piątek, 26 grudnia 2014

Katharsis

Znowu się nazbierało. Jest tego wystarczająco dużo żeby zaczęło wyciekać przez pęknięcia w czaszce (czego skutkiem jest wylewanie mi się pewnych treści podczas zwyczajnej rozmowy) i jednocześnie za mało żeby uzbierać tego na jeden spójny i sensowny tekst. Zatem pobawmy się w doktora Frankensteina i stwórzmy potwora.
  • Do niedawna byłem po prostu leniwy i mało ambitny. Teraz jestem chory. Jak to się stało? Otóż z pomocą przyszła nauka XXI wieku tworząc termin prokrastynacja, odnoszący się do zaburzenia psychicznego polegającego na patologicznym odwlekaniu danych czynności. Niesamowite... Od jakiegoś czasu dzieci nie są tępe, tylko cierpią na dysleksję, nie są leniwe tylko są prokrastynatorami. Ciekawe jakimi jeszcze nowymi "schorzeniami" uraczą nas ci specjaliści... Niedługo tacy chorzy ludzie będą posiadać prawo ubiegania się o renty zdrowotne. To jakaś paranoja! Zamiast zająć się rozwiązywaniem naprawdę istotnych problemów, stwarzamy nowe i to tam gdzie ich nie ma. 
  • Od jakiegoś czasu przestałem miewać koszmary. Czy się z tego cieszę? Niespecjalnie. Teraz jest znacznie gorzej, schematycznie się powtarzające sytuacje w których pojawia się wciąż jedna i ta sama osoba nie dają mi poprawnie funkcjonować. Przedtem zasypiałem z obawą przed koszmarem. Teraz zasypiam z nadzieją na kolejny sen. To jest najgorsze, podchodzące pod masochizm podejście na jakie zdolny jest tylko ktoś taki jak ja. Demonie opuść to ciało!
  • Ciekawe jest to, jak ludzie nieraz na mnie reagują. Na przykład, pewnego wieczoru wracając ze spotkania ze znajomymi mój zmysł orientacji został poważnie nadszarpnięty pewną ilością napojów wyskokowych, w skutek czego miałem problemy z dotarciem do akademika. Chcąc jak najszybciej zmienić ten stan rzeczy postanowiłem się zapytać o  drogę pana który właśnie szedł przede mną. Więc podszedłem i zanim zdążyłem cokolwiek więcej zrobić facet się odwrócił, zrobił przerażoną minę na mój widok i uciekł. Więcej go nie widziałem. Czy jest we mnie coś strasznego? Widocznie coś jest, skoro znajdują się ludzie którzy się mnie boją. Ale co to jest? Słyszałem od niektórych znajomych, że to moje puste spojrzenie, takie czasem zupełnie bez wyrazu, uniemożliwiające odczytanie intencji. To proste, prawdopodobnie w tym właśnie momencie żadnych intencji nie ma. Ale pamiętam również pewną sytuację, kiedy to znajomy określił mój uśmiech mianem niepokojącego. Nie uśmiecham się: źle, uśmiecham się: też nie dobrze. Ludziom nie dogodzisz. 
  • Mój proces aklimatyzacyjny w akademiku zdaje się dobiegać końca. Szybko udało mi się poznać ludzi w których towarzystwie dobrze się czuję i jednocześnie jestem lubiany, a nawet szanowany, co nigdy wcześniej mi się nie przytrafiło. Do tej pory byłem w moim mniemaniu traktowany przez otoczenia raczej obojętnie, czasem wrogo. Teraz też oczywiście są ludzie którzy za mną nie przepadają, ale to są pojedyncze przypadki, trudne do uniknięcia. To normalne, nie da się upodobać wszystkim. Odkąd jestem na uczelni słyszę dość dużo opinii o tym jaki to ja jestem fajny, miły, koleżeński i otwarty na ludzi. Że roztaczam wokół siebie specyficzną, pozytywną aurę. Miło czasem usłyszeć coś takiego, ale boję się, że od zbyt dużej ilości takich miłych słów zacznie mi się przewracać we łbie. Całe szczęście są jeszcze w moim otoczeniu ludzie którzy lubią mnie trochę mniej i kilkoma złośliwymi uwagami wyrównują poziom słodyczy w moim życiu. Dzięki nim nie grozi mi cukrzyca. Co ja bym bez nich zrobił?
Już mi lepiej. Teraz mogę odetchnąć po opróżnieniu zbędnych myśli które ciążyły mojej głowie jak uciążliwy kac morderca. Katharasis osiągnięte. Można w spokoju dopić browarka i zaplanować sobie kolejne dni.

środa, 3 grudnia 2014

Apel?

Koniec! Skończyło się! Od dziś jestem totalnym chamem i skurwysynem. Byłem za dobry dla ludzi bo tak mnie wychowano. Niektórzy się ze mną zżyli, niektórzy za bardzo, a jeszcze inni mimo mojej woli.
Teraz niemym krzykiem w głuchym milczeniu i pełnym złości grymasie obojętności obwieszczają całemu światu, że cierpią.
Gratulacje! Udało wam się udowodnić mi, że do mojego apogeum złości jest jeszcze daleko. Cały mój wrodzony i latami trenowany, niewyczerpalny spokój szlag trafił.
Ten chory egocentryzm schowany za słodkim uśmiechem i podpisany "Naprawdę wszystko w porządku, nic się nie stało", proszę was, ile można? Każdy jest po części egoistą, to naturalne. Ale nikt nie jest wyjątkowy na tyle, żeby uważać, że to on cierpi najbardziej. Czy ktoś kiedykolwiek słyszał o empatii?
Odkryłem niedawno w sobie niezwykłą zdolność do zadawana bólu innym, Bogu ducha winnym ludziom. Kiedy właśnie będąc taki jak zawsze, wróć, przeważnie, czyli (przynajmniej w moim mniemaniu, jeśli ktoś się ze mną nie zgadza to niech to powie) miły i pomocny, moje zachowanie zostaje poddane silnej nadinterpretacji. Pozwoliłbym sobie w tym momencie na podanie analogii umożliwiającej zobrazowanie podanej sytuacji aby była czytelniejsza dla osób postronnych, ale obawiam się że znów zostanę źle zrozumiany i okrzyknięty "tym złym".
Nie mam zamiaru się tłumaczyć, nie chcę żeby ludzie się pytali co się stało, nie chce mi się tłumaczyć, mam to gdzieś.
Znudziło mi się bycie miłym, zastanawiam się jak długo wytrzymam udając kogoś innego. Dlaczego to robię? No właśnie. Nie chcesz czegoś widzieć, zamknij oczy, nie chcesz słyszeć, zasłoń uszy. Nie chcesz żeby inni się kaleczyli o ciebie, wyjdź z pokoju.
W nocy, przed snem zastanawiałem się, czy nie tęsknię przypadkiem za czasami kiedy nie należałem do żadnej grupy rówieśniczej, siedząc na uboczu zastanawiałem się co takiego fajnego jest w byciu z innymi ludźmi. Kiedy się w końcu dowiedziałem, dochodzę do wniosku, że człowiek zawsze chce tego, czego w danej chwili nie może mieć.
Na dzień dzisiejszy, miałem ambitne plany. Aktualnie się zastanawiam, czy pozostanie wieczorem i posprzątanie w końcu pokoju nie będzie lepszym wyjściem. A może jestem za bardzo podatny na sugestie?
Nieważne. Zrobię to co będę musiał, co będę uważał za słuszne. Zestawię ze sobą wszystkie "za" i "przeciw" danych rozwiązań i wybiorę najbardziej optymalne pod kątem ofiar w ludziach.