piątek, 28 grudnia 2012

Nadzieja

Jak wiadomo nie od dziś, w życiu każdego faceta nadchodzi kiedyś ten czas. Czas zakupu nowych spodni. Mnie też to dopadło i nie będę się z tym krył. Ta niepewność, strach, swojego rodzaju wstyd przed poproszeniem tej miłej pani o przecudnych blond lokach o pomoc przy rozpięciu rozporka, bo ten bezczelnie się zaciął... Taak, zakup nowych spodni potrafi być nie lada wyzwaniem.
Ostatecznie nabyłem parę spodni które mam nadzieję nie rozerwą mi się w najmniej odpowiednim miejscu i czasie.
Po odstaniu swojego w kolejce do kasy, czym prędzej zapłaciłem i uciekłem z tego miejsca. Zerknąłem na zegarek. Za chwile powinien przyjść kolega z którym się umówiłem. "Spocznę sobie na ławeczce, w końcu zasłużyłem", pomyślałem. Ale nie. Jakiś facet musiał się rozpierdzielić na całej szerokości ławki, na której wygodnie by usadowiło co najmniej pięciu takich olbrzymów jak ja.
Więc stoją przy tej nieszczęsnej ławce przeklinając cały świat, a w szczególności owego waćpana. Jak to zwykle bywa, żeby urozmaicić sobie czas, zacząłem korzystać z niewyczerpanych zasobów mojej wyobraźni (tak, tej pani dużo bardziej do twarzy będzie w czerwieni. Janie, podaj mi moje Magnum 44...). Nagle, ni z gruchy ni z pietruchy, zaczęło mi się robić ciemno przed oczami. Trochę się przestraszyłem, a następnie...   a następnie nic nie pamiętałem. Przynajmniej momentu, aż się ocknąłem na ławce. Nie mam bladego pojęcia jakie ciemnie moce w to ingerowały. W każdym razie moim wybawcą okazał się wyżej wspomniany pan (na którego rzuciłem całkiem niedawno klątwę). Usadził mnie na ławce, zaczepił jakiegoś przechodzącego smarka żeby się skoczył po coś do picia i pilnował, żebym z tej ławki nie zleciał. Po wszystkim (to znaczy kiedy w końcu udało mi się go przekonać, że wszystko ze mną już w porządku) odszedł, życzył mi wszystkiego najlepszego w związku z nadchodzącym rokiem i zniknął zostawiając mnie nieco otumanionego całą tą sytuacją. Jak widać, nie zawsze człowiek człowiekowi wilkiem.

***

Zawsze starałem się, wbrew pozorom, być miłym i uprzejmym człowiekiem, nigdy nie spodziewałem się, że ktoś może się okazać miły w stosunku do mnie. Czyli jednak dałem się jeszcze zaskoczyć przez życie. Oby tak dalej.
Po ostatnich postach o dość cierpkim oddźwięku ten, wyraźnie optymistyczny i napawający nadzieją będzie pewnego rodzaju odtrutką na zaserwowane przeze mnie chamstwo.

środa, 26 grudnia 2012

Pro forma

Ach, święta!...
Wszyscy je kochamy. Ta udzielająca się wszystkim atmosfera przyjaźni, miłości, przebaczenia. No i spędzanie czasu ze swoją rodziną, wyśmienita kolacja składająca się z dwunastu potraw w wigilijną noc, śpiewanie kolęd, ubieranie choinki, wymienianie się prezentami z najbliższymi.
Taaa...
Żeby to jeszcze od początku do końca wyglądało tak pięknie jak przedstawiony powyżej obrazek.
Ale po kolei. Jak to wygląda z mojej perspektywy.
Spędzanie czasu z rodziną ogranicza się do posiłków, każdy jest tak strasznie zajęty. Święta to też pewnego rodzaju zawieszenie broni na czas nieokreślony w rodzinnych kłótniach.
Dwanaście potraw? Wolne żarty. Ludzie z roku na rok są coraz biedniejsi. Niewiele brakuje a święta będą się składały tylko z karpia. Chociaż nie, karp za drogi. Będziemy musieli się zadowolić farszem z uszek. Nie będzie tanio jak barszcz.
Kolęd się już nie śpiewa. Jeśli dane wam będzie słyszeć kolędy podczas wigilii, tak jak mnie, to tylko z płyty kupionej na bazarze od jakiegoś rumuna puszczonej u sąsiada zza ściany.
Jeśli w ogóle ktoś jeszcze ubiera choinkę, to na pewno towarzyszą temu pewne napięcia, choćby tak banalne jak te związane z rozplątywaniem żarówek na choinkę. Spotkałem się raz nawet z tym, że zamiast choinki w domu stał kaktus obwieszony kilkoma pierdółkami. Ale wszyscy się ze mną zgodzą, że to już nie to samo.
Komercja. Wszechobecne promocje świąteczne naciągają nas i wyciągają nam z kieszeni kupę kasy. Bo to jest nowa istota świąt: kupujemy rzeczy, które nigdy nikomu się nie przydadzą, ludziom, których nie do końca lubimy, za pieniądze, których nie mamy. Pewnym wyjątkiem są dzieci, ale i tu zaczyna się wkradać świat zewnętrzny: nie można już kupić swojej pociesze czegokolwiek, co wyda nam się słuszne. Dziecko wie, że Mikołaja nie ma i żąda od rodziców konkretnego prezentu. Im droższy, tym lepiej. W końcu musi mieć się czym pochwalić w szkole przed 'kolegami'.
Pamiętam czekanie na pierwszą gwiazdkę za gówniarza. Nie siadało się do stołu, dopóki nie wypatrzyło się na niebie pierwszej gwiazdy. Teraz jest to nie możliwe. Komu by się chciało marnować czas na takie pierdoły, skoro każdy może siąść, nażreć się jak świnia i pójść w cholerę, nie zawracając sobie dupy takimi pierdołami.
Mam nadzieję że to tylko tymczasowy problem, który da się szybko rozwiązać. Święta takie jak Boże Narodzenie, to wspaniałe przeżycie i możliwość zacieśnienia łączących nas więzi. Weście to pod uwagę, to są słowa wypowiadane przez zatwardziałego i niereformowalnego ateistę, którego nie da się już nawrócić. Jestem pewien, że u mnie w domu będzie obchodzona pewna namiastka Świąt, takie rozwiązanie tymczasowe, dopóki nie znajdę ciekawszej alternatywy na spędzenie (ewentualnego) świątecznego urlopu.


niedziela, 23 grudnia 2012

Happy end!... of the world.

Na wstępie chciałbym życzyć wszystkim wszystkiego najlepszego z okazji końca świata. Ale chwila, jeśli to czytacie , to znaczy...  Cholera! Nie było żadnego końca świata. I co my teraz z tym fantem biedni poczniemy?
Po tym wymownym wstępie, chciałbym powiedzieć kilka rzeczy o końcu świata. Jak było, jak miało być, dlaczego nie było i dlaczego za tym wszystkim stoi Putin.
Według przeróżnych źródeł koniec świata miał nastąpić dnia 21.12.2012 o godzinie... o godzinach: 0.00, 11.00, 12.00, 12.21, 21.12... Wygląda jak rozkład jazdy PKSu, prawda? Otóż, w oczekiwaniu na mającym wyrosnąć przed moim blokiem plującego lawą, zionącym ogniem i miotającego na wszystkie strony bomby wulkaniczne krateru, postanowiłem sprawdzić, ile w tym wszystkim prawdy, i czy informacje rozdmuchiwane na cały świat na temat tego zdarzenia miały jakikolwiek sens.
Podszedłem do tego (jak zawsze) bardzo sceptycznie. Ciężar swojej ignorancji poczułem wcześniej, niż można było się spodziewać: o godzinie 0.00. "Zaczęło się", pomyślałem. Pewnie ciekawość aż was pożera od środka (pewnie nie). Otóż, czekając na 'wielkie wydarzenie' i chcąc zarazem umilić sobie czas miałem włączony komputer. A wspomnianej wyżej godzinie, punktualnie, wyskoczył mi na ekranie komunikat: "Ten komputer został zablokowany ze względu na niesankcjonowaną aktywność cybernetyczną". Podpisano: Policja.
Przeczytałem sobie uważnie ten komunikat, bo 'warto wiedzieć więcej'. Posądzono mnie o:
  • rozpowszechnianie spamu z dziecięcą pornografią (mówiła, że była pełnoletnia)
  • posiadanie nielegalnego oprogramowania (a facet który mi je sprzedawał zapewniał o jego autentyczności)
  • szachrajstwa podatkowe (oj tam, od razu szachrajstwo, tylko płacę z kont innych uczciwych podatników)
  • popieranie terroryzmu (dobra, dałem temu talibowi piątaka na chleb, a to że kupił glicerynę...)
Następnego dnia, pełen skruchy stawiłem się na komendę w celu wyjaśnienia sprawy. Już miałem zacząć swoją spowiedź, kiedy powiedziano mi, że to atak hakera. Uff. Niewiele brakowało. Bo słyszałem, że w więzieniu dostałbym zimną kawę...Wracając do domu zastanawiałem się, czy tak miał wyglądać koniec świata. Wyobrażałem sobie rozstępującą się ziemie, deszcze meteorytów, zastępy umarlaków powstałych z grobów, inwazji obcych... słowem wszystkiego, czym karmi nas amerykańskie kino katastroficzne. A po polsku: syf kiła i mogiła.
Dlaczego to nie nastąpiło? Cóż, jedną z najbardziej prawdopodobnych możliwości było to, że Anioł Zniszczenia przybył na Ziemię, zobaczył ten syf i powiedział: "Tu już nie ma dla mnie nic do roboty...". Inną moją teorią jest to, że te wszystkie, nazwijmy to 'efekty specjalne', były po prostu za drogie. Budżet światowy nie wytrzymałby następnego końca świata.
A dlaczego obwiniam za to Jego Świętobliwość Putina? Cóż, nie lubię go. I nie obchodzi mnie, że właśnie słyszę ciężkie buciory agentów NKWD zmierzających do mojego mieszkania. Nic mnie już nie zaskoczy. W końcu przeżyłem koniec świata.

niedziela, 9 grudnia 2012

Vitae

Życie?---
Rozprężę szeroko ramiona,
Nabiorę w płuca porannego wiewu,
W ziemię się skłonię błękitnemu niebu
I krzyknę, radośnie krzyknę:
-Jakie to szczęście, że krew jest czerwona!*

***
 
Kiedy słyszę jak ktoś mówi mi, że życie jet brutalne, to mnie szlag jasny trafia i krew zalewa. Co ci to Życie zrobiło, że uważasz je za brutalne?
Zabiło ci matkę? Nie. Zgwałciło córkę? Nie. Wysłało ojca do obozu pracy? Nie. Podcięło Ci pięty i kolana? Nie.
Dalej mnie nie rozumiesz? To słuchaj uważnie. Masz pracę? Tak. Masz dom? Tak. Więc analogicznie masz gdzie się schować przed niesprzyjającą pogodą i gdzie się położyć spać? Tak. Masz co jeść, nie przymierasz głodem? Oczywiście, w ciągu dnia masz co najmniej trzy posiłki. Obudziłeś się dziś rano? Tak.
Więc przestań pierdzielić, że Życie jest brutalne. To z Tobą jest coś nie tak. Albo twoje wyobrażenie brutalności jest nieco przejaskrawione i 'brutalność' w Twoim przypadku ogranicza się do gówno znaczących i nielicznych niekomfortowych sytuacji. Brutalny, to mogę być ja, nie Życie. Jak sobie coś spierdzielisz, to tylko i wyłącznie Twoja wina, nie zwalaj wszystkiego na siły wyższe.
Więcej optymizmu, i weź się do cholery w garść. Są ludzie, którzy by dusze sprzedali (swoje i przyszłych pokoleń), żeby być na twoim miejscu.
I jak? Lepiej się czujesz? Świetnie. A zatem, zadam ci 'leczenie domowe'. To proste ćwiczenie, więc nie powinieneś mieć z tym większych problemów. Mianowicie, codziennie wieczorem, chwilę przed położeniem się do łóżka, wyobraź sobie, że już rano nie wstaniesz. Tylko ostrożnie, nie daj się ponieść chorym fantazjom. Tak, wiem że jesteś do tego zdolny. Po prostu to zrób. Co to ma na celu? Już śpieszę z wyjaśnieniami. Wieczorem, będąc już przekonanym że rano się nie obudzisz, kładziesz się spać. Rano, z wielkim zaskoczeniem stwierdzasz, że się myliłeś, i Życie dało ci fajny prezent, w postaci możliwości spędzenia na tym świecie kolejnego dnia. Ćwiczenie służy uświadomieniu Tobie, że Życie to nie jest jakimś demonem czyhającym za rogiem na stosowny moment żeby rozszarpać Cię na strzępy i zostawić twoje rozczłonkowane zwłoki, tylko w pewnym sensie sprzymierzeńcem.
Ja to stosuję codziennie, od dłuższego czasu, i mam się świetnie.
A więc, więcej optymizmu, zdrowego rozsądku i wiary w siebie.

*J. Tuwim, wiersz bez tytułu z tomiku "Czyhanie na Boga"(1918)

wtorek, 4 grudnia 2012

Nie ten czas

Nie przyłapaliście się nigdy na myśleniu, że jesteście w złym miejscu i czasie? Nie mam na myśli tak niezręcznych sytuacji jak bycie niechcianym (jedynym) światkiem, dajmy na to, morderstwa.
Chodzi mi o coś głębszego. Nie zastanawialiście się, co by się stało, gdybyście się urodzili w innym mieście, a nawet państwie. Rok wcześniej, kilka lat później, w innej epoce? Nie? Spodziewałem się tego.
Ja się zastanawiałem. I doszedłem do ciekawej konkluzji, a mianowicie: urodziłem się za późno.
Jak zatem powinno wyglądać moje życie? Kiedy powinienem się urodzić? Jak powinno przebiegać i jak się zakończyć? Powoli, bez pośpiechu, wszystko wyjaśnię.
Datę urodzin sugeruję bez większych zmian, na lipiec 1919. Dwudziestolecie międzywojenne, stosunkowo spokojny okres. W sam raz na dojrzewanie. Nie ważne czy żyłbym w bogatej czy biednej rodzinie, jakoś nigdy nie przywiązywałem dużej uwagi do pieniędzy. Wolałem (czy może wolałbym, bo niestety to nie tylko ode mnie zależy) kontakty międzyludzkie. Otaczać się serdecznymi ludźmi, gotowymi zawsze pomóc w potrzebie i nie chcących wiele w zamian. Teraz ludzie mają zupełnie inne priorytety. Kasa ponad wszystko. Nie masz kasy, jesteś nikim. Masz? To świetnie. Musisz mieć więcej! Wyjątki tylko potwierdzają regułę.
Do tego dochodzą relacje na linii damsko-męskiej. Jakoś zawsze wolałem długie podchody, miłe słówka, niewinne, jednak wiele mówiące wymiany spojrzeń... Teraz tak nie ma.
Przykład mojego znajomego doskonale obrazuje skrajny przypadek. Znalazł domniemaną drugą połówkę w trybie ekspresowym: podszedłwszy do pierwszej lepszej dziewczyny która mu się spodobała, zapytał: "Dajesz dupy, czy mam z tobą chodzić?".
Oczywiście, skończyli równie szybko, po około miesiącu.
Ja bym tak nie potrafił, myślcie sobie co chcecie, ale dla mnie kobieta i związek to coś więcej niż, jak to kiedyś słyszałem, stałe podpięcie do seksu. Cóż, czasy się zmieniły...
Dalej. jest rok 1939. Mam 20 lat. Myślę, że nie trzeba nikomu mówić, co zrobię. Oczywiście zaciągnąłbym się do wojska jako ochotnik. I tu kończą się pewniaki. Liczbo opcji jest przeogromna. Podam kilka przykładów:
  • mogę zginąć już pierwszego dnia
  • mogę trafić do obozu
  • mogę również mieć doskonałą i prężnie rozwijającą się karierę żołnierza 
I wiele, wiele innych. Jednak mnie osobiście najbardziej odpowiadało by dożycie 25 lat, wzięcie udziału w powstaniu warszawskim i zginięcie na nim. Sam nie wiem, czy było by lepiej zginąć podczas walk, czy egzekucji po powstaniu...
Dlaczego chciałbym zginąć? To proste. Jeśli miałbym zostać weteranem wojennym, który walczył za swoją ojczyznę z narażeniem życia i później patrzeć jak banda kretynów w rządzie to wszystko pierdzieli, jak zabierają mi należne mi jako obywatelowi dobra, to wolałbym nie brać w tym udziału.
Wy również spróbujcie się tak zastanowić nad swoim życiem, czy aby na pewno ma sens, czy zmierza we właściwym kierunku i czy jesteście we właściwym miejscu i czasie.

sobota, 1 grudnia 2012

!

Teraz będzie mniej grzeczne, ale to nie moja wina:

Srak!
A co cię to obchodzi!
Nie twój interes!
Daleko!
Gówno!
Znowu ty i te twoje głupie pytania!
Żebyś miał o co pytać!
Za dużo chciałbyś wiedzieć!
 Sraki!
Dla gówna psiego!
Misia gogo!
Za dużo!
Nie twoje!
Z dupy!
TY mi powiedz!

 ***
To tylko próbka głupich odpowiedzi głupich ludzi na domniemanie głupie pytania. Ludzie udzielający takich... hmmm... odpowiedzi, są zazwyczaj drażliwi, niecierpliwi, głupi, nerwowi, głupi, nieokrzesani... czy mówiłem że są głupi?
Dobra, żarty żartami, ale według mnie to naprawdę problem. Najgorsze jest to, że ci ludzie nie widzą tego problemu. Jeśli powiem, ze trzeba ich posłać na leczenie/resocjalizację albo coś w tym stylu, to zacznę się powtarzać. A tego nie chcę. Chce być świeży i niepowtarzalny.
Jakieś sugestie, co z tym zrobić? Jak zawsze.
W każdym razie, zanim Wy udzielicie jakiejś głupiej odpowiedzi, lub jej udzielenie tylko przejdzie Wam przez myśl, zastanówcie się kilka razy. Po czymś takim Wasz wizerunek może mocno ucierpieć, a jego odbudowa może być niesamowicie trudna, o ile niemożliwa.

?

jak?
komu? 
dokąd?
gdzie? 
co?
czym?
po co?
z kim?
jaki?
dlaczego?
kogo?
ile?
czyje?
skąd?
czego? 

***
Pytanie. Praktycznie jedyny sposób by uzyskać odpowiedzi na nurtujące nas problemy.  Kto pyta, nie błądzi. A nikt z nas chyba nie chce się szwendać po polach głupoty otoczony mgłą ignorancji.
Dość często słyszę, że zadaje głupie pytania. Nie ma głupich pytań, są tylko głupie odpowiedzi...
I głupi ludzie ich udzielający. Zadając pytanie, jestem przekonany, że zadaję pytanie rzeczowe, krótkie, proste do zrozumienia i jednocześnie zmuszające do udzielenia konkretnej i jasnej odpowiedzi. Jednak nie raz, nie dwa, przekonałem się, że ludzie uważają inaczej. Nie wszyscy, na szczęście.
Dlaczego tak jest? Tego nie wiem. Ale zaraz się dowiem, tylko się zapytam.