prostu pija pod sklepem i zapominają o otaczających ich świecie. Sęk w tym, że jeśli ośmielisz się nie pokazywać ludziom na oczy, zaczną zastanawiać się, co się z tobą dzieje i bazując na strzępkach informacji tworzą niesamowite historie, o smokach, rycerzach i uwięzionych księżniczkach...
Plotki, bo o nich tu mowa, powstają kiedy ludzie mający nudne życia interesują się cudzymi w nadziei, że te drugie są ciekawsze. A w miejscu takim jak wieś, gdzie nuda wyznacza porządek nie tylko dnia, ale i pogody i pór roku, powstają naprawdę wspaniałe opowieści.
- Wiedziała pani, że Pawlak postawił wiadro z paszą dla świń po prawej stronie koryta?
- Co też pani nie powie?
- Taa, na pewno bije swoje dzieci...
Albo historyjka o tym, ze zgubienie telefonu jest najlepszym dowodem na to, że twoja córka jest w ciąży.
W tym roku nie obyło się również bez konfliktów z tubylcami. To właśnie wspomniany wcześniej dreszczyk emocji. Spielberg scenariusza może by z tego nie zrobił, ale bidy ni ma. Naraziłem się pewnemu kolesiowi. Nie wiem czym, nie przepadał za mną ot tak, bez powodu. A jak to się mówi, jeśli ludzie nie darzą cię sympatią bez powodu, musisz jak najszybciej dać im powód. Ale nie tym razem, wbrew sobie schowałem swoje pyskówki do kieszeni, żeby się nie marnowały. Osobnik o którym mowa był nazywany od imienia upadłego anioła, bodajże symbolu mądrości. Nie mam najmniejszego pojęcia czemu, bo z mądrością miał równie dużo wspólnego co ja z hodowlą kuców szetlandzkich. Którejś pogodnej nocy mnie dopadł, zasypał gradem niespecjalnie silnych i wątpliwej precyzji ciosów, po czym napawając się zwycięstwem którego nie było odszedł. Więc żeby nie było mu smutno postanowiłem opuścić wieś. Chciałem w ten sposób dać mu cień powodu do dumy, że oto pozbył się "obcego" ze "swojej ziemi". Niech się cieszy, tacy ludzie mają nierzadko ciężko w życiu...
Wyjechałem do pierwszego większego miasta, szczęśliwie zamieszkałego przez część mojej rodziny ze strony ojca. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to śmigłowce. Widziałem je stojące w różnych dziwnych miejscach. Na środku jeziora, na rondzie, koło stacji paliw, na czyimś podwórzu... Może to tamtejszy zamiennik dla krasnali ogrodowych.
Sam pobyt u rodzinki nie był zły, pogawędziłem sobie z ludźmi których dawno nie widziałem a których cenię, mając jednocześnie nadzieję, że mój pobyt nie był dla nich zbędnym ciężarem.
Właśnie sobie przypomniałem jeszcze pewną rzecz, będącą niezaprzeczalnym plusem pobytu na wsi. Gwiazdy. Na co dzień mieszkam na śląsku, gdzie zobaczenie choć jednej gwiazdy graniczy z cudem, o gwiazdozbiorach nie wspomnę. Na tym samym śląsku dzieci wyczekujące pierwszej gwiazdki przed wigilijną kolacją tracą dzieciństwo stercząc w oknach. A na wsi widziałem gwiazdozbiór Wielkiego Wozu. Mało? Widziałem drogę mleczną, a jeśli spadające gwiazdy rzeczywiście przynoszą szczęście, to od niedawna jestem najszczęśliwszym człowiekiem. Przez cały pobyt na wsi, każdego wieczoru, widziałem meteory w liczbie od trzech wzwyż. Nie licząc Deszczu Perseidów. Wtedy nawet nie liczyłem...
Przede mną jeszcze trochę wakacji, więc skupię się na tym, co dla mnie najważniejsze. Zobaczymy, ile jeszcze szczęścia zdołam wycisnąć z pozostałego mi czasu wakacji.
wtorek, 23 lipca 2013
Teoria nie praktykuje, praktyka nie teoretyzuje...
- Kim jesteś?
-Twoim największym koszmarem, senną marą, uosobieniem wszystkich lęków. Bój się!
- Mama?!
-Twoim największym koszmarem, senną marą, uosobieniem wszystkich lęków. Bój się!
- Mama?!
***
Żarty na bok. Pora przejść do poważniejszego tematu.
Pozwól, że zadam Ci pytanie, drogi Czytelniku. Załóżmy, tak czysto teoretycznie (moi znajomi na sam dźwięk tych słów uśmiechają się z przekąsem), że jednego dnia w roku możesz kupić broń palną z jednym nabojem.
Twój problem polega na tym, że nie Ty jeden masz taką możliwość, ale wszyscy ludzie, nie tylko ci wokół Ciebie, dosłownie wszyscy.
I tu pojawia się moje pytanie: Komu przeznaczysz swój nabój? I czy możesz być pewny, że nikt nie przeznaczy swojego Tobie?
Popytałem kilku ludzi z mojego otoczenia, otrzymałem kilka ciekawych odpowiedzi. Pozwoliłem nawet posegregować sobie je na kilka kategorii, z racji tego, że się powtarzały.
Mam wyjebane
Nie, nie przeznaczę swojego naboju dla nikogo, zasłaniając się tym, że nie ja decyduję o życiu lub śmierci innych. A czy mnie zabiją? Taak, na pewno. Jest cała masa takich ludzi, w to nie wątpię.
Samobójca z powołania
A ja wpakuję tą kulkę sobie, zanim ktoś to zrobi za mnie...
Nałogowy gracz
Będę chodził i zabijał przypadkowych ludzi zabierając im ich broń. To pozwoli mi siać duże zniszczenie zadając stosunkowo mały damage. Nie, na pewno mnie nie zabiją, jestem nieśmiertelny, a poza tym najbliższy punkt respa jest niedaleko.
Anty Zosia Samosia
Ja niieeee wieeem. Ja w ogóle jeeestem jakiś guuuupiiii... Rodzice zabronili mi rozmawiać z nieznajomymi, a ja pana nieee znaaam. Bo będę krzyczał... Maaaaaaamoooooo!
Typ defensywny
A ja zaszyję się w domu i zastrzelę pierwszego, kto po mnie przyjdzie. Następni, widząc trupa, powinni już wiedzieć o co chodzi.
Nie odbiegający od średniej arytmetycznej
Zabiję osobę które mi się najbardziej do tej pory naraziła. Proste, prawda? Jednocześnie będę mieć naiwną nadzieję, że nikt nie zabije mnie.
W kupie siła
Dobra chłopaki. Zamiast każdemu po jednej broni z jednym pociskiem, zrobimy ściepkę na AK-47 i cały magazynek. Później zrobimy sobie wycieczkę do stolicy. Celem naszej wycieczki jest ten cyrk na ulicy Wiejskiej, a konkretnie ta banda klaunów. Chyba że, jeśli chcecie, rozstrzelamy pana premiera. I ewentualnie prezesa. To co, głosowanko?
Ksiądz
Moi wierni mnie kochają. Jestem święcie przekonany, że osłonią mnie murem gdy zajdzie taka potrzeba. Ale ten Kowalski to na pewno diabła w sobie nosi! I Nowacka też nieczyste bękarty w tym brzuchu inkubuje! Taak, to im i im podobnym są przeznaczone są ognie piekielne... Dobre to! Powiem tak na niedzielnym kazaniu!
Nie powiem, w której grupie znalazłem się ja. Uważam, że to zbyt oczywiste. Jestem także więcej niż pewny, że osoby które udzieliły mi odpowiedzi będą co najmniej oburzone po tym, jak zobaczą, do jakich kategorii zostały przypisane.
Mam wyjebane
Nie, nie przeznaczę swojego naboju dla nikogo, zasłaniając się tym, że nie ja decyduję o życiu lub śmierci innych. A czy mnie zabiją? Taak, na pewno. Jest cała masa takich ludzi, w to nie wątpię.
Samobójca z powołania
A ja wpakuję tą kulkę sobie, zanim ktoś to zrobi za mnie...
Nałogowy gracz
Będę chodził i zabijał przypadkowych ludzi zabierając im ich broń. To pozwoli mi siać duże zniszczenie zadając stosunkowo mały damage. Nie, na pewno mnie nie zabiją, jestem nieśmiertelny, a poza tym najbliższy punkt respa jest niedaleko.
Anty Zosia Samosia
Ja niieeee wieeem. Ja w ogóle jeeestem jakiś guuuupiiii... Rodzice zabronili mi rozmawiać z nieznajomymi, a ja pana nieee znaaam. Bo będę krzyczał... Maaaaaaamoooooo!
Typ defensywny
A ja zaszyję się w domu i zastrzelę pierwszego, kto po mnie przyjdzie. Następni, widząc trupa, powinni już wiedzieć o co chodzi.
Nie odbiegający od średniej arytmetycznej
Zabiję osobę które mi się najbardziej do tej pory naraziła. Proste, prawda? Jednocześnie będę mieć naiwną nadzieję, że nikt nie zabije mnie.
W kupie siła
Dobra chłopaki. Zamiast każdemu po jednej broni z jednym pociskiem, zrobimy ściepkę na AK-47 i cały magazynek. Później zrobimy sobie wycieczkę do stolicy. Celem naszej wycieczki jest ten cyrk na ulicy Wiejskiej, a konkretnie ta banda klaunów. Chyba że, jeśli chcecie, rozstrzelamy pana premiera. I ewentualnie prezesa. To co, głosowanko?
Ksiądz
Moi wierni mnie kochają. Jestem święcie przekonany, że osłonią mnie murem gdy zajdzie taka potrzeba. Ale ten Kowalski to na pewno diabła w sobie nosi! I Nowacka też nieczyste bękarty w tym brzuchu inkubuje! Taak, to im i im podobnym są przeznaczone są ognie piekielne... Dobre to! Powiem tak na niedzielnym kazaniu!
Nie powiem, w której grupie znalazłem się ja. Uważam, że to zbyt oczywiste. Jestem także więcej niż pewny, że osoby które udzieliły mi odpowiedzi będą co najmniej oburzone po tym, jak zobaczą, do jakich kategorii zostały przypisane.
poniedziałek, 8 lipca 2013
Nihil novi
Ten tydzień był cudowny! Najlepszy tydzień w moim życiu!
Spotykałem się z dawno niewidzianymi znajomymi. Aktywny wypoczynek pod postacią licznych spacerów i wycieczek rowerowych, raz krótszych, raz dłuższych. Czasami samemu, czasami w towarzystwie. Ale nigdy bez satysfakcji.
Dostałem w końcu pracę. Może nie jest to szczyt moich marzeń, ale nie od razu Kraków zbudowano.
Przeczytałem wielce zajmującą książkę o upadłych aniołach, zapoznawałem się z wierszami Wiesławy Szymborskiej, zastanawiałem się nad... Nad wieloma rzeczami.
Gdy pewnego dnia, bodajże w środę rozpętała się naprawdę poważna burza, w myśl idei: inteligentny człowiek nigdy się nie nudzi, zachwycałem się niezwykle pasjonującym baletem błyskawic na wieczornym niebie, w akompaniamencie potężnego zestawu perkusyjnego pod postacią grzmotów. Prosta przyjemność dla kogoś takiego jak ja. Podziwianie potęgi przyrody pokazującej się z przerażającej i jednocześnie pięknej strony, budząc szacunek tak niewiele znaczącego (o ile nie nic) bytu jakim jest człowiek.
Zażegnałem wszelkie rodzinne spory których (wstyd się przyznać) nie raz byłem zarzewiem. Pogodziłem się z matką, poprawiłem stosunki z siostrą.
W sobotę odwiedziłem z dobrym kumplem nasze wspólne znajome z czasów kiedy to na nas można było mówić "gównarzeria". Były wspominki i nie tylko. Dowiedziałem się czym się różni rzeźnia od ubojni, dlaczego czopki są dobre na wszystko, co takiego fascynującego można znaleźć w foliowych workach przy drodze ... i wielu, wielu innych pasjonujących rzeczy, bardziej lub mniej związanymi z życiem codziennym.
W niedzielę w ramach kolejnej wycieczki rowerowej pojechałem na pobliski festyn, zupełnie niespodziewanie udało mi się załapać na występ kabaretu Łowcy. B. Idealne zakończenie tygodnia
A później się obudziłem. Ja. Mentalnie skapiały dziad w przepoconym podkoszulku, którego jedynymi produktywnymi zajęciami są dłubanie palcem w pępku i wlewanie w siebie kolejnych litrów gównianej jakości piwa z sieci sklepów nazwanej na cześć małego, nakrapianego stawonoga*.
Sprawa z pracą okazała się wielkim nieporozumieniem. "Popełniono błąd na linii przekazu informacji pomiędzy pośrednikiem a naszą firmą". Wie pani co? Gówno mnie to obchodzi.
Kłótnia z matką zaognia się do tego stopnia, że żeby wszyscy pozostali cali i zdrowi staram się nie przebywać w domu.
"Czytanie książek? Dobre sobie. Przecież to bezproduktywne marnowanie czasu", usłyszałem kiedy kolejna moja książka lądowała w koszu.
Całe szczęście, że znajomi, koledzy, koleżanki i przyjaciele nie są tutaj od początku do końca psychodeliczną ucieczką od gorzkiej prawdy. Gdyby nie oni, już dawno by mnie wynosili do hotelu w Rybniku w uroczym, doskonale skrojonym i twarzowym kaftaniku "na obserwację".
Nie wierzę w Boga. Wiara w niego burzy świat, który został zbudowany na solidnych kolumnach nauki które postawiono w naszych głowach podczas toku nauczania szkolnego. Tylko komu ja w takim razie mam dziękować za tych wszystkich ludzi którzy mają cierpliwość do mnie i chętnie mnie wysłuchają z moimi problemami?
*Dla mniej domyślnych: chodzi o biedronkę.
Spotykałem się z dawno niewidzianymi znajomymi. Aktywny wypoczynek pod postacią licznych spacerów i wycieczek rowerowych, raz krótszych, raz dłuższych. Czasami samemu, czasami w towarzystwie. Ale nigdy bez satysfakcji.
Dostałem w końcu pracę. Może nie jest to szczyt moich marzeń, ale nie od razu Kraków zbudowano.
Przeczytałem wielce zajmującą książkę o upadłych aniołach, zapoznawałem się z wierszami Wiesławy Szymborskiej, zastanawiałem się nad... Nad wieloma rzeczami.
Gdy pewnego dnia, bodajże w środę rozpętała się naprawdę poważna burza, w myśl idei: inteligentny człowiek nigdy się nie nudzi, zachwycałem się niezwykle pasjonującym baletem błyskawic na wieczornym niebie, w akompaniamencie potężnego zestawu perkusyjnego pod postacią grzmotów. Prosta przyjemność dla kogoś takiego jak ja. Podziwianie potęgi przyrody pokazującej się z przerażającej i jednocześnie pięknej strony, budząc szacunek tak niewiele znaczącego (o ile nie nic) bytu jakim jest człowiek.
Zażegnałem wszelkie rodzinne spory których (wstyd się przyznać) nie raz byłem zarzewiem. Pogodziłem się z matką, poprawiłem stosunki z siostrą.
W sobotę odwiedziłem z dobrym kumplem nasze wspólne znajome z czasów kiedy to na nas można było mówić "gównarzeria". Były wspominki i nie tylko. Dowiedziałem się czym się różni rzeźnia od ubojni, dlaczego czopki są dobre na wszystko, co takiego fascynującego można znaleźć w foliowych workach przy drodze ... i wielu, wielu innych pasjonujących rzeczy, bardziej lub mniej związanymi z życiem codziennym.
W niedzielę w ramach kolejnej wycieczki rowerowej pojechałem na pobliski festyn, zupełnie niespodziewanie udało mi się załapać na występ kabaretu Łowcy. B. Idealne zakończenie tygodnia
***
Sprawa z pracą okazała się wielkim nieporozumieniem. "Popełniono błąd na linii przekazu informacji pomiędzy pośrednikiem a naszą firmą". Wie pani co? Gówno mnie to obchodzi.
Kłótnia z matką zaognia się do tego stopnia, że żeby wszyscy pozostali cali i zdrowi staram się nie przebywać w domu.
"Czytanie książek? Dobre sobie. Przecież to bezproduktywne marnowanie czasu", usłyszałem kiedy kolejna moja książka lądowała w koszu.
Całe szczęście, że znajomi, koledzy, koleżanki i przyjaciele nie są tutaj od początku do końca psychodeliczną ucieczką od gorzkiej prawdy. Gdyby nie oni, już dawno by mnie wynosili do hotelu w Rybniku w uroczym, doskonale skrojonym i twarzowym kaftaniku "na obserwację".
Nie wierzę w Boga. Wiara w niego burzy świat, który został zbudowany na solidnych kolumnach nauki które postawiono w naszych głowach podczas toku nauczania szkolnego. Tylko komu ja w takim razie mam dziękować za tych wszystkich ludzi którzy mają cierpliwość do mnie i chętnie mnie wysłuchają z moimi problemami?
*Dla mniej domyślnych: chodzi o biedronkę.
wtorek, 18 czerwca 2013
Człowiek nie wielbłąd
Któregoś pięknego, słonecznego dnia, wracając z przechadzki, widziałem pana, któremu świat stanął na głowie. Po czym to poznałem? Może po tym jak widowiskowo, niczym w amerykańskim filmie akcji, wywinął piękne salto, zapewne myląc niebo ze stałym gruntem. Jestem przekonany, że zachciało mu się przejść się po tych uroczych cumulusach. A może po tym, że bełkotał coś nie zrozumiale i leżał w miejscu, w którym leżeć nie powinien. Na schodach, głową w dół.
Po przeprowadzonych wstępnych oględzinach, stwierdziłem wysoki stan nietrzeźwości wspomnianego delikwenta i brak poważniejszych uszczerbków na zdrowiu, typu wstrząs mózgu, złamana kość (jakakolwiek), skręcony kark... Nie prawda. Przeszedłem obok niego obojętnie potwierdzając statystyki o ludzkiej znieczulicy.
Ale nie o tym chciałem wspomnieć.
Piliście kiedyś w miejscu publicznym? Tak szczerze. Wiem, że tak. Skąd to wiem? Mamy dziwny stosunek do zakazów, szczególnie tych, które uważamy za głupie. A skąd wiemy, że te zakazy są głupie? Cóż, wystarczy się trochę wysilić i użyć twardej, niezachwianej i jak zawsze niezawodnej chłopskiej logiki. Na przykład picie w miejscach publicznych. Bo jeszcze nikt z tego powodu, bezpośrednio, zdaje się nie zginął. Zawsze mi się również wydawało, że badanie natężenia alkoholu we krwi na podstawie wydychanego powietrza jest równie skuteczne jak jedzenie zupy widelcem. Niby coś wskazuje, ale to nie to samo. W końcu po skosztowaniu cukierka o smaku adwokatowym również da nam wynik pozytywny w takiego rodzaju testu.
Ale dajmy spokój Bogu ducha winnym organom ścigania i ich przedpotopowym metodom śledczym pamiętającym przejście Mojżesza przez Morze Czerwone.
Nawiążmy do tego, że owoc zakazany smakuje lepiej. Pijąc schłodzone piwko w parku, na ławeczce, czujemy się odprężeni, nabieramy (przynajmniej do pewnego momentu) nowych sił, nie tylko fizycznych, ale i psychicznych. Problemy przestają być problemami.
Całość tego sielankowego obrazka psują mi starsze panie, matki z dziećmi i inni, że tak to nazwę, użytkownicy parku: krzywo na mnie spoglądają, przyśpieszają w moim pobliżu kroku (żeby nie zarazić się Bakcylem żula) odciągają dzieci, robią zniesmaczone miny.
A teraz wyobraźmy sobie, że dozwolone jest spożywanie umiarkowanych ilości alkoholu w miejscach publicznych. W parku widzimy grupkę przyjaciół oblewających zakończenie egzaminów, kilku starszych panów pod drzewem raczy się pojedynczymi kieliszkami Żołądkowej, na wzmocnienie, z uśmiechami wspominających czasy, kiedy to poznawali swoje drugie połówki.
Wiem, to jest bardzo optymistyczna wersja. Dlaczego? Choćby biorąc pod uwagę kolejną zasadę poniekąd rządzącą światem: podaj dłoń, wezmą rękę.
Jednakże bodajże w Rosji ten system działa bez zastrzeżeń. Wolno sobie golnąć flachę w miejscu publicznym. Przynajmniej dopóki nie znieważamy miłościwie nam panującego, Oświeconego Towarzysza Stalina (a nie, to nie te czasy).
Wszystko, a w szczególności alkohol, spożywany z umiarem, jest jakby to ująć... kondensatorem... nie, wróć. Katalizatorem pozytywnych emocji, wrażeń. Nie nakłaniam tu nikogo do picia piwa do każdej możliwej okazji, bo opinia o Polakach, że jesteśmy pijakami raczej się nie zmieni.
Ale... czy tak naprawdę jest co zmieniać? Napić można się w klubach, na imprezach, u znajomych, u rodziny. Świętujesz koniec egzaminów: do klubu. Albo do marketu po asortyment i gnasz do kumpla. A może zebrało ci się na wspominki? Scenariusz jak wyżej. Miejsc nie brakuje. Czasem jest go więcej niż nam się pozornie wydaje. Z tym że, tak jak mówiłem. Zakazany owoc smakuje lepiej.
Wasze zdrowie.
Po przeprowadzonych wstępnych oględzinach, stwierdziłem wysoki stan nietrzeźwości wspomnianego delikwenta i brak poważniejszych uszczerbków na zdrowiu, typu wstrząs mózgu, złamana kość (jakakolwiek), skręcony kark... Nie prawda. Przeszedłem obok niego obojętnie potwierdzając statystyki o ludzkiej znieczulicy.
Ale nie o tym chciałem wspomnieć.
Piliście kiedyś w miejscu publicznym? Tak szczerze. Wiem, że tak. Skąd to wiem? Mamy dziwny stosunek do zakazów, szczególnie tych, które uważamy za głupie. A skąd wiemy, że te zakazy są głupie? Cóż, wystarczy się trochę wysilić i użyć twardej, niezachwianej i jak zawsze niezawodnej chłopskiej logiki. Na przykład picie w miejscach publicznych. Bo jeszcze nikt z tego powodu, bezpośrednio, zdaje się nie zginął. Zawsze mi się również wydawało, że badanie natężenia alkoholu we krwi na podstawie wydychanego powietrza jest równie skuteczne jak jedzenie zupy widelcem. Niby coś wskazuje, ale to nie to samo. W końcu po skosztowaniu cukierka o smaku adwokatowym również da nam wynik pozytywny w takiego rodzaju testu.
Ale dajmy spokój Bogu ducha winnym organom ścigania i ich przedpotopowym metodom śledczym pamiętającym przejście Mojżesza przez Morze Czerwone.
Nawiążmy do tego, że owoc zakazany smakuje lepiej. Pijąc schłodzone piwko w parku, na ławeczce, czujemy się odprężeni, nabieramy (przynajmniej do pewnego momentu) nowych sił, nie tylko fizycznych, ale i psychicznych. Problemy przestają być problemami.
Całość tego sielankowego obrazka psują mi starsze panie, matki z dziećmi i inni, że tak to nazwę, użytkownicy parku: krzywo na mnie spoglądają, przyśpieszają w moim pobliżu kroku (żeby nie zarazić się Bakcylem żula) odciągają dzieci, robią zniesmaczone miny.
A teraz wyobraźmy sobie, że dozwolone jest spożywanie umiarkowanych ilości alkoholu w miejscach publicznych. W parku widzimy grupkę przyjaciół oblewających zakończenie egzaminów, kilku starszych panów pod drzewem raczy się pojedynczymi kieliszkami Żołądkowej, na wzmocnienie, z uśmiechami wspominających czasy, kiedy to poznawali swoje drugie połówki.
Wiem, to jest bardzo optymistyczna wersja. Dlaczego? Choćby biorąc pod uwagę kolejną zasadę poniekąd rządzącą światem: podaj dłoń, wezmą rękę.
Jednakże bodajże w Rosji ten system działa bez zastrzeżeń. Wolno sobie golnąć flachę w miejscu publicznym. Przynajmniej dopóki nie znieważamy miłościwie nam panującego, Oświeconego Towarzysza Stalina (a nie, to nie te czasy).
Wszystko, a w szczególności alkohol, spożywany z umiarem, jest jakby to ująć... kondensatorem... nie, wróć. Katalizatorem pozytywnych emocji, wrażeń. Nie nakłaniam tu nikogo do picia piwa do każdej możliwej okazji, bo opinia o Polakach, że jesteśmy pijakami raczej się nie zmieni.
Ale... czy tak naprawdę jest co zmieniać? Napić można się w klubach, na imprezach, u znajomych, u rodziny. Świętujesz koniec egzaminów: do klubu. Albo do marketu po asortyment i gnasz do kumpla. A może zebrało ci się na wspominki? Scenariusz jak wyżej. Miejsc nie brakuje. Czasem jest go więcej niż nam się pozornie wydaje. Z tym że, tak jak mówiłem. Zakazany owoc smakuje lepiej.
Wasze zdrowie.
sobota, 1 czerwca 2013
Niewygodna prawda
Załatwialiście kiedykolwiek cokolwiek w ZUSie? A w Urzędzie Skarbowym? Pewnie, że tak, co się głupi pytam. To na pewno wiecie, że większym prawdopodobieństwem jest znalezienie na osiedlowym trawniku Kwiatu Paproci, niż załatwienie wszystkich palących nas spraw za jedną wizytą. Ludzie ustawiają się w nieznanym mnie ani tym bardzie im celu w kolejkach ciągnących się setki kilometrów, z głupimi wyrazami twarzy, wpatrzeni w otaczającą ich pustkę, nie wiedząc, że urzędy są właściwie otwarte tylko przez osiem godzin w siódmy z kolei dzień po pełni księżyca, a to i tak tylko w parzyste lata. To są te krótkie okresy, kiedy to jesteśmy w stanie załatwić absolutnie wszystko.
Tylko dlaczego, do cholery, ta informacja nie jest dostępna dla ogółu ludzkości? Bo to nie na rękę urzędnikom, którzy żywią się duszami petentów. A im bardziej negatywne emocje uda się u wspomnianych petentów wywołać, tym posiłek jest pożywniejszy. Jestem pewien, że nie tylko ja, za każdym razem kiedy musiałem wejść do jakiegokolwiek urzędu, czy tu był Urząd Skarbowy, Urząd Pracy, Urząd Miasta, wyczuwałem charakterystyczną, ciężką i duszną atmosferę... To sprzyja narastaniu negatywnych emocji u niczego nie świadomego petenta.
Muszą tym samym uważać, żeby nie pochłonąć całej duszy, bo utracą tym samym cenne źródło pożywienia. Dlatego też zasypują nas niczym jesienne drzewa liśćmi tonami formularzy, ulotek, wniosków, petycji i całej masy papierzysk do uzupełnienia. Czas, jaki przeznaczymy (lub nie) na ich uzupełnienie jest wystarczająco długi, aby nasze nagryzione duszyczki mogły się w pełni zregenerować i wrócić do stanu pierwotnego.
Na pewno również zauważyliście tą dziwną obojętność na twarzach, nazwijmy to "kasty urzędniczej". Jestem święcie przekonany, że nawet by im powieka nie drgnęła gdybyście, dajmy na to wlecieli do urzędu dosiadając złotego smoka, i rozgramiając innych ludzi stojących w kolejce, których jedyne nieszczęście miało by polegać na tym, że przyszli do tego urzędu przed wami, po czym pod samym okienkiem zgrabnym ruchem ześlizgnęli się z grzbietu swojego wierzchowca i przedstawili dręczący was problem. Na przykład wrzody we wstydliwych miejscach.
To wynika z kolejnego problemu który chciałem poruszyć. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że ci urzędnicy nie są już ludźmi za których ich uważasz. Tak, ta ładna pani Kasia z okienka numer 4 to nie jest pani Kasia, tylko jej sobowtór. Oryginał został dosłownie pożarty przez tryby Machiny Urzędniczej (co jest niewątpliwą stratą dla męskiej części petentów).
Dlaczego tak się dzieje? Jest to spowodowane pewnego rodzaju recesją, której skutkiem jest z kolei jest malejąca liczba petentów. Dobrze, kto za tym wszystkim stoi? Internet! Teraz coraz więcej rzeczy możemy załatwić przez internet. Kontakt bezpośredni z urzędnikiem przestał być potrzebny.
Tu dochodzimy do sedna. Hydra pod postacią Urzędu, która dotychczas była karmiona strzępkami dusz nieszczęsnych petentów, zaczęła odczuwać doskwierający głód. Rozwiązano ten problem w raczej mało humanitarny sposób: składano w ofierze samych urzędników, których ciała bezpowrotne przepadały w trybach Machiny Urzędniczej. Ich miejsce zajmują humanoidy pokrytą wystarczająco grubą warstą żywej tkanki, żeby cały spisek pozostał niewykryty.
Dlatego, zanim zaczniesz się cieszyć na wieść, że zwolniła się posadka w Urzędzie Pracy, w jakimkolwiek innym urzędzie lub organie administracji publicznej, zastanów się dobrze dwa razy. I jeszcze raz, tak na wszelki wypadek. Chyba nie chcesz, żeby jakaś blaszana podróba Ciebie dobierała się do ukochanej prze Ciebie osoby.
Nie wierzysz? Twoja sprawa. Ale wiedz, że cię ostrzegałem.
Tylko dlaczego, do cholery, ta informacja nie jest dostępna dla ogółu ludzkości? Bo to nie na rękę urzędnikom, którzy żywią się duszami petentów. A im bardziej negatywne emocje uda się u wspomnianych petentów wywołać, tym posiłek jest pożywniejszy. Jestem pewien, że nie tylko ja, za każdym razem kiedy musiałem wejść do jakiegokolwiek urzędu, czy tu był Urząd Skarbowy, Urząd Pracy, Urząd Miasta, wyczuwałem charakterystyczną, ciężką i duszną atmosferę... To sprzyja narastaniu negatywnych emocji u niczego nie świadomego petenta.
Muszą tym samym uważać, żeby nie pochłonąć całej duszy, bo utracą tym samym cenne źródło pożywienia. Dlatego też zasypują nas niczym jesienne drzewa liśćmi tonami formularzy, ulotek, wniosków, petycji i całej masy papierzysk do uzupełnienia. Czas, jaki przeznaczymy (lub nie) na ich uzupełnienie jest wystarczająco długi, aby nasze nagryzione duszyczki mogły się w pełni zregenerować i wrócić do stanu pierwotnego.
Na pewno również zauważyliście tą dziwną obojętność na twarzach, nazwijmy to "kasty urzędniczej". Jestem święcie przekonany, że nawet by im powieka nie drgnęła gdybyście, dajmy na to wlecieli do urzędu dosiadając złotego smoka, i rozgramiając innych ludzi stojących w kolejce, których jedyne nieszczęście miało by polegać na tym, że przyszli do tego urzędu przed wami, po czym pod samym okienkiem zgrabnym ruchem ześlizgnęli się z grzbietu swojego wierzchowca i przedstawili dręczący was problem. Na przykład wrzody we wstydliwych miejscach.
To wynika z kolejnego problemu który chciałem poruszyć. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że ci urzędnicy nie są już ludźmi za których ich uważasz. Tak, ta ładna pani Kasia z okienka numer 4 to nie jest pani Kasia, tylko jej sobowtór. Oryginał został dosłownie pożarty przez tryby Machiny Urzędniczej (co jest niewątpliwą stratą dla męskiej części petentów).
Dlaczego tak się dzieje? Jest to spowodowane pewnego rodzaju recesją, której skutkiem jest z kolei jest malejąca liczba petentów. Dobrze, kto za tym wszystkim stoi? Internet! Teraz coraz więcej rzeczy możemy załatwić przez internet. Kontakt bezpośredni z urzędnikiem przestał być potrzebny.
Tu dochodzimy do sedna. Hydra pod postacią Urzędu, która dotychczas była karmiona strzępkami dusz nieszczęsnych petentów, zaczęła odczuwać doskwierający głód. Rozwiązano ten problem w raczej mało humanitarny sposób: składano w ofierze samych urzędników, których ciała bezpowrotne przepadały w trybach Machiny Urzędniczej. Ich miejsce zajmują humanoidy pokrytą wystarczająco grubą warstą żywej tkanki, żeby cały spisek pozostał niewykryty.
Dlatego, zanim zaczniesz się cieszyć na wieść, że zwolniła się posadka w Urzędzie Pracy, w jakimkolwiek innym urzędzie lub organie administracji publicznej, zastanów się dobrze dwa razy. I jeszcze raz, tak na wszelki wypadek. Chyba nie chcesz, żeby jakaś blaszana podróba Ciebie dobierała się do ukochanej prze Ciebie osoby.
Nie wierzysz? Twoja sprawa. Ale wiedz, że cię ostrzegałem.
piątek, 31 maja 2013
Scio me nihil scire*
I znów, po dłuższej przerwie, macie zaszczyt znoszenia mnie i moich fanaberii. Zadowoleni? Nie udawajcie, jestem przekonany, że tak.
Niedawno zakończyłem praktyki i tak jak "przełożeni" wyciskali ze mnie jak z dorodnej pomarańczy soki witalne, tak ja obnażałem ich dusze wyciskając z nich jak najwięcej. Siedząc naprzeciwko, sięgasz chciwym gestem dłonią w ich kierunku, zatapiasz pazury w ich duszy, wyciągasz mózg na stół. Przez chwilę wspólnie się przyglądacie, po czym wyciągasz zaostrzoną słomkę i przebijając się przez istotę szarą pochłaniasz całą objętość istoty białej. Mmmmm.
Co to ma na celu? Ktoś kiedyś powiedział, że jeśli nie wiesz o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Albo o seks. A ja to uzupełnię. Tu chodzi o wiedzę.
Bo wiedza to władza, zawsze to powtarzałem. To tej pory mam władzę tylko nad sobą. A i to nie zawsze.
Coś wiesz - Chcesz to wykorzystać (Twoje motywy są nie ważne, czy chcesz uratować Świat, czy zaimponować tej osiemnastce z sąsiedztwa) - Działasz (z różnym skutkiem) - Osiągasz skutek (nieraz przeciwny do zamierzonego).
Z pokolenia na pokolenie ludzie (nie ma się co bronić przed tym "odkrywczym" stwierdzeniem) wiedzą coraz mniej. Magazynujemy coraz więcej wiedzy. Na płytach, dyskach twardych, w książkach, zeszytach... na ścianach, w kieszeniach, w bankach, depozytach...
Z przekonaniem, że kiedyś będzie nam dane z niej skorzystać.
Nasz typ wiedzy diametralnie się zmienił. My nie mamy wiedzy, my wiemy gdzie tej wiedzy szukać.
Ludzie są coraz głupsi? Niekoniecznie. Potrafimy szybko i w miarę sprawnie łączyć dostępne nam strzępki informacji.
A jeśli zabraknie nawet tych strzępków? To nie jesteśmy nawet jak bez nogi. Jesteśmy jak bez obu rąk, obu nóg i niedosłyszymy na jedno ucho. Jaki z tego morał? Jeśli nie jesteś wykwalifikowany, nie pchaj się na operatora kombajnu.
Wiedza może również okazać się mieczem obosiecznym i wzorem trebuszy, delikatnie mówiąc, skrzywdzić delikwenta. Z takiej aparatury trzeba umieć korzystać, nieumiejętnie wykorzystana boli. Oczywiście, cały czas mówimy tu o wiedzy. Dlatego jestem za uchwaleniem ustawy, mówiącej, że do każdych podręczników powinny zostać załączone instrukcje obsługi. Darować sobie dopiero na poziomie szkolnictwa wyższego. Tam ludzie są w stanie docenić książki i widzą w nich inne zastosowanie niż świetny materiał na alternatywny pocisk balistyczny, czy niezbyt oddające realne wymiary i kształt modele rakiet V-1.
*Uprzedzając pytania. Mądrze brzmiący tytół nie gwarantuje mądrej zawartości.
Niedawno zakończyłem praktyki i tak jak "przełożeni" wyciskali ze mnie jak z dorodnej pomarańczy soki witalne, tak ja obnażałem ich dusze wyciskając z nich jak najwięcej. Siedząc naprzeciwko, sięgasz chciwym gestem dłonią w ich kierunku, zatapiasz pazury w ich duszy, wyciągasz mózg na stół. Przez chwilę wspólnie się przyglądacie, po czym wyciągasz zaostrzoną słomkę i przebijając się przez istotę szarą pochłaniasz całą objętość istoty białej. Mmmmm.
Co to ma na celu? Ktoś kiedyś powiedział, że jeśli nie wiesz o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Albo o seks. A ja to uzupełnię. Tu chodzi o wiedzę.
Bo wiedza to władza, zawsze to powtarzałem. To tej pory mam władzę tylko nad sobą. A i to nie zawsze.
Coś wiesz - Chcesz to wykorzystać (Twoje motywy są nie ważne, czy chcesz uratować Świat, czy zaimponować tej osiemnastce z sąsiedztwa) - Działasz (z różnym skutkiem) - Osiągasz skutek (nieraz przeciwny do zamierzonego).
Z pokolenia na pokolenie ludzie (nie ma się co bronić przed tym "odkrywczym" stwierdzeniem) wiedzą coraz mniej. Magazynujemy coraz więcej wiedzy. Na płytach, dyskach twardych, w książkach, zeszytach... na ścianach, w kieszeniach, w bankach, depozytach...
Z przekonaniem, że kiedyś będzie nam dane z niej skorzystać.
Nasz typ wiedzy diametralnie się zmienił. My nie mamy wiedzy, my wiemy gdzie tej wiedzy szukać.
Ludzie są coraz głupsi? Niekoniecznie. Potrafimy szybko i w miarę sprawnie łączyć dostępne nam strzępki informacji.
A jeśli zabraknie nawet tych strzępków? To nie jesteśmy nawet jak bez nogi. Jesteśmy jak bez obu rąk, obu nóg i niedosłyszymy na jedno ucho. Jaki z tego morał? Jeśli nie jesteś wykwalifikowany, nie pchaj się na operatora kombajnu.
Wiedza może również okazać się mieczem obosiecznym i wzorem trebuszy, delikatnie mówiąc, skrzywdzić delikwenta. Z takiej aparatury trzeba umieć korzystać, nieumiejętnie wykorzystana boli. Oczywiście, cały czas mówimy tu o wiedzy. Dlatego jestem za uchwaleniem ustawy, mówiącej, że do każdych podręczników powinny zostać załączone instrukcje obsługi. Darować sobie dopiero na poziomie szkolnictwa wyższego. Tam ludzie są w stanie docenić książki i widzą w nich inne zastosowanie niż świetny materiał na alternatywny pocisk balistyczny, czy niezbyt oddające realne wymiary i kształt modele rakiet V-1.
*Uprzedzając pytania. Mądrze brzmiący tytół nie gwarantuje mądrej zawartości.
niedziela, 5 maja 2013
Horoskop na rok bierzący (zawsze aktualny)
Baran
Jak z to zwykle z baranami bywa, najpierw bija, później pytają. Jednak tym razem będzie inaczej, gwiazdy Ci sprzyjają. Jednak pamiętaj, że nie zawsze głową mur przebijesz... zatem w tym roku pisane Ci są również częste wizyty u kręglarza.
Nie próbuj się popisywać w towarzystwie swoją elokwencją, mając na uwadze maksymę "wszystko co powiesz może zostać wykorzystane przeciwko tobie". Niby to mowa jest srebrem, ale jednak milczenie jest złotem. Jeśli będziesz się kierował tą maksymą będzie ci dane rychłe bogactwo.
Byk
Byki słyną ze stałości i niezmienności praktycznie na każdej płaszczyźnie. Jednak w tym roku pewna rzecz ulegnie poważnej zmianie. Istnieje duże prawdopodobieństwo że Twój pracodawca może chcieć cię zrobić w konia. Ale nie przejmuj się. Uda mu się tylko jedynie w śladowych 3%. Bodajże tyle koniny jest wykrywanej na polskim rynku w towarach uznawanych za 100% wołowinę.
Pamiętaj również o tym, że zbyt często zawiodłeś zaufanie przyjaciół, napraw to póki ich masz i póki nie są oni twoimi wrogami. Teraz jest dobra pora żeby nadrobić zaległości i naprawić błędy.
Bliźnięta
Planety nie będą łaskawe bliźniętom w tym roku, ich konfiguracja jest niezwykle niekorzystna dla tego znaku zodiaku. Bliźnięta będą musiały się wykazać wrodzonym sprytem, jednak oklepane pomysły typu chlebek z drabinką sznurową czy kiełbasa z pilnikami nie pomogą tym razem. Dlatego jak ognia unikaj jakichkolwiek konfliktów z prawem. No, chyba że jesteś pewien swoich racji, masz już opracowany plan ucieczki i spisany testament (w razie samozwańczo wydanej karze śmierci).
I pamiętaj: co dwie głowy, to nie jedna.
Rak
Ileż można chodzić do tyłu. Nie ma przed czym uciekać, naprawdę. Dlatego wszystkie raki winny się wziąć w garść i zacząć przecz naprzód z siłą rozpędzonej lokomotywy. Trupy się później pozbiera. Częste raczenie się winkiem dla uśpienia sumienia to dobre rozwiązanie, zważywszy na niewątpliwie obwitą kolekcję w prywatnym barku.
Lew
Jeśli jesteś mną, czeka cię wiele przyjemnych rzeczy. Nowe znajomości, ciekawa praca...
Jeśli nie... cóż, nie przejmuj się. To nie Twoja wina.
Panna
Należy przymrużyć oczy na wady otaczających osób. To dobrze, jeśli już teraz nie przejmujesz się zbytnio "brakami w doskonałości" innych. Na pewno ludzie odwdzięczą ci się za to lojalnością godną najlepszych niewolników i pomogą ci zetrzeć w pył tych, którzy ośmielili Ci się jawnie przeciwstawić.
Pisane Ci jest piastowanie ważnych ról, ale to już pewnie wiesz. Jednak uważaj na konsekwencje podjętych przez Ciebie decyzji mających na celu przybliżenie Cię do celu. Chyba nie chcesz siedzieć w spólnej celi z Bliźniakami...
Waga
Równowaga i harmonia? Dobre sobie. Nie przejmuj się stereotypami, wyznaczaj nowe możliwości, pokaż innym, że się da. Bardzo wskazana przy tym jest pewność siebie której prawdopodobnie ostatnio ci brakowało. Teraz odnajdziesz jej w sobie niewyczerpalne wręcz pokłady, a to za sprawą niecodziennej konfiguracji Marsa i Jowisza (cokolwiek to znaczy).
Skorpion
Bądź jak zawsze pamiętliwy, ponieważ teraz ta właśnie twoja cecha może ci się niezwykle przydać. Spodziewaj się niespodziewanego, bądź czujny. Nigdy nie wiadomo, kto może się teraz czaić na twój spokój. Urząd Skarbowy, ZUS, obecny partner twojej ex, kosmici... opcji jest wiele.
Podczas zaspokajania swoich żądz zemsty pamiętaj o tym, żeby kara była co najmniej równie dotkliwa jak wyrządzona tobie krzywda. Zajęli ci dom? Spal urząd. Partner twojej ex uprzykrza ci życie? Cóż, był człowiek, nie ma człowieka... A kosmici? Gwiazdy są przecież po Twojej stronie.
Strzelec
Celne oko Strzelca nadchodzącymi czasy zacznie Cię zwodzić. A wszystko spowodowane być może Twoje pozerstwo i egocentryzm (albo nadmiar alkoholu). Mógłbyś unikać towarzystwa żeby nie zostać ranionym rykoszetem, ale przecież ryzyko leży poniekąd w Twojej naturze. Po prostu weź się w garść, wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że szala jest w stanie przechylić się na Twoją korzyść, jeśli tylko zaczniesz pracować nad sobą. Postaw sobie to za główny cel, a zostanie on trafiony, jak podczas łowów na grubego zwierza. Pozostaje mieć nadzieję, ze broń będąca w twoim posiadaniu została nabyta legalnie.
Koziorożec
Pora zastanowić się nad zmianę zatrudnienia. Biorąc pod uwagę aktualny rynek pracy, wszystkie Koziorożce powinny się zastanowić nad profesją płatnego zabójcy. Wrodzona umiejętność wytyczania sobie jasno określonych celów i ciągły upór w dążeniu do niego to cechy dzięki którym zodiakalne Koziorożce mają szanse na wielkie spełnienie w tej... profesji. Muszą tylko pamiętać żeby nie popełniać błędów Bliźniąt. W zaufaniu powiem, że ciała należy kremować, dla zatarcia wszelkich śladów. Mimo, że układ gwiazd i planet ma nad Tobą pieczę, przezorny zawsze ubezpieczony.
Wodnik
Wodniki są bystrymi ludźmi, i to im się chwali. Jednak wiedza wiąże się z dużą odpowiedzialnością. Przekopując opasłe tomiszcze pełne tajemnej i zastrzeżonej wiedzy należy uważać na to, żeby nie wpaść na trop jakiejś afery na skalę afery korupcyjnej w Sejmie. Wodniki muszą zbyć zatem w najbliższym czasie bardziej zakonspirowane i ostrożniejsze w dążeniu do wiedzy. Po czym poznać, że stałeś się niewygodny? Po śledzących Twoją skromną osobę ludziach wożących się w czarnych BMW serii 7, lub po błysku lunety karabinu snajperskiego Koziorożca, który ostrzegawczo będzie Ci puszczał zajączki na ścianie.
Ryby
Ryby, jako osoby podatne na zmiany niczym śnięte płotki w szybkim nurcie rzeki powinny skupić się na znalezieniu złotego środka w swoim życiu.
Jeśli masz huśtawki nastrojów na miarę Iwana IV Groźnego i nie zwracasz za bardzo uwagi na otaczających Cię ludzi, twoja przyszłość nie jest świetlana. Twój wybuchowy charakter przysporzy Ci wielu wrogów, a to pociągnie za sobą lawinę pogrążających Cię "nieszczęśliwych wypadków".
Jeśli natomiast starasz się patrzeć na życie jak na przygodę i dzielnie stawiasz czoła wyzwaniom dnia codziennego, to wiedz, że czuwa nad tobą Twoja Fortuna i żadne układy planet nie są w stanie w jakikolwiek sposób zmienić tego stanu rzeczy. Możliwości są tylko dwie. Albo popłyniesz z prądem, będziesz stawiał czynny opór czerpiąc z tego jednocześnie przyjemność.
Jak z to zwykle z baranami bywa, najpierw bija, później pytają. Jednak tym razem będzie inaczej, gwiazdy Ci sprzyjają. Jednak pamiętaj, że nie zawsze głową mur przebijesz... zatem w tym roku pisane Ci są również częste wizyty u kręglarza.
Nie próbuj się popisywać w towarzystwie swoją elokwencją, mając na uwadze maksymę "wszystko co powiesz może zostać wykorzystane przeciwko tobie". Niby to mowa jest srebrem, ale jednak milczenie jest złotem. Jeśli będziesz się kierował tą maksymą będzie ci dane rychłe bogactwo.
Byk
Byki słyną ze stałości i niezmienności praktycznie na każdej płaszczyźnie. Jednak w tym roku pewna rzecz ulegnie poważnej zmianie. Istnieje duże prawdopodobieństwo że Twój pracodawca może chcieć cię zrobić w konia. Ale nie przejmuj się. Uda mu się tylko jedynie w śladowych 3%. Bodajże tyle koniny jest wykrywanej na polskim rynku w towarach uznawanych za 100% wołowinę.
Pamiętaj również o tym, że zbyt często zawiodłeś zaufanie przyjaciół, napraw to póki ich masz i póki nie są oni twoimi wrogami. Teraz jest dobra pora żeby nadrobić zaległości i naprawić błędy.
Bliźnięta
Planety nie będą łaskawe bliźniętom w tym roku, ich konfiguracja jest niezwykle niekorzystna dla tego znaku zodiaku. Bliźnięta będą musiały się wykazać wrodzonym sprytem, jednak oklepane pomysły typu chlebek z drabinką sznurową czy kiełbasa z pilnikami nie pomogą tym razem. Dlatego jak ognia unikaj jakichkolwiek konfliktów z prawem. No, chyba że jesteś pewien swoich racji, masz już opracowany plan ucieczki i spisany testament (w razie samozwańczo wydanej karze śmierci).
I pamiętaj: co dwie głowy, to nie jedna.
Rak
Ileż można chodzić do tyłu. Nie ma przed czym uciekać, naprawdę. Dlatego wszystkie raki winny się wziąć w garść i zacząć przecz naprzód z siłą rozpędzonej lokomotywy. Trupy się później pozbiera. Częste raczenie się winkiem dla uśpienia sumienia to dobre rozwiązanie, zważywszy na niewątpliwie obwitą kolekcję w prywatnym barku.
Lew
Jeśli jesteś mną, czeka cię wiele przyjemnych rzeczy. Nowe znajomości, ciekawa praca...
Jeśli nie... cóż, nie przejmuj się. To nie Twoja wina.
Panna
Należy przymrużyć oczy na wady otaczających osób. To dobrze, jeśli już teraz nie przejmujesz się zbytnio "brakami w doskonałości" innych. Na pewno ludzie odwdzięczą ci się za to lojalnością godną najlepszych niewolników i pomogą ci zetrzeć w pył tych, którzy ośmielili Ci się jawnie przeciwstawić.
Pisane Ci jest piastowanie ważnych ról, ale to już pewnie wiesz. Jednak uważaj na konsekwencje podjętych przez Ciebie decyzji mających na celu przybliżenie Cię do celu. Chyba nie chcesz siedzieć w spólnej celi z Bliźniakami...
Waga
Równowaga i harmonia? Dobre sobie. Nie przejmuj się stereotypami, wyznaczaj nowe możliwości, pokaż innym, że się da. Bardzo wskazana przy tym jest pewność siebie której prawdopodobnie ostatnio ci brakowało. Teraz odnajdziesz jej w sobie niewyczerpalne wręcz pokłady, a to za sprawą niecodziennej konfiguracji Marsa i Jowisza (cokolwiek to znaczy).
Skorpion
Bądź jak zawsze pamiętliwy, ponieważ teraz ta właśnie twoja cecha może ci się niezwykle przydać. Spodziewaj się niespodziewanego, bądź czujny. Nigdy nie wiadomo, kto może się teraz czaić na twój spokój. Urząd Skarbowy, ZUS, obecny partner twojej ex, kosmici... opcji jest wiele.
Podczas zaspokajania swoich żądz zemsty pamiętaj o tym, żeby kara była co najmniej równie dotkliwa jak wyrządzona tobie krzywda. Zajęli ci dom? Spal urząd. Partner twojej ex uprzykrza ci życie? Cóż, był człowiek, nie ma człowieka... A kosmici? Gwiazdy są przecież po Twojej stronie.
Strzelec
Celne oko Strzelca nadchodzącymi czasy zacznie Cię zwodzić. A wszystko spowodowane być może Twoje pozerstwo i egocentryzm (albo nadmiar alkoholu). Mógłbyś unikać towarzystwa żeby nie zostać ranionym rykoszetem, ale przecież ryzyko leży poniekąd w Twojej naturze. Po prostu weź się w garść, wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że szala jest w stanie przechylić się na Twoją korzyść, jeśli tylko zaczniesz pracować nad sobą. Postaw sobie to za główny cel, a zostanie on trafiony, jak podczas łowów na grubego zwierza. Pozostaje mieć nadzieję, ze broń będąca w twoim posiadaniu została nabyta legalnie.
Koziorożec
Pora zastanowić się nad zmianę zatrudnienia. Biorąc pod uwagę aktualny rynek pracy, wszystkie Koziorożce powinny się zastanowić nad profesją płatnego zabójcy. Wrodzona umiejętność wytyczania sobie jasno określonych celów i ciągły upór w dążeniu do niego to cechy dzięki którym zodiakalne Koziorożce mają szanse na wielkie spełnienie w tej... profesji. Muszą tylko pamiętać żeby nie popełniać błędów Bliźniąt. W zaufaniu powiem, że ciała należy kremować, dla zatarcia wszelkich śladów. Mimo, że układ gwiazd i planet ma nad Tobą pieczę, przezorny zawsze ubezpieczony.
Wodnik
Wodniki są bystrymi ludźmi, i to im się chwali. Jednak wiedza wiąże się z dużą odpowiedzialnością. Przekopując opasłe tomiszcze pełne tajemnej i zastrzeżonej wiedzy należy uważać na to, żeby nie wpaść na trop jakiejś afery na skalę afery korupcyjnej w Sejmie. Wodniki muszą zbyć zatem w najbliższym czasie bardziej zakonspirowane i ostrożniejsze w dążeniu do wiedzy. Po czym poznać, że stałeś się niewygodny? Po śledzących Twoją skromną osobę ludziach wożących się w czarnych BMW serii 7, lub po błysku lunety karabinu snajperskiego Koziorożca, który ostrzegawczo będzie Ci puszczał zajączki na ścianie.
Ryby
Ryby, jako osoby podatne na zmiany niczym śnięte płotki w szybkim nurcie rzeki powinny skupić się na znalezieniu złotego środka w swoim życiu.
Jeśli masz huśtawki nastrojów na miarę Iwana IV Groźnego i nie zwracasz za bardzo uwagi na otaczających Cię ludzi, twoja przyszłość nie jest świetlana. Twój wybuchowy charakter przysporzy Ci wielu wrogów, a to pociągnie za sobą lawinę pogrążających Cię "nieszczęśliwych wypadków".
Jeśli natomiast starasz się patrzeć na życie jak na przygodę i dzielnie stawiasz czoła wyzwaniom dnia codziennego, to wiedz, że czuwa nad tobą Twoja Fortuna i żadne układy planet nie są w stanie w jakikolwiek sposób zmienić tego stanu rzeczy. Możliwości są tylko dwie. Albo popłyniesz z prądem, będziesz stawiał czynny opór czerpiąc z tego jednocześnie przyjemność.
niedziela, 21 kwietnia 2013
Oczy
Organ który w przecudny sposób przy wykorzystaniu światła z otoczenia dostarczają nam bodźców estetycznych, które dalej przetworzone na impulsy nerwowe przesyłane są do mózgu, gdzie z kolei ulegają przetworzeniu do formy która umożliwia nam prawidłowe (poniekąd) postrzeganie otaczającego nas świata.
Jak wszyscy wiemy, oczy da się oszukać. Wiedzą o tym wszyscy, którzy mieli kiedykolwiek styczność z iluzją optyczną.
Ale nie o tym miało być. Percepcja nie jest jedyną funkcją oczu, przynajmniej według mnie. O tej drugiej funkcji chciałem dziś wspomnieć co nie co.
Na pewno nie jest nikomu obcy związek frazeologiczny "oczy zwierciadłem duszy". Ponieważ oczy są w stanie przekazać wprawnemu obserwatorowi wielu ciekawych informacji o obserwowanym. Nadmieniając jednocześnie, że ja wprawnym obserwatorem nie jestem. Z tego właśnie powodu są celem mojego zainteresowania, rzekłbym, fetyszu.
Ktoś może się uśmiechać, ale jeśli oczy nie "uśmiechają się" razem z nim, to to nie jest prawdziwy uśmiech, tylko pusty gest. Dzięki oczom jesteśmy w stanie odróżnić emocje od mimiki.
Złość, smutek, żal, radość, nienawiść... i wiele, wiele innych. Te wszystkie emocje mogą być przekazywane między innymi za pośrednictwem oczu.
Można być u schyłku życia i mieć oczy pełne życiodajnej energii, jak również być w pełni sił witalnych a oczy puste, bez wyrazu. Zupełnie jak u trupa.
Dalej. Kobiety wiedzą już, że mężczyźni nie raz mówiąc o oczach mają na myśli wiadome kobiece wdzięki. To wielce mnie i mnie podobnych kaleczy, ponieważ automatycznie jestem przez płeć piękną katalogowany i umieszczany na półce razem z pożałowania godnymi supersamcami niepotrafiącymi docenić głębszego sensu w postrzeganiu urody. Mimo że to może tak wygląda, nie chcę się w jakikolwiek sposób wywyższyć na tle innych. Po prostu taki jestem. Esteta. Nie ma związku? Zaraz nawiążę.
Kiedyś pewna moja znajoma nie wierzyła w moje czyste jak diament intencje i postanowiła mnie sprawdzić. Test wyglądał następująco: miałem jej się cały czas patrzeć w oczy. Bez względu na otoczenie i okoliczności. Choćby się paliło i waliło. Więc patrzę, spokojnie, nie natarczywie, tak po prostu. Nagle ona zaczęła odpinać guziki koszulki...
Oczywiście, przeszedłem ten test pomyślnie. Swoją drogą, dzięki wyrobionemu szerokiemu polu widzenia byłem w stanie stwierdzić, że moja znajoma pod względem zawartości stanika mogła konkurować jedynie z dziewczynkami z późnych klas podstawówki...
Ale oczy miała ładne, koloru który zwykłem nazywać lodowatym błękitem.
Taki sam kolor oczu miał pewien chłopak mieszkający niedaleko mnie, brat mojej kolejnej znajomej, tym razem z czasów gimnazjum. Ale o tym za chwilkę.
Poznałem kiedyś dziewczynę, której oczy miały z kolei ciepły odcień zieleni. Mogłem się w nie patrzeć całymi godzinami czerpiąc niemałą przyjemność w zatracaniu się w ich głębi. Co ciekawe, z wzajemnością. Jednak do czasu. Podczas jednej z naszych długich, wręcz niekończących się rozmów stwierdziła, że ma w klasie znajomego o przecudnym kolorze oczu, jednak tylko te oczy jej się w nim podobały. Jak się później okazało, był to ten sam osobnik, o którym wspominałem wcześniej. A więc znałem go. Wiedziałem gdzie mieszka. I bynajmniej nie darzyłem go ciepłym uczuciem.
Kiedy zaproponowałem jej, że przyniosę jej jego oczy w srebrnej szkatułce (uwielbiała srebro) z aksamitną, czerwoną wyściółką, sprawiła wrażenie co najmniej zniesmaczonej. A kilka lat później wyszła za mąż.
Trzymając się tematyki oczu, że smutkiem muszę stwierdzić, że sam nie mam pojęcia jakiego koloru są moje. Dlaczego? Bo faceci nie znają się na kolorach.
Jak wszyscy wiemy, oczy da się oszukać. Wiedzą o tym wszyscy, którzy mieli kiedykolwiek styczność z iluzją optyczną.
Ale nie o tym miało być. Percepcja nie jest jedyną funkcją oczu, przynajmniej według mnie. O tej drugiej funkcji chciałem dziś wspomnieć co nie co.
Na pewno nie jest nikomu obcy związek frazeologiczny "oczy zwierciadłem duszy". Ponieważ oczy są w stanie przekazać wprawnemu obserwatorowi wielu ciekawych informacji o obserwowanym. Nadmieniając jednocześnie, że ja wprawnym obserwatorem nie jestem. Z tego właśnie powodu są celem mojego zainteresowania, rzekłbym, fetyszu.
Ktoś może się uśmiechać, ale jeśli oczy nie "uśmiechają się" razem z nim, to to nie jest prawdziwy uśmiech, tylko pusty gest. Dzięki oczom jesteśmy w stanie odróżnić emocje od mimiki.
Złość, smutek, żal, radość, nienawiść... i wiele, wiele innych. Te wszystkie emocje mogą być przekazywane między innymi za pośrednictwem oczu.
Można być u schyłku życia i mieć oczy pełne życiodajnej energii, jak również być w pełni sił witalnych a oczy puste, bez wyrazu. Zupełnie jak u trupa.
Dalej. Kobiety wiedzą już, że mężczyźni nie raz mówiąc o oczach mają na myśli wiadome kobiece wdzięki. To wielce mnie i mnie podobnych kaleczy, ponieważ automatycznie jestem przez płeć piękną katalogowany i umieszczany na półce razem z pożałowania godnymi supersamcami niepotrafiącymi docenić głębszego sensu w postrzeganiu urody. Mimo że to może tak wygląda, nie chcę się w jakikolwiek sposób wywyższyć na tle innych. Po prostu taki jestem. Esteta. Nie ma związku? Zaraz nawiążę.
Kiedyś pewna moja znajoma nie wierzyła w moje czyste jak diament intencje i postanowiła mnie sprawdzić. Test wyglądał następująco: miałem jej się cały czas patrzeć w oczy. Bez względu na otoczenie i okoliczności. Choćby się paliło i waliło. Więc patrzę, spokojnie, nie natarczywie, tak po prostu. Nagle ona zaczęła odpinać guziki koszulki...
Oczywiście, przeszedłem ten test pomyślnie. Swoją drogą, dzięki wyrobionemu szerokiemu polu widzenia byłem w stanie stwierdzić, że moja znajoma pod względem zawartości stanika mogła konkurować jedynie z dziewczynkami z późnych klas podstawówki...
Ale oczy miała ładne, koloru który zwykłem nazywać lodowatym błękitem.
Taki sam kolor oczu miał pewien chłopak mieszkający niedaleko mnie, brat mojej kolejnej znajomej, tym razem z czasów gimnazjum. Ale o tym za chwilkę.
Poznałem kiedyś dziewczynę, której oczy miały z kolei ciepły odcień zieleni. Mogłem się w nie patrzeć całymi godzinami czerpiąc niemałą przyjemność w zatracaniu się w ich głębi. Co ciekawe, z wzajemnością. Jednak do czasu. Podczas jednej z naszych długich, wręcz niekończących się rozmów stwierdziła, że ma w klasie znajomego o przecudnym kolorze oczu, jednak tylko te oczy jej się w nim podobały. Jak się później okazało, był to ten sam osobnik, o którym wspominałem wcześniej. A więc znałem go. Wiedziałem gdzie mieszka. I bynajmniej nie darzyłem go ciepłym uczuciem.
Kiedy zaproponowałem jej, że przyniosę jej jego oczy w srebrnej szkatułce (uwielbiała srebro) z aksamitną, czerwoną wyściółką, sprawiła wrażenie co najmniej zniesmaczonej. A kilka lat później wyszła za mąż.
Trzymając się tematyki oczu, że smutkiem muszę stwierdzić, że sam nie mam pojęcia jakiego koloru są moje. Dlaczego? Bo faceci nie znają się na kolorach.
niedziela, 14 kwietnia 2013
Konglomerat
Dość dawno temu mój dobry znajomy powiedział mi, że moje uwagi są potrzebne jak drzazga pod napletkiem. Jak zwykle trafił tam, gdzie najbardziej boli.
Zauważyłem, że ostatnio jestem bardzo negatywnie lub po prostu chamsko nastawiony do niektórych ludzi. Spacerując i gadając o pierdołach (jak to zwykle mamy w zwyczaju) z wyżej wspomnianym znajomym po ulicach sąsiadującego z moim miasteczkiem minęliśmy faceta który prawdopodobnie żebrał na swoje życie. Do nas najzwyczajniej nie odważył się zbliżyć (pewnie z racji omawianego ostatnio stereotypu). Facet nie miał lewej nogi. Nie wiem co mnie napadło, ale przechodząc koło niego głośno zastanawiałem się nad obecnością pól minowych na mojej drodze.
Naprawdę nie mam pojęcia jak ludzie z mojego otoczenia ze mną wytrzymują. Może to tylko tak wygląda że się dobrze bawią w mojej obecności, może tak naprawdę toczą zajadłą wewnętrzną walkę z samym sobą i kierując się zwyczajną empatią do czującego ból stworzenia powstrzymują się przed spraniem mnie na kwaśne jabłko.
W końcu ich też wiele razy obrażałem. Sam nie wiem dlaczego. W końcu nic mi nie zawinili.
Tak jak czasem potrafię być aż nadto miły i wrażliwy (w oczach niektórych kolokwialnie mówiąc ciota) równie często zdarza mi się być tym złym, którego obecność w niektórych kręgach jest co najmniej niepożądana. Fakt, czasem jestem tego świadomy, a czasem dowiaduję się o tym bezpośrednio z otoczenia. Zastanawiam się, czy w każdym człowieku znajduję się czy też ukrywa taki miszmasz osobowości, cech. Nie staram się tu być na siłę oryginalny. Zauważyłem więcej nie pasujących do siebie elementów układanki będących elementami mnie. Lubię się uczyć, fakt, tylko tego co wydaje mi się ciekawe, ale jednocześnie okazuje się jakim jestem ignorantem, kiedy chcąc pokazać swoją wiedzę popełniam elementarne błędy o których nie mam pojęcia. Z miną przygłupiego szympansa wciąż de novo popełniam te same błędy. Mam dobrą pamięć, pamiętam ze szczegółami konkretne dni w moim życiu, pamiętam mój pierwszy pobyt na śląsku (miałem wtedy zaledwie cztery lata), ale nie pamiętam tego co przed chwilą powiedziałem w wymianie zdań z matką. Nie pamiętam przebiegu wczorajszego dnia i to nie z powodu "syndromu dnia poprzedniego". Nie jestem w stanie zapamiętać gdzie odłożyłem np klucze od domu. Lubię porządek, symetrię i wszelkie przejawy ładu, kiedy pokój w którym przebywam wygląda jak po przejściu huraganu. Denerwuje mnie bezczynność jednocześnie wciąż egzystuję bez większego sensu z dnia na dzień.
Nie potrafię tego określić inaczej jak wewnętrzny bałagan, totalny chaos mnie. Jeśli teraz powiem, że się z tym pogodziłem, część z Was podciągnie to pod lenistwo lub zrezygnowanie. Ja na to mówię akceptacja. Samoakceptacja.
Moje indywiduum, hipokryzja a wrażliwość. Moja głupota i ignorancja a chęć zdobywania wiedzy. Moje lenistwo i potrzeba dążenia do przodu. I w końcu predyspozycje by zostać naprawdę kimś a obawy przed następnym dniem i potworami codzienności.
Myślę, nie, chciałbym wiedzieć, że nie tylko ja borykam się z podobnym problemem. Wierzę, że z tego się wygrzebię i życzę tego wszystkim tym, którzy mają podobne obawy do moich. Tak, żebyśmy mogli powiedzieć o sobie: Człowiek.
Na zakończenie tego dodam, że pisząc to wszystko słuchałem Requiem Mozarta. Co to wnosi do tematu? Zupełnie nic. Ale Lacrimosa jest po prostu boska.
Zauważyłem, że ostatnio jestem bardzo negatywnie lub po prostu chamsko nastawiony do niektórych ludzi. Spacerując i gadając o pierdołach (jak to zwykle mamy w zwyczaju) z wyżej wspomnianym znajomym po ulicach sąsiadującego z moim miasteczkiem minęliśmy faceta który prawdopodobnie żebrał na swoje życie. Do nas najzwyczajniej nie odważył się zbliżyć (pewnie z racji omawianego ostatnio stereotypu). Facet nie miał lewej nogi. Nie wiem co mnie napadło, ale przechodząc koło niego głośno zastanawiałem się nad obecnością pól minowych na mojej drodze.
Naprawdę nie mam pojęcia jak ludzie z mojego otoczenia ze mną wytrzymują. Może to tylko tak wygląda że się dobrze bawią w mojej obecności, może tak naprawdę toczą zajadłą wewnętrzną walkę z samym sobą i kierując się zwyczajną empatią do czującego ból stworzenia powstrzymują się przed spraniem mnie na kwaśne jabłko.
W końcu ich też wiele razy obrażałem. Sam nie wiem dlaczego. W końcu nic mi nie zawinili.
Tak jak czasem potrafię być aż nadto miły i wrażliwy (w oczach niektórych kolokwialnie mówiąc ciota) równie często zdarza mi się być tym złym, którego obecność w niektórych kręgach jest co najmniej niepożądana. Fakt, czasem jestem tego świadomy, a czasem dowiaduję się o tym bezpośrednio z otoczenia. Zastanawiam się, czy w każdym człowieku znajduję się czy też ukrywa taki miszmasz osobowości, cech. Nie staram się tu być na siłę oryginalny. Zauważyłem więcej nie pasujących do siebie elementów układanki będących elementami mnie. Lubię się uczyć, fakt, tylko tego co wydaje mi się ciekawe, ale jednocześnie okazuje się jakim jestem ignorantem, kiedy chcąc pokazać swoją wiedzę popełniam elementarne błędy o których nie mam pojęcia. Z miną przygłupiego szympansa wciąż de novo popełniam te same błędy. Mam dobrą pamięć, pamiętam ze szczegółami konkretne dni w moim życiu, pamiętam mój pierwszy pobyt na śląsku (miałem wtedy zaledwie cztery lata), ale nie pamiętam tego co przed chwilą powiedziałem w wymianie zdań z matką. Nie pamiętam przebiegu wczorajszego dnia i to nie z powodu "syndromu dnia poprzedniego". Nie jestem w stanie zapamiętać gdzie odłożyłem np klucze od domu. Lubię porządek, symetrię i wszelkie przejawy ładu, kiedy pokój w którym przebywam wygląda jak po przejściu huraganu. Denerwuje mnie bezczynność jednocześnie wciąż egzystuję bez większego sensu z dnia na dzień.
Nie potrafię tego określić inaczej jak wewnętrzny bałagan, totalny chaos mnie. Jeśli teraz powiem, że się z tym pogodziłem, część z Was podciągnie to pod lenistwo lub zrezygnowanie. Ja na to mówię akceptacja. Samoakceptacja.
Moje indywiduum, hipokryzja a wrażliwość. Moja głupota i ignorancja a chęć zdobywania wiedzy. Moje lenistwo i potrzeba dążenia do przodu. I w końcu predyspozycje by zostać naprawdę kimś a obawy przed następnym dniem i potworami codzienności.
Myślę, nie, chciałbym wiedzieć, że nie tylko ja borykam się z podobnym problemem. Wierzę, że z tego się wygrzebię i życzę tego wszystkim tym, którzy mają podobne obawy do moich. Tak, żebyśmy mogli powiedzieć o sobie: Człowiek.
Na zakończenie tego dodam, że pisząc to wszystko słuchałem Requiem Mozarta. Co to wnosi do tematu? Zupełnie nic. Ale Lacrimosa jest po prostu boska.
poniedziałek, 8 kwietnia 2013
Rozum
Czerep dnia 8 kwietnia 2013 roku
Do Sądu Rejonowego
Wydział I Cywilny
w Rdzeniu Przedłużonym
Wnioskodawca: Ja, RaV8
Zainteresowani: Inteligencja, współmałżonka zaginionego;
Wyobraźnia, córka zaginionego;
Wniosek
o uznanie za zmarłego
W imieniu własnym proszę o uznanie za zmarły mój Rozum, zamieszkały ostatnio w Czaszce w Płacie Ciemieniowym. Wnoszę również o ustalenie daty śmierci na 1 września 2012 roku.
Ponadto proszę o wezwanie na świadków:
- Inteligencję, zamieszkałą w Korze Mózgowej;
- Wyobraźnię, zamieszkałą jak wyżej;
Uzasadnienie
Rozum urodził się wraz ze mną daty wiadomej, w Korze mózgowej. Zrodził się samoistnie, bez udziału rodziców, wiec chcąc nie chcąc, przyjąłem go pod swoją Kopułę.
Dowód: - odpis skrócony wyników badań EEG.
Rozum był bezrobotny, trudnił się pracami dorywczymi rozwiązując krzyżówki, zagadki logiczne i pracując podczas czytania książek.
Dnia 31 sierpnia 2002 roku rozum opuścił mieszkanie zawiadamiając o fakcie najbliższą rodzinę, tj. córkę Wyobraźnię i współmałżonkę Inteligencję, celem spędzenia wakacji w Płacie Czołowym po czym wszelki słuch o nim zaginął. Wielokrotne poszukiwania nie dały jakichkolwiek skutków. Ciała nie odnaleziono.
Dowody: - przesłuchanie świadków Inteligencji i Wyobraźni.
W związku z powyższym należy uznać, że Rozum zginął w trakcie podróży.
W tym stanie rzeczy wniosek jest uzasadniony
Załączniki
- Rozwiązane krzyżówki
- Odpisy zgłoszenia śledztwa i umorzenie postępowanie przez policję
Podpis wnioskodawcy:
RaV8
piątek, 5 kwietnia 2013
六六六
Z serii: "łamiemy stereotypy".
Spokojny dzień, jak zwykle wracam ze spaceru. Mijam ludzi, niektórzy zwracają moją uwagę, większość pozostaje mi obojętna. Przechodzę koło kościoła. Większości ludzi pozostaje obojętny, niestety nie wszystkim. Dlaczego część starszych ludzi, przeważnie kobiet, widząc smukłą postać w długim, czarnym płaszczu, z rozwianymi długimi włosami, z obojętną miną i papierosem w ustach, przechodzą w pobliżu kościoła widzą wyznawcę Szatana? Bo taki jest stereotyp. A skąd on się wziął? Ja tego nie wiem na pewno. Ale mogę wysnuć pewną hipotezę o której za chwilę.
Pentagram. Wszystkim znany symbol domniemanego zła, śmierci, diabła i takich tam cyrków. Słysząc to słowo starsze panie dające na tacę resztę swojej renty (nie, nie całą, trzeba kupić leki i opłacić mieszkanie) i z zaciętością godną ranionego tura walczącego o życie, okupujące pierwsze ławy w kościele, jak jeden mąż wyciągają swoje różańce z portmonetek i odmawiają wszystkie znane im litanie w obawie przed wiecznym potępieniem, podciągają pod ten symbol całe zło tego świata. Tymczasem, jak się okazuje, niewiele z nich (o ile nie żadna) wie, że są dwa rodzaje pentagramu.
Pierwszy, z jednym ramieniem skierowanym do góry, służyć miał odstraszaniu złych duchów, poprzez połączenie czterech żywiołów: ognia, wody, ziemi, powietrza, które są symbolizowane poprzez dolne ramiona gwiazdy. Szczytowe ramię symbolizować miało niebo, boską siłę, będącą w stanie te żywioły połączyć.
Drugi, z dwoma ramionami skierowanymi ku górze, jest uważany za symbol "złego" Szatana, przedstawionego w postaci tzw. "kozła z Mendes" (Baphometa).
Proste? Jak widać w praktyce, nie do końca.
Teraz czas na obiecaną hipotezę. Dlaczego tylu młodych ludzi "wyznaje" złego? To proste jak metr sznurka w kieszeni. W pentagramie można się doszukać symboliki pewnej opozycji do... czegoś. Nie koniecznie do Boga. Ja mogę obwiesić się pentagramami, wytatuować sobie je na każdej wolnej powierzchni ciała, założyć glany, pieszczochy z półtora calowymi gwoźdźmi i zrobić sobie make-up a'la panda wielka i pójść na niedzielną sumę. Ludziom nic do tego, jak wyglądam. A co jest w sercu, to Bóg wie, i on mnie będzie ewentualnie oceniał.
Fakt, młodzi ludzie muszą się buntować, nie, oni lubią się buntować. Jak nie mają konkretnego powodu, to czemu by tak nie zbuntować się całemu światu?
"A co tam, od dzisiaj będę grał Satanistę. Będzie fajnie, będę jadł koty i porywał niegrzeczne dzieci z sąsiedztwa. Będę też straszył mohery w niedzielę i bachory na placach zabaw".
Tak właśnie mnie postrzegają niektórzy ludzie. W większości przypadków mam to, oczywiście, w głębokim poszanowaniu.
Spokojny dzień, jak zwykle wracam ze spaceru. Mijam ludzi, niektórzy zwracają moją uwagę, większość pozostaje mi obojętna. Przechodzę koło kościoła. Większości ludzi pozostaje obojętny, niestety nie wszystkim. Dlaczego część starszych ludzi, przeważnie kobiet, widząc smukłą postać w długim, czarnym płaszczu, z rozwianymi długimi włosami, z obojętną miną i papierosem w ustach, przechodzą w pobliżu kościoła widzą wyznawcę Szatana? Bo taki jest stereotyp. A skąd on się wziął? Ja tego nie wiem na pewno. Ale mogę wysnuć pewną hipotezę o której za chwilę.
Pentagram. Wszystkim znany symbol domniemanego zła, śmierci, diabła i takich tam cyrków. Słysząc to słowo starsze panie dające na tacę resztę swojej renty (nie, nie całą, trzeba kupić leki i opłacić mieszkanie) i z zaciętością godną ranionego tura walczącego o życie, okupujące pierwsze ławy w kościele, jak jeden mąż wyciągają swoje różańce z portmonetek i odmawiają wszystkie znane im litanie w obawie przed wiecznym potępieniem, podciągają pod ten symbol całe zło tego świata. Tymczasem, jak się okazuje, niewiele z nich (o ile nie żadna) wie, że są dwa rodzaje pentagramu.
Pierwszy, z jednym ramieniem skierowanym do góry, służyć miał odstraszaniu złych duchów, poprzez połączenie czterech żywiołów: ognia, wody, ziemi, powietrza, które są symbolizowane poprzez dolne ramiona gwiazdy. Szczytowe ramię symbolizować miało niebo, boską siłę, będącą w stanie te żywioły połączyć.
Drugi, z dwoma ramionami skierowanymi ku górze, jest uważany za symbol "złego" Szatana, przedstawionego w postaci tzw. "kozła z Mendes" (Baphometa).
Proste? Jak widać w praktyce, nie do końca.
Teraz czas na obiecaną hipotezę. Dlaczego tylu młodych ludzi "wyznaje" złego? To proste jak metr sznurka w kieszeni. W pentagramie można się doszukać symboliki pewnej opozycji do... czegoś. Nie koniecznie do Boga. Ja mogę obwiesić się pentagramami, wytatuować sobie je na każdej wolnej powierzchni ciała, założyć glany, pieszczochy z półtora calowymi gwoźdźmi i zrobić sobie make-up a'la panda wielka i pójść na niedzielną sumę. Ludziom nic do tego, jak wyglądam. A co jest w sercu, to Bóg wie, i on mnie będzie ewentualnie oceniał.
Fakt, młodzi ludzie muszą się buntować, nie, oni lubią się buntować. Jak nie mają konkretnego powodu, to czemu by tak nie zbuntować się całemu światu?
"A co tam, od dzisiaj będę grał Satanistę. Będzie fajnie, będę jadł koty i porywał niegrzeczne dzieci z sąsiedztwa. Będę też straszył mohery w niedzielę i bachory na placach zabaw".
Tak właśnie mnie postrzegają niektórzy ludzie. W większości przypadków mam to, oczywiście, w głębokim poszanowaniu.
***
Dlaczego taki dziwny tytuł i co on znaczy? Cóż, to taki psikus z mojej strony... Ale domyślam się, że wy się domyślacie co te trzy znaki mogą znaczyć i w jakim być języku.
Wiedzy zaczerpnąłem z tejże strony, więc jeśli ktoś chce wiedzieć więcej o znaczeniu pewnych znaków, których jest pewien znaczenia, niech skonfrontuję swoją wiedzę z faktami.
niedziela, 24 marca 2013
Wiosna, ach to ty!
Z chwilą ogłoszenia informacji, że Wiosny w tym roku nie będzie, na ulicach miast opanowanych przez Zimę zawitał Chaos. Reakcje były przeróżne, ale wszystkie przebiegały w zasadzie według jednego schematu: niedowierzanie - ironia - zrezygnowanie - panika.
Na ulicach zaczęło się robić coraz niebezpieczniej, ludzie zbuntowani przeciwko samozwańczym rządom Zimy, mając gdzieś coraz bardziej srogie mrozy i niesprzyjające warunki, zaczęli wychodzić na ulice. Z początku pikiety, niewielkie demonstracje. Później sprawy przybrały poważniejszy obrót. Zaczęto otwarcie atakować ośrodki meteorologiczne, posądzając je o współpracę z Zimą i spiskowanie przeciwko prawomocnym rządom Wiosny. Odpowiedzią ze strony zagrożonych było wyposażenie stacji meteorologicznych w najnowsze karabiny Gatlinga. Z reguły używano pocisków typu safety-slug, ale co namolniejszych napastników traktowano amunicją ostrą, czego wynikiem są wciąż rosnąca liczba rannych i zabitych.
Co poniektórzy zwolennicy Wiosny (którym nie ciekawą wydawała się perspektywa wydłubywana z, dajmy na to brzucha, pocisków kalibru 7,62 mm) próbowali ratować sytuację w bardziej tradycyjnymi sposobami. Wszyscy masowo, w całym kraju udali się nad pobliskie rzeki w celu utopienia marzanny. Wiele marzann popłynęło z prądem, jak widać, bez skutku.
Wciąż jednak są prowadzone akcje konspiracyjne. Może nawet nie zdajecie sobie z tego sprawy, ale wokół nas toczy się nieustająca walka. Każdy może wziąć w niej udział, o ile jest jawnie zdenerwowany przedłużającymi się i bezpodstawnymi, wręcz okupacyjnymi rządami Zimy. Jak mój znajomy podczas naszego ostatniego spotkania, który w dość kolokwialny (a jednak prosty do odgadnięcia), nie warty cytowania sposób, dał wszystkim wokół do zrozumienia, że ma dość tej pory roku.
Zatem, zewrzyjmy szeregi, jestem przekonany, że nie tylko ja tęsknię za zieloną trawą, ciepłem promieni słonecznych, możliwością rowerowych wycieczek (na upartego teraz też można, choć z różnym skutkiem), śpiewem ptaków (już prawie zapomniałem jak wygląda jaskółka) i odurzającymi wręcz ilościami kolorów kwiatów, których to wachlarz barw nie jest w stanie zastąpić żaden środek halucynogenny.
Napisałem nawet odpowiednie pismo urzędowe, mające na celu odwołanie Zimy, ale nie wiem, gdzie takowe ukierunkować. Ktoś mi pomoże?
Na ulicach zaczęło się robić coraz niebezpieczniej, ludzie zbuntowani przeciwko samozwańczym rządom Zimy, mając gdzieś coraz bardziej srogie mrozy i niesprzyjające warunki, zaczęli wychodzić na ulice. Z początku pikiety, niewielkie demonstracje. Później sprawy przybrały poważniejszy obrót. Zaczęto otwarcie atakować ośrodki meteorologiczne, posądzając je o współpracę z Zimą i spiskowanie przeciwko prawomocnym rządom Wiosny. Odpowiedzią ze strony zagrożonych było wyposażenie stacji meteorologicznych w najnowsze karabiny Gatlinga. Z reguły używano pocisków typu safety-slug, ale co namolniejszych napastników traktowano amunicją ostrą, czego wynikiem są wciąż rosnąca liczba rannych i zabitych.
Co poniektórzy zwolennicy Wiosny (którym nie ciekawą wydawała się perspektywa wydłubywana z, dajmy na to brzucha, pocisków kalibru 7,62 mm) próbowali ratować sytuację w bardziej tradycyjnymi sposobami. Wszyscy masowo, w całym kraju udali się nad pobliskie rzeki w celu utopienia marzanny. Wiele marzann popłynęło z prądem, jak widać, bez skutku.
Wciąż jednak są prowadzone akcje konspiracyjne. Może nawet nie zdajecie sobie z tego sprawy, ale wokół nas toczy się nieustająca walka. Każdy może wziąć w niej udział, o ile jest jawnie zdenerwowany przedłużającymi się i bezpodstawnymi, wręcz okupacyjnymi rządami Zimy. Jak mój znajomy podczas naszego ostatniego spotkania, który w dość kolokwialny (a jednak prosty do odgadnięcia), nie warty cytowania sposób, dał wszystkim wokół do zrozumienia, że ma dość tej pory roku.
Zatem, zewrzyjmy szeregi, jestem przekonany, że nie tylko ja tęsknię za zieloną trawą, ciepłem promieni słonecznych, możliwością rowerowych wycieczek (na upartego teraz też można, choć z różnym skutkiem), śpiewem ptaków (już prawie zapomniałem jak wygląda jaskółka) i odurzającymi wręcz ilościami kolorów kwiatów, których to wachlarz barw nie jest w stanie zastąpić żaden środek halucynogenny.
Napisałem nawet odpowiednie pismo urzędowe, mające na celu odwołanie Zimy, ale nie wiem, gdzie takowe ukierunkować. Ktoś mi pomoże?
czwartek, 21 marca 2013
Pochwała głupoty
- Ty, ale było chlańsko, nie?
- Nooo...
- Pamiętam tylko jak poszłem po wóde i zacząłem pić, a później to odleciałem.
- Nooo...
- A jak wróce do domu, to se zrobie na obiad kiełbase i pujde spać i mnie nie obudzicie.
- Nooo...
Takiego dialogu, o pasjonującym przebiegu, wartkiej akcji i pełnego przejawu oczytania rozmówców byłem dziś światkiem. Byli mniej więcej w moim wieku, wyglądali jak typowi kloszardzi spod pobliskiego monopolowego, jednak z dalszego przebiegu rozmowy dowiedziałem się, że jednak mają pracę (w czym oni są ode mnie lepsi, że ja tej pracy nie mam?).
Dlaczego głupota jest nam potrzebna? Albo inaczej, nie głupota. Głupi ludzie w naszym otoczeniu. Ja myślę i śmiem sądzić, że duża część ludzi się ze mną zgodzi, że głupota innych dowartościowuje nas samych. Widząc czasem takiego przygłupa myślimy nieraz: "O Boże, jakie to szczęście, że na tym świecie jest ktoś jeszcze głupszy ode mnie!".
Nieraz również my, często nieświadomie, jesteśmy w oczach innych takimi przygłupami. Ale jak to możliwe? To proste. Będąc w towarzystwie swoich najlepszych kompanów, w gronie przyjaciół, popuszczamy swoje intelektualne hamulce, skupiamy się na bieżącej chwili i maksymalizowaniu korzyści wynikających z przebywania z wyżej wymienionymi. Wtedy to właśnie robimy głupie rzeczy, mówimy głupoty i siejemy ogólne spustoszenie wśród "mądrzejszych".
Nieraz, nie dwa, sam bylem w takiej sytuacji. Czy coś się zmieniło od tamtego czasu w moim postępowaniu? Zupełnie nic.
Kolejna sprawa. Zastanawiałem się dziś, jak to jest z fenomenem popularnych filmików na portalu YouTube. Jest wiele scen nagrywanych przez różnych ludzi, dokumentujących... właściwie to nic nie dokumentujących. Wielce intryguje mnie, co tak naprawdę decyduje o ich popularności (oprócz oczywistego efektu fali). Głupota filmików, ich twórców, czy może odbiorców? A może wszystko po trochu? A może nie, może to zupełnie co innego, coś niespodziewanego, przełomowego? Zostawię to bez odpowiedzi, niech każdy, wedle upodobania sam się z tym pomęczy (pewnie zaraz mi zostanie zarzucone niedbalstwo lub lenistwo, ale nie dbam o to).
Podsumowując, ciągle będę utrzymywał, że głupota jest nam niezbędna do poprawnego funkcjonowania. Nas, naszej świadomości, naszego ego.
Zatem wszyscy razem: viva stultitiae!
- Nooo...
- Pamiętam tylko jak poszłem po wóde i zacząłem pić, a później to odleciałem.
- Nooo...
- A jak wróce do domu, to se zrobie na obiad kiełbase i pujde spać i mnie nie obudzicie.
- Nooo...
Takiego dialogu, o pasjonującym przebiegu, wartkiej akcji i pełnego przejawu oczytania rozmówców byłem dziś światkiem. Byli mniej więcej w moim wieku, wyglądali jak typowi kloszardzi spod pobliskiego monopolowego, jednak z dalszego przebiegu rozmowy dowiedziałem się, że jednak mają pracę (w czym oni są ode mnie lepsi, że ja tej pracy nie mam?).
Dlaczego głupota jest nam potrzebna? Albo inaczej, nie głupota. Głupi ludzie w naszym otoczeniu. Ja myślę i śmiem sądzić, że duża część ludzi się ze mną zgodzi, że głupota innych dowartościowuje nas samych. Widząc czasem takiego przygłupa myślimy nieraz: "O Boże, jakie to szczęście, że na tym świecie jest ktoś jeszcze głupszy ode mnie!".
Nieraz również my, często nieświadomie, jesteśmy w oczach innych takimi przygłupami. Ale jak to możliwe? To proste. Będąc w towarzystwie swoich najlepszych kompanów, w gronie przyjaciół, popuszczamy swoje intelektualne hamulce, skupiamy się na bieżącej chwili i maksymalizowaniu korzyści wynikających z przebywania z wyżej wymienionymi. Wtedy to właśnie robimy głupie rzeczy, mówimy głupoty i siejemy ogólne spustoszenie wśród "mądrzejszych".
Nieraz, nie dwa, sam bylem w takiej sytuacji. Czy coś się zmieniło od tamtego czasu w moim postępowaniu? Zupełnie nic.
Kolejna sprawa. Zastanawiałem się dziś, jak to jest z fenomenem popularnych filmików na portalu YouTube. Jest wiele scen nagrywanych przez różnych ludzi, dokumentujących... właściwie to nic nie dokumentujących. Wielce intryguje mnie, co tak naprawdę decyduje o ich popularności (oprócz oczywistego efektu fali). Głupota filmików, ich twórców, czy może odbiorców? A może wszystko po trochu? A może nie, może to zupełnie co innego, coś niespodziewanego, przełomowego? Zostawię to bez odpowiedzi, niech każdy, wedle upodobania sam się z tym pomęczy (pewnie zaraz mi zostanie zarzucone niedbalstwo lub lenistwo, ale nie dbam o to).
Podsumowując, ciągle będę utrzymywał, że głupota jest nam niezbędna do poprawnego funkcjonowania. Nas, naszej świadomości, naszego ego.
Zatem wszyscy razem: viva stultitiae!
środa, 20 marca 2013
12
Dzień jak każdy inny. Wstaję rano z worami pod oczami wielkości moszny słonia, zastanawiam się nad dzisiejszym dniem. Siedzę, mam ochotę coś zrobić, ale nie wiem co. Przeczytać książkę? Przeczytana. A do biblioteki po nową pójdę przy okazji najbliższego spaceru (za jakieś 4 godziny). Nawet się pouczyłem na zajęcia, zrobiłem notatki, odklepałem zadanie... wyszorowałem łazienkę, sprzątnąłem w kuchni, odkurzyłem mieszkanie, pomyłem podłogi, byłem na małych zakupach... Nawet grać na komputerze mi się już nie chce, a oglądanie filmów mnie zaczęło nużyć.
Tak. Nudzę się. Ciężko mi jest się przyznać do tego przed samym sobą. Zawsze powtarzałem, że inteligentni ludzie nie mają czasu się nudzić, a ja zawsze chciałem za takiego uchodzić.
Ktoś powie, jeśli się nudzisz to popracuj nad sztuką samodoskonalenia. Problem w tym, że ja nie chcę być doskonały. Wszystko co jest doskonałe, idealne jest analogicznie pozbawione wad. Czyli nudne. Bo to wady sprawiają, że jesteśmy ciekawi. I kółko się zamyka.
Znowu ktoś powie, że się po prostu wykręcam, że ja lubię się nudzić, nic nie robić. Znowu pudło. Nie potrafię tego dobrze uzasadnić, ale nie znoszę bezczynności. Może nie tyle bezczynności co monotonii. Dlatego mimo ograniczonej liczby alternatyw spędzania czasu, nie tylko wolnego, staram się nie popadać w rutynę. Dla przykładu: jutro wstanę sobie lewą nogą, pojutrze po prostu spadnę z łóżka zamiast wstać, a w najbliższą środę, jakby przekornie, zaplanuje coś i tego nie zrobię. Dziś zjem obiad, ale zupełnie inny niż planowałem, bo planowanie jest pretekstem do pewnych regulacji, a od tego już tylko krok monotonii i nudy.
Znaleźć jakieś hobby? Już mam. Ale nawet czytanie powoli mnie nudzi. Co tydzień, w środę, mniej więcej o godzinie 16.30, wychodzę z domu celem odwiedzenia biblioteki. Co do godziny. A więc: regularność: systematyka: rutyna: nuda.
Popadam w paranoję? Wszędzie, we wszystkim, doszukuję się zamachu nudy na moje spokojne życie. Ale nie da się od tego uciec, nie można mieć wiecznie ciekawego i szczęśliwego życia. Nawet szczęście potrafi się znudzić. Jeszcze raz: nie popadajmy w rutynę, nie dajmy się podejść nudzie, walczmy.
Zdaję sobie sprawę, że ten post może być nużący, nieciekawy, monotonny czy nawet nudny. Ale proszę o wyrozumiałość. Chciałem się czymś zając. Nudziłem się.
Tak. Nudzę się. Ciężko mi jest się przyznać do tego przed samym sobą. Zawsze powtarzałem, że inteligentni ludzie nie mają czasu się nudzić, a ja zawsze chciałem za takiego uchodzić.
Ktoś powie, jeśli się nudzisz to popracuj nad sztuką samodoskonalenia. Problem w tym, że ja nie chcę być doskonały. Wszystko co jest doskonałe, idealne jest analogicznie pozbawione wad. Czyli nudne. Bo to wady sprawiają, że jesteśmy ciekawi. I kółko się zamyka.
Znowu ktoś powie, że się po prostu wykręcam, że ja lubię się nudzić, nic nie robić. Znowu pudło. Nie potrafię tego dobrze uzasadnić, ale nie znoszę bezczynności. Może nie tyle bezczynności co monotonii. Dlatego mimo ograniczonej liczby alternatyw spędzania czasu, nie tylko wolnego, staram się nie popadać w rutynę. Dla przykładu: jutro wstanę sobie lewą nogą, pojutrze po prostu spadnę z łóżka zamiast wstać, a w najbliższą środę, jakby przekornie, zaplanuje coś i tego nie zrobię. Dziś zjem obiad, ale zupełnie inny niż planowałem, bo planowanie jest pretekstem do pewnych regulacji, a od tego już tylko krok monotonii i nudy.
Znaleźć jakieś hobby? Już mam. Ale nawet czytanie powoli mnie nudzi. Co tydzień, w środę, mniej więcej o godzinie 16.30, wychodzę z domu celem odwiedzenia biblioteki. Co do godziny. A więc: regularność: systematyka: rutyna: nuda.
Popadam w paranoję? Wszędzie, we wszystkim, doszukuję się zamachu nudy na moje spokojne życie. Ale nie da się od tego uciec, nie można mieć wiecznie ciekawego i szczęśliwego życia. Nawet szczęście potrafi się znudzić. Jeszcze raz: nie popadajmy w rutynę, nie dajmy się podejść nudzie, walczmy.
Zdaję sobie sprawę, że ten post może być nużący, nieciekawy, monotonny czy nawet nudny. Ale proszę o wyrozumiałość. Chciałem się czymś zając. Nudziłem się.
wtorek, 12 marca 2013
Sen
Jest pierwsza w nocy. Siedzę na łóżku, jest mi trochę zimno. Czy to może dreszcze? W każdym razie czuję się nieprzyjemnie, nieswojo.
***
Spotkałem się ze znajomą w małej wsi z której pochodzą moi rodzice. Stwierdziła, że może mnie odwiedzić. Czemu nie, pomyślałem, zapraszam. Ni z gruchy, ni z pietruchy pojawił się przy niej jej ówczesny chłopak, mój kumpel, u którego drażni mnie jego przedmiotowe podejście do ludzi i śladowy, ale jednak, egocentryzm.
Znaleźliśmy się w lesie, dziwnie mi znajomym. W ogólnie pojętej atmosferze radości szliśmy przez znany mi z lat szczenięcych las, w którym nie raz i nie dwa celowo się gubiłem żeby odkryć jego tajemnice. Znałem w nim każde drzewo, każdy krzaczek. Mimo że oni nie byli w nim ani razu, sprawiali wrażenie jakby się orientowali tam równie dobrze co ja.
W pewnym momencie przybłąkały się do nas dwa, spore bezpańskie psy. Nie wyglądały groźnie, mimo to miałem przeczucie, że te kły bez problemu przegryzły by mnie na pół. Znajoma stwierdziła że są słodkie i nie słuchając sprzeciwów moich i jej chłopaka uczepiła je do smyczy i prowadziła przed sobą.
Po pewnym czasie, gdy minęliśmy stare kąpielisko w środku lasu, w miejscu w którym powinna się zaczynać cywilizacja las zaczął gęstnieć i przypominać z grubsza puszczę. Co nie stanęło na drodze ludziom stojącym koło dużego pociągu. Jak gdyby nigdy nic, konserwowali sobie właśnie tory (!). Pociąg stał na szczycie wysokiej i stromej skarpy, nasza trójka z merdającymi ogonami towarzyszami szła dołem. Po pewnej chwili, wokół nas zaczęły się zbiegać coraz to nowe psy, wszystkie były mniej więcej podobnych wymiarów do naszych (jej) dotychczasowych ulubieńców. Psów, czy raczej wilków, było od cholery, koleżance powoli brakowało smyczy żeby je wszystkie sobie pouczepiać. "Bo one są takie słodkie", mówiła uwijając się jak fryga. Ja z kumplem patrzyliśmy na nią z politowaniem. Widać się zdenerwowała, bo nie wiem jak ale zabraliśmy się do pomocy. Ja na kieszonkowym GPSie (!) szukałem nadbiegających psów i mówiłem z której strony będą nadbiegać a chłopak pomagał jej uczepiać nieszczęsne psy.
Nawet się nie zorientowałem, kiedy straciłem z oczu moich znajomych. Ciągle ich słyszałem, ale nie widziałem. Czułem że są blisko, wręcz bezczelnie blisko, na wyciągnięcie ręki.
Po chwili usłyszałem warczenie, krzyk, wybiegła koleżanka z pogryzioną ręką. "Dobrze jej tak, piesków się cholerze zachciało...", pomyślałem. Reszta wydarzeń działa się tak szybko, że nie wszystkie zdążyłem zarejestrować. Na ekraniku kieszonkowego urządzenia, które był dany mi zaszczyt dzierżyć w dłoni, pojawiło się coś dużego. Coś kurewsko dużego. Pędziło w stronę moich znajomych. Po chwili zobaczyłem, co to było. Wyglądało z grubsza jak byk, było wielkie, nie miało rogów, było białe z nielicznymi czarnymi plamami. Przemieszczało się przeważnie na tylnych łapach z ogromnymi kopytami, przednie opatrzone w sporych rozmiarów szablaste szpony służyły do przedzierania się przez busz i podbierania się. Koleżanka wrzasnęła żebym uciekał, sama zniknęła mi z oczu, pewnie pobiegła po chłopaka. Przez chwilę stałem nie wiedząc co robić, zrobiłem krok w ich kierunku żeby im pomóc, ale jak usłyszałem jego krzyk i dzwiek łamanych kości wpadłem w panikę i zacząłem uciekać. Wdrapywałem się na wspomnianą skarpę, co się okazało trudniejsze niż przewidywałem. Grunt osuwał się pod nogami, desperacko wdrapywałem się wszczepiając palcami i łamiąc paznokcie, przebierałem nogami jak szalony. Kiedy krzyki i inne nieprzyjemne dzięki ustały chciałem się obejrzeć za siebie. Kątem oka obejrzałem się za siebie. Widziałem to monstrum, całe umazane krwią moich przyjaciół. Patrzyło na mnie swoimi małymi oczkami. Może to trochę dziwne, ale miałem niepokojące wrażenie, że jak mnie zabije, to nic się nie stanie, ja ożyję i cała nasza trójka wróci na wieś i wypije po piwie. Jednak perspektywa umierania w męczarniach nie wydawała się specjalnie kusząca. Gdzieś za potworem słyszałem szept koleżanki, coś jak by błaganie o pomoc. Jednak kiedy to bydle zaczęło się za mną z przerażającą zręcznością i szybkością wdrapywać na strome zbocze, nie czekałem chwili, tylko uciekłem do pociągu zostawiając ją na pastwę losu. Dlaczego tylko ją? Bo wiedziałem, że on już dawno nie żył.
Obudziłem się.
***
Zawsze byłem święcie przekonany, że jak przyjaciele będą w potrzebie to ich nie zostawię. A tu, proszę. Jeden senny koszmar, wystarczył jeden, żeby podważyć moje dotychczasowe przekonania. I to na tyle, że jestem skłonny uwierzyć, że moja podświadomość się nie myli. Użyła bardzo prostego i niepodważalnego argumentu: zwierzęcego instynktu przetrwania.
Przepraszam.
sobota, 9 marca 2013
Inferno
Czym jest piekło? Pominąwszy to, że jest karą? Gdzie się znajduje, czy jest inny sposób by tam trafić (wzorem Dantego który zrobił sobie w te okolice wycieczkę)?
Kiedyś słyszałem, że wyobrażenie piekła wzięło swoje początki z pewnej pustynnej doliny w której, ze względu na dość wysoką temperaturę, często widziano płomienie (może to zjawisko miało coś wspólnego z fatamorganą). Więc jakoś się tak przyjęło, że są to Bramy Piekielne.
Czy jest sens w obawie przed wiecznym potępieniem? Jak będziemy odczuwać ból i cierpienie będąc pozbawionym naszej cielesności? Mam taką historyjkę na tą okazję, pozwalającą zobrazować jak by to mogło, czysto teoretycznie, wyglądać:
Na potrzeby eksperymentu załóżmy, że boimy się wilków. Albo lepiej, tak zwanych potworów spod łóżka. Kładziemy się spać, w swoim wygodnym, kochanym wyrku. Nie spodziewając się niczego, spokojnie zasypiamy. Nachodzi nas jednak koszmar. Spod łóżka wychodzą wszelkiej maści potwory, szkarady i tym podobne. Rzucają się na nasze bezbronne, niczym nie osłonięte ciało. Schowanie się od kołdrę nic nie dało. Czujemy jak nas rozrywają na drobne kawałki, z wyrafinowaną wręcz brutalnością, wyraźnie czerpiąc przyjemność z naszego bólu i strachu. Budzimy się, cali zlani potem. Macamy się po ciele sprawdzając, czy wszystkie członki są na swoim miejscu. Rozglądamy się po pokoju, zaglądamy pod łóżko. Wszystko w porządku. Nagle, potwory wyskakują spod łóżka, dokonując niemałej masakry. Znowu się budzimy. Teraz nawet nie wiemy, czy to sen czy rzeczywistość, powoli nam odbija...
I tak w kółko.
Czyli się da. Ale dalej nie wiemy, co to ma na celu. Dostosowując się do wszystkim znanego zakładu Pascala, można przyjąć, że piekło, Bóg, życie w raju i te sprawy istnieją i żyć jak nam nakazano. Z tym że, według spirytystów miłosierny Bóg nie mógłby postąpić względem ludzi w tak bezwzględny, wręcz brutalny sposób ustanawiając karą za nieposłuszeństwo życie w wiecznych męczarniach.
Ale mniejsza z tym, znowu schodzę z tematu.
Spróbujmy teraz ugryźć z zupełnie innej strony. Myślę, że każdy słyszał o takim związku frazeologicznym jak "piekło dnia codziennego". Kiedy wstajemy rano i zdajemy sobie sprawę z tego, że właściwie niepotrzebnie to zrobiliśmy. Zero motywacji do życia, do którego przekornie się jednak przywiązaliśmy. Mając nadzieję, że gorzej już być nie może, z dnia na dzień doświadczamy jakże bolesnego rozczarowania. Kiedy słyszymy, że to co robimy i to co kochamy robić jest uważane przez ludzi za marnowanie czasu, nie tylko swojego, ale i ich. Wszyscy mają nas dość, życzą nam jak najgorzej i to wcale nie z powodu przejaskrawionej, polskiej zawiści. Po prostu, dla zasady. Chcą nas posłać do piekła, nie mając świadomości, że zrobili to już bardzo dawno temu... Gdzie życie, wbrew swojemu przeznaczeniu nie jest nagrodą, tylko karą. Istne piekło.
Wiecie co mam na myśli, nie? No właśnie, ja też nie.
Kiedyś słyszałem, że wyobrażenie piekła wzięło swoje początki z pewnej pustynnej doliny w której, ze względu na dość wysoką temperaturę, często widziano płomienie (może to zjawisko miało coś wspólnego z fatamorganą). Więc jakoś się tak przyjęło, że są to Bramy Piekielne.
Czy jest sens w obawie przed wiecznym potępieniem? Jak będziemy odczuwać ból i cierpienie będąc pozbawionym naszej cielesności? Mam taką historyjkę na tą okazję, pozwalającą zobrazować jak by to mogło, czysto teoretycznie, wyglądać:
Na potrzeby eksperymentu załóżmy, że boimy się wilków. Albo lepiej, tak zwanych potworów spod łóżka. Kładziemy się spać, w swoim wygodnym, kochanym wyrku. Nie spodziewając się niczego, spokojnie zasypiamy. Nachodzi nas jednak koszmar. Spod łóżka wychodzą wszelkiej maści potwory, szkarady i tym podobne. Rzucają się na nasze bezbronne, niczym nie osłonięte ciało. Schowanie się od kołdrę nic nie dało. Czujemy jak nas rozrywają na drobne kawałki, z wyrafinowaną wręcz brutalnością, wyraźnie czerpiąc przyjemność z naszego bólu i strachu. Budzimy się, cali zlani potem. Macamy się po ciele sprawdzając, czy wszystkie członki są na swoim miejscu. Rozglądamy się po pokoju, zaglądamy pod łóżko. Wszystko w porządku. Nagle, potwory wyskakują spod łóżka, dokonując niemałej masakry. Znowu się budzimy. Teraz nawet nie wiemy, czy to sen czy rzeczywistość, powoli nam odbija...
I tak w kółko.
Czyli się da. Ale dalej nie wiemy, co to ma na celu. Dostosowując się do wszystkim znanego zakładu Pascala, można przyjąć, że piekło, Bóg, życie w raju i te sprawy istnieją i żyć jak nam nakazano. Z tym że, według spirytystów miłosierny Bóg nie mógłby postąpić względem ludzi w tak bezwzględny, wręcz brutalny sposób ustanawiając karą za nieposłuszeństwo życie w wiecznych męczarniach.
Ale mniejsza z tym, znowu schodzę z tematu.
Spróbujmy teraz ugryźć z zupełnie innej strony. Myślę, że każdy słyszał o takim związku frazeologicznym jak "piekło dnia codziennego". Kiedy wstajemy rano i zdajemy sobie sprawę z tego, że właściwie niepotrzebnie to zrobiliśmy. Zero motywacji do życia, do którego przekornie się jednak przywiązaliśmy. Mając nadzieję, że gorzej już być nie może, z dnia na dzień doświadczamy jakże bolesnego rozczarowania. Kiedy słyszymy, że to co robimy i to co kochamy robić jest uważane przez ludzi za marnowanie czasu, nie tylko swojego, ale i ich. Wszyscy mają nas dość, życzą nam jak najgorzej i to wcale nie z powodu przejaskrawionej, polskiej zawiści. Po prostu, dla zasady. Chcą nas posłać do piekła, nie mając świadomości, że zrobili to już bardzo dawno temu... Gdzie życie, wbrew swojemu przeznaczeniu nie jest nagrodą, tylko karą. Istne piekło.
Wiecie co mam na myśli, nie? No właśnie, ja też nie.
***
Wszędzie ogień, jak okiem sięgnąć. Słychać płacz, krzyki, zawodzenie. Ludzie już wiedzą, nie ma nadziei. Nadzieja odeszła razem z nimi. Kotłują się bezbronni w pomieszczeniu, którego przeznaczenie nie jest nikomu znane. Temperatura jest tak wysoka, że dochodzi do samozapalenia ciał. Czuć swąd palonej skóry, której całe płaty wcześniej opadły na posadzkę. Mimo to, nikt nie umarł. I nie wydaje się, żeby to miało się zmienić.
To?... Wizja Piekła. Tak to sobie wymarzyłem.
poniedziałek, 4 marca 2013
Rzecz o strachu
Strach. Wszyscy wiemy czym jest, jednak nie do końca potrafimy to wytłumaczyć innym. Dlatego z całą odpowiedzialnością, powołując się na przykłady, wezmę ten problem na moje wątłe barki i spróbuję rzecz przedstawić po ludzku.
Jak zwykle, posiłkując się "Słownikiem języka polskiego PWN": Strach - uczucie ogarniające kogoś wobec niebezpieczeństwa, trwoga, lęk, przerażenie.
Ludzie boją się rzeczy, których nie znają.
Strach jest nam potrzebny, jest danym nam przez Matkę Naturę systemem wczesnego ostrzegania i wstępnej obrony (ucieczki). Ale ostatnimi czasy, wraz ze wzrostem świadomości że nie wszystko na świecie jest takie straszne jak sądziliśmy, i że wszystkie nasze lęki da się naukowo wytłumaczyć, mało tego, także zwalczać, niektórzy zaczęli na siłę szukać zastępstwa dla naturalnego i zdrowego strachu. Najgorsze jest to, że znaleźli. Co mam na myśli: wbrew pozorom nie mówię tu o ludziach poszukujących mocnych wrażeń czy też zastrzyku adrenaliny robiąc głupie (przyjść na wiec neonazistów głosząc hasło o równości i miłości), niebezpieczne (skydiving, przejście po linie nad Niagarą...), czy wręcz karkołomne (krzyknąć w na dworcu kolejowym w Katowicach, że jest się z Sosnowca, i że jest się dumnym z bycia Ślązakiem) rzeczy, bo to też czasem może wyjść na zdrowie, w końcu nie od dziś wiadomo, że dobrze jest sobie od czasu do czasu fundnąć sobie takiego kopa mocnych wrażeń.
Jakiś czas temu oglądałem program w telewizji pod tytułem "Extremalne fobie zwierzęce" (czy jakoś tak). Byłem, w pewnym sensie zniesmaczony, jakich rzeczy mogą bać się ludzie. Ale po chwili przestałem się dziwić, to był amerykański program...
Ale do rzeczy: jak można bać się gołębi? I to z tak prozaicznego i jednocześnie głupiego powodu, jak atak kaczki w parku? Co ma piernik do wiatraka?
Normalni ludzie (nieamerykanie) też się boją przeróżnych rzeczy, czasem bardziej, a czasem mniej dziwnych.
Pozwolę sobie przeanalizować kilka z nich:
Może (raczej na pewno, jak z resztą zwykle) przesadzam, jednak mimowolnie zaczynam się o siebie bać...
Jak zwykle, posiłkując się "Słownikiem języka polskiego PWN": Strach - uczucie ogarniające kogoś wobec niebezpieczeństwa, trwoga, lęk, przerażenie.
Ludzie boją się rzeczy, których nie znają.
Strach jest nam potrzebny, jest danym nam przez Matkę Naturę systemem wczesnego ostrzegania i wstępnej obrony (ucieczki). Ale ostatnimi czasy, wraz ze wzrostem świadomości że nie wszystko na świecie jest takie straszne jak sądziliśmy, i że wszystkie nasze lęki da się naukowo wytłumaczyć, mało tego, także zwalczać, niektórzy zaczęli na siłę szukać zastępstwa dla naturalnego i zdrowego strachu. Najgorsze jest to, że znaleźli. Co mam na myśli: wbrew pozorom nie mówię tu o ludziach poszukujących mocnych wrażeń czy też zastrzyku adrenaliny robiąc głupie (przyjść na wiec neonazistów głosząc hasło o równości i miłości), niebezpieczne (skydiving, przejście po linie nad Niagarą...), czy wręcz karkołomne (krzyknąć w na dworcu kolejowym w Katowicach, że jest się z Sosnowca, i że jest się dumnym z bycia Ślązakiem) rzeczy, bo to też czasem może wyjść na zdrowie, w końcu nie od dziś wiadomo, że dobrze jest sobie od czasu do czasu fundnąć sobie takiego kopa mocnych wrażeń.
Jakiś czas temu oglądałem program w telewizji pod tytułem "Extremalne fobie zwierzęce" (czy jakoś tak). Byłem, w pewnym sensie zniesmaczony, jakich rzeczy mogą bać się ludzie. Ale po chwili przestałem się dziwić, to był amerykański program...
Ale do rzeczy: jak można bać się gołębi? I to z tak prozaicznego i jednocześnie głupiego powodu, jak atak kaczki w parku? Co ma piernik do wiatraka?
Normalni ludzie (nieamerykanie) też się boją przeróżnych rzeczy, czasem bardziej, a czasem mniej dziwnych.
Pozwolę sobie przeanalizować kilka z nich:
- Lęk przed śmiercią - Najpowszechniejszy. Jak mówiłem wcześniej, ludzie boją się tego czego nie znają, a z zaświatów nikt jeszcze nie wrócił żeby nam powiedzieć czy to boli, kłuje czy łaskocze. Osobiście strach przed śmiercią uważam za bezpodstawny i trochę głupi. Śmierć i tak po nas przyjdzie, nie mamy na to najmniejszego wpływu. Taka jest kolej rzeczy.
- Cisza - Dla mnie, miłującego ten stan rzeczy, taki lęk jest dziwny. Uwielbiam przebywać w ciszy, która w naszej cywilizacji powoli umiera śmiercią naturalną. Co ciekawsze, osobą która mi powiedziała o tymże lęku, był ksiądz. Dlaczego bał się ciszy? Bo podczas ciszy wyczuwa niepewność, czuje się nieswojo. Zatem ksiądz nie tyle bał się ciszy, co jej następstw.
- Samotność - to mój osobisty lęk. Boję sie, że do usranej śmierci będę sam. Źle, nie tyle sam, co odizolowany. Osamotniony. Może nawet porzucony. Wiele razy słyszałem od ludzi od których tego nigdy nie powinienem usłyszeć: "Jesteś nic nie warty, więc nikomu nie potrzebny".
- Klaustrofobia - chyba każdy o tym słyszał. Te wrażenie napierających na nas ścian, że się udusimy, zostaniemy zmiażdżeni...
- Ciemność - Trochę dziecinny lęk, moja siostra boi się ciemności. Tak jak wspominałem na początku, boimy się tego, czego nie znamy, nie widzimy. A trudno zobaczyć coś co ukrywa się w ciemności...
- Strach przed... strachem - to chyba najciekawsze z czym przyszło mi się zetknąć. Najdziwniejsze, trochę komiczne i jednocześnie budzące mój podziw zjawisko.
Może (raczej na pewno, jak z resztą zwykle) przesadzam, jednak mimowolnie zaczynam się o siebie bać...
czwartek, 21 lutego 2013
MÓJ problem, wara
Wstęp
Jak wszystko, skończyło się zanim zacząłem. Wyprzedzając fakty pochwaliłem się czymś, czego nie mogłem jeszcze osiągnąć. A może mi się nie chciało?...
Rozwinięcie
Odkąd pamiętam, wszyscy chcą mnie odwieźć od mojego pomysłu dostania się na studia z filozofii. Dlaczego? Bo to nie zapewni mi dostatniego życia. Tak mówi matka, znajomi (na szczęście nie wszyscy), znaczna część rodziny, przypadkowi przechodnie, ludzie których ani ja nie obchodzę, ani oni mnie, a nawet ksiądz (!). Pewnie wszystkim to już opowiadałem, ale opowiem to jeszcze raz.
Mimo że jestem ateistą i przeważnie nie darzę księży sympatią, nie mając nic do gadania ("To nie twój dom, smarku", powiedziała mamusia), wpuściłem księdza na kolędę. Gatka szmatka, powierzchowna modlitwa, podpisiki, obrazki i przeróżnie pierdoły. W końcu jego wzrok przeniósł się z wolna na mnie. Widziałem jego niezadowolenie w oczach. Już myślałem, że zacznie przeprowadzać na mnie jakieś egzorcyzmy (ale by było śmiechu), ale nie: zaczął normalną rozmowę.
Klecha: Co pan teraz robi?
Ja: Szukam pracy.
K: Pan szuka, czy praca szuka pana? (Zaskoczył mnie tym pytaniem, nie powiem)
J: Ale wybieram się niedługo na studia z filozofii.
K: Uuuu, to nie dobrze... Pan wie, że po tym kierunku raczej nie dostanie pan pracy? Ten kierunek jest raczej bez przyszłości.
J: To niech mi ksiądz w takim razie pomoże i doradzi, który kierunek zapewni mi w miarę dostatnie życie. No dobrze, nie dostatnie, jakiekolwiek.
K: ... (Ha, ale mu pojechałem)
Ale swoją drogą, to nie do pomyślenie, że ksiądz się wpiernicza w takie tematy.
Jest jeszcze coś. Za każdym razem, kiedy znajduję się w jednym pomieszczeniu z osobami znającymi moje plany odnośnie studiów, kiedy ktokolwiek powie to magiczne słowo, "filozofia", oczy wszystkich są nagle zwrócone w moim kierunku.
I czego wy się spodziewacie, wykładu? Że będę rzygał sentencjami i srał cytatami słynnych filozofów?
Ostatnio taka sytuacja miała miejsce podczas rodzinnego oglądania pewnego teleturnieju. Prezenter powiedział: a teraz pytanie z filozofii...
To takie głupie, jestem wytykany palcami z powodu braku zaradności i intuicji życiowej. Niewiele brakuje, a zamkną mnie na rynku w klatce podpisanej "Filozof", tak, żeby przypadkowi przechodnie mogli na mnie pluć, rzucać oszczerstwa i trącać patykiem przez szpary w klatce, ot tak, dla zabawy.
Ale dlaczego filozofia, wszyscy pytają. "Bo tak", odpowiadam. Ale zaraz potem, widząc zniesmaczone miny, od razy sprostowuję. Chodzi o to, że liznąłem już nie mało dziedzin, od historii, zoologi, biologi, kosmologii, fizyki, poprzez socjologię i psychologię na prawie i administracji kończąc. Znam podstawy tych dziedzin, a może i trochę więcej, niektóre dalej należą do moich zainteresowań, w sporej części z nich doszedłem do momentów w których książki nie zaspokajają mojej chęci poznania. Potrzebuję czegoś mocniejszego. Jak gnojek palący marihuanę za szkoła, który stwierdził, że jest na tyle zajebisty, że może przeskoczyć na amfę.
Zakończenie
Na zakończenie, autor wykaże się nie lada sprytem, gibkością i ogólną sprawnością fizyczną wchodząc sobie do dupy.
piątek, 8 lutego 2013
Semper idem
Wiarołomca. Zbereźnik. Ignorant. Przygłup. Błazen. Skurwiel. Cham. Alkoholik. Palacz. Kłamca. Fanatyk. Heretyk. Bluźnierca. Egocentryk. Hipokryta. Leń. Odludek. Satanista. Wieśniak. Chuligan. Masochista. Mięczak. Tchórz. Kretyn.
Ja.
Ile z tego wszystkiego jest prawdą? Chyba tylko to ostanie. Reszta to opinie.
Dlaczego wiarołomca? Bo jestem nieuczciwy wobec siebie.
Zbereźnik? Bo jestem facetem.
Ignorant? Wszyscy po części są ignorantami.
Przygłup i błazen? To opinie nauczycieli jeszcze z czasów podstawówki.
Skurwiel. To jest fajne. Usłyszałem to dawno temu od przedstawiciela dalekiej rodziny.
Cham. Ten tytuł przypisał mi pewien dworcowy kloszard, kiedy odmówiłem należnego mu datku.
Alkoholik i palacz. To sam o sobie. Ale to też może być kłamstwo.
Właśnie, kłamca. Bo wszyscy kłamią, jak to zresztą już kiedyś pisałem.
Fanatyk? Koleżanka z gimnazjum. Pewnie sama nie znała znaczenia tego słowa.
Heretyk? Od pewnej starszej pani. Tak samo jak bluźnierca.
Egocentryk? Na podstawie własnych przemyśleń.
Hipokryta również.
Leń. Od matki.
Odludek? To kolejna opinia "zatroskanej" moją osobą znajomej, tym razem z czasów technikum.
Satanista? To oczywiste, opinia publiczna.
Wieśniak. Z tym wiąże się nawet ciekawa historia. Ale to innym razem. Nazwał mnie tak pewien wstawiony mieszkaniec wsi...
Chuligan. Bo mieszkałem na osiedlu, na którym jest ich masa.
Masochista? Pewien incydent z czasów gimnazjum, opinia "kolegów" i "koleżanek".
Mięczak? Wielokrotnie mi to udowadniano, już w podstawówce...
Tchórz? Uciekam w obawie przed odpowiedzialnością, więc chyba to jest prawdziwe.
Kretyn. To proste do wydedukowania, kolejna próba wyprowadzenia mnie z równowagi w gimnazjum.
Pierwszy raz tak bardzo naświetliłem swoją osobę, czas pokarze co z tego wyniknie.
Ja.
***
Dlaczego wiarołomca? Bo jestem nieuczciwy wobec siebie.
Zbereźnik? Bo jestem facetem.
Ignorant? Wszyscy po części są ignorantami.
Przygłup i błazen? To opinie nauczycieli jeszcze z czasów podstawówki.
Skurwiel. To jest fajne. Usłyszałem to dawno temu od przedstawiciela dalekiej rodziny.
Cham. Ten tytuł przypisał mi pewien dworcowy kloszard, kiedy odmówiłem należnego mu datku.
Alkoholik i palacz. To sam o sobie. Ale to też może być kłamstwo.
Właśnie, kłamca. Bo wszyscy kłamią, jak to zresztą już kiedyś pisałem.
Fanatyk? Koleżanka z gimnazjum. Pewnie sama nie znała znaczenia tego słowa.
Heretyk? Od pewnej starszej pani. Tak samo jak bluźnierca.
Egocentryk? Na podstawie własnych przemyśleń.
Hipokryta również.
Leń. Od matki.
Odludek? To kolejna opinia "zatroskanej" moją osobą znajomej, tym razem z czasów technikum.
Satanista? To oczywiste, opinia publiczna.
Wieśniak. Z tym wiąże się nawet ciekawa historia. Ale to innym razem. Nazwał mnie tak pewien wstawiony mieszkaniec wsi...
Chuligan. Bo mieszkałem na osiedlu, na którym jest ich masa.
Masochista? Pewien incydent z czasów gimnazjum, opinia "kolegów" i "koleżanek".
Mięczak? Wielokrotnie mi to udowadniano, już w podstawówce...
Tchórz? Uciekam w obawie przed odpowiedzialnością, więc chyba to jest prawdziwe.
Kretyn. To proste do wydedukowania, kolejna próba wyprowadzenia mnie z równowagi w gimnazjum.
Pierwszy raz tak bardzo naświetliłem swoją osobę, czas pokarze co z tego wyniknie.
czwartek, 7 lutego 2013
Przyjaźń
Wszyscy chcemy mieć przyjaciół. Dlaczego? Ktoś się nad tym zastanawiał? Oczywiście, że nie. Po prostu tak jest i już. W końcu ludzie są istotami społecznymi (...i takie tam socjologiczne brednie).
Kiedyś czytałem na jednym z najpopularniejszych portali społecznościowych ( i nie było to nk) jak ktoś napisał, że gdyby nie ten portal, to "nie miałbym przyjaciół". Pudło, bratku. Sytuacja jest zgoła inna. A twoje mijanie się z prawdą tak bolesne, że aż miło patrzeć jak równo puchnie. Więc podnoś dupę od komputera i zmień ten stan rzeczy.
Dobra, a teraz o tym, kim tak właściwie jest przyjaciel. Stereotyp, nie, ideał przyjaciela mówi o osobie otwartej na innych, gotowej zawsze NAS wysłuchać i zawsze NAM pomóc. Nigdy NAS nie zawiedzie. Jest w stanie zawsze zmienić swoje plany (nawet jeśli to, dajmy na to, pogrzeb babci), żeby dostosować się do NASZYCH. I najfajniejsze, zaczerpnięte ze skarbnicy wiedzy jaką jest internet: "prawdziwy przyjaciel jak mu powiemy, że kogoś zabiliśmy zapyta: To gdzie zakopiemy ciało?"
To nie są cechy przyjaciela, tylko niewolnika. Tylko my, dla nas, o nas, z nami. A co z drugą osobą?Wychodzi na to, że ona nie może mieć przyjaciół, ponieważ to koliduje z naszymi interesami. Cóż za egoizm, cóż za hipokryzja.
Więc proszę, zastanów się teraz i odpowiedz sobie, czy Ty masz przyjaciół. Czy jesteś pewny, że oni mogą to samo powiedzieć o Tobie?
Powiem tak: mam kilku znajomych, którzy są świetnym materiałem na przyjaciela. Niestety, zdarza im się zawieść kiedy ich potrzebuję. I vice versa.
I teraz cofnijmy się do słowa klucza, mianowicie 'ideał'. Jak wszyscy wiemy, ideały nie istnieją, poza tym, rzeczy pozbawione wad są nudne. A osoby które uważam za przyjaciół bynajmniej takie nie są.
Jednak miałem kiedyś ideał przyjaciela. Taki w 100%, jednak nie był nudny. Dlaczego? Może dlatego, że mieliśmy w okolicy 12 lat, a wtedy ludzie nie są nudni. Przyjaźnie było znacznie łatwiej nawiązywać i je utrzymywać. Niewiele było trzeba, żeby się dobrze bawić, wystarczyła obecność tej drugiej osoby.
Dobra, dobra, więc w czym problem? Dorośliśmy. Z wiekiem mieliśmy względem siebie większe wymagania, do tego doszły: szkoła, moja przeprowadzka, później studia/praca. Owszem, spotykamy się. Czasem. Ale oboje wiemy, że to już nie to samo.
Więc zapytam jeszcze raz: Czy Ty masz przyjaciół?
Kiedyś czytałem na jednym z najpopularniejszych portali społecznościowych ( i nie było to nk) jak ktoś napisał, że gdyby nie ten portal, to "nie miałbym przyjaciół". Pudło, bratku. Sytuacja jest zgoła inna. A twoje mijanie się z prawdą tak bolesne, że aż miło patrzeć jak równo puchnie. Więc podnoś dupę od komputera i zmień ten stan rzeczy.
Dobra, a teraz o tym, kim tak właściwie jest przyjaciel. Stereotyp, nie, ideał przyjaciela mówi o osobie otwartej na innych, gotowej zawsze NAS wysłuchać i zawsze NAM pomóc. Nigdy NAS nie zawiedzie. Jest w stanie zawsze zmienić swoje plany (nawet jeśli to, dajmy na to, pogrzeb babci), żeby dostosować się do NASZYCH. I najfajniejsze, zaczerpnięte ze skarbnicy wiedzy jaką jest internet: "prawdziwy przyjaciel jak mu powiemy, że kogoś zabiliśmy zapyta: To gdzie zakopiemy ciało?"
To nie są cechy przyjaciela, tylko niewolnika. Tylko my, dla nas, o nas, z nami. A co z drugą osobą?Wychodzi na to, że ona nie może mieć przyjaciół, ponieważ to koliduje z naszymi interesami. Cóż za egoizm, cóż za hipokryzja.
Więc proszę, zastanów się teraz i odpowiedz sobie, czy Ty masz przyjaciół. Czy jesteś pewny, że oni mogą to samo powiedzieć o Tobie?
Powiem tak: mam kilku znajomych, którzy są świetnym materiałem na przyjaciela. Niestety, zdarza im się zawieść kiedy ich potrzebuję. I vice versa.
I teraz cofnijmy się do słowa klucza, mianowicie 'ideał'. Jak wszyscy wiemy, ideały nie istnieją, poza tym, rzeczy pozbawione wad są nudne. A osoby które uważam za przyjaciół bynajmniej takie nie są.
Jednak miałem kiedyś ideał przyjaciela. Taki w 100%, jednak nie był nudny. Dlaczego? Może dlatego, że mieliśmy w okolicy 12 lat, a wtedy ludzie nie są nudni. Przyjaźnie było znacznie łatwiej nawiązywać i je utrzymywać. Niewiele było trzeba, żeby się dobrze bawić, wystarczyła obecność tej drugiej osoby.
Dobra, dobra, więc w czym problem? Dorośliśmy. Z wiekiem mieliśmy względem siebie większe wymagania, do tego doszły: szkoła, moja przeprowadzka, później studia/praca. Owszem, spotykamy się. Czasem. Ale oboje wiemy, że to już nie to samo.
Więc zapytam jeszcze raz: Czy Ty masz przyjaciół?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
