Czasami, w życiu każdego z nas nadchodzi
taki czas. Czas udania się w daleką podróż, bez względu na koszty i
konsekwencje. Podróż którą niedawno odbyłem może i nie była jedną z takich, bo
nie była ani najdłuższa (choć nie mogę powiedzieć o niej jak o sielankowym
spacerze do przyosiedlowego sklepu), ani najkrótsza, nie była też specjalnie
kosztowna. To co w takim razie ją na tyle wyróżniało, że jest warta wspomnienia
w tym miejscu? W sumie sam nie wiem.
Etap pierwszy: autobus, dystans około 18
km
Ten etap upłyną beż większych kłopotów czy
komplikacji. Wsiadam do autobusu, rozglądam się i znajduję miejsce do siedzenia
zdolne pomieścić nie tylko moją osobę, ale także moje przerośnięte ego i dość
duży bagaż. Jednak cała droga upłynęła mi na dywagacjach w stylu: gdzie do
jasnej cholery jeżdżą te wszystkie starsze panie dość niechlubnie i stereotypowo
określane mianem "moherowych beretów"? Zagadka rozwiązała się na końcu
tegoż etapu. Na podstawie tego co zobaczyłem, myślę, że mogę śmiało wysnuć
hipotezę mówiącą, że każdy wolny dzień te kobiety spędzają na objechaniu
jakimkolwiek środkiem komunikacji miejskiej wszystkich obiektów sakralnych w
promieniu około stu kilometrów od miejsca ich zamieszkania. Tak, wszystkie
panie wysiadły na przystanku koło kościoła.
Etap drugi: pierwszy pociąg, dystans: 21
km
Ach, dzieci. Małe słodkie istotki, gaworzą,
śmieją się i niezależnie od wieku poprawiają humor wszystkim w swoim otoczeniu.
Siedzę zatem w pociągu, sam na cztery miejsca. Wchodzi jakaś wycieczka szkolna,
około dwudziestka dzieci i cztery (!) wychowawczynie. Po jaką cholerę tyle
opiekunek do tak małej grupy? Dzieci momentalnie przejęły kontrolę nad jednym
wagonem, ale zrobiły to w typowy dla swojego wieku (na oko maksymalnie trzecia
klasa podstawówki) finezyjny sposób. Dla przykładu, zanim zajęły miejsca koło
mnie, zapytały niezwykle grzecznie, czy nie będzie mi przeszkadzać ich
towarzystwo. Ależ oczywiście, że nie. Zawsze uważałem, że lubię dzieci. Inaczej
nie kształciłbym się chyba na pedagoga, nie?
Na trzech miejscach które były wolne koło
mnie zmieściło się sześcioro dzieci: cztery dziewczynki i dwójka chłopców.
Najpierw przyglądały mi się dość uważnie, a kiedy zorientowały się, że nie
podsłuchuję zaczęły rozmawiać na swoje tematy. Kto kogo lubi i takie tam. Dla
przykładu:
- A Piotrek kocha Mariolcię!
- Po czym poznałeś?
- Bo jak usłyszał jej imię to się
zarumienił jak burak!
I na takich tematach mogła by upłynąć cała
droga do kolejnego miejsca przesiadki, niestety tak nie było.
W pewnym momencie wyraźnie było widać, że
jeden z chłopców nie dogaduje się z jedną z dziewczynek. Norma w tym wieku.
Nagle dziewczynka użyła argumentu-zabójcy: jesteś u pani!
Może to ja jestem dziwny, może nie, ale
kiedy ja byłem w trzeciej klacie podstawówki po usłyszeniu czegoś takiego
skutecznie opadały wszelkie emocje, towarzystwo się wyciszało...
Ten chłopczyk jednak znalazł odpowiedni
kontrargument: To idź. No idź. No zap...dalaj!
Dalsze rozmowy dzieci także były ciekawe.
Tak jak się obawiałem, dzieci mają bogate życie seksualne (Bo ja przyszłam do
Fabiana dać mu notatki, a on mnie ciągnął do łóżka...), niektóre terminy które
powinny poznać zdecydowanie w późniejszym wieku także są im znane (Bo wiesz Piotrusiu,
ja nie mogę bo jestem bezpłodna. Na co Piotruś: nie zaszkodzi spróbować).
Słyszeliście kiedyś o grze w butelkę? Te dzieci też. A znacie zasadę mówiącą o
karnych zadaniach? Nie? Te dzieci tak (... i jak na ciebie wypadnie dostajesz
kutasa do buzi...). Chciałbym móc powiedzieć, że to co tu piszę to bujda na
resorach, ale to nie prawda. Mnie także się oberwało. Chłopcy zauważyli, że mam
kolczyk w lewym uchu i wzorem mojego kolega z roku doszli do konkretnego
wniosku: Ten pan to pedał. Tylko mówce po cichu, bo usłyszy...
Nie wiedziałbym tego wszystkiego gdyby nie
to, że padła mi bateria w odtwarzaczu mp3.
Etap trzeci: w dalszym ciągu pociąg,
dystans 370 km
Wchodzę do pociągu z nadzieją że najdłuższą
część podróży będę mógł w spokoju przesiedzieć jak nie w pustym to przynajmniej
niezbyt pełnym przedziale. Niestety, nadziej umarła jeszcze zanim zdążyłem
wypowiedzieć wszystkim znane na jej temat przysłowie. Może myślicie, że
siedziałem chociaż przy oknie? Nie, to by było zbyt komfortowe. Pocieszającą
myślą zadawała się być ta, że jechałem w przedziale ze studentkami, i to wcale
nie brzydkimi. Z krainy marzeń i snów wyrwały mnie słowa jednej z nich: może
pomógłby mi pan poprawić torbę na półeczce? Więc wstałem, jak zawsze chętny do
pomocy. Definitywnie na ziemię sprowadziło mnie silne uderzenie w szczękę, chyba
z łokcia. Wtedy dotarło do mnie że te słowa nie były skierowane do mnie, tylko
do wielkiego faceta siedzącego vis-à-vis mnie, a którego dziwnym trafem
mój wzrok pominął. Uderzył mnie oczywiście nieumyślnie. Nie zauważył takiego
pokurcza jak ja. Wtedy usłyszałem dziwny skrzek. Dało się jednakowoż z niego
wyłapać konkretne słowa: Nie tak ta torba ma być, nie tu, tak ją pan daj, nie
na górę, z góry może spadnąć, daj na dół, nieeee, nie wzdłuż, w poprzek pan daj...
Jak się okazało, mojemu spojrzeniu umknęła
także starsza pani siedząca przy oknie w różowym kostiumie. Myślę sobie, no
tak, mogłem trafić gorzej. Ale nie jest źle, po lewej ładna studentka, tak samo
po prawej. Po skosie na przeciwko również jest na czym oko zawiesić. Nie jest
źle...
Następnym razem jak przyjdzie mi do głowy
choćby tak pomyśleć, odgryzę sobie język. Po przejechaniu kilku stacji do
przedziału wszedł starszy jegomość. Do dziewczyny po mojej lewej uprzejmie
rzekł: Teee, lala, to moje miejsce, wypad! I tak, zamiast koło ładnej
dziewczyny, po mojej lewej stronie siedział, jak się później okazało, stary,
nieokrzesany kacap.
Nadchodzi czas kontroli biletów: wszyscy
mają, wszyscy pokazują, oprócz jegomościa po mojej lewej. Bo jego obraża fakt,
że ma pokazać bilet, on był kolejarzem kiedy konduktora na świecie nie było, to
oburzające itp itd. Nawiązał się nawet ciekawy dialog:
Staruch: Smarkaczu ty, ja parowozami w pkp
jeździłem a ciebie jeszcze na świecie nie było, ty mi tu masz czelność o bilet
prosić. I na dodatek mnie z kibla wywaliłeś, kiedy chciałem kulturalnie
papierosa zapalić, wstydziłbyś się, młodziku!
Konduktor: Słuchaj pan, do emerytury zostało
mi trzy dni. Także nie taki młodzik. Po wtóre, albo pan pokazujesz bilet, albo
pana na następnym zadupiu wywalam z pociągu.
S: A dokąd to jedziesz, syneczku?
K: A do końca
S: I ty naiwnie masz nadzieję, że dojedziesz
do celu, że nic ci się po drodze nie stanie?...
K: Dawaj bilet, pierdzielu, bo wywalam na
zbity pysk!
S: Zero szacunku do starszych, co za
parszywe czasy... Żeby mi to był ostatni raz! Trzymaj ten bilet i won mi z oczu!
Wspomniany pan całą, kilku godziną drogę
umilał wszystkim czas. Nie pominął nawet mnie: O, widzę pospaliśmy sobie, teraz
kanapeczka? Smacznego! Ale chyba się pan na mnie nie gniewa, bo ma pan minę
jakby właśnie pan planował komuś zrobić krzywdę...
Ja jak to ja, nie odpowiedziałem,
stwierdziłem, że odszekanie wywoła niekontrolowany słowotok ze strony naszego
współpasażera, darowałem sobie. Współczuję za to dziewczynom. Biedne, nic im
nie pomagało: nosy w książkach/notatkach, udawanie pochłonięcia przez lekturę
(komentarz starszego pana: czytanie jest do dupy, ja nie czytam i mam się
zaj...ście), słuchanie muzyki przez słuchawki (A czego to teraz takie śliczne
dziewczyny słuchają?), czy nawet spanie (Eeej, ale nie śpijcie, kto ze mną
porozmawia?).
W międzyczasie warto wspomnieć, że nasz
bohater dbał o to, aby poziom alkoholu we krwi nie tylko nie spadał poniżej z
góry ustalonego poziomu, ale stale rósł.
W pewnym momencie wyszedł na korytarz
ochłonąć, postać (i chyba sprawdzić stan swojej koordynacji psychoruchowej).
Potrącił go szybko przechodzący konduktor: Co jest, k...a?! Łazi to to i
przeszkadza, zaj...ne cholerstwo! Do roboty byś się ch...u zabrał!
Zauważyłem również, że wiek starszego pana
zmieniał się w zależności od sytuacji. Jak rozmawiał z konduktorem, był od
niego trzydzieści lat starszy, za to kiedy rozmawiał ze studentkami, był, jak
to on stwierdził, o dwa lata starszy od najmłodszej (...może dla ciebie śliczna
to nie jest duża bariera, ale choćbyś nie wiem jak się wdzięczyła nie masz
szans się przez nią przebić...).
No i mój rodzynek, wisienka na torcie. Po
zapytaniu każdego skąd jest, nasz bohater był wielce oburzony, że nikt nie chce
mu powiedzieć w jakim mieście i na jakiej ulicy mieszka. Pozwolę sobie go w tym
miejscu nawet zacytować: Co wy, k...a, wstydzicie się tego gdzie mieszkacie? To
niepojęte. Ja na przykład mieszkam w Sosnowcu i się nie wstydzę...
Etap ostatni: a jakże – pociąg, dystans
58 km
No i w końcu, koniec końców, ostatnia część
podróży. Tu dla odmiany bez żadnych komplikacji, dziwnych sytuacji czy
nietypowych pasażerów. Za to przejeżdżałem przez małe miasteczko, którego nazwa
nie wiem czemu kojarzy mi się do tej pory z jakąś zaraźliwą i wyjątkowo wredną
chorobą układu trawiennego: Pałecznica.
Jeśli powrót też ma być tak napompowany
przeróżnymi atrakcjami jak stereotypowy kulturysta ruską metą, to ja się
przejdę na piechotę. Widzimy się na miejscu, życzcie mi szerokiej drogi.