Z pamiętnika mieszkańca bezludnego mieszkania:
Sobota - trzeba ustalić plan działania. Czym się będę żywić, czym zajmować. Tak, zapiszę sobie plan całego tygodnia, zrobię niezbędne przygotowania. Bez tego ani rusz, a po całym tygodniu w sobotę sobie odpocznę spotykając się ze znajomymi. Tak, to już jest jakiś plan. Co tam w lodówce... nie jest tak źle. Trzeba jeszcze zrobić drobne zakupy i będzie gitara.
Niedziela - Jest źle. Już drugiego dnia przyłapałem się na rozmowie ze swoim odbiciem w lustrze. Strasznie tu pusto. I bez względu na to jak głośno gra muzyka - cicho.
Poniedziałek - Spotkałem znajomego podczas załatwiania pewnych spraw. Nawiązał się dialog:
- Cześć, co tam u ciebie? Dawno się nie widzieliśmy
- Aa, tak. Racja. U mnie? W porządku. Sam w mieszkaniu, także wiesz, nie nudzę się.
- O, to ciekawe. Dlaczego kulejesz? Coś ci się stało w nogę?
- To? Nic poważnego. Życie wyślizgnęło mi się z rąk i przygniotło mi stopę. Nie byłem w stanie utrzymać tego ciężaru. Codzienność mnie przytłacza...
- Ale ty poważny się zrobiłeś. Muszę spadać, miłego dnia. Trzymaj się. I swoje życie też, bo za drugim razem może ci połamać nogi.
W ciągu kolejnych trzech dni nie działo się nic istotnego. Mieszkanie powoli dziczeje. Ja razem z nim.
Piątek - Trzeba odpocząć od tego wszystkiego. To znaczy od tego "niczego". Były plany, dużo planów: wszystko zawaliłem. Podsumowując tydzień, to cud że żyję. Teraz sobota i niedziela, to jakoś się prześlizgniemy.
Sobota - Nigdy więcej. To było straszne. Boli mnie głowa, przed oczami mam
mroczki. Pokój wygląda jak pobojowisko, łazienka przypomina mi to o czym chciałbym zapomnieć a o czym zapomnieć nie pozwala tępy ból głowy. Może coś zjeść? Trochę trochę ryzykowne. A co mi tam, nie ma ryzyka nie ma zabawy.
Telefon. Kolega dzwoni. Krótkie zdanie, trzy słowa, a sprawiły że zakręciło mi się w głowie i w żołądku jednocześnie: "Idziemy na piwo?". Rozłączyłem się bez słowa, bo podobno milczenie jest bardziej wymowne.
W
niedzielę się śpi albo odpoczywa. Więc mam podstawy sądzić że sąsiad zgłupiał na starość klupiąc młotkiem po wszystkich powierzchniach płaskich swojego mieszkania.
Poniedziałek - Bierzemy się w garść. Trzeba ogarnąć. Może coś ugotujemy?...
Wbrew pozorom lubię sprzątać w mieszkaniu. Wystarczy że będą spełnione następujące warunki:
- ma być pusto w mieszkaniu,
- ma być włączona dobra muzyka i nic nie może mnie rozpraszać.
- No i muszę zacząć. To jest najtrudniejsze.
Ale udało mi się, w mieszkaniu lśni jak nigdy, obiad ugotowany na trzy dni, zaplanowany na dwa kolejne, zakupy zrobione. Nawet dobrze się podczas tego bawiłem... Słowem zrobiłem wszystko to, na co nie znalazłem motywacji przez cały tydzień. I zdążyłem jeszcze się zdrzemnąć przed pracą.
Wtorek - Tęsknię za nimi. Nawet za tymi kłótniami z matką i przekomarzaniem z siostrą. Zaskakujące, nigdy nie przypuszczałem że będę tęsknił jedyną rzeczą na świecie która jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. A jednak. Sam siebie czasem zaskakuję.
Środa - Dziś wolne. W pracy coś się zepsuło i moje stanowisko stoi. Fajnie. Wypłata na tym ucierpi, ale przynajmniej się wyśpię. Zrobię sobie maraton filmowy. Jest kilka filmów które zawsze chciałem obejrzeć a na które nigdy nie miałem czasu, pomimo faktu że wolnym czasem mogłem sobie tapetować pokój.
Dziś jest
czwartek. Matka z siostrą wracają w poniedziałek. Będę wtedy w pracy, nie pomogę więc przy rozpakowywaniu skarbów przywiezionych ze wsi.
Nie mogę się tego dnia doczekać.
W
piątek miałem nieprzyjemną pobudkę. Młotki, wiertarki i tym podobne rewelacje dały o sobie znać ze zdwojoną siłą. Jakby wszyscy majsterkowicze z powołania związani w jakiejś koalicji doszli do wniosku, że pora urządzić sobie meeting u sąsiadki z góry. Przestali około południa. Lepiej późno niż wcale.
Zdecydowałem się pójść w końcu do lekarza ogólnego. Po chwili spędzonej w poczekalni na podziwianiu urody nieznajomej dziewczyny zostałem zawołany do gabinetu. Pani doktor mnie zbeształa mówiąc, że jestem niewychowany prosząc o skierowanie na podstawowe badania diagnostyczne. Wróciłem do domu, zrobiłem porządny obiad, posprzątałem w mieszkaniu...
Zastanawiałem się nad sobotą. Może tym razem się uda.
Sobota - Wcale nie jestem zaskoczony. Znowu się nie uda. Tego coś boli, temu się nie chce, tamten się boi... Nic to, przynajmniej nie muszę się śpieszyć i mogę zostawić wszystko tak jak jest. Siedzę sobie przy komputerze, trochę rozgoryczony bezproduktywnie spędzam resztę dnia. Bo już niewiele go zostało.
Telefon dzwoni. Kolega, stęsknił się? Mówi, że zaraz będzie. Spoko, nie będę siedział sam.
Dzwonek do drzwi. Cholera, kogo znowu niesie. Czyżby już był? Patrzę przez wizjer i nie wiem czy to ze zmęczenia, czy z jakiegoś innego powodu sylwetka osoby po drugiej stronie drzwi mi nic nie mówi. W pierwszej chwili myślałem, że to sąsiadka przyszła się poskarżyć na głośną muzykę. Jakże byłem mile zaskoczony kiedy się okazało, że mam gościa. W drzwiach stała moja dobra znajoma witając mnie miłym dla oka uśmiechem. Chwilkę później wychylił się kolega. Zaprosiłem ich do środka, lekko zszokowany, trochę skołowany i zawstydzony nieładem panującym w mieszkaniu. Dlatego nie przepadam za takimi sytuacjami. Dziwne uczucie, kiedy rozdrażnienie, szczypta złości, pozytywnego zaskoczenia i szczęścia łączą się w jedno.
Po chwili przyszedł kolega, towarzystwo się dopełniło. Chwilkę posiedzieliśmy wspólnie, pogadaliśmy, pośmialiśmy się. Niestety, znajoma musiała uciekać i 75% dobrego towarzystwa nam ubyło, bo jeden z kolegów również się zabrał, tłumacząc się jutrzejszym dniem.
Najlepsi zostali do końca. Sobota skończyła się o czwartej nad ranem.
Natomiast
niedziela poszła jak z bicza strzelił. Doszedłem do wniosku, że najwyższy czas wstać z łóżka koło pierwszej po południu. Coś zjeść, posprzątać i wcześnie położyć się spać, bo nie wiem czemu czuję się wyssany z życia.
Ostatni dzień samotności. Dziś
poniedziałek. Wspominam cały ten okres. Było fajnie. Ciężko, ale fajnie. Ale stęskniłem się za resztą domowników. Jak wrócę z pracy to się z nimi zobaczę. W końcu.
Motywem dnia jest
Cells. Będę sobie nucił w pracy.