wtorek, 23 lipca 2013

Teoria nie praktykuje, praktyka nie teoretyzuje...

- Kim jesteś?
-Twoim największym koszmarem, senną marą, uosobieniem wszystkich lęków. Bój się!
- Mama?!

***

Żarty na bok. Pora przejść do poważniejszego tematu.
Pozwól, że zadam Ci pytanie, drogi Czytelniku. Załóżmy, tak czysto teoretycznie (moi znajomi na sam dźwięk tych słów uśmiechają się z przekąsem), że jednego dnia w roku możesz kupić broń palną z jednym nabojem.
Twój problem polega na tym, że nie Ty jeden masz taką możliwość, ale wszyscy ludzie, nie tylko ci wokół Ciebie, dosłownie wszyscy.
I tu pojawia się moje pytanie: Komu przeznaczysz swój nabój? I czy możesz być pewny, że nikt nie przeznaczy swojego Tobie?
Popytałem kilku ludzi z mojego otoczenia, otrzymałem kilka ciekawych odpowiedzi. Pozwoliłem nawet posegregować sobie je na kilka kategorii, z racji tego, że się powtarzały.

Mam wyjebane
Nie, nie przeznaczę swojego naboju dla nikogo, zasłaniając się tym, że nie ja decyduję o życiu lub śmierci innych. A czy mnie zabiją? Taak, na pewno. Jest cała masa takich ludzi, w to nie wątpię.

Samobójca z powołania
A ja wpakuję tą kulkę sobie, zanim ktoś to zrobi za mnie...

Nałogowy gracz
Będę chodził i zabijał przypadkowych ludzi zabierając im ich broń. To pozwoli mi siać duże zniszczenie zadając stosunkowo mały damage. Nie, na pewno mnie nie zabiją, jestem nieśmiertelny, a poza tym najbliższy punkt respa jest niedaleko.

Anty Zosia Samosia
Ja niieeee wieeem. Ja w ogóle jeeestem jakiś guuuupiiii... Rodzice zabronili mi rozmawiać z nieznajomymi, a ja pana nieee znaaam. Bo będę krzyczał... Maaaaaaamoooooo!

Typ defensywny
A ja zaszyję się w domu i zastrzelę pierwszego, kto po mnie przyjdzie. Następni, widząc trupa, powinni już wiedzieć o co chodzi.

Nie odbiegający od średniej arytmetycznej
Zabiję osobę które mi się najbardziej do tej pory naraziła. Proste, prawda? Jednocześnie będę mieć naiwną nadzieję, że nikt nie zabije mnie.

W kupie siła
Dobra chłopaki. Zamiast każdemu po jednej broni z jednym pociskiem, zrobimy ściepkę na AK-47 i cały magazynek. Później zrobimy sobie wycieczkę do stolicy. Celem naszej wycieczki jest ten cyrk na ulicy Wiejskiej, a konkretnie ta banda klaunów. Chyba że, jeśli chcecie, rozstrzelamy pana premiera. I ewentualnie prezesa. To co, głosowanko?

Ksiądz
Moi wierni mnie kochają. Jestem święcie przekonany, że osłonią mnie murem gdy zajdzie taka potrzeba. Ale ten Kowalski to na pewno diabła w sobie nosi! I Nowacka też nieczyste bękarty w tym brzuchu inkubuje! Taak, to im i im podobnym są przeznaczone są ognie piekielne... Dobre to! Powiem tak na niedzielnym kazaniu!

Nie powiem, w której grupie znalazłem się ja. Uważam, że to zbyt oczywiste. Jestem także więcej niż pewny, że osoby które udzieliły mi odpowiedzi będą co najmniej oburzone po tym, jak zobaczą, do jakich kategorii zostały przypisane.

poniedziałek, 8 lipca 2013

Nihil novi

Ten tydzień był cudowny! Najlepszy tydzień w moim życiu!
Spotykałem się z dawno niewidzianymi znajomymi. Aktywny wypoczynek pod postacią licznych spacerów i wycieczek rowerowych, raz krótszych, raz dłuższych. Czasami samemu, czasami w towarzystwie. Ale nigdy bez satysfakcji.
Dostałem w końcu pracę. Może nie jest to szczyt moich marzeń, ale nie od razu Kraków zbudowano.
Przeczytałem wielce zajmującą książkę o upadłych aniołach, zapoznawałem się z wierszami Wiesławy Szymborskiej, zastanawiałem się nad... Nad wieloma rzeczami.
Gdy pewnego dnia, bodajże w środę rozpętała się naprawdę poważna burza, w myśl idei: inteligentny człowiek nigdy się nie nudzi, zachwycałem się niezwykle pasjonującym baletem błyskawic na wieczornym niebie, w akompaniamencie potężnego zestawu perkusyjnego pod postacią grzmotów. Prosta przyjemność dla kogoś takiego jak ja. Podziwianie potęgi przyrody pokazującej się z przerażającej i jednocześnie pięknej strony, budząc szacunek tak niewiele znaczącego (o ile nie nic) bytu jakim jest człowiek.
Zażegnałem wszelkie rodzinne spory których (wstyd się przyznać) nie raz byłem zarzewiem. Pogodziłem się z matką, poprawiłem stosunki z siostrą.
W sobotę odwiedziłem z dobrym kumplem nasze wspólne znajome z czasów kiedy to na nas można było mówić "gównarzeria". Były wspominki i nie tylko. Dowiedziałem się czym się różni rzeźnia od ubojni, dlaczego czopki są dobre na wszystko, co takiego fascynującego można znaleźć w foliowych workach przy drodze ... i wielu, wielu innych pasjonujących rzeczy, bardziej lub mniej związanymi z życiem codziennym.
W niedzielę w ramach kolejnej wycieczki rowerowej pojechałem na pobliski festyn, zupełnie niespodziewanie udało mi się załapać na występ kabaretu Łowcy. B. Idealne zakończenie tygodnia

***

A później się obudziłem. Ja. Mentalnie skapiały dziad w przepoconym podkoszulku, którego jedynymi produktywnymi zajęciami są dłubanie palcem w pępku i wlewanie w siebie kolejnych litrów gównianej jakości piwa z sieci sklepów nazwanej na cześć małego, nakrapianego stawonoga*.
Sprawa z pracą okazała się wielkim nieporozumieniem. "Popełniono błąd na linii przekazu informacji pomiędzy pośrednikiem a naszą firmą". Wie pani co? Gówno mnie to obchodzi.
Kłótnia z matką zaognia się do tego stopnia, że żeby wszyscy pozostali cali i zdrowi staram się nie przebywać w domu.
"Czytanie książek? Dobre sobie. Przecież to bezproduktywne marnowanie czasu", usłyszałem kiedy kolejna moja książka lądowała w koszu.
Całe szczęście, że znajomi, koledzy, koleżanki i przyjaciele nie są tutaj od początku do końca psychodeliczną ucieczką od gorzkiej prawdy. Gdyby nie oni, już dawno by mnie wynosili do hotelu w Rybniku w uroczym, doskonale skrojonym i twarzowym kaftaniku "na obserwację".
Nie wierzę w Boga. Wiara w niego burzy świat, który został zbudowany na solidnych kolumnach nauki które postawiono w naszych głowach podczas toku nauczania szkolnego. Tylko komu ja w takim razie mam dziękować za tych wszystkich ludzi którzy mają cierpliwość do mnie i chętnie mnie wysłuchają z moimi problemami?

*Dla mniej domyślnych: chodzi o biedronkę.