środa, 11 kwietnia 2012

Yyy...

Tak, nie udało mi się. Jestem załamany i za tydzień się powieszę. Jak chcecie popatrzeć to wyjdźcie na spacer, łatwo będzie mnie znaleźć. Wybiorę najwyższe i najokazalsze drzewo w mieście. Ostatecznie może być słup. Zastanawiałem się też nad skokiem z jakiegoś wieżowca, ale ogranicza mnie ilość wieżowców w okolicy... a właściwie ich brak...
Niee, tak łatwo się mnie nie pozbędziecie, dłuugo jeszcze będę wam truł życie. Nie będzie płaczu, zgrzytania zębami, wyrywania włosów z głowy, zalewania robaka, szukania kozła ofiarnego. To tylko i wyłącznie moja wina.
Właściwie to oficjalnie przestałem być studentem dnia 4 kwietnia, ale potrzebowałem czasu żeby to powoli przeanalizować w moim zlasowanym czerepie żeby się z tą myślą oswoić i móc to wam przedstawić. Jak zawsze będę miło wspominał poznanych na roku ludzi, przynajmniej niektórych.
Muszę się niechlubnie przyznać że pierwsze odczucie jakie mnie naszło dzień po feralnym incydencie oblania ósmego (!) terminu z (nieważne z czego) to... ulga.  Nie będzie już wstawania o 5 rano, dosypiania w pociągu/autobusie, wysłuchiwaniu meneli na dworcach, szarpaniny z własnymi nerwami. Ale nie usłyszę też dzwięku gitary tego niezwykle utalentowanego grajka na dworcu w Katowicach, raczej wątpliwe żebym jeszcze kiedyś spotkał kogoś z osób poznanych na roku, nawet jeśli mieszkają tak blisko jak 20 minut drogi autobusem od mojej mieściny. Ludzie mnie unikają.

I co teraz? Wszyscy mnie o to pytają. Jak to co? Jeszcze raz, tylko z innej strony, od nowa, do skutku.
Inna uczelnia, inny kierunek, nowi ludzie, może nawet inne miasto/województwo. A może by tak prawko? Taak, długo nad tym myślałem, i sądzę, ze najwyższy czas sobie takowe sprawić. Rozszerzę maturę, dostanę się do wymarzonej uczelni, dostanę świetną pracę...
I jak to powiedział mój nowy kumpel: Trzymaj się jakoś. I pamiętaj: nie wolno się poddawać.


Zauważyłem, i wy pewnie też, że jakość moich tekstów wyraźnie osłabła. Postaram się coś z tym zrobić. Nie obiecuję rewelacji, nie spodziewajmy się więc niczego na skalę Rewolucji Francuskiej. Ale tak tego nie zostawię, na pewno.

środa, 4 kwietnia 2012

Rozmowa

Cześć, co Cię do mnie sprowadza?... Chcesz porozmawiać? Nie ma sprawy, chętnie Cię wysłucham... Nie, nie, nie, nie narzekaj, każdy potrafi narzekać. A my mieliśmy rozmawiać. Więc jaki temat proponujesz?... Pogoda?! Proszę cię, bądźmy trochę bardziej oczytani, przynajmniej sprawiajmy takie wrażenie... Teraz lepiej, ale pójdźmy krok dalej, spróbuj zainteresować mnie tą rozmową, powiedz coś ciekawego, czego dawno nie słyszałem... Nieee, tylko nie plotki! Nasłuchałem się ich w gimnazjum i szkole średniej. Mam dość. Spróbuj jeszcze raz...Widzisz jakie to proste?... Prawda? Rozmowa od razu staje się przyjemniejsza, aż żal ją przerywać...

***

A teraz zastanów się, czy Ty jesteś w stanie naprowadzić rozmowę na takie tory, żeby zainteresować swojego rozmówcę, w tym przypadku mnie. Zaryzykuje stwierdzenie że rozmowa to w pewnym stopniu rodzaj sztuki, którą jak opanujemy i nauczymy się poprawnie operować, może nam się niezwykle przydać w życiu.
A więc, jak już wymyślisz coś ciekawego, zapraszam, utniemy sobie miłą pogawędkę. Może akurat spędzimy miło kilka chwil i dowiemy się od siebie nawzajem kilka interesujących rzeczy.