Któregoś pięknego, słonecznego dnia, wracając z przechadzki, widziałem pana, któremu świat stanął na głowie. Po czym to poznałem? Może po tym jak widowiskowo, niczym w amerykańskim filmie akcji, wywinął piękne salto, zapewne myląc niebo ze stałym gruntem. Jestem przekonany, że zachciało mu się przejść się po tych uroczych cumulusach. A może po tym, że bełkotał coś nie zrozumiale i leżał w miejscu, w którym leżeć nie powinien. Na schodach, głową w dół.
Po przeprowadzonych wstępnych oględzinach, stwierdziłem wysoki stan nietrzeźwości wspomnianego delikwenta i brak poważniejszych uszczerbków na zdrowiu, typu wstrząs mózgu, złamana kość (jakakolwiek), skręcony kark... Nie prawda. Przeszedłem obok niego obojętnie potwierdzając statystyki o ludzkiej znieczulicy.
Ale nie o tym chciałem wspomnieć.
Piliście kiedyś w miejscu publicznym? Tak szczerze. Wiem, że tak. Skąd to wiem? Mamy dziwny stosunek do zakazów, szczególnie tych, które uważamy za głupie. A skąd wiemy, że te zakazy są głupie? Cóż, wystarczy się trochę wysilić i użyć twardej, niezachwianej i jak zawsze niezawodnej chłopskiej logiki. Na przykład picie w miejscach publicznych. Bo jeszcze nikt z tego powodu, bezpośrednio, zdaje się nie zginął. Zawsze mi się również wydawało, że badanie natężenia alkoholu we krwi na podstawie wydychanego powietrza jest równie skuteczne jak jedzenie zupy widelcem. Niby coś wskazuje, ale to nie to samo. W końcu po skosztowaniu cukierka o smaku adwokatowym również da nam wynik pozytywny w takiego rodzaju testu.
Ale dajmy spokój Bogu ducha winnym organom ścigania i ich przedpotopowym metodom śledczym pamiętającym przejście Mojżesza przez Morze Czerwone.
Nawiążmy do tego, że owoc zakazany smakuje lepiej. Pijąc schłodzone piwko w parku, na ławeczce, czujemy się odprężeni, nabieramy (przynajmniej do pewnego momentu) nowych sił, nie tylko fizycznych, ale i psychicznych. Problemy przestają być problemami.
Całość tego sielankowego obrazka psują mi starsze panie, matki z dziećmi i inni, że tak to nazwę, użytkownicy parku: krzywo na mnie spoglądają, przyśpieszają w moim pobliżu kroku (żeby nie zarazić się Bakcylem żula) odciągają dzieci, robią zniesmaczone miny.
A teraz wyobraźmy sobie, że dozwolone jest spożywanie umiarkowanych ilości alkoholu w miejscach publicznych. W parku widzimy grupkę przyjaciół oblewających zakończenie egzaminów, kilku starszych panów pod drzewem raczy się pojedynczymi kieliszkami Żołądkowej, na wzmocnienie, z uśmiechami wspominających czasy, kiedy to poznawali swoje drugie połówki.
Wiem, to jest bardzo optymistyczna wersja. Dlaczego? Choćby biorąc pod uwagę kolejną zasadę poniekąd rządzącą światem: podaj dłoń, wezmą rękę.
Jednakże bodajże w Rosji ten system działa bez zastrzeżeń. Wolno sobie golnąć flachę w miejscu publicznym. Przynajmniej dopóki nie znieważamy miłościwie nam panującego, Oświeconego Towarzysza Stalina (a nie, to nie te czasy).
Wszystko, a w szczególności alkohol, spożywany z umiarem, jest jakby to ująć... kondensatorem... nie, wróć. Katalizatorem pozytywnych emocji, wrażeń. Nie nakłaniam tu nikogo do picia piwa do każdej możliwej okazji, bo opinia o Polakach, że jesteśmy pijakami raczej się nie zmieni.
Ale... czy tak naprawdę jest co zmieniać? Napić można się w klubach, na imprezach, u znajomych, u rodziny. Świętujesz koniec egzaminów: do klubu. Albo do marketu po asortyment i gnasz do kumpla. A może zebrało ci się na wspominki? Scenariusz jak wyżej. Miejsc nie brakuje. Czasem jest go więcej niż nam się pozornie wydaje. Z tym że, tak jak mówiłem. Zakazany owoc smakuje lepiej.
Wasze zdrowie.
O wszystkim i o niczym. O tym co mnie wkurza, drażni, bawi, śmieszy, zastanawia. O moich przemyśleniach i innych różnych pierdołach. O mnie.
wtorek, 18 czerwca 2013
sobota, 1 czerwca 2013
Niewygodna prawda
Załatwialiście kiedykolwiek cokolwiek w ZUSie? A w Urzędzie Skarbowym? Pewnie, że tak, co się głupi pytam. To na pewno wiecie, że większym prawdopodobieństwem jest znalezienie na osiedlowym trawniku Kwiatu Paproci, niż załatwienie wszystkich palących nas spraw za jedną wizytą. Ludzie ustawiają się w nieznanym mnie ani tym bardzie im celu w kolejkach ciągnących się setki kilometrów, z głupimi wyrazami twarzy, wpatrzeni w otaczającą ich pustkę, nie wiedząc, że urzędy są właściwie otwarte tylko przez osiem godzin w siódmy z kolei dzień po pełni księżyca, a to i tak tylko w parzyste lata. To są te krótkie okresy, kiedy to jesteśmy w stanie załatwić absolutnie wszystko.
Tylko dlaczego, do cholery, ta informacja nie jest dostępna dla ogółu ludzkości? Bo to nie na rękę urzędnikom, którzy żywią się duszami petentów. A im bardziej negatywne emocje uda się u wspomnianych petentów wywołać, tym posiłek jest pożywniejszy. Jestem pewien, że nie tylko ja, za każdym razem kiedy musiałem wejść do jakiegokolwiek urzędu, czy tu był Urząd Skarbowy, Urząd Pracy, Urząd Miasta, wyczuwałem charakterystyczną, ciężką i duszną atmosferę... To sprzyja narastaniu negatywnych emocji u niczego nie świadomego petenta.
Muszą tym samym uważać, żeby nie pochłonąć całej duszy, bo utracą tym samym cenne źródło pożywienia. Dlatego też zasypują nas niczym jesienne drzewa liśćmi tonami formularzy, ulotek, wniosków, petycji i całej masy papierzysk do uzupełnienia. Czas, jaki przeznaczymy (lub nie) na ich uzupełnienie jest wystarczająco długi, aby nasze nagryzione duszyczki mogły się w pełni zregenerować i wrócić do stanu pierwotnego.
Na pewno również zauważyliście tą dziwną obojętność na twarzach, nazwijmy to "kasty urzędniczej". Jestem święcie przekonany, że nawet by im powieka nie drgnęła gdybyście, dajmy na to wlecieli do urzędu dosiadając złotego smoka, i rozgramiając innych ludzi stojących w kolejce, których jedyne nieszczęście miało by polegać na tym, że przyszli do tego urzędu przed wami, po czym pod samym okienkiem zgrabnym ruchem ześlizgnęli się z grzbietu swojego wierzchowca i przedstawili dręczący was problem. Na przykład wrzody we wstydliwych miejscach.
To wynika z kolejnego problemu który chciałem poruszyć. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że ci urzędnicy nie są już ludźmi za których ich uważasz. Tak, ta ładna pani Kasia z okienka numer 4 to nie jest pani Kasia, tylko jej sobowtór. Oryginał został dosłownie pożarty przez tryby Machiny Urzędniczej (co jest niewątpliwą stratą dla męskiej części petentów).
Dlaczego tak się dzieje? Jest to spowodowane pewnego rodzaju recesją, której skutkiem jest z kolei jest malejąca liczba petentów. Dobrze, kto za tym wszystkim stoi? Internet! Teraz coraz więcej rzeczy możemy załatwić przez internet. Kontakt bezpośredni z urzędnikiem przestał być potrzebny.
Tu dochodzimy do sedna. Hydra pod postacią Urzędu, która dotychczas była karmiona strzępkami dusz nieszczęsnych petentów, zaczęła odczuwać doskwierający głód. Rozwiązano ten problem w raczej mało humanitarny sposób: składano w ofierze samych urzędników, których ciała bezpowrotne przepadały w trybach Machiny Urzędniczej. Ich miejsce zajmują humanoidy pokrytą wystarczająco grubą warstą żywej tkanki, żeby cały spisek pozostał niewykryty.
Dlatego, zanim zaczniesz się cieszyć na wieść, że zwolniła się posadka w Urzędzie Pracy, w jakimkolwiek innym urzędzie lub organie administracji publicznej, zastanów się dobrze dwa razy. I jeszcze raz, tak na wszelki wypadek. Chyba nie chcesz, żeby jakaś blaszana podróba Ciebie dobierała się do ukochanej prze Ciebie osoby.
Nie wierzysz? Twoja sprawa. Ale wiedz, że cię ostrzegałem.
Tylko dlaczego, do cholery, ta informacja nie jest dostępna dla ogółu ludzkości? Bo to nie na rękę urzędnikom, którzy żywią się duszami petentów. A im bardziej negatywne emocje uda się u wspomnianych petentów wywołać, tym posiłek jest pożywniejszy. Jestem pewien, że nie tylko ja, za każdym razem kiedy musiałem wejść do jakiegokolwiek urzędu, czy tu był Urząd Skarbowy, Urząd Pracy, Urząd Miasta, wyczuwałem charakterystyczną, ciężką i duszną atmosferę... To sprzyja narastaniu negatywnych emocji u niczego nie świadomego petenta.
Muszą tym samym uważać, żeby nie pochłonąć całej duszy, bo utracą tym samym cenne źródło pożywienia. Dlatego też zasypują nas niczym jesienne drzewa liśćmi tonami formularzy, ulotek, wniosków, petycji i całej masy papierzysk do uzupełnienia. Czas, jaki przeznaczymy (lub nie) na ich uzupełnienie jest wystarczająco długi, aby nasze nagryzione duszyczki mogły się w pełni zregenerować i wrócić do stanu pierwotnego.
Na pewno również zauważyliście tą dziwną obojętność na twarzach, nazwijmy to "kasty urzędniczej". Jestem święcie przekonany, że nawet by im powieka nie drgnęła gdybyście, dajmy na to wlecieli do urzędu dosiadając złotego smoka, i rozgramiając innych ludzi stojących w kolejce, których jedyne nieszczęście miało by polegać na tym, że przyszli do tego urzędu przed wami, po czym pod samym okienkiem zgrabnym ruchem ześlizgnęli się z grzbietu swojego wierzchowca i przedstawili dręczący was problem. Na przykład wrzody we wstydliwych miejscach.
To wynika z kolejnego problemu który chciałem poruszyć. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że ci urzędnicy nie są już ludźmi za których ich uważasz. Tak, ta ładna pani Kasia z okienka numer 4 to nie jest pani Kasia, tylko jej sobowtór. Oryginał został dosłownie pożarty przez tryby Machiny Urzędniczej (co jest niewątpliwą stratą dla męskiej części petentów).
Dlaczego tak się dzieje? Jest to spowodowane pewnego rodzaju recesją, której skutkiem jest z kolei jest malejąca liczba petentów. Dobrze, kto za tym wszystkim stoi? Internet! Teraz coraz więcej rzeczy możemy załatwić przez internet. Kontakt bezpośredni z urzędnikiem przestał być potrzebny.
Tu dochodzimy do sedna. Hydra pod postacią Urzędu, która dotychczas była karmiona strzępkami dusz nieszczęsnych petentów, zaczęła odczuwać doskwierający głód. Rozwiązano ten problem w raczej mało humanitarny sposób: składano w ofierze samych urzędników, których ciała bezpowrotne przepadały w trybach Machiny Urzędniczej. Ich miejsce zajmują humanoidy pokrytą wystarczająco grubą warstą żywej tkanki, żeby cały spisek pozostał niewykryty.
Dlatego, zanim zaczniesz się cieszyć na wieść, że zwolniła się posadka w Urzędzie Pracy, w jakimkolwiek innym urzędzie lub organie administracji publicznej, zastanów się dobrze dwa razy. I jeszcze raz, tak na wszelki wypadek. Chyba nie chcesz, żeby jakaś blaszana podróba Ciebie dobierała się do ukochanej prze Ciebie osoby.
Nie wierzysz? Twoja sprawa. Ale wiedz, że cię ostrzegałem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)