piątek, 25 grudnia 2015

Walka

I jak co roku to samo. Patrzymy sobie głęboko w oczy, jak pojedynkujący się kowboje tuż przed oddaniem strzału. Znaczy, patrzylibyśmy, gdyby nie to, że on już nie ma oczu. Nie ma też głowy, części wnętrzności i kończyn (których po prawdzie nigdy nie miał). Nie mniej, jest cholernie niebezpieczny.
Pojedynek na broń białą, ja uzbrojony w nóż i widelec, on bez broni, bynajmniej jednak nie bezbronny. Ale kto? Jak to kto, wigilijny karp.
Mam wrażenie, że on się mści za nieuszanowanie jego ciała po śmierci stając ością w gardle. I to nie jest przenośnia. I to ty jesteś na straconej pozycji, bo on i tak już nie żyje.
Powiem więcej, to jeszcze przed tobą... nie ważne czy przyjdzie ci złożyć ofiarę z własnego życia, czy ci się poszczęści i będzie ci dane dotrwać do kolejnej kolacji wigilijnej, musisz zjeść przynajmniej kawałek tej piekielnej potrawy, bo będzie przykro osobie która ją przyrządzała. Piekielność tej potrawy nie jest jednak skutkiem zdolności kulinarnych kucharza (lub też ich braku), ta potrawa jest zła sama w sobie, do szpiku kości.
Ale stało się. Dzwonią po pogotowie, zabierają mnie, jeszcze w ambulansie stwierdzają zgon. Wiedzą co było jego skutkiem, tego dnia mieli aż nadto takich zgłoszeń. Z rezygnacją, wciąż jadąc na sygnale (bo cholernie pocieszająca jest myśl, że wszyscy pozostali po prostu muszą ustąpić ci z drogi) wyrzucają moje ciało do przydrożnego rowu. Pałeczkę przejmuje policja. Patolog z niedowierzaniem przeciera oczy po wstępnych oględzinach:
- Nigdy w całej swojej karierze nie widziałem czegoś takiego. Facet zginął przez zadławienie, a powinien się wykrwawić od tych ran. Jego przełyk wygląda jak wywrócony na lewo kaktus...
I tak co roku. Też przez to przechodziliście? Powiedzcie że tak, nie zostawiajcie mnie samego z moimi paranojami, proszę. Ta walka to, czasami odnoszę takie właśnie wrażenie, jedyne co mnie jeszcze trzyma po realnej stronie tego życia.

niedziela, 20 grudnia 2015

Strach się bać

Każdy się czegoś boi. Jedni boją się pająków, inni ciemności, jeszcze inni żab. To normalne. Strach jest jednym z naszych podstawowych mechanizmów obronnych. Kiedy to pod wpływem jakiegoś bodźca z którym się już kiedyś zetknęliśmy wszystkie mięśnie ulegają napięciu pozwalając na natychmiastową ucieczkę lub walkę. Kiedy źródło strachu staje się irracjonalne, ten przeradza się w lęk, który z kolei może być patologią, jeśli jest stanem permanentnym zakłócającym nasze normalne funkcjonowanie.
Po co to piszę? Bo potrzebowałem odpowiednio skalibrowanego wstępu żeby opisać to, co męczyło mnie od bardzo, bardzo dawna, a co uświadomiłem sobie całkiem niedawno, mianowicie czego się boję. A może lękam?...
Kiedy byłem młodszy uważałem że nie boję się niczego. To, że podskoczę lub drgnę kiedy wyskoczysz z szafy z zakrwawionym nożem w momencie kiedy się tego nie spodziewam, nie jest objawem strachu, tylko zaskoczenia, a pierwsze pytanie jakie sobie zadam nie będzie: "Kurczę, zaraz zginę, ciekawe czy będzie bolało?", tylko raczej coś w stylu: "Co do cholery robiłeś w mojej szafie z tym śmiesznie małym nożem?".
Później jednak zdałem sobie sprawę z faktu, że jest coś czego się boję. I nie jest to śmierć, bo nie ma sensu się bać czegoś, co jest nieuniknione. A przynajmniej ja tak sądzę. Bałem się że zostanę sam, że cała moja rodzina, przyjaciele i otaczający mnie ludzie zaczną znikać jeden po drugim, bez słowa wyjaśnienia czy choćby usprawiedliwienia. Po prostu, jak za sprawą magicznej różdżki, pstryknięcia palcami lub czegoś podobnego. Bałem się samotności jak... I tu cholera brakuje mi porównania.
Dzień, a może dwa dni temu... w każdym bądź razie w przeciągu tego tygodnia, kiedy uświadomiłem sobie że samotność jest już stałą częścią mnie, wręcz moim synonimem, przestałem się jej bać. Bo tak jak już kiedyś wspominałem, boimy się rzeczy których nie znamy lub nie mamy z nimi styczności, a wspomnienia czy sama myśl o nich wywołuje niezdrowe reakcje. A ja się po prostu przyzwyczaiłem. Nie, nie pogodziłem się z tym, a przyzwyczaiłem.
Ale do rzeczy. Kiedy próbowałem zasnąć, jak zwykle w jednej z moich karkołomnych póz godnych prawdziwych magików ludzkiego ciała, usłyszałem trzask. Niby nic dziwnego. doskonale wiem, że czasami kości mi strzelają jakoby z nudów. Ale po chwili zorientowałem się, że to moje śmiesznie nieistotne problemy (przynajmniej w oczach innych za takie czasem uchodzą) przygniatają mnie i miażdżą mi powoli kości. Dzień po dniu, minimetr po minimetrze, prozaiczność dnia przytłacza coraz bardziej. Kiedy za każdym razem kiedy wstajesz z łóżka boisz się postawić nogi na ziemię, z obawy przed potworami codzienności mieszkającymi właśnie pod tym łóżkiem, gotowymi w każdej chwili wciągnąć cie za nogi do swojej kryjówki i wypić ci mózg przez słomkę.
Boję się życia. A może rzeczywiście to jest bardziej lęk? Nie ważne, tylko psychpoatologia odróżnia te dwa terminy, normalnie można używać tych dwóch słów jako zamienniki.
A więc, dlaczego boję się życia i codzienności? Nie wiem. Tak jest, a jak jak na razie nie potrafię nic z tym zrobić. Życie spełnia wszystkie moje osobiste kryteria pozwalające je zakwalifikować jako przedmiot strachu.

  • Po pierwsze: nie znam go. Tak wiem, mam z nim do czynienia na co dzień. Ale mam wrażenie, że nie ze swoim. Zaskakuje mnie każdego dnia, jak nic innego na świecie. Zero powtórzeń, zero schematów. Nie do zrozumienia, nie do ogarnięcia. Wymykające się mi z rąk jak mydło recydywiście pod więziennym prysznicem.
  • Po drugie: nie da się go wytłumaczyć, zawrzeć w karby logiki.
I to chyba na tyle. Podsumowanie? Proszę bardzo. Życie kojarzy mi się z tą piosenką. Dlaczego? Bo każdy dźwięk uzmysławia mi że jest groźne, wręcz śmiertelne, a każdy dźwięk, ton, nuta uświadamiają mi mój strach. Kakofonia przeszywająca ciało nieopisanym dreszczem, Psychodeliczna sklejka niepokojących dźwięków pozwalająca zobrazować to, co mniej więcej czuję za każdym razem otwierając oczy po  przebudzeniu.
I tym oto pozytywnym akcentem, kończę na dziś, idę walczyć z moim smokiem codzienności.

piątek, 18 grudnia 2015

Co nuda robi z ludźmi

Wykłady. Nawet nie wiem z jakiego przedmiotu, ale siedzę z poczucia obowiązku. Po mojej prawej koleżanka coś dziubie na klawiaturze laptopa, dalej kolega przegląda w internecie jakieś głupie strony. Odwracam się w drugą stronę, siedzą dwie koleżanki. Jedna skrupulatnie notuje  nie przejmując się faktem, że jest właśnie przeze mnie obserwowana, druga sprawia wrażenie, jakby nie do końca wiedziała co się wokół niej dzieje. Za mną siedział natomiast kolega, który wpatrywał się tępym wzrokiem przed siebie, i co jakiś czas zerkając na mnie mówił: "teraz ja jestem z tyłu". Warto nadmienić, że siedziałem w ostatnim rzędzie.
Pomyślałem sobie, że żeby zapomnieć o otaczającym mnie świecie zajmę się czymś twórczym. I tak oto, z braku wszelkiej alternatywy, stworzyłem to:

Nudzi mi się jak cholera,
Nuda ta mnie w mózg uwiera.
Lecz nadzieję mam naiwną,
Że te stany szybko miną.
W miejscu tym fakt dość istotny,
Humor mam dziś dość markotny...

I tu proces twórczy uległ chwilowemu zatrzymaniu. Zastanawiałem się co z tym zrobić, wydawało mi się to zbyt fikuśne, pomyślałem jak by to zmienić żeby nabrało trochę powagi...

Znajdźmy na to panaceum,
Chodź mnie przytul w jednym celu...

Powtórka z rozrywki. Teraz z kolei zaczęło mi się to wydawać zbyt wyniosłe jak na głupiego zabójcę czasu. Był nawet pomysł, żeby napisać coś w stylu:

Obalimy flaszkę, dwie, 
Wnet ochota weźmie cię.

Ale wydawało mi się to głupie i dziecinne, szybko to skreśliłem. Chwilami desperacja w chęci dopisania czegoś popychała się do prośby o pomoc kolegi za mną.
Po chwilowym zastanowieniu i drobnych konsultacjach dopisałem coś takiego:

I choć zrobię coś głupiego
Proszę, nie miej za złe tego.
Sytuację wnet naprawię,
Sznur wisielczy sobie sprawię.

I na tym zakończył się proces twórczy. Problem w tym, że czułem niedosyt, mało tego, podczas wymyślania kolejnych wersów poprawiał mi się humor, a ja się dobrze nawet bawiłem, tak samo kiedy liczyłem rytm tej rymowanki (bo wiersz według mnie to nie jest, nawet jego namiastka, zbyt prosty).
Chciałem temat kontynuować, ale nie wiedziałem w którą stronę pójść. Początek był taki trochę od niechcenia, później postanowiłem dodać trochę parodii powagi i na końcu nutkę skarykaturowanej dramaturgii. Zastanawiałem się, czy to mogło by się dobrze skończyć.
Widocznie zastanawiałem się zbyt intensywnie, bo zakończenie przyszło do mnie we śnie.
Summa summarum, powstało coś takiego:

Nudzi mi się jak cholera,
Nuda ta mnie w mózg uwiera.
Lecz nadzieję mam naiwną,
Że te stany szybko miną.
W miejscu tym fakt dość istotny,
Humor mam dziś dość markotny...
Znajdźmy na to panaceum:
Chodź mnie przytul w jednym celu.
Wiem, że zrobię coś głupiego
Proszę, nie miej za złe tego.
Sytuację wnet naprawię,
Sznur wisielczy sobie sprawię.
I choć nawet się powieszę
Raczej Cię tym nie ucieszę.
Na Sylwestra to naprawię
Bawmy się tam doskonale,
                             Amen.

I tak, przynajmniej w moim mniemaniu wyszło coś lekkiego i pozytywnego, po dopisaniu zaledwie czterech wersów. Jakoś specjalnie dumny może z tego tworu nie jestem, ale jak na pierwszy raz nie poszło mi chyba aż tak źle, prawda?