Wstęp stosunkowo nietypowy, zacznę pytaniem za sto punktów:
Na pytanie: "idziesz zapalić?" odpowiesz:
A "Nie, dzięki, nie palę C "Ograniczam"
B "Jasne!" D "Rzucam"
Tyle słowem wstępu.
Nie tak dawno, bo jakieś trzy dni temu, przeprowadziłem pewien eksperyment: sprawdziłem co się stanie jeśli nie będę jadł przez kilka dni. Ograniczyłem się tylko do picia wody. Głupota? Nie zaprzeczę. Zrobiłem to po części w imię nauki. Ale wbrew pozorom coś osiągnąłem. Doszedłem do pewnych bardzo ciekawych wniosków i obserwacji (najciekawsze zauważyłem dosłownie przed chwilą, mianowicie zapomniałem zjeść obiad):
1) Po pewnym czasie nie czuje się głodu;
2) Nie miałem żadnych widocznych problemów ze zdrowiem czy samopoczuciem, co mnie wielce zaskoczyło;
3) Ale najdziwniejsze było to, że jakoś nie specjalnie odczuwałem potrzebę zjedzenia czegokolwiek.
Skoro nie ma większych problemów z opanowaniem takiego mechanizmu niezbędnego do życia jakim jest odczuwanie głodu, to dlaczego np. palacze nie potrafią sobie poradzić z głodem nikotynowym? Przecież:
1) Potrzeba nie lada wysiłku, żeby przestać odczuwać głód na dłuższy okres czasu;
2) Oznaki głodu są dużo bardziej widoczne, choćby pod postacią rozdrażnienia;
3) Głód tytoniowy odczuwa się miejscami znacznie silniej jak typowy głód spowodowany brakiem pożywienia;
4) No a pozatym to kosztuje trochę więcej niż bochenek chleba...
Więc w czym problem? W 'silnej woli'? Tylu ludzi zarzeka się, że ma silną wolę, a jak przychodzi co do czego, okazuje się ona zaskakująco słaba. A może chodzi o to, że nie przyłożyliśmy się do sprawy i nie rozważyliśmy terminu jakim jest uzależnienie? W pewnej mądrej książce, której tytułu nie chcę przytaczać, przeczytałem, że: Jeśli przyznasz się szczerze, sam przed sobą, że owszem, jesteś uzależniony, to 51% drogi prowadzącej do zerwania z nałogiem jest już za tobą. No dobra, a co z pozostałymi 49%? Zapytajcie jakiegoś palacza... Dobra, przyznaję się. Zdarza mi się zapalić... czasem... no, może trochę częściej... na pewno częściej niż bym chciał czy potrzebował. O ile można tu powiedzieć o potrzebie. Co mnie i moich znajomych dziwi to to, że dalej jestem wyczulony na smród dymu papierosowego. Pierwszego papierosa zapaliłem z ciekawości, a następne, żeby nie czuć jak inni w moim towarzystwie palą. Co z tym robię? To proste, ograniczam. Palę coraz mniej. Dlatego teraz, w nagrodę za wytrwałość, idę na małego dymka...
O wszystkim i o niczym. O tym co mnie wkurza, drażni, bawi, śmieszy, zastanawia. O moich przemyśleniach i innych różnych pierdołach. O mnie.
środa, 17 października 2012
poniedziałek, 15 października 2012
De novo
Jako wstęp chciałem przytoczyć fragment książki Johna Parkina pt: "Filozofia f**k it, czyli jak osiągnąć spokój ducha". Oto on:
Po tym wstępie przechodzimy do sedna sprawy. Co Ty byś zrobił, gdyby coś takiego ci się przytrafiło? Większość ludzi, zbytnio przywiązanych do tzw. życia doczesnego prawdopodobnie przeżyłaby co najmniej ciężkie załamanie nerwowe. Reszta odebrała by sobie życie. A według autora powinno być zupełnie odwrotnie. Ofiara takiego spisku powinna stanąć na równe nogi, powiedzieć sobie 'pierdolę to!' i zacząć życie od nowa, po swojemu, nie przejmując się niepotrzebnymi bzdetami i żyć pełnią życia. W sumie, tak by było fajniej. Po części podzielam zdanie autora, ale tylko trochę. Nie chodzi mi o rozbijanie czyjegoś życia i deptanie resztek jego godności (choć brzmi to ciekawie), tylko o "przesadne przywiązanie do dóbr doczesnych". Brzmię znajomo? To oczywiste, coś podobnego jakiś klecha powtarza na praktycznie każdej niedzielnej sumie. Ale ja mam na myśli coś innego. W końcu na świecie są inne rzeczy poza pieniędzmi. Tak myślę. Choć to one pozwalają na więcej, to nie dzięki nim osiągamy cel (a przynajmniej nie powinniśmy).
W tym momencie się zastanówmy (albo przynajmniej spróbujmy) jak by wyglądał świat bez pieniędzy. Nudno? Bynajmniej. Niczym się nie trzeba przejmować, wszystko jest wszystkich (to też brzmi znajomo, prawda?...). Tylko historia pokazała, że to nie wypali.
To trzeba by zupełnie inaczej zorganizować, wszystko zreorganizować i zacząć od zera, od nowa. Niestety na chwilę obecną jestem w stanie tylko tyle powiedzieć, poza tym to nie jest temat na krótkiego posta, tylko na dłuższą rozmowę w dobrym towarzystwie, przy dobrej kawie. W razie czego, zapraszam. Nie zapomnijcie przynieść ze sobą kawy.
- nasz człowiek zadzwoni do Twojego szefa, podając się za pracownika konkurencji i twierdząc, że przekazujesz mu poufne informacje i bierzesz za to grube pieniądze;
- tego ranka nasz złodziejaszek wsunie do szuflady Twojego biurka 2000 funtów w banknotach;
- pracujący dla nas sobowtór Hugh Granta zacznie śledzić Twoją żonę i "przypadkowo" na nią wpadnie[...]
- korzystając z podanych przez Ciebie danych do przelewu, nasz haker włamie się na Toje konto i ukradnie wszystkie Twoje pieniądze;
- w ramach zaaranżowanej przez nas kradzieży tożsamości Twoje nazwisko zostanie usunięte zarówno z aktu własności Twojego domu, jak i dowodu rejestracyjnego twojego BMW;
- nasz komornik zajmie ci dom;
- pozbawiony (praktycznie) wszystkiego i wszystkich, siedząc na krawężniku przed (niegdyś) swoim domem, zostaniesz okradziony przez naszego człowieka w kapturze, który zabierze Ci zegarek firmy Tag Heuer;
W tym momencie się zastanówmy (albo przynajmniej spróbujmy) jak by wyglądał świat bez pieniędzy. Nudno? Bynajmniej. Niczym się nie trzeba przejmować, wszystko jest wszystkich (to też brzmi znajomo, prawda?...). Tylko historia pokazała, że to nie wypali.
To trzeba by zupełnie inaczej zorganizować, wszystko zreorganizować i zacząć od zera, od nowa. Niestety na chwilę obecną jestem w stanie tylko tyle powiedzieć, poza tym to nie jest temat na krótkiego posta, tylko na dłuższą rozmowę w dobrym towarzystwie, przy dobrej kawie. W razie czego, zapraszam. Nie zapomnijcie przynieść ze sobą kawy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)