niedziela, 18 listopada 2018

Przygoda życia

Chciałem dziś opisać co mi się przydarzyło w ostatni weekend. Po części dlatego, że to pierwszy weekend od dłuższego czasu kiedy działo się coś ciekawego, a po części z powodu kumulacji "tych ciekawych" rzeczy.
A więc jedziemy od początku. Cała historia zaczęła się właściwie w czwartek, kiedy to wchodząc na YouTuba po pracy żeby odstresować się przy muzyce zauważyłem zapowiedź koncertu łączącego dwie z moich ulubionych kapel. Poniekąd odruchowo, z pominięciem świadomości włączyłem tą zapowiedź, dowiedziałem się, że koncert ma się odbyć za dwa dni w mieście w którym nigdy nie byłem i nie wiem jak tam dojechać, ponadto słyszałem, że jego mieszkańcy to niezła patologia. Myślę, że każdy w związku z tym zrobiłby na moim miejscu to samo: wszedłem na podany link i kupiłem bilet.
W końcu nadszedł ten dzień, sobota. Wsiadłem w pociąg i dojechałem do miasta docelowego, niestety na miejscu zorientowałem się, że nie mam bladego pojęcia, jak dostać się do klubu gdzie ma się odbyć koncert. Popytałem trochę ludzi, skonfrontowałem ze sobą udzielone przez nich rozbieżne informacje i koniec końców dotarłem pod klub. Kiedy ludzi zaczęło się robić coraz więcej wyszedł ochroniarz, zmierzył groźnym wzrokiem tłum i powiedział:
- Nie gniewajcie się na nas w razie czego, to nie tak, że mamy ch*jowy sprzęt na sali, ten zespół po prostu tak gra.
Domyślam się, że wiem o który z dwóch zespołów mu chodziło, ale o tym zaraz.
Wchodzę na salę (zaskakująco małą, szczerze mówiąc), rozglądam się i podchodzę do kącika z koszulkami. Wziąłem od razu dwie, a co się będę pier***ił, stać mnie. Następnie podszedłem do baru i poprosiłem piwo bezalkoholowe, na co barmanka (wcale nie brzydka trzeba przyznać) powiedziała: "Od bezalkoholowego rośnie c*pa". Stwierdziłem, że zaryzykuję. Wyszedłem na palarnię, po części by znaleźć jakieś towarzystwo na czas koncertu. Samemu się niespecjalnie bawi, a ja niestety przyjechałem sam. Znajomi których pytałem stwierdzili, że albo nie mają czasu, albo po prostu nie słuchają takiej muzyki. Trudno.
Po chwili z ekipą byliśmy już przed sceną i gromkimi okrzykami zachęcaliśmy pierwszy zespół żeby zaczęli grać. Dało się słyszeć okrzyki takie jak "Pedały!" albo że zespół "... to stara kurwa, i zawsze jebany jest, zespół trzeba pierdolić, on przecież od tego jest". Zachęceni okrzykami członkowie zespołu w końcu wyszli na scenę: dwóch gitarzysto-wokalistów i perkusista. Na ten widok z sali rozległo się radosne "Wypierdalać, wypierdalać!", po czym jeden z członków zespołu podszedł do krawędzi sceny, popatrzył na tłum i tako rzecze:
- Słabiście jak nasienie mojego starego. W stolicy głośniej się darli.
Następnie drugi członek zespołu pokazał publiczności miejsce na swoim ciele gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę.
Zastanawiam się, czy ktoś na tej sali był zszokowany tum co właśnie zaczęło się dziać. Pewnie moje myśli dotarły jakoś do jednej z dziewczyn z towarzystwa w które się wkręciłem, bo zapytała:
- Co, pierwszy raz na ich koncercie?
- Tak - odpowiedziałem - ale na mnie to nie robi wrażenia, dobrze ich znam i zakładałem podobny scenariusz.
Pamiętam jak podczas grania jednej z piosenek przypomniały mi się czasy akademików i pokój numer 830.
Dalej było tylko ciekawiej. Jeden z członków zespołu poprosił żeby na scenę dotarło kilka dziewczyn z widowni, są im potrzebne do wykonania kolejnej piosenki. Momentalnie z publiki na "fali" wpłynęło kilka dziewczyn na scenę. Piosenka została zagrana, dziewczyny pośpiewały, potańczyły i już miały schodzić, kiedy główny wokalista nie zwracając już nawet na nie za bardzo uwagi i krzyknął:
- Jeśli jeszcze raz chcecie zobaczyć dupę, to któraś dziewczyna niech pokaże cycki.
Po czym, za jego plecami podbiegła jedna z dziewczyn (niebiesko-włosa piękność) i nawet nie zauważona przez wokalistę szybko podwinęła koszulkę ukazując swoje atuty i czmychnęła ze sceny. Jego zdezorientowana mina - bezcenna - kiedy dotarło do niego to, co go ominęło. Nie tylko jego, bo drugi podchodzi do niego, daje mu w potylicę i ze słowami "daj spokój stary" ponownie pochwalił się swoją "dumą".
Pierwszy zespół skończył i pożegnany burzą oklasków szedł ze sceny. Korzystając z przerwy wyszliśmy ekipą na papierosa.
Na palarni zauważyłem pewną dziewczynę leżącą na ławce, jak się później okazało była kompletnie pijana. Nie tylko ona, w wielu miejscach leżeli pijani ludzie. "Miejscowi" pomyślałem sobie przypominając to co słyszałem o mieszkańcach tego miasta. Wracając do dziewczyny, w pewnym momencie podszedł do niej jakiś chłopak i próbował ją obudzić. Po chwili tak jakby się poddał i się na niej położył, tak że biednej nie było widać.
Kiedy już miałem wychodzić z palarni i wracać na koncert niechcący kątem oka zauważyłem pewnego kolesia ubranego w kigurumi który wesoło i beztrosko machał swoim interesem do ludzi. Niektórzy nie powinni ruszać alkoholu, dobrze że już nie piję.
Wróciliśmy na koncert, następny zespół zaczął już grać. Publiczność jak wychodzili w dalszym ciągu skandowała: "pedały, pedały". Wokalista kolejnego zespołu odwrócił się za scenę i krzyknął do poprzedników:
- Chłopaki, chyba was wołają!
Oba zespoły z tego co się orientuję znają się z Woodstocku i podobno już wtedy ugadali się na ten koncert, więc to raczej nie była obraza.
Podczas drugiego koncertu najbardziej zapadł mi w pamięć spontanicznie odtańczony przez publiczność polonez do piosenki nawiązującej o tym jacy Polacy są. To było niespodziewane.
Dodatkowo pamiętam jak wokalista poprosił, żeby nie krzyczeć "napier***ać" jeśli chcemy żeby dalej grali. Bo zespół promuje kulturalną zabawę, dlatego zamiast znanego i do tej pory powszechnie używanego zwrotu zostaliśmy poproszeni o zastąpienie go hasłem "Grać utwory". To mi się wydało trochę dziwne, był mały problem na początku żeby się przestawić, ale wkrótce wszyscy się dostosowali.
Niestety wszystko co dobre prędzej czy później musi się skończyć (wyprosiliśmy jeszcze kilka bisów), akurat wtedy kiedy zauważyłem że odjechał mi ostatni pociąg. Kiedy ekipa z którą siedziałem się o tym dowiedzieli szybko zobaczyli czy jest jakaś możliwość żebym jeszcze jakoś się dostał do domu - sprawdzili autobusy, pociągi, kiedy jadą... Miło z ich strony, w tym miejscu ich chciałbym pozdrowić i podziękować za wspólną zabawę.
A więc na stację na której zazwyczaj mam przesiadkę dojechałem nietypowo, bo autobusem, następnie powoli godziłem się z myślą o smutnej, samotnej nocy na dworcu. Cóż, nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz. Jakież było moje zdziwienie jak zobaczyłem tyle ludzi w tym miejscu. Wiadomo, większość przyszła do całodobowej "restauracji", bo złapał nagły głód (o drugiej w nocy, zdarza się), ale też inni podróżni i masa innych ludzi. Więc siadłem sobie spokojnie koło pewnego śpiącego jegomościa i obserwowałem otoczenie. Masa śpiących gdzie się da ludzi, na schodach, na ziemi, na ławkach w kawiarni, pod ławkami... Nagle do śpiącego koło mnie pana podchodzi ochrona:
- Proszę się obudzić, już trzeci raz panu mówimy, że nie może pan tu zostać.
Adresat wypowiedzi zabrzęczał coś pod nosem, z wielkim trudem wstał i oddalił się w sobie tylko znanym kierunku. Ja wyszedłem przed dworzec zapalić papierosa. Siadam na ławce, odpalam. Patrzę na grupki ludzi którzy nie wiedząc jak znaleźli się poza swoją imprezą szukali jakiejkolwiek:
- Gzzie jst alkohl?
- Tam, chodź, idziemy
- Ni ch*ja, ja już nie chcę - odpowiedział pijany jegomość i zaczął kierować się w przeciwnym kierunku do wskazanego przez jego towarzysza. Szło mu to wyjątkowo ciężko, więc kolega go capnął i zaciągną go siłą pomimo głośnych protestów.
Następnie, jak zawsze na tym dworcu podleciał do mnie sęp:
- Szefie, masz poratować papieroskiem?
- Tut mir leid, ich versteche nicht. Sprichst do Deutsch?
Tyle wystarczało żeby starej daty kloszard uciekł w podskokach. Nieśpiesznie dopaliłem i wróciłem na dworcową poczekalnię. Akurat załapałem się na mały występ muzyczny. Kiedyś zostało tu umieszczone pianino. Pierwszy raz widziałem, żeby ktoś na nim grał, na dodatek całkiem ładnie, co tylko umilało czas pozostały do mojego kolejnego pociągu.
W międzyczasie udałem się do toalety (oczywiście płatnej, o zgrozo, 3 zł za wejście, drożej niż w stolicy) i zauważyłem w jednej z kabin pana którego przegoniła ochrona kiedy spał koło mnie. Spryciula schował się w łazience...
Kolejny punk podróży, przedostatni, dworzec autobusowy przy dworcu kolejowym w kolejnym mieście. Wychodzę akurat w doskonałym momencie aby pomachać kierowcy odjeżdżającego autobusu. Jak się okazało, nie tylko ja miałem podobny problem. Trójka chłopaków widocznie zmęczonych imprezowaniem ruszyła w moim kierunku. Jeden nie miał kurtki, zgubił w klubie. Kiedy już dotarła do nich przekazana przeze mnie smutna nowina zapytali się, czy odholowałbym ich pechowego kolegę na jego przystanek kiedy nadjedzie nasz autobus. Nie miałem powodu odmówić. Z chęcią się zgodziłem dotrzymać mu towarzystwa, tym bardziej, że dobrze im z oczu patrzyło. Po dotarciu na przystanek z którego jechał nasz autobus okazało się, że mamy jeszcze ponad godzinę. Było trochę po piątej rano, zdecydowaliśmy, że poszukamy jakiegoś sklepu. Jednak żadnemu z nas nie przyszło do głowy, że z powodu święta wszystkie sklepy zamknięte, nawet całodobowe. W poszukiwaniu jakiegokolwiek sklepu zrobiliśmy dość spore kółeczko po mieście, bezskutecznie. Rozgoryczeni, zmęczeni i zdezorientowani poszliśmy na przystanek. Autobus przyjechał oczywiście spóźniony, a "przemiły" kierowca powiedział, że nie ruszy dopóki nie kupimy i nie skasujemy biletów. Ale żeby wydać z pięćdziesiątki to nie miał, a kioski pozamykane.
Ruszyliśmy. Dojeżdżając do przystanku na którym miał wysiadać mój pechowy towarzysz zauważyłem, że biedak zmęczony przeżyciami usnął. Nie dałem rady go dobudzić, nawet z pomocą innego współpasażera. Dojechaliśmy do mojego przystanku. W dalszym ciągu nie mogąc go dobudzić, po prostu wziąłem go pod barki i wyniosłem z autobusu. W końcu się obudził, wytłumaczyłem mu sytuację, powoli wszystko do niego docierało: że nie jest tu gdzie być powinien, że nie ma kurtki, że dziewczyna na niego będzie zła i że autobus jest za godzinę.
Posiedziałem z nim do przyjazdu autobusu, pogadaliśmy. Okazało się że chodził to szkoły przy osiedlu na którym mieszkam, z wykształcenia jest technikiem żywienia. W końcu autobus przyjechał, pożegnaliśmy się i ruszyliśmy każdy w swoją stronę.
Podsumowując: Jeśli chodzi o sam koncert - to było najlepiej wydane 30 złotych w moim życiu. Drażniła mnie tylko myśl, że to pierwszy koncert w moim życiu na którym nie byłem w pogo. Towarzystwo było świetne, tego było mi potrzeba. W domu tylko się zorientowałem, że sprzedawca przygłup sprzedał mi jedną złą koszulkę, zły wzór i rozmiar, ale po wymianie korespondencji z zespołem udało się błąd naprawić.
To był naprawdę udany weekend i co najważniejsze dla mnie, bez alkoholu. A bałem się, że nie dam rady.