czwartek, 18 lutego 2016

Podróż życia



Czasami, w życiu każdego z nas nadchodzi taki czas. Czas udania się w daleką podróż, bez względu na koszty i konsekwencje. Podróż którą niedawno odbyłem może i nie była jedną z takich, bo nie była ani najdłuższa (choć nie mogę powiedzieć o niej jak o sielankowym spacerze do przyosiedlowego sklepu), ani najkrótsza, nie była też specjalnie kosztowna. To co w takim razie ją na tyle wyróżniało, że jest warta wspomnienia w tym miejscu? W sumie sam nie wiem.

Etap pierwszy: autobus, dystans około 18 km
Ten etap upłyną beż większych kłopotów czy komplikacji. Wsiadam do autobusu, rozglądam się i znajduję miejsce do siedzenia zdolne pomieścić nie tylko moją osobę, ale także moje przerośnięte ego i dość duży bagaż. Jednak cała droga upłynęła mi na dywagacjach w stylu: gdzie do jasnej cholery jeżdżą te wszystkie starsze panie dość niechlubnie i stereotypowo określane mianem "moherowych beretów"? Zagadka rozwiązała się na końcu tegoż etapu. Na podstawie tego co zobaczyłem, myślę, że mogę śmiało wysnuć hipotezę mówiącą, że każdy wolny dzień te kobiety spędzają na objechaniu jakimkolwiek środkiem komunikacji miejskiej wszystkich obiektów sakralnych w promieniu około stu kilometrów od miejsca ich zamieszkania. Tak, wszystkie panie wysiadły na przystanku koło kościoła.

Etap drugi: pierwszy pociąg, dystans: 21 km
Ach, dzieci. Małe słodkie istotki, gaworzą, śmieją się i niezależnie od wieku poprawiają humor wszystkim w swoim otoczeniu. Siedzę zatem w pociągu, sam na cztery miejsca. Wchodzi jakaś wycieczka szkolna, około dwudziestka dzieci i cztery (!) wychowawczynie. Po jaką cholerę tyle opiekunek do tak małej grupy? Dzieci momentalnie przejęły kontrolę nad jednym wagonem, ale zrobiły to w typowy dla swojego wieku (na oko maksymalnie trzecia klasa podstawówki) finezyjny sposób. Dla przykładu, zanim zajęły miejsca koło mnie, zapytały niezwykle grzecznie, czy nie będzie mi przeszkadzać ich towarzystwo. Ależ oczywiście, że nie. Zawsze uważałem, że lubię dzieci. Inaczej nie kształciłbym się chyba na pedagoga, nie?
Na trzech miejscach które były wolne koło mnie zmieściło się sześcioro dzieci: cztery dziewczynki i dwójka chłopców. Najpierw przyglądały mi się dość uważnie, a kiedy zorientowały się, że nie podsłuchuję zaczęły rozmawiać na swoje tematy. Kto kogo lubi i takie tam. Dla przykładu:
- A Piotrek kocha Mariolcię!
- Po czym poznałeś?
- Bo jak usłyszał jej imię to się zarumienił jak burak!
I na takich tematach mogła by upłynąć cała droga do kolejnego miejsca przesiadki, niestety tak nie było.
W pewnym momencie wyraźnie było widać, że jeden z chłopców nie dogaduje się z jedną z dziewczynek. Norma w tym wieku. Nagle dziewczynka użyła argumentu-zabójcy: jesteś u pani!
Może to ja jestem dziwny, może nie, ale kiedy ja byłem w trzeciej klacie podstawówki po usłyszeniu czegoś takiego skutecznie opadały wszelkie emocje, towarzystwo się wyciszało...
Ten chłopczyk jednak znalazł odpowiedni kontrargument: To idź. No idź. No zap...dalaj!
Dalsze rozmowy dzieci także były ciekawe. Tak jak się obawiałem, dzieci mają bogate życie seksualne (Bo ja przyszłam do Fabiana dać mu notatki, a on mnie ciągnął do łóżka...), niektóre terminy które powinny poznać zdecydowanie w późniejszym wieku także są im znane (Bo wiesz Piotrusiu, ja nie mogę bo jestem bezpłodna. Na co Piotruś: nie zaszkodzi spróbować). Słyszeliście kiedyś o grze w butelkę? Te dzieci też. A znacie zasadę mówiącą o karnych zadaniach? Nie? Te dzieci tak (... i jak na ciebie wypadnie dostajesz kutasa do buzi...). Chciałbym móc powiedzieć, że to co tu piszę to bujda na resorach, ale to nie prawda. Mnie także się oberwało. Chłopcy zauważyli, że mam kolczyk w lewym uchu i wzorem mojego kolega z roku doszli do konkretnego wniosku: Ten pan to pedał. Tylko mówce po cichu, bo usłyszy...
Nie wiedziałbym tego wszystkiego gdyby nie to, że padła mi bateria w odtwarzaczu mp3.

Etap trzeci: w dalszym ciągu pociąg, dystans 370 km
Wchodzę do pociągu z nadzieją że najdłuższą część podróży będę mógł w spokoju przesiedzieć jak nie w pustym to przynajmniej niezbyt pełnym przedziale. Niestety, nadziej umarła jeszcze zanim zdążyłem wypowiedzieć wszystkim znane na jej temat przysłowie. Może myślicie, że siedziałem chociaż przy oknie? Nie, to by było zbyt komfortowe. Pocieszającą myślą zadawała się być ta, że jechałem w przedziale ze studentkami, i to wcale nie brzydkimi. Z krainy marzeń i snów wyrwały mnie słowa jednej z nich: może pomógłby mi pan poprawić torbę na półeczce? Więc wstałem, jak zawsze chętny do pomocy. Definitywnie na ziemię sprowadziło mnie silne uderzenie w szczękę, chyba z łokcia. Wtedy dotarło do mnie że te słowa nie były skierowane do mnie, tylko do wielkiego faceta siedzącego vis-à-vis mnie, a którego dziwnym trafem mój wzrok pominął. Uderzył mnie oczywiście nieumyślnie. Nie zauważył takiego pokurcza jak ja. Wtedy usłyszałem dziwny skrzek. Dało się jednakowoż z niego wyłapać konkretne słowa: Nie tak ta torba ma być, nie tu, tak ją pan daj, nie na górę, z góry może spadnąć, daj na dół, nieeee, nie wzdłuż, w poprzek pan daj...
Jak się okazało, mojemu spojrzeniu umknęła także starsza pani siedząca przy oknie w różowym kostiumie. Myślę sobie, no tak, mogłem trafić gorzej. Ale nie jest źle, po lewej ładna studentka, tak samo po prawej. Po skosie na przeciwko również jest na czym oko zawiesić. Nie jest źle...
Następnym razem jak przyjdzie mi do głowy choćby tak pomyśleć, odgryzę sobie język. Po przejechaniu kilku stacji do przedziału wszedł starszy jegomość. Do dziewczyny po mojej lewej uprzejmie rzekł: Teee, lala, to moje miejsce, wypad! I tak, zamiast koło ładnej dziewczyny, po mojej lewej stronie siedział, jak się później okazało, stary, nieokrzesany kacap.
Nadchodzi czas kontroli biletów: wszyscy mają, wszyscy pokazują, oprócz jegomościa po mojej lewej. Bo jego obraża fakt, że ma pokazać bilet, on był kolejarzem kiedy konduktora na świecie nie było, to oburzające itp itd. Nawiązał się nawet ciekawy dialog:

Staruch: Smarkaczu ty, ja parowozami w pkp jeździłem a ciebie jeszcze na świecie nie było, ty mi tu masz czelność o bilet prosić. I na dodatek mnie z kibla wywaliłeś, kiedy chciałem kulturalnie papierosa zapalić, wstydziłbyś się, młodziku!
Konduktor: Słuchaj pan, do emerytury zostało mi trzy dni. Także nie taki młodzik. Po wtóre, albo pan pokazujesz bilet, albo pana na następnym zadupiu wywalam z pociągu.
S: A dokąd to jedziesz, syneczku?
K: A do końca
S: I ty naiwnie masz nadzieję, że dojedziesz do celu, że nic ci się po drodze nie stanie?...
K: Dawaj bilet, pierdzielu, bo wywalam na zbity pysk!
S: Zero szacunku do starszych, co za parszywe czasy... Żeby mi to był ostatni raz! Trzymaj ten bilet i won mi z oczu!

Wspomniany pan całą, kilku godziną drogę umilał wszystkim czas. Nie pominął nawet mnie: O, widzę pospaliśmy sobie, teraz kanapeczka? Smacznego! Ale chyba się pan na mnie nie gniewa, bo ma pan minę jakby właśnie pan planował komuś zrobić krzywdę...
Ja jak to ja, nie odpowiedziałem, stwierdziłem, że odszekanie wywoła niekontrolowany słowotok ze strony naszego współpasażera, darowałem sobie. Współczuję za to dziewczynom. Biedne, nic im nie pomagało: nosy w książkach/notatkach, udawanie pochłonięcia przez lekturę (komentarz starszego pana: czytanie jest do dupy, ja nie czytam i mam się zaj...ście), słuchanie muzyki przez słuchawki (A czego to teraz takie śliczne dziewczyny słuchają?), czy nawet spanie (Eeej, ale nie śpijcie, kto ze mną porozmawia?).
W międzyczasie warto wspomnieć, że nasz bohater dbał o to, aby poziom alkoholu we krwi nie tylko nie spadał poniżej z góry ustalonego poziomu, ale stale rósł.
W pewnym momencie wyszedł na korytarz ochłonąć, postać (i chyba sprawdzić stan swojej koordynacji psychoruchowej). Potrącił go szybko przechodzący konduktor: Co jest, k...a?! Łazi to to i przeszkadza, zaj...ne cholerstwo! Do roboty byś się ch...u zabrał!
Zauważyłem również, że wiek starszego pana zmieniał się w zależności od sytuacji. Jak rozmawiał z konduktorem, był od niego trzydzieści lat starszy, za to kiedy rozmawiał ze studentkami, był, jak to on stwierdził, o dwa lata starszy od najmłodszej (...może dla ciebie śliczna to nie jest duża bariera, ale choćbyś nie wiem jak się wdzięczyła nie masz szans się przez nią przebić...).
No i mój rodzynek, wisienka na torcie. Po zapytaniu każdego skąd jest, nasz bohater był wielce oburzony, że nikt nie chce mu powiedzieć w jakim mieście i na jakiej ulicy mieszka. Pozwolę sobie go w tym miejscu nawet zacytować: Co wy, k...a, wstydzicie się tego gdzie mieszkacie? To niepojęte. Ja na przykład mieszkam w Sosnowcu i się nie wstydzę...

Etap ostatni: a jakże – pociąg, dystans 58 km
No i w końcu, koniec końców, ostatnia część podróży. Tu dla odmiany bez żadnych komplikacji, dziwnych sytuacji czy nietypowych pasażerów. Za to przejeżdżałem przez małe miasteczko, którego nazwa nie wiem czemu kojarzy mi się do tej pory z jakąś zaraźliwą i wyjątkowo wredną chorobą układu trawiennego: Pałecznica.

Jeśli powrót też ma być tak napompowany przeróżnymi atrakcjami jak stereotypowy kulturysta ruską metą, to ja się przejdę na piechotę. Widzimy się na miejscu, życzcie mi szerokiej drogi.