piątek, 26 grudnia 2014

Katharsis

Znowu się nazbierało. Jest tego wystarczająco dużo żeby zaczęło wyciekać przez pęknięcia w czaszce (czego skutkiem jest wylewanie mi się pewnych treści podczas zwyczajnej rozmowy) i jednocześnie za mało żeby uzbierać tego na jeden spójny i sensowny tekst. Zatem pobawmy się w doktora Frankensteina i stwórzmy potwora.
  • Do niedawna byłem po prostu leniwy i mało ambitny. Teraz jestem chory. Jak to się stało? Otóż z pomocą przyszła nauka XXI wieku tworząc termin prokrastynacja, odnoszący się do zaburzenia psychicznego polegającego na patologicznym odwlekaniu danych czynności. Niesamowite... Od jakiegoś czasu dzieci nie są tępe, tylko cierpią na dysleksję, nie są leniwe tylko są prokrastynatorami. Ciekawe jakimi jeszcze nowymi "schorzeniami" uraczą nas ci specjaliści... Niedługo tacy chorzy ludzie będą posiadać prawo ubiegania się o renty zdrowotne. To jakaś paranoja! Zamiast zająć się rozwiązywaniem naprawdę istotnych problemów, stwarzamy nowe i to tam gdzie ich nie ma. 
  • Od jakiegoś czasu przestałem miewać koszmary. Czy się z tego cieszę? Niespecjalnie. Teraz jest znacznie gorzej, schematycznie się powtarzające sytuacje w których pojawia się wciąż jedna i ta sama osoba nie dają mi poprawnie funkcjonować. Przedtem zasypiałem z obawą przed koszmarem. Teraz zasypiam z nadzieją na kolejny sen. To jest najgorsze, podchodzące pod masochizm podejście na jakie zdolny jest tylko ktoś taki jak ja. Demonie opuść to ciało!
  • Ciekawe jest to, jak ludzie nieraz na mnie reagują. Na przykład, pewnego wieczoru wracając ze spotkania ze znajomymi mój zmysł orientacji został poważnie nadszarpnięty pewną ilością napojów wyskokowych, w skutek czego miałem problemy z dotarciem do akademika. Chcąc jak najszybciej zmienić ten stan rzeczy postanowiłem się zapytać o  drogę pana który właśnie szedł przede mną. Więc podszedłem i zanim zdążyłem cokolwiek więcej zrobić facet się odwrócił, zrobił przerażoną minę na mój widok i uciekł. Więcej go nie widziałem. Czy jest we mnie coś strasznego? Widocznie coś jest, skoro znajdują się ludzie którzy się mnie boją. Ale co to jest? Słyszałem od niektórych znajomych, że to moje puste spojrzenie, takie czasem zupełnie bez wyrazu, uniemożliwiające odczytanie intencji. To proste, prawdopodobnie w tym właśnie momencie żadnych intencji nie ma. Ale pamiętam również pewną sytuację, kiedy to znajomy określił mój uśmiech mianem niepokojącego. Nie uśmiecham się: źle, uśmiecham się: też nie dobrze. Ludziom nie dogodzisz. 
  • Mój proces aklimatyzacyjny w akademiku zdaje się dobiegać końca. Szybko udało mi się poznać ludzi w których towarzystwie dobrze się czuję i jednocześnie jestem lubiany, a nawet szanowany, co nigdy wcześniej mi się nie przytrafiło. Do tej pory byłem w moim mniemaniu traktowany przez otoczenia raczej obojętnie, czasem wrogo. Teraz też oczywiście są ludzie którzy za mną nie przepadają, ale to są pojedyncze przypadki, trudne do uniknięcia. To normalne, nie da się upodobać wszystkim. Odkąd jestem na uczelni słyszę dość dużo opinii o tym jaki to ja jestem fajny, miły, koleżeński i otwarty na ludzi. Że roztaczam wokół siebie specyficzną, pozytywną aurę. Miło czasem usłyszeć coś takiego, ale boję się, że od zbyt dużej ilości takich miłych słów zacznie mi się przewracać we łbie. Całe szczęście są jeszcze w moim otoczeniu ludzie którzy lubią mnie trochę mniej i kilkoma złośliwymi uwagami wyrównują poziom słodyczy w moim życiu. Dzięki nim nie grozi mi cukrzyca. Co ja bym bez nich zrobił?
Już mi lepiej. Teraz mogę odetchnąć po opróżnieniu zbędnych myśli które ciążyły mojej głowie jak uciążliwy kac morderca. Katharasis osiągnięte. Można w spokoju dopić browarka i zaplanować sobie kolejne dni.

środa, 3 grudnia 2014

Apel?

Koniec! Skończyło się! Od dziś jestem totalnym chamem i skurwysynem. Byłem za dobry dla ludzi bo tak mnie wychowano. Niektórzy się ze mną zżyli, niektórzy za bardzo, a jeszcze inni mimo mojej woli.
Teraz niemym krzykiem w głuchym milczeniu i pełnym złości grymasie obojętności obwieszczają całemu światu, że cierpią.
Gratulacje! Udało wam się udowodnić mi, że do mojego apogeum złości jest jeszcze daleko. Cały mój wrodzony i latami trenowany, niewyczerpalny spokój szlag trafił.
Ten chory egocentryzm schowany za słodkim uśmiechem i podpisany "Naprawdę wszystko w porządku, nic się nie stało", proszę was, ile można? Każdy jest po części egoistą, to naturalne. Ale nikt nie jest wyjątkowy na tyle, żeby uważać, że to on cierpi najbardziej. Czy ktoś kiedykolwiek słyszał o empatii?
Odkryłem niedawno w sobie niezwykłą zdolność do zadawana bólu innym, Bogu ducha winnym ludziom. Kiedy właśnie będąc taki jak zawsze, wróć, przeważnie, czyli (przynajmniej w moim mniemaniu, jeśli ktoś się ze mną nie zgadza to niech to powie) miły i pomocny, moje zachowanie zostaje poddane silnej nadinterpretacji. Pozwoliłbym sobie w tym momencie na podanie analogii umożliwiającej zobrazowanie podanej sytuacji aby była czytelniejsza dla osób postronnych, ale obawiam się że znów zostanę źle zrozumiany i okrzyknięty "tym złym".
Nie mam zamiaru się tłumaczyć, nie chcę żeby ludzie się pytali co się stało, nie chce mi się tłumaczyć, mam to gdzieś.
Znudziło mi się bycie miłym, zastanawiam się jak długo wytrzymam udając kogoś innego. Dlaczego to robię? No właśnie. Nie chcesz czegoś widzieć, zamknij oczy, nie chcesz słyszeć, zasłoń uszy. Nie chcesz żeby inni się kaleczyli o ciebie, wyjdź z pokoju.
W nocy, przed snem zastanawiałem się, czy nie tęsknię przypadkiem za czasami kiedy nie należałem do żadnej grupy rówieśniczej, siedząc na uboczu zastanawiałem się co takiego fajnego jest w byciu z innymi ludźmi. Kiedy się w końcu dowiedziałem, dochodzę do wniosku, że człowiek zawsze chce tego, czego w danej chwili nie może mieć.
Na dzień dzisiejszy, miałem ambitne plany. Aktualnie się zastanawiam, czy pozostanie wieczorem i posprzątanie w końcu pokoju nie będzie lepszym wyjściem. A może jestem za bardzo podatny na sugestie?
Nieważne. Zrobię to co będę musiał, co będę uważał za słuszne. Zestawię ze sobą wszystkie "za" i "przeciw" danych rozwiązań i wybiorę najbardziej optymalne pod kątem ofiar w ludziach.


sobota, 29 listopada 2014

Co mi jest?

Dużo się ostatnio działo, dawno nie pisałem. Następny post miał opisywać mój proces aklimatyzacyjny w akademiku, ale...
Kilka dni temu kilka osób zauważyło, że coś ze mną nie tak. Kiedy na przekór sobie zapewniałem, że wszystko w porządku nikt oczywiście nie wierzył i ktoś wysnuł hipotezę która zadowoliła wszystkich. Byłem trzeźwy.
Ale nie. To było coś innego. Teraz mniej więcej już wiem co.
Kiedy powoli zdawałem sobie sprawę z tego, że nie wszyscy ludzie wokół są gotowi nieść pomoc innym, że są osoby które zdają się delektować krzywdą innych lub nieświadomi wzajemnych między sobą relacji niszczą drugiego człowieka, zacząłem się wewnętrznie gotować. A kiedy dodatkowo uświadomiłem sobie, że ja również mogę się zaliczać do tej grupy ludzi wcale nie poczułem się lepiej. Ale to jeszcze nie było to. Najgorsze miało dopiero nadejść.
Kiedy w bodajże w czwartek, podczas ciężkiego powrotu do domu czułem jak na wzór wydobywającej się z krateru wulkanu materii piroklastycznej kipi ze mnie nieopisana złość, czułem jak prawie krystalizuje się pod postacią ciężkiego przedmiotu w prawej dłoni i ostrego w lewej.
Równocześnie się bałem, że jeszcze spotkam kogoś i tracąc resztki zdrowego rozsądku zrobię coś głupiego i nieodpowiedzialnego.
Resztkami silnej woli zaciskając zęby stłumiłem to w sobie na tyle żeby dojść spokojnie do celu podróży, nie szukać zaczepki w akademiku i położyć się spać.
Udało się, połowicznie. Doszedłem do pokoju, jednak czekała mnie kolejna nerwowa noc, przerywana kilkom krótkimi sennymi koszmarami. W sumie spałem może koło trzech godzin.
Mówią: masz jakiś problem, prześpij się z nim, przejdzie.
Ja natomiast mam dziwne wrażenie, że z każdą koleją nocą jest jeśli nie tak samo, to jeszcze gorzej. Powinienem wyjść do ludzi, zapomnieć lub chociaż spróbować zapomnieć o tej burzy. Zrobić uśmiechniętą minę, pokazać że wszystko w porządku i nie ma się czym przejmować. Ale chyba już nie potrafię.
Nawet rzeczy które zwykle poprawiały mi humor przestają działać.
Czy ktoś mi pomoże? Albo chociaż odważy się spróbować?

czwartek, 6 listopada 2014

Nieme wyznanie

Znowu. Chcę użyć słowa, którego boję się użyć ze względu na jego powagę i szacunek którym je darzę. To niewątpliwie Twoja wina. Nie, może raczej zasługa.
Kiedy podziw miesza się ze strachem w jedno dziwne, nieopisane i nieznane mi uczucie. Nieistotne, że widuję Cię tylko czasem na uczelni. Ukradkiem patrząc w Twoją stronę podziwiając Twoją urodę, marzę o tym, żeby nasze spojrzenia się na chwilę spotkały, jednocześnie bardzo się tego bojąc.
Nie zamieniłem z Tobą nawet słowa, choć w czasem w bezsenne noce układam scenariusze naszych rozmów, tworząc sobie w ten sposób wyidealizowany przeze mnie obraz Twojej osoby.
Co z tego, że Twoja uroda wywołuje u mnie dziwne nieopisane dreszcze, że podziwiam dosłownie każdy centymetr twojego ciała, co z tego, że śnisz mi się po nocach...
Widzę w Tobie ideał, ikonę, świętość której nie ośmieliłbym się skalać choćby dotykiem.
Ale co z tego, kiedy boję się podejść, porozmawiać, powiedzieć zwykłe "cześć", głupio pogadać o pogodzie.
Może się okazać, że żyjąc poniekąd obok siebie nigdy się nie poznamy, a ja nigdy nie powiem Ci tego, co tu napisałem.
Znowu to zrobiłem. Pod wpływem chwilowej słabości, impulsu, rozlałem się na klawiaturze tworząc to, co zaśmieca mój miejscami przegnity umysł.
No trudno.

czwartek, 9 października 2014

Tydzień z głowy

Siedzę w parku. Nie, park to złe słowo. Kilka ławek, krzaczek i szczypta drzewek. Palę papierosa i dla podbicia kontrastu czytam książkę zatytułowaną "Nieśmiertelność" autorstwa doktora Andrzeja Szczeklika. Tak, jestem uzależniony. Czytam nawet kiedy palę papierosa...

***

Ten czas minął jak z bicza strzelił. Czas na małe podsumowanie i garść refleksji.
Dla przypomnienia: jestem studentem pierwszego roku na kierunku pedagogika ze specjalnością resocjalizacja. Na roku jest około 115 studentów. Chyba. W każdym razie więcej niż setka. Z czego większość to oczywiście przedstawicielki płci pięknej. Przytłaczająca większość. Dumnych reprezentantów mężczyzn jest siedmiu. Znajomy stwierdził, że na każdy dzień tygodnia moglibyśmy się umawiać z inną dziewczyną.
Tu trzeba nadmienić, że dawno nie widziałem tyle piękna w jednym miejscu. Samo to, że użyłem tego magicznego słowa na "P" powinno dawać do myślenia, bo to jest jedno z tych słów w moim słowniku, o których uważam, że zbyt często używane tracą na wartości, dlatego nie nadużywam ich. Ostatni raz użyłem go, żeby nie skłamać, ponad rok temu. A względem dziewczyny jeszcze dawniej.
Ale wróćmy do meritum. Ludzie z którymi będzie mi dane spędzić te, mam nadzieję, najbliższe lata są mili, przyjaźni i ufnie nastawieni do innych. Sama uczelnia, cóż... Nie jest tak źle. Odniosłem wrażenie, że organizacja praktycznie wszystkiego pozostawia wiele do życzenia. Przykład? Proszę bardzo. W ciągu tego tygodnia plan zajęć był zmieniany trzy razy. Nie zwróciłoby to tak mojej uwagi gdyby nie fakt, że musiałem zapisać się na lektorat z języka obcego i ćwiczenia z WF-u. Po zapisaniu się na wymagane zajęcia plan uległ zmianie i musiałem cofać wcześniejsze wybory. Zadowolony z siebie że udało mi się to załatwić w terminie, kolejnego dnia się dowiedziałem o kolejnej zmianie. Tym razem okoliczności nie były dla mnie tak sprzyjające, ponieważ system internetowy w którym dokonywano zapisów był już zablokowany. Informatyk jednak udowodnił mi, że się mylę. Szast prast, system odblokowany. Mimo wszystko nie udało mi się Zapisać na WF. Ale to już moja wina, pogubiłem się na stronie do rejestracji.
Dalej. Wykładowcy i same wykłady. Nie mam tu nic do powiedzenia. No, może z wyjątkiem wykładowcy filozofii, który miejscami staje się drobiazgowi i z ciekawego przedmiotu zrobił coś, co swoim wartkim tempem, zwrotami akcji, ciekawostkami i humorem jest na poziome kazania proboszcza z małej wiejskiej parafii, który czasem nie zdaje sobie sprawy z tego, że ma nauczać, a nie prowadzić monologi.
Widać, że próbuje nawiązać z nami jakiś kontakt, choć wychodzi mu to różnie. Mimo wszystko, mam nadzieję, że może jeszcze być ciekawie a sam wykładowca jeszcze będzie w stanie nas wszystkich zaskoczyć. Na razie nie jest optymistycznie, jedyne co wyniosłem z wykładu, to odbite na policzku ślady z notatek, historyjkę o psie sołtysa i fakt, że górale znają trzy rodzaje prawdy. Jakie, nie muszę chyba tłumaczyć.
Na przeciwległym biegunie jest wykładowca wstępu do psychologii. wykład ciekawy, fajnie poprowadzony, z licznymi ciekawostkami i przerywnikami. Najczęściej wykorzystywane zwierzę w eksperymentach psychologicznych? Student.
Lektorat z angielskiego. Pani magister swoimi pierwszymi skierowanymi do nas słowami w pewnym sensie nas uspokoiła, choć duma niektórych z pewnością uległa nadszarpnięciu:
- Nie oszukujmy się, poziom opanowania porażającej większości z was jest z pewnością godny pożałowania, więc nie będę od wa wymagać nie wiadomo czego...
Kilka słów o dziekanacie? Proszę bardzo. Byłem przygotowany na to, co po części dostałem. Po indeks i legitymację stałem w kolejce około czterech godzin.
Wszyscy znają stereotypowy obraz dziekanatu i ludzi w nim pracujących: Wielka odlana ze spiżu brama, z klamką na wysokości kilku metrów. Nad nią napis: Lascinate ogini speranza, voi ch'entrate.
Za tymi drzwiami, w przytłaczającymi swoim ogromem i ponurą atmosferą sali, za marmurowym, rzeźbionym biurkiem siedzi posępnie wyglądająca kobieta, z wielkimi kłami i przekrwionymi oczami. Po spojrzeniu widać, że jest w stanie rozerwać na strzępy każdego, kto ośmieli się ją wyrwać z błogiego stanu nicnierobienia...
Trzy stadia uprzejmości ludzi z dziekanatu?

  1. - Na pierwszym roku: Czego?!
  2. - Na trzecim roku: Dzień dobry, w czym mogę pomóc?
  3. - Na piątym roku: Witam pana magistra!
A jak wyglądało to u mnie?
- Czemu się pan tak denerwuje?
- Wykład mi się już zaczął.
- Teraz jest pan u mnie, nic panu nie grozi. proszę się uspokoić. Takiej muzyki pan słucha (byłem w koszulce AC/DC) a taki pan podenerwowany...
Druga wizyta była znacznie ciekawsza. Zaskoczyło mnie to niezwykle entuzjastyczne przywitanie:
- Ooo, witam pana z AC/DC! W czym mogę pomóc?
Kolejny punkt programu. Akademik. Miejsce pełne niespodzianek, przygód, ale też i niebezpieczeństw, spowite mgłą niepewności, mitów i fascynujących historii rodem z baśni Andersena. Rzeczywistość? Ludzie z późniejszych lat piją we wszystkich możliwych miejscach, śmieją się, dowcipkują, a pierwszaki niepewni jutra siedzą w pokojach na krzesłach nerwowo kiwając się w przód i tył powtarzając w kółko drżącym głosem: "Co ja tu robię, co ja tu robię?..."
Dostałem pokój, dwójkę. Tak jak się spodziewałem. Myślałem tylko, że słowo dwójka odnosi się do liczby mieszkańców pokoju, a nie do metrażu.
Po ścianach widać, że żarty o studentach zdrapujących tynk ze ścian z braku alternatywnego urozmaicenia diety nie są do końca wyssane z palca.
W pokoju jestem sam, wszyscy moi najbliżsi sąsiedzi, to sąsiadki. Nie spotkałem na korytarzu ani jednego faceta, chyba że to gość którejś z dziewczyn.
Z nudów czasem gadam sam do siebie, cisza była nieznośna, do momentu aż zacząłem za nią tęsknić, kiedy jedna z sąsiadek odkryła, że jest reinkarnacją Wioletty Willas.
Także siedzę w tej klitce, czytam, słucham muzyki przez słuchawki choć częściowo próbując zagłuszyć dochodzące zza ściany wysokie tony.
Kiedy to piszę, ktoś wchodzi. Widzę, że jednak będę miał towarzysza niedoli...

czwartek, 21 sierpnia 2014

Śmietnik

Zamierzam tu wrzucić garść niewykorzystanych fragmentów postów, którym nie dane było ujrzeć światła dziennego. Z przeróżnych powodów. Od braku czasu, poprzez brak weny na lenistwie kończąc. Niedokończone a czasem nawet nie zaczęte myśli.
  • Ze wszystkich cech charakteru jakimi mógłbym być obdarzony, ktoś u góry wybrał tylko te złe. Wyobrażam sobie, jak podczas poważnej konferencji/zebrania zarządu nasz Wielki Projektant przedstawia mnie jako swój nowy koncept: "...a temu tutaj zafundowałem takie cechy jak lenistwo, niefrasobliwość, nieporadność, obojętność... słowem cały ten bajzel który powstał w wyniku błędnych obliczeń podczas projektu o kryptonimie "Stwarzane", a z którymi nie było co zrobić. Czy jesteście państwo tak samo ciekawi jak ja, jak nasz pupilek sobie z tym poradzi?..."
  • Może znajdzie się ktoś, kto pamięta jak opisywałem pewną sytuację z czasów technikum, mianowicie kiedy to koleżanka opowiadała na forum klasy co ją we mnie denerwuje. Zastanawiałem się niedawno, co by było gdybym wtedy odpowiedział na jej salwę ogniem ze wszystkich dział. Co bym jej powiedział?...                                                                     "Twoje wyłupiaste oczy i rechoczący śmiech przywołuje bardzo jednoznaczne skojarzenie z jakimś płazem. Jednak twoja figura, a właściwie jej brak, spiczasty nos i chude jak patyki kończyny przywodzą na myśl raczej komarzycę. Smętnie wiszące z czubka głowy włosy, sprawiające wrażenie jakby chciały stamtąd uciec... zrób coś z nimi. I zakryj te czoło wielkości płaskowyżu. Drażni cię mój śmiech? Mnie drażni to, jak przedmiotowo traktujesz swoje najbliższe koleżanki. Po twoim zachowaniu na co dzień można łatwo dojść do wniosku, że według ciebie są modnym dodatkiem pasującym do twojej jędzowatej osobowości..."               Et cetera, et cetera. Mógłbym tak godzinami. Naprawdę jej nie lubiłem.
  • Czy koś może potrafi dostrzec podobieństwa w tak skrajnych emocjach jak miłość i nienawiść? Mnie, przynajmniej w moim mniemaniu się udało (wkraczam na niepewny grunt).   W obu przypadkach zmienia diametralnie się obraz otaczającego nas świata. Przestajemy postępować racjonalnie. Zarówno miłość (w przypadku gdy jest to uczucie toksyczne) jak i nienawiść są w stanie zrujnować nam życie. Czy ktoś dorzuci coś od siebie?
  • Siedząc na przystanku zauważyłem ciężarówkę. Na jej naczepie był kontener z dużym, kolorowym napisem: "Ola - trans". Skłoniło mnie to do przemyśleń nad niektórymi znajomymi.
  • Przeglądałem stare zeszyty z czasów technikum. A właściwie ich ostatnie strony, te bowiem zawsze maja najciekawszą zawartość względem reszty zeszytu. Co znalazłem? Przeróżne rzeczy. Pierwsze posty, które pisałem z nudów na lekcjach, przerwach i w ogóle w każdej możliwej sytuacji. Były też rysunki. Kopie rysunków Sławomira Mrożka, odręczne plany szkoły, rysunki osób za którymi nie przepadałem... szczególnie jeden wywołał u mnie uśmiech. Przedstawiał chłopaka leżącego w kałuży krwi, podpisanego na czole imieniem osoby za którą nie przepadałem, z masą strzał sterczącą z pleców i tabliczką z napisem "Persona non grata - niemile widziana szmata" wbitą w miejsce, gdzie kończą się plecy a zaczynają nogi. To zabawne, ale teraz, po tych kilku latach, polubiłem tą osobę i chętniej poszedłbym z nią na piwo, niż umieszczał tabliczki w miejscach na jej ciele w których ich być nie powinno.
  • Dlaczego do piekła wiedzie autostrada, a do nieba strome schody? Czyżby grzeszników było więcej i aby usprawnić ich przepływ wybudowaną piękną, szeroką dwupasmówkę? Droga jest prosta, komfortowa, bez ograniczeń prędkości, kontroli radarowych, bramek do poboru opłat  i tym podobnych rewelacji. Wystarczy wsiąść do podstawionej bryki, w której nieraz siedzi uśmiechnięty szofer i nic nie robić. Do nieba natomiast nie wystarczy chcieć się dostać. Potrzeba trochę, a nawet trochę więcej wysiłku, żeby tam trafić. A u szczytu schodów i tak stoi bramkarz jak przed modnym klubem i selekcjonuje wchodzących. Ale nie zawsze tak jest. Polska myśl techniczna jest niezwykle płodna w nowe pomysły, o czym można się przekonać słuchając refrenu tejże melodii.                                                                                             Co to było? Wyniki rozmyślań napędzonych dobrym towarzystwem i piwem, ot co.

To by było tyle. Jakbym chciał umieścić tu wszystkie tego typu rzeczy, zajęło by to zbyt wiele miejsca. I czasu. Skompletowanie "materiałów" do tego postu zajęło mi około pół roku. Mam zwyczaj zapisywania niektórych myśli, więc zazwyczaj mam przy sobie kartkę papieru i długopis, a odnalezienie tych wszystkich kartek jak widać trochę mi zajęło. 
Może kiedyś, jeśli znów skumuluje się podobna ilość odprysków, zdecyduję się je ponownie umieścić na blogu pod podobną do tej postacią. Może.

niedziela, 10 sierpnia 2014

Proroczy sen?

Zawsze miewałem dziwne sny, zdążyłem do tego przywyknąć. Nigdy nie zawracałem sobie głowy ich fachową interpretacją. Wolałem sam zastanawiać się nad tym co dany sen może oznaczać nie posiłkując się żadną fachową literaturą.
Ale kiedy budzisz się godziną po zaśnięciu zlany potem i boisz się ponownie zasnąć, a rzeczy widziane we śnie wywołują odruch wymiotny to ewidentnie coś jest nie tak i trzeba się temu bliżej przyjrzeć...

***
Nie wiem który jest rok. Właśnie trwa Trzecia Wojna Światowa. Nie wiem z kim walczymy, to cud, że jestem tu gdzie jestem, bo zabroniono mi brania udziału w działaniach na froncie. Ukradłem jakąś broń (wyglądała dziwnie znajomo, kojarzyłem ją z gry, zaskakująco prosta, strzelająca czymś w rodzaju wiązki energii będącej w stanie jednym strzałem rozerwać wszystko na kawałki) i poszedłem przed siebie z jakąś grupą ludzi w tylko im znanym kierunku. Ogólnie byliśmy nawet dobrze uzbrojeni, więc byliśmy raczej pewni siebie.
Nagle zostaliśmy otoczeni przez olbrzymią armię czegoś, co przypominało skrzyżowanie androidów, czołgów i ludzi. Zauważyłem, że można je podzielić na trzy klasy pod względem uzbrojenia i opancerzenia. Nie minęło więcej niż dziesięć sekund, z naszej naprawdę sporej grupy zostało pięć osób. Schowani za kawałkiem ściany, trzęsący się ze strachu, nie wiedzieliśmy co zrobić. Jeden z nas majaczył przedśmiertnie, miał wyrwane obie nogi. Popatrzyłem na swoją broń, zostały mi trzy strzały do wyczerpania zasilania. Wybrałem trzy największe cele, czworonożne czołgi wielkości autobusu, wymierzyłem...
Migawka. Jestem w jakimś ciasnym pomieszczeniu, siedzę na pryczy. Szybko dotarło do mnie gdzie jestem. Obóz koncentracyjny.
Nie było jedzenia, nie było wody. Jedyna woda jaką mieliśmy, to przefiltrowany przez specjalne urządzenie mocz. Z jedzeniem więźniowie też sobie radzili. Wystarczyło, że któryś ze współwięźniów był za słaby żeby się obronić. Widziałem jak w celi obok rozrywali jednego na kawałki. Nie chciał jeść, nie miał już siły.
W celi razem ze mną siedział Anglik (jak się dowiedziałem później z rozmowy potomek jakiegoś klanu szkockiego w którym panowała tradycja, że pierworodny syn idzie do wojska), Niemiec, Rosjanin i drugi Polak. Rozmawialiśmy po angielsku, z Rosjaninem łamanym polskim. Z rodakiem nie było żadnego kontaktu. Cały się trząsł leżąc na podłodze skulony w pozycji embrionalnej, płakał jak dziecko, jęczał coś że po niego idą, że to koniec, że wszyscy zginą i że nie ma nadziei.
Niemiec wyciągnął jakieś plany, szkice i tłumaczył czym są żołnierze wrogiej armii. Dowiedziałem się, że to w większości humanoidy z ludzkimi mózgami zamiast typowych procesorów. Ale skąd oni wzięli taką liczbę w pełni sprawnych mózgów? Tego też się dowiedziałem. Zawsze pół żartem mówiłem "Nie pytaj, bo jeszcze ktoś ci odpowie". Jeszcze nigdy tak boleśnie nie przekonałem się o sile tych słów...
Jak się dowiedziałem, w kącie każdej celi było małe urządzenie służące do badania aktywności fal mózgowych. Wystarczyło przyłożyć oczy do czytnika, nic bolesnego. Cała procedura trwała około trzech sekund. Obok jednak było coś dużo gorszego. Łóżko, całe czarne od zaschniętej krwi, w miejscu gdzie trzyma się głowę było coś w rodzaju skomplikowanego chwytaka. Przywodził na myśl mechaniczną ośmiornicę, która na każdej z macek ma zestaw noży, skalpelów i kleszczy. Już wiedziałem jak to działa. A chwilę później miałem to zobaczyć...
Szczęknął zamek. Zdążyłem tylko szturchnąć Niemca żeby schował papiery za które mogliśmy zginąć. Wszedł wysoki mężczyzna, w towarzystwie dwóch androidów. To musiał być nadzorca obozu albo jakaś inna wysoka szczeblem osoba. Schludny ciemnozielony mundur ze złotymi przeszyciami. Na piersi medale, białe rękawiczki, elegancka laska w dłoni. Broni nie nosił. Nie musiał. Nie mam pojęcia w jakim języku mówił, wszystko jednak rozumiałem. Rozejrzał się po pomieszczeniu, wzrok zatrzymał się na każdym z nas na chwilę. Kiedy patrzył na mnie dziwnie się uśmiechnął. Na Anglika patrzył najdłużej. Po chwili kiwnął w jego kierunku głową i rozkazał: Rozstrzelać. Nawet nie kłopocili się z wyprowadzeniem go na zewnątrz.
Drugi Polak zaczął krzyczeć, coraz głośniej i głośniej. Widać było, że wojskowego to wybitnie denerwowało. Tym razem nic nie powiedział. Androidy wzięły więźnia pod barki, położyły na łóżku, przywiązały pasami.
Zauważyłem, że nie zabrali mi broni. To było dziwne. Został mi jeden strzał. Miałem wybór:
  • Strzelić do wojskowego, ale to nic by nie dało. zaraz by przysłali następnego, a moich współwięźniów zabiliby w najokrutniejszy z możliwych sposobów.
  • Zabić rodaka, żeby skrócić jego cierpienie
  • Strzelić sobie w głowę
Nie zrobiłem nic. Bałem się. odwróciłem się głową do ściany, zamknąłem oczy, zatkałem uszy. Nic to nie dało. Krzyk był tak głośny, jakby to nie krzyczał ktoś obok mnie, ale ktoś w mojej głowie. Obok krzyku usłyszałem w głowie spokojny głos, domyślałem się czyj: "Nie ma się czego bać, dostał sporą dawkę morfiny, tak naprawdę go nie boli".
Pewnie. A krzyczał żeby umilić sobie czas.

***
W tym momencie się obudziłem. Jakąś godzinę siedziałem skulony przed łóżkiem, nie obyło się bez wizyty w łazience. Byłem, dalej jestem zszokowany tym co mi się śniło.
Mimo ze sen się nie powtórzył i nie śniło mi się nic więcej, wiedziałem, że przeżyłem w tamtym miejscu jeszcze trzy dni. Obóz był zbiorowiskiem ludzi, nie, bardziej obiektów. Używano ich do tworzenia armii androidów wyrywając mózgi, wcześniej skanując i oceniając ich przydatność. Ci którzy się nie nadawali byli poddawani przeróżnym eksperymentom.
Kryłem współwięźniów, nie pamiętam w czym, ale wiem, że to robiłem. Wiem też, że ten wojskowy chciał mnie przeciągnąć na swoją stronę. Mówił, że jest pod wrażeniem mojej siły ducha, spokoju i opanowania, że potrzebuje takich ludzi. Niełatwo się domyśleć, jaka była moja odpowiedź. Tego dnia mnie zabili.
Pora na interpretację:
Kiedy śni się wojna, oznacza to w tym przypadku, że dowiem się czegoś strasznego o kimś mi bliskim, a wśród moich przyjaciół wybuchnie poważna kłótnia o nieprzewidzianych skutkach.
Dostanie się do niewoli - Spotkam przeciwnika z którym starcie mnie przerośnie.Samo wyruszenie na wojnę oznacza, że aktualne moje problemy mnie po prostu zmiażdżą, nic mi się nie uda.
Pobyt w więzieniu oznacza, że osoba którą cenię, a nawet kocham mnie rozczaruje.
Kiedy widzę śmierć, oznacza to że nie powinienem się przejmować losem innych, odciąć się, odpocząć.
Moja śmierć we śnie może oznaczać dwie rzeczy: długie i szczęśliwe życie, albo ostatnie ostrzeżenie przed nieuchronnie się zbliżającą katastrofą.
Nie ma co, przyjemna zapowiedź najbliższych miesięcy.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Hard survival, czyli jak przeżyć we własnym mieszkaniu

Z pamiętnika mieszkańca bezludnego mieszkania:

Sobota - trzeba ustalić plan działania. Czym się będę żywić, czym zajmować. Tak, zapiszę sobie plan całego tygodnia, zrobię niezbędne przygotowania. Bez tego ani rusz, a po całym tygodniu w sobotę sobie odpocznę spotykając się ze znajomymi. Tak, to już jest jakiś plan. Co tam w lodówce... nie jest tak źle. Trzeba jeszcze zrobić drobne zakupy i będzie gitara.

Niedziela
- Jest źle. Już drugiego dnia przyłapałem się na rozmowie ze swoim odbiciem w lustrze. Strasznie tu pusto. I bez względu na to jak głośno gra muzyka - cicho.

Poniedziałek - Spotkałem znajomego podczas załatwiania pewnych spraw. Nawiązał się dialog:
- Cześć, co tam u ciebie? Dawno się nie widzieliśmy
- Aa, tak. Racja. U mnie? W porządku. Sam w mieszkaniu, także wiesz, nie nudzę się.
- O, to ciekawe. Dlaczego kulejesz? Coś ci się stało w nogę?
- To? Nic poważnego. Życie wyślizgnęło mi się z rąk i przygniotło mi stopę. Nie byłem w stanie utrzymać tego ciężaru. Codzienność mnie przytłacza...
- Ale ty poważny się zrobiłeś. Muszę spadać, miłego dnia. Trzymaj się. I swoje życie też, bo za drugim razem może ci połamać nogi.

W ciągu kolejnych trzech dni nie działo się nic istotnego. Mieszkanie powoli dziczeje. Ja razem z nim.

Piątek - Trzeba odpocząć od tego wszystkiego. To znaczy od tego "niczego". Były plany, dużo planów: wszystko zawaliłem. Podsumowując tydzień, to cud że żyję. Teraz sobota i niedziela, to jakoś się prześlizgniemy.

Sobota - Nigdy więcej. To było straszne. Boli mnie głowa, przed oczami mam mroczki. Pokój wygląda jak pobojowisko, łazienka przypomina mi to o czym chciałbym zapomnieć a o czym zapomnieć nie pozwala tępy ból głowy. Może coś zjeść? Trochę trochę ryzykowne. A co mi tam, nie ma ryzyka nie ma zabawy.
Telefon. Kolega dzwoni. Krótkie zdanie, trzy słowa, a sprawiły że zakręciło mi się w głowie i w żołądku jednocześnie: "Idziemy na piwo?". Rozłączyłem się bez słowa, bo podobno milczenie jest bardziej wymowne.

W  niedzielę się śpi albo odpoczywa. Więc mam podstawy sądzić że sąsiad zgłupiał na starość klupiąc młotkiem po wszystkich powierzchniach płaskich swojego mieszkania.

Poniedziałek - Bierzemy się w garść. Trzeba ogarnąć. Może coś ugotujemy?...
Wbrew pozorom lubię sprzątać w mieszkaniu. Wystarczy że będą spełnione następujące warunki:

  • ma być pusto w mieszkaniu, 
  • ma być włączona dobra muzyka i nic nie może mnie rozpraszać. 
  • No i muszę zacząć. To jest najtrudniejsze.
Ale udało mi się, w mieszkaniu lśni jak nigdy, obiad ugotowany na trzy dni, zaplanowany na dwa kolejne, zakupy zrobione. Nawet dobrze się podczas tego bawiłem... Słowem zrobiłem wszystko to, na co nie znalazłem motywacji przez cały tydzień. I zdążyłem jeszcze się zdrzemnąć przed pracą.

Wtorek - Tęsknię za nimi. Nawet za tymi kłótniami z matką i przekomarzaniem z siostrą. Zaskakujące, nigdy nie przypuszczałem że będę tęsknił jedyną rzeczą na świecie która jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. A jednak. Sam siebie czasem zaskakuję.

Środa - Dziś wolne. W pracy coś się zepsuło i moje stanowisko stoi. Fajnie. Wypłata na tym ucierpi, ale przynajmniej się wyśpię. Zrobię sobie maraton filmowy. Jest kilka filmów które zawsze chciałem obejrzeć a na które nigdy nie miałem czasu, pomimo faktu że wolnym czasem mogłem sobie tapetować pokój.

Dziś jest czwartek. Matka z siostrą wracają w poniedziałek. Będę wtedy w pracy, nie pomogę więc przy rozpakowywaniu skarbów przywiezionych ze wsi.
Nie mogę się tego dnia doczekać.

W piątek miałem nieprzyjemną pobudkę. Młotki, wiertarki i tym podobne rewelacje dały o sobie znać ze zdwojoną siłą. Jakby wszyscy majsterkowicze z powołania związani w jakiejś koalicji doszli do wniosku, że pora urządzić sobie meeting u sąsiadki z góry. Przestali około południa. Lepiej późno niż wcale.
Zdecydowałem się pójść w końcu do lekarza ogólnego. Po chwili spędzonej w poczekalni na podziwianiu urody nieznajomej dziewczyny zostałem zawołany do gabinetu. Pani doktor mnie zbeształa mówiąc, że jestem niewychowany prosząc o skierowanie na podstawowe badania diagnostyczne. Wróciłem do domu, zrobiłem porządny obiad, posprzątałem w mieszkaniu...
Zastanawiałem się nad sobotą. Może tym razem się uda.

Sobota - Wcale nie jestem zaskoczony. Znowu się nie uda. Tego coś boli, temu się nie chce, tamten się boi... Nic to, przynajmniej nie muszę się śpieszyć i mogę zostawić wszystko tak jak jest. Siedzę sobie przy komputerze, trochę rozgoryczony bezproduktywnie spędzam resztę dnia. Bo już niewiele go zostało.
Telefon dzwoni. Kolega, stęsknił się? Mówi, że zaraz będzie. Spoko, nie będę siedział sam.
Dzwonek do drzwi. Cholera, kogo znowu niesie. Czyżby już był? Patrzę przez wizjer i nie wiem czy to ze zmęczenia, czy z jakiegoś innego powodu sylwetka osoby po drugiej stronie drzwi mi nic nie mówi. W pierwszej chwili myślałem, że to sąsiadka przyszła się poskarżyć na głośną muzykę. Jakże byłem mile zaskoczony kiedy się okazało, że mam gościa. W drzwiach stała moja dobra znajoma witając mnie miłym dla oka uśmiechem. Chwilkę później wychylił się kolega. Zaprosiłem ich do środka, lekko zszokowany, trochę skołowany i zawstydzony nieładem panującym w mieszkaniu. Dlatego nie przepadam za takimi sytuacjami. Dziwne uczucie, kiedy rozdrażnienie, szczypta złości, pozytywnego zaskoczenia i szczęścia łączą się w jedno.
Po chwili przyszedł kolega, towarzystwo się dopełniło. Chwilkę posiedzieliśmy wspólnie, pogadaliśmy, pośmialiśmy się. Niestety, znajoma musiała uciekać i 75% dobrego towarzystwa nam ubyło, bo jeden z kolegów również się zabrał, tłumacząc się jutrzejszym dniem.
Najlepsi zostali do końca. Sobota skończyła się o czwartej nad ranem.

Natomiast niedziela poszła jak z bicza strzelił. Doszedłem do wniosku, że najwyższy czas wstać z łóżka koło pierwszej po południu. Coś zjeść, posprzątać i wcześnie położyć się spać, bo nie wiem czemu czuję się wyssany z życia.

Ostatni dzień samotności. Dziś poniedziałek. Wspominam cały ten okres. Było fajnie. Ciężko, ale fajnie. Ale stęskniłem się za resztą domowników. Jak wrócę z pracy to się z nimi zobaczę. W końcu.
Motywem dnia jest Cells. Będę sobie nucił w pracy.

sobota, 14 czerwca 2014

Finish him!

Niecałe trzy lata temu, podczas wakacyjnego pobytu u rodziny na wsi, stanąłem do nierównej walki z moim dotychczasowym wrogiem. Byłem głupi, sprowokowałem go. Myślałem, że jestem silny, że dam radę i nie ulegnę jak większość osób które przegrały starcie z nim. Myliłem się.
Teraz tego żałuję. Nawet bardzo. Ale postanowiłem, stanę do tego pojedynku jeszcze raz. A jak się nie uda, to jeszcze raz. I kolejny. Aż odniosę zwycięstwo, z miażdżącą przewagą. Tak, zetrę go w proch, nie pozostanie po nim śladu, a kiedy będę już górą, na samo wspomnienie o moich wcześniejszych porażkach będę się tylko śmiał ze swojej wcześniejszej uległości, naiwności i głupoty.
Straciłem przez niego wiele. Pieniądze, nerwy, pewność siebie, niektóre znajomości.
Ale już mi lepiej, brnę z tym do przodu. Postawiłem sobie jasny cel, a to już połowa drogi. Teraz zostało tylko małymi kroczkami, bez pośpiechu, konsekwentnie go osiągnąć. Wiem, że to możliwe. I on też to wie. Jestem pewny, że się już boi, przeczuwa swój nieuchronny koniec.
A więc, kim jest mój wróg? Nie domyślacie się?

***

Pamiętam jak ten dzień jakby to było wczoraj. Szedłem ulicą ze znajomymi. Wyciągnęli papierosy. Zawsze się zastanawiałem co ich tak pociąga w tym śmierdzącym gównie. Ani to fajne, powabu nie dodaje, śmierdzi niemiłosiernie, psuje zdrowie w każdym aspekcie: niszczy układ krwionośny, a zatem serce, przepala płuca, przyśpiesza starzenie się skóry, niszy zęby. Jest jednym z powodów nieświeżego oddechu. Palisz w mieszkaniu? Wiedziałem. Łatwo poznać po tych pożółkłych ścianach i suficie.
Mimo wszystko chciałem sprawdzić co ich tak w tym rajcuje. Wierzyłem w moją silną wolę, która koniec końców okazała się być niesamowicie słaba. Tak zapaliłem pierwszego w życiu papierosa. Sprowadzaną zza wschodniej granicy ruską "zeberkę".
Na początku paliłem dla towarzystwa, nigdy swoje, w myśl zasady cudze nie tuczy. Kiedy dostałem pieniądze na małe wydatki, przeczuwałem na jaki cel przeznaczę tą kwotę. To był początek końca.
Myślałem, wrócę do domu to to się skończy, moi znajomi nie palą, więc ja też nie będę. I znów się myliłem. Były sytuacje kiedy wypalałem paczkę dziennie. Zależało to od humoru. Jak byłem zły, paliłem. Jak byłem zbyt podekscytowany, też paliłem. Później paliłem bez względu na humory.
Pierwsze podejście do zerwanie z tym nałogiem zakończyła się oczywistym fiaskiem, co jest kolejnym dowodem mojej infantylnej naiwności. Uznałem, że niepalenie z pełną paczką w kieszeni da mi większą satysfakcję w przypadku zwycięstwa. Nie wziąłem pod uwagę tego, że nie dam rady. Jak to się skończyło, łatwo przewidzieć...
Przy kolejnym podejściu już sobie tak nie ufałem. Ale i tak się nie powiodło, niestety już nie pamiętam jak do tego doszło.
Nigdy nie paliłem w domu. Zawsze poza nim. Nieprawda. W domu też paliłem. Tak padła moja ostatnia twierdza.
Ale skończyło się, znalazłem pracę i uświadomiłem sobie, że mnie nie stać na nałóg. Przynajmniej nie na ten, pozostanie przy nałogowym czytaniu dobrych książek. Założenie jest proste. Ograniczamy "dzienną dawkę" nikotyny do minimum, które sam sobie z góry określam. Nie uda się, powiecie. Kilka razy zawaliłem, zawalę i tym razem. Niekoniecznie. Palę teraz maksymalnie dwa papierosy dziennie, w porywach trzy. Z sześciu do dwóch zszedłem w przeciągu niespełna dwóch miesięcy. A podczas ostatnich upałów zszedłem nawet do jednego.
Trzymajcie za mnie kciuki. Jeśli mi się uda, to będzie moje pierwsze w życiu noworoczne postanowienie którego dotrzymam.
Pozwolę sobie na koniec zauważyć, że tytuł jest bardzo wymowny. Albo on, albo ja. Żadnych półśrodków, kompromisów. Nie będzie remisu. 

niedziela, 11 maja 2014

Wymarzona praca

Nie.
Zacznijmy może od tego, że (co chyba nie jest żadną nowością ani zaskoczeniem) ta praca nie jest urzeczywistnieniem moich marzeń. Nie czuję się jakoś specjalnie spełniony, za to kompletnie wypompowany nie tyle z sił, co z motywacji, emocji i odczuwam ogólne zniechęcenie. Po pracy mógłbym godzinami gapić się w oddalony punkt znajdujący się daleko przede mną. Albo spać, ale to akurat miało miejsce jeszcze zanim pracowałem. Ale mam tą pracę, jakakolwiek by ona nie była. A biorąc pod uwagę okres jaki spędziłem na jej poszukiwaniu, powinienem z radości fiknąć na zawał.
Pracuję już od około miesiąca, więc myślę że mogę sobie pozwolić na opisanie panujących na zakładzie zwyczajów, zachowań i tym podobnych.
  • Porządek musi być! Wszędzie. Pamiętaj, twoje miejsce pracy musi lśnić jak wywoskowana łysina dresiarza. Przed pracą, w czasie pracy i po pracy. Tak, wiem, wszędzie tak jest. To środek zapobiegawczy niebezpiecznym sytuacjom. Dlatego na moim stanowisku jest ładna, duża sklejka, na której są haczyki, pojemniczki i inne. Wszystko podpisane, i przezornie dla idiotów nie potrafiących czytać, obok jest umieszczone zdjęcie. A zatem, mam do dyspozycji: młotek, z którego nie wolno korzystać, bo można sobie rozbić palce. Serio. Majster mnie o tym poinformował. Dalej, jest taśma klejąca. Jest specjalny haczyk na nóż. Zawsze pusty. Dla przeciwwagi na stanowisku obok, gdzie pakuje się gotowy produkt, doliczyłem się sześciu noży. To pewnie swojego rodzaju aluzja co do pracujących tam kobiet. To naprawdę ostre babki. W koszyczku na gwoździe jest wszystko oprócz gwoździ. Bo i tak nie można korzystać z młotka.
  • Nowy? Opowiem ci coś... Za górami, za lasami...     Ale tak serio. Na każdym ze stanowisk pracy na których miałem niewątpliwą przyjemność do tej pory pracować słyszałem kilka ciekawych historyjek. Reżyserzy horrorów klasy C byli by zachwyceni. Toż to gotowy materiał na scenariusz! A to wózek widłowy kogoś potrącił wbijając mu się w brzuch, a to maszyna urwała komuś rękę/nogę/głowę, kogoś na magazynie zmiażdżyło... Ogólnie fajnie, mokro i kolorowo.
  • Komunikacja. A właściwie częściowy jej brak. Choć właściwie to nie jest tak źle. Siedzę sobie u siebie i słyszę (pomimo wszechogarniającego hałasu i zatyczek do uszu): "EEeeeee!". Oho, komunikują się. Niesamowite zjawisko. Jak na razie tylko ja się z niego wybijam. W pracy nie masz imienia, pseudonimu, nazwiska. Jesteś takim "eeeeee". Zaskakujące jest to, że po taki m zawołaniu zawsze odwraca się ta osoba, którą wołano. Myślę, że po tyloletnim stażu pracy i ja nauczę się odróżniać od siebie poszczególne zawołania po skali ultradźwięków. 
  • Bogactwo językowe. Kolejna rzecz, poza gwoździami, której brakuje na zakładzie. Pojękiwania, chrząknięcia i inne dziwne odgłosy mające służyć komunikacji nadają pracownikom specyficznego charakteru. To tak, jakby natura wiedziała, że w odległej przyszłości będą potrzebni ludzi o niskim ilorazie inteligencji i zatrzymała ich proces ewolucji na poziomie neandertalczyków. Jeśli ktoś jest w stanie składać zdania, to znaczy że ma rodzinę. Jeśli te zdania są złożone oznacza to, że jest studentem. Albo jest w zarządzie. To co ja tam robię? Posługuję się zdaniami złożonymi, wprawdzie trochę karykaturalnie, ale jednak. W zarządzie, jakby nie patrzeć, nie jestem. Studiować też nie studiuję. Ale wracając do samego bogactwa językowego. Sądzicie, że wiecie co tą są wulgaryzmy i jak się ich używa? Jesteście w błędzie. Pod tym względem mamy na zakładzie samych dyplomowanych profesorów doktorów habilitowanych. Ale nie tylko w tym jednym zakładzie tak jest, wiem od znajomych że to zjawisko jest ogólnie powszechne. Zazwyczaj na blogu nie przeklinam, ale to jest wyjątkowa sytuacja, mająca na celu zobrazowanie bogactwo językowe tychże ludzi: "No żesz kurwa jego jebana w pizdę pierdolona psia mać chujem zapychana", powiedział operator (dajmy na to) tokarki, po czym zaklął brzydko.
  • Stała czujność! Jeśli stracisz ją choć na sekundę, zginą ludzie! I to z twojej winy! Ale czasem jest to po prostu niemożliwe. Podobno to kwestia wprawy, jednak ten poziom czujności przy moim dotychczasowym trybie życia jest niezwykle trudny, o ile niemożliwy. O czym mówię? O choćby sytuacji, w której maszyna pracuje z prędkością jednej palety na godzinę. Albo kiedy czeka się na dostawę formatu do obróbki. Monotonia wykonywanie stale tej samej czynności + wielokrotnie zmniejszone tempo pracy/gwałtowny jego spadek + zmęczenie + nic się przecież nie stanie + cholera, ale mi się chce spać = Pierniczę, śpię. Skutek? Gdyby pierwsze dwa zdanie były prawdziwe, zakład by wymarł.
  • Papierosy są zalążkiem nowych znajomości. Kiedy nie paliłem, w pewnym sensie zazdrościłem osobom palącym. Wychodząc zapalić, poznawało się nowych ludzi, zawierało przyjaźnie i w ogóle się integrowało. Bo papierosy zbliżają do siebie ludzi. O tak. Jam gówno muchy. "Masz pan papierosa? To świetnie się składa. Bo ja nie..." Jeszce nigdy tak nie odczułem faktu, że kupując kolejną paczkę marnuję pieniądze. Już nie palę w pracy. Nie ma gówna, nie ma much. I znajomości z pracy też.
Mógłbym tak pisać w nieskończoność, jest oczywiście cala masa problemów na jakie warto ponarzekać, całe zastępy modeli osobowościowych którym można by powytykać bezsensowność ich istnienia. Choćby majster na mojej zmianie.
Ale o tym innym razem, już i tak objętościowo przegiąłem. A okazji będzie jeszcze bez liku. Szczególnie jak ten post kogoś urazi. No, chyba że urazi za bardzo, do tego stopnia że będę robił za nawóz do kwiatków w rowie.
W każdym razie, do następnego razu. Zapowiada się ciekawy tydzień.

niedziela, 4 maja 2014

Vivat trzeci maj!

Trzeci maj. Wielkie święto narodowe. Długi weekend, majówka. Święto schodzi na drugi plan, liczy się czas wolny od pracy. Ludzie piją w tym okresie na potęgę, do sklepów dostarczane są dodatkowe zamówienia alkoholu, a podczas przechadzki w dziale z napojami wyskokowymi spotykają się całe rodziny. Można wtedy również wychwycić ciekawe rąbki rozmów. Podam jeden przykład.
Mały chłopczyk, ok 7 lat:
- Mamo, a kiedy będę mógł się napić wódki z tatą?
- Jak skończysz osiemnaście lat, gówniarzu.
Ojciec, uspokajająco i szeptem:
- Jak mama nie będzie patrzyć.
Małe sklepiki działające całodobowo, nawet w święta, są oblegane przez klientów jak Bastylia przez rewolucjonistów.
Ja również świętowałem. Zaopatrzyłem się w niezbędne artykuły już w środę. Miałem mały problem ze zdobyciem niektórych rzeczy, ale jakoś sobie poradziłem. W każdym razie już wiem gdzie są wszystkie sklepy całodobowe w mojej mieścince. Kilkakrotne przechodziłem przez znany niektórym rytuał dzwonienia do drzwi sklepu, bo "naszła potrzeba".
Jak to całe świętowanie wyglądało od kuchni? Myślę że można powiedzieć, że zaczęło się w piątek. Dziesiąta w nocy, przychodzi sms i reszty tłumaczyć nie trzeba.
Dnia następnego podobnie, ale w innym towarzystwie. Ktoś się pociął, kogoś trzeba było zszywać, ktoś się potłukł spadając z łóżka... Nie obyło się również bez tragedii: jedna z koleżanek złamała paznokieć. Był płacz, zgrzytanie zębami i hektolitry posoki.
Ale nie o tym miało być. Podczas piątkowego spaceru liczyłem flagi na budynkach. Cholera, dlaczego jest ich  tak mało? Czy ludzie w ogóle wiedzą co to za święto, czego dotyczy? Co się wydarzyło trzeciego maja 1791 roku? Jak powinniśmy podejść do tej uroczystości? Z powagą, radością? Może ze smutkiem?
Trudne pytania. Przy okazji się jeszcze zastanawiałem nad hymnem narodowym. Naszym hymnem.
Znacie go, prawda? Ależ oczywiście, że znacie. Zanućcie sobie. Przypomnijcie sobie słowa. A teraz odpowiedzcie na kolejne pytania. Ile zwrotek ma nasz hymn? Kto jest autorem słów? Rok powstania? Czy jesteście w stanie powiedzieć o hymnie coś ponadto, że jest? Ile znacie zwrotek?
Podsumujcie sobie, na ile pytań odpowiedzieliście. Odnośnie ostatniego pytania, niewiele osób zna więcej niż dwie zwrotki. Ja znam trzy. Ale żeby się nie wywyższać, przyznam się, że trzecia którą znam, jest w rzeczywistości ostatnią.
I tak oto, jak zwykle, w płynny i harmonijny sposób przebrnąłem trzy tematy. Od majowych libacji, poprzez samo święto trzeciego maja na hymnie Polski zakończywszy.
Proszę, zwróćcie uwagę na ostatni punkt. Nie popełniajcie błędu tej pani. I zapoznajcie się z całym tekstem. Oto mała ściągawka.
A, i życzę miłej majówki. Moja jeszcze trwa.

wtorek, 11 marca 2014

Rodziciekla

Wydaje się normalnym sytuacja kiedy to dzieci buntują się przeciw rodzicom i negują wszystko co od nich pochodzi, z wartościowymi radami życiowymi włącznie. Postępują nie raz przekornie dla samej idei nieposłuszności. Mój problem polega na tym, że u mnie ten okres trwa już zbyt długo.
Wiele razy narzekałem na to jaką mam matkę. Skarżyłem się znajomym, skarżyłem się sobie. Marudziłem, jaki to ja jestem nieszczęśliwy, czasem dla wiarygodności moich cierpień koloryzowałem niektóre sytuacje by zaskarbić sobie coś na kształt współczucia od znajomych. Nawet mi się to udawało, słyszałem jak na podstawie moich relacji przedstawiali opinie mówiące że moja matka jest dziwna a jej metody wychowawcze miejscami niepokojące.
W czasach kiedy chodziłem do gimnazjum dałbym w mordę każdemu kto by się dopuścił takich sądów. Może spowodowane to jest tym, że głównym inicjatorem tych opinii jestem niejako ja sam.
Spotkałem wczoraj z dobrą znajomą mojej matki. Całkiem miła babka. Po uprzejmym i serdecznym powitaniu (Łaaaał... mój najprzystojniejszy synek w Unii Europejskiej!) zadzwoniła do mojej matki żeby się pochwalić że mnie spotkała (Ty, twój przystojniak mnie odwiedził! Jaki on fajny, a jak się rumieni!...).
Na rozmowie o duperelach zeszło w sumie około godziny. Nagle, ni z gruchy ni z piertuchy pani spoważniała, i powiedziała:
- Ty szanuj i kochaj swoją mamę, bo takiej to ze świecą szukać. Wychowała wspaniałego człowieka, więc nie rób nic głupiego.
Opowiedziała mi jeszcze jak czasem widać po mamie skutki naszych kłótni, jak to w sobie potrafi tłamsić.
Nigdy nie zastanawiałem się nad tym jak to może wyglądać z innej perspektywy jak moja.
Brawo. Popisałem się podręcznikowym przykładem egocentryzmu. Kiedy zawsze uważałem się za osobę pełną empatii i zrozumienia.
Z dalszej rozmowy dowiedziałem się, że zazwyczaj co innego się mówi, co innego się myśli i co innego robi, więc zanim coś powiem podczas wymiany argumentów powinienem się trzy razy zastanowić a za czwartym ugryźć w język. Zaoszczędzę w ten sposób nerwów obu stronom.
Nie wiem co dalej napisać więc kończę w tym miejscu.

piątek, 28 lutego 2014

Śmierdząca sprawa

Niedawno zauważyłem, że większa część z ostatnich postów ma mniej więcej taki wydźwięk. Postanowiłem to trochę zmienić. A więc do dzieła.

Nadchodzę. A właściwie to nadciągam. W zniszczonym, czarnym płaszczu, dziurawych spodniach i butach, na których wyraźnie widać partactwo szewskiej roboty. Nie możemy również zapomnieć o krzywych okularach, spiętych w nieładzie włosach i papierosie w ustach. Starsze panie widzą pewnie jeszcze wystające spod czupryny sterczące różki a chude nogi w wysokich butach tłumaczą sobie ukrytymi w nich koźlimi kopytami. Przeganiają mnie czym prędzej wymachując różańcami i wykrzykując pełne pobożności egzorcyzmy w stylu (uwaga, cytuję): "Wypierdalaj stąd, pierdolony szatański pomiocie!".
Więc żeby do reszty nie uschły mi uszy rażone potęgą wspomnianych egzorcyzmów oddalam się od moherowej bojówki, na skróty, przez trawnik. To był błąd. Między innymi dlatego tak nie lubię psów. I ich nieodpowiedzialnych właścicieli.
Czy, cytując Adasia Miałczyńskiego, psie gówno jest mniej gówniane od ludzkiego? Bo nie widzę innego wytłumaczenia dla walających się tu i tam psich klocków.
Swoją drogą, zdajecie sobie sprawę z tego jak to obrzydlistwo ciężko schodzi z podeszwy glanów?
A śmierdzi przy tym niemiłosiernie.
Chcesz mieć pieska? Fajnie. Ale zastanów się czy dasz radę biegać i zbierać ekskrementy swojego Burka czy Azorka. Ponadto postaw się czasem w sytuacji ludzi którzy mają problemy z manewrowaniem i lawirowaniem wśród tego walającego się syfu.
Czasem idąc przez park czuję się jak saper-amator na polu minowym. Wystarczy jeden nieostrożny ruch...
Jednak, z drugiej strony, wczujmy się teraz w sytuację właścicieli psów. Tych odpowiedzialnych, sprzątających po swoich pupilkach i nie karmiący ich zupą mleczną z ogórków.
Bo sprzątać po psie jest trudniej niż się z założenia by wydawać mogło. Miały być pojemniczki z woreczkami na osiedlach, w parkach i w ogóle wszędzie gdzie można spotkać ludzi wychodzących z psami na spacer. Jest ich niewiele lub nie ma ich wcale. Na moim osiedlu jest jeden. I jeszcze nie widziałem żeby ktoś z tego cholerstwa korzystał.
Mało prawdopodobne mi się wydaje (choć słyszałem już podobne historie), żeby właściciel, dajmy na to Pikusia, stawiał wokół obiektu moich dzisiejszych rozważań pachołki, obwijał je biało czerwoną taśmą i stawiał tabliczkę: "ZARAZ WRACAM, POSZEDŁEM PO WORECZEK".
Najlepszym wyjściem jest więc noszenie woreczków ze sobą. A i to nie zawsze rozwiązuje wszystkie problemy. Raz, że z tym dyndającym u dłoni gówienku w woreczku trzeba paradować aż do najbliższego kosza.
Na zobrazowanie kolejnego problemu pozwolę sobie przywołać postać mojego byłego wykładowcy z politechniki. Ze swoim pieskiem był nierozłączny, do tego stopnia, że przychodził z nim na wykłady. I my, biedni studenci, chcąc nie chcąc wiedzieliśmy o tym piesku wszystko, bo pan profesor zamiast prowadzić wykład opowiadał o swoim futrzanym ulubieńcu. Moja ulubiona historyjka dotyczyła właśnie problemu sprzątana po psach:
"Wyszedłem razu pewnego z Pikusiem (tak się wabił nasz bohater) na spacer. No i, co jest rzeczą psa, pies zrobił swoje. Niefortunnie przy wizytówce po innym czworonogu. Wiec miałem spory dylemat, które gówienko należy do Pikusia. Więc nachyliłem się w celu sprawdzenia tego metodą organoleptyczną. Logicznie rzecz biorąc, cieplejsze winno być jego..."
Takimi delicjami raczył nas pan profesor.
Podsumowując, problem kłopotliwy i praktycznie niemożliwy do usunięcia. Chyba że razem z psami, ale na to nikt się nie zgodzi, a już na pewno nie właściciele psów.

sobota, 8 lutego 2014

Skradziony dzień

Jest sobotnie popołudnie. Siedzę sobie w pokoju czytając "Boże Igrzysko" Normana Davies'a. Zasłużyłem sobie po całym tygodniu ciężkiej pracy.Tak, mam pracę. Kokosów może nie zbijam, ale nie od razu Kraków zbudowano. Nabiegałem się jak głupi rozrzucając CV jak ulotki, ale nikt mi nie powie, że nie było warto.
Przerwa, odkładam książkę. Kładę się na łóżku i włączam sobie The Ocean Chopina i zastanawiam się nad tym jak mi minął tydzień. Myślę, że największym z moich sukcesów można śmiało okrzyknąć rzucenie wreszcie palenia. Tak, to niewątpliwy triumf nad samym sobą.
Nagle do pokoju wchodzi ojciec:
-Co tam młody, słodkie lenistwo?
-Lenistwo to brzydkie słowo. Osobiście wolę "chwila wytchnienia". Brzmi dojrzalej.
-Dobra wykrztałciuchu. Zbieraj się, obiad. Mama zrobiła coś ekstra.

***

Sobotnie popołudnie. Z wielkim trudem podnoszę swoje odrętwiałe ciało z łóżka. Jeszcze czuję w gardle typowy posmak gównianej jakości tytoniu. Jakaś puszka boleśnie mi się wbiła w stopę podczas pierwszej próby ustabilizowania się do pionu. W końcu jakoś się udało się.
Foliowa koszulka z masą CV leży na biurku. Mogę śmiało to nazwać makulaturą.
Po jakimś śniadaniu pora na zajęcia codzienne. Dziś może Nietzsche? Nie, za cianka dupa ze mnie. Biorę Sienkiewicza. Komputer włączony, klimatycznie włączony marsz żałobny Chopina, następnie Die Walkure Wagnera. Po chwili do mojego pokoju wpada matka:
-Wyłącz to cholerstwo! I komputer też! I zostaw w końcu te książki!
Mój pusty śmiech jest idealną odpowiedzią na jej atak:
-Panie i panowie, oto mamy przed sobą relikt z epoki kamienia łupanego. Nie wtykać palców pomiędzy kraty. Osobnik bywa agresywny i gryzie.
-Przeginasz. Dwa dni i won z domu.

***

Dwie sytuacje, dwa światy. W każdym jest trochę prawdy. Ja jestem po środku między nimi. Choć niebezpiecznie bliżej drugiego.
Tak, siedzę popołudniami bezproduktywnie czytając książki. Na "Boże Igrzysko" może i mnie nie stać, ale nie jest tak źle. W końcu wiem gdzie jest biblioteka.
Pracy nie mam. I jak się domyślacie, dalej palę. Nie wytrzymuję czasem sytuacji w domu (która prawdę powiedziawszy nie raz jest w znacznej mierze spowodowana moją arogancją i lenistwem). Wtedy wychodzę szukać pracy. Albo pić.
Ludzie mnie znający znają moją sytuację rodzinną i wiedzą że nigdy nie miałem ojca. Nie zdążyłem staruszka poznać.
Na podstawie tego jaskrawego zestawienia diametralnie różnych sytuacji próbuję sobie uzmysłowić co chcę osiągnąć. Czy chcę pozostać zawieszony w próżni i zacząć się powoli staczać, czy skupić całą wolę i spróbować choć w części osiągnąć stan przedstawiony w tytułowym skradzionym dniu. Myślę że odpowiedź jest oczywista.

środa, 15 stycznia 2014

(Nie)uporządkowany skrawek świata

Na początku był chaos. A później został on wchłonięty przez pomieszczenie w którym rezyduję. Enklawę bezładu w uporządkowanym życiu reszty domowników. Miejsce w którym wszystko się kończy i zaczyna.
Mój pokój.
Kidy odwiedzam znajomych i słyszę: "tylko się nie przestrasz, mam bałagan w mieszkaniu", podczas gdy cały ten bałagan polega na nieumytej łyżce leżącej na stole w kuchni do której i tak nie mam dostępu, zdaję sobie sobie sprawę z tego, że w pomieszczeniu o wymiarach, przyjmijmy trzy na cztery metry naprawdę można się zgubić, przepaść bez słuchu.
Wyobraźcie sobie taką sytuację, zainspirowaną głupimi komediami których główną grupą docelową są kobiety pogrążone w rozpaczy (z powodu, dajmy na to kryzysu w związku): jest małżeństwo/para szczęśliwie się kochających ludzi. Ona musi wyjechać na dwa dni w jakiejś ważnej sprawie. Niech to będą urodziny mamusi. Po tymże czasie wraca do swojego lokum, które jest pogrążone w totalnej ruinie, zlew zapchany, brudne gary układają się w przedpokoju w imponującą kolumnadę prowadzącą do sypialni... po prostu wszechobecny syf. Po dotarciu do sypialni jej oczom ukazuję się coś przypominające gawrę niedźwiedzia. Nagle, ku jej przerażeniu, wielki stos ubrań w kącie pokoju zaczyna się poruszać. Spod niego wyłania się jakaś postać. Podkrążone oczy i spojrzenie opowiadające historię walki o przetrwanie, pełną wzlotów i upadków. Kilkumiesięczny zarost i nieuporządkowane włosy sięgające prawie pasa...
Do czego zmierzam. W tej scenie przedstawione są dwa stereotypy: pierwszy uderza w naród męski drugi w feministki.
  • W pierwszym pokazano w wielce przejaskrawiony sposób to, że facet pozostawiony sam sobie nie potrafi sobie poradzić z otaczającym go światem, który go po prostu przerasta. Wszyscy wiemy, panowie, że to bujda na kółkach, a ja jestem tego najlepszym przekładem. Nie, to nie jest dobry przykład...
  • Dlaczego obrywa się feministkom? Po przedstawiony w tej scenie obraz pokazuje nam kobietę/żonę, zastępującą facetowi mamusię. Wystarczyły dwa dni, żeby "synuś" kompletnie zdziczał. Feministki walczą z takim wizerunkiem kobiety. Czasami bez większych rezultatów. 
Pójdźmy o krok dalej. Podczas porządków przedświątecznych znalazłem w pokoju drabinę, jakieś dziwne leki nieznanego pochodzenia i przeznaczenia, butelkę piwa i całą masę różnych rzeczy. Kiedyś słyszałem, że jeśli w pokoju nie jest sprzątane przez dłuższy czas, kurz pod łóżkiem ewoluuje w formę myślącą, zdolną do między innymi abstrakcyjnego myślenia. Przez dłuższy czas myślałem, że to głupi mit, dopóki podczas mycia podłogi właśnie pod łóżkiem, coś mnie złapało za rękę...
Nie raz jestem podpisywany pod kategorią "synuś mamusi", jako nieporadne dzieciątko, bałaganiarz i mimo młodego wieku: stary kawaler. Właśnie z powodu mojego pokoju.
To nie jest bałagan, to artystyczny nieład. Tylko geniusz odnajdzie się we własnym rozgardiaszu. Problem w tym, że ja nim nie jestem. Ale niech tylko spróbuje zakłócić tą pozornie nieistniejącą harmonię a gubię się w swoich czterech kątach. Mam problemy z orientacją i nie potrafię znaleźć niczego co powinno być pod ręką.
Powiem jeszcze raz, nie katalogujcie mnie wraz z ludźmi opisanymi wcześniej przeze mnie w stereotypie. Z góry dziękuję.

***

Ja: Cześć stary, miło że wpadłeś. Siadaj na pufie, zaraz przyniosę coś co jedzenia.
Kumpel: Taa... A gdzie ta pufa jest?