Zacznijmy może od tego, że (co chyba nie jest żadną nowością ani zaskoczeniem) ta praca nie jest urzeczywistnieniem moich marzeń. Nie czuję się jakoś specjalnie spełniony, za to kompletnie wypompowany nie tyle z sił, co z motywacji, emocji i odczuwam ogólne zniechęcenie. Po pracy mógłbym godzinami gapić się w oddalony punkt znajdujący się daleko przede mną. Albo spać, ale to akurat miało miejsce jeszcze zanim pracowałem. Ale mam tą pracę, jakakolwiek by ona nie była. A biorąc pod uwagę okres jaki spędziłem na jej poszukiwaniu, powinienem z radości fiknąć na zawał.
Pracuję już od około miesiąca, więc myślę że mogę sobie pozwolić na opisanie panujących na zakładzie zwyczajów, zachowań i tym podobnych.
- Porządek musi być! Wszędzie. Pamiętaj, twoje miejsce pracy musi lśnić jak wywoskowana łysina dresiarza. Przed pracą, w czasie pracy i po pracy. Tak, wiem, wszędzie tak jest. To środek zapobiegawczy niebezpiecznym sytuacjom. Dlatego na moim stanowisku jest ładna, duża sklejka, na której są haczyki, pojemniczki i inne. Wszystko podpisane, i przezornie dla idiotów nie potrafiących czytać, obok jest umieszczone zdjęcie. A zatem, mam do dyspozycji: młotek, z którego nie wolno korzystać, bo można sobie rozbić palce. Serio. Majster mnie o tym poinformował. Dalej, jest taśma klejąca. Jest specjalny haczyk na nóż. Zawsze pusty. Dla przeciwwagi na stanowisku obok, gdzie pakuje się gotowy produkt, doliczyłem się sześciu noży. To pewnie swojego rodzaju aluzja co do pracujących tam kobiet. To naprawdę ostre babki. W koszyczku na gwoździe jest wszystko oprócz gwoździ. Bo i tak nie można korzystać z młotka.
- Nowy? Opowiem ci coś... Za górami, za lasami... Ale tak serio. Na każdym ze stanowisk pracy na których miałem niewątpliwą przyjemność do tej pory pracować słyszałem kilka ciekawych historyjek. Reżyserzy horrorów klasy C byli by zachwyceni. Toż to gotowy materiał na scenariusz! A to wózek widłowy kogoś potrącił wbijając mu się w brzuch, a to maszyna urwała komuś rękę/nogę/głowę, kogoś na magazynie zmiażdżyło... Ogólnie fajnie, mokro i kolorowo.
- Komunikacja. A właściwie częściowy jej brak. Choć właściwie to nie jest tak źle. Siedzę sobie u siebie i słyszę (pomimo wszechogarniającego hałasu i zatyczek do uszu): "EEeeeee!". Oho, komunikują się. Niesamowite zjawisko. Jak na razie tylko ja się z niego wybijam. W pracy nie masz imienia, pseudonimu, nazwiska. Jesteś takim "eeeeee". Zaskakujące jest to, że po taki m zawołaniu zawsze odwraca się ta osoba, którą wołano. Myślę, że po tyloletnim stażu pracy i ja nauczę się odróżniać od siebie poszczególne zawołania po skali ultradźwięków.
- Bogactwo językowe. Kolejna rzecz, poza gwoździami, której brakuje na zakładzie. Pojękiwania, chrząknięcia i inne dziwne odgłosy mające służyć komunikacji nadają pracownikom specyficznego charakteru. To tak, jakby natura wiedziała, że w odległej przyszłości będą potrzebni ludzi o niskim ilorazie inteligencji i zatrzymała ich proces ewolucji na poziomie neandertalczyków. Jeśli ktoś jest w stanie składać zdania, to znaczy że ma rodzinę. Jeśli te zdania są złożone oznacza to, że jest studentem. Albo jest w zarządzie. To co ja tam robię? Posługuję się zdaniami złożonymi, wprawdzie trochę karykaturalnie, ale jednak. W zarządzie, jakby nie patrzeć, nie jestem. Studiować też nie studiuję. Ale wracając do samego bogactwa językowego. Sądzicie, że wiecie co tą są wulgaryzmy i jak się ich używa? Jesteście w błędzie. Pod tym względem mamy na zakładzie samych dyplomowanych profesorów doktorów habilitowanych. Ale nie tylko w tym jednym zakładzie tak jest, wiem od znajomych że to zjawisko jest ogólnie powszechne. Zazwyczaj na blogu nie przeklinam, ale to jest wyjątkowa sytuacja, mająca na celu zobrazowanie bogactwo językowe tychże ludzi: "No żesz kurwa jego jebana w pizdę pierdolona psia mać chujem zapychana", powiedział operator (dajmy na to) tokarki, po czym zaklął brzydko.
- Stała czujność! Jeśli stracisz ją choć na sekundę, zginą ludzie! I to z twojej winy! Ale czasem jest to po prostu niemożliwe. Podobno to kwestia wprawy, jednak ten poziom czujności przy moim dotychczasowym trybie życia jest niezwykle trudny, o ile niemożliwy. O czym mówię? O choćby sytuacji, w której maszyna pracuje z prędkością jednej palety na godzinę. Albo kiedy czeka się na dostawę formatu do obróbki. Monotonia wykonywanie stale tej samej czynności + wielokrotnie zmniejszone tempo pracy/gwałtowny jego spadek + zmęczenie + nic się przecież nie stanie + cholera, ale mi się chce spać = Pierniczę, śpię. Skutek? Gdyby pierwsze dwa zdanie były prawdziwe, zakład by wymarł.
- Papierosy są zalążkiem nowych znajomości. Kiedy nie paliłem, w pewnym sensie zazdrościłem osobom palącym. Wychodząc zapalić, poznawało się nowych ludzi, zawierało przyjaźnie i w ogóle się integrowało. Bo papierosy zbliżają do siebie ludzi. O tak. Jam gówno muchy. "Masz pan papierosa? To świetnie się składa. Bo ja nie..." Jeszce nigdy tak nie odczułem faktu, że kupując kolejną paczkę marnuję pieniądze. Już nie palę w pracy. Nie ma gówna, nie ma much. I znajomości z pracy też.
W każdym razie, do następnego razu. Zapowiada się ciekawy tydzień.