niedziela, 25 listopada 2012

Polski "system" szkolnictwa

Siedząc ostatnio na zajęciach w (nie powiem gdzie), robiąc to co zawsze (gapiłem się w sufit), wspomniałem sobie pewną sytuację z czasów technikum. Musiało to ciekawie wyglądać, bo siedząc cicho ze wzrokiem wlepionym w świetlówki zacząłem się nagle śmiać...

"Z całym szacunkiem, ale uprzejmie upraszam Cię o zaprzestanie tej pozbawionej głębszego sensu paplaniny wydobywającej się z Twoich ust, gdyż w przeciwnym razie będę zmuszony do zakończenia Twojego jestestwa, szumnie przez Ciebie nazywanego egzystencją.".
Tymi oto słowami skłoniłem kolegę do zamknięcia się. Nie wiem czy zrobił to pod wpływem mojej prośby, czy po prostu doznał szoku na skutek potoku zalewających go słów, z których większości pewnie nawet nie zrozumiał.
W związku z tym że we wstępie zawiązałem do czasów kiedy chodziłem do technikum chciałem porozmawiać o polskim systemie nauczania. Biorąc pod uwagę to, że nasza rozmowa jest raczej jednostronna i polega na czytaniu przez was tego co tam napisze (o ile wogóle ktoś się na to zdecyduje), dochodzę do wniosku, że nazwanie tego rozmową jest grubą przesadą. Ale to ma swoje plusy. W pewnym sensie nie muszę wysłuchiwać waszych sprzeciwów i uwag, ale mniejsza o to. Przejdźmy w końcu do sedna sprawy.
To co potrafię zawdzięczam w dużym stopniu tylko i wyłącznie sobie. No, ewentualnie jeszcze szkole podstawowej. Szkoła podstawowa to pierwsza i właściwie ostatnia szkoła w której się można nauczyć czegoś co miało jakiś głębszy sens.
Dowiedziałem się tam, że Ziemia jest kulą, poznałem tajniki czytania, dowiedziałem się że rodzice mnie okłamali mówiąc mi że przyniósł mnie bocian. Na lekcjach historii natomiast dowiedziałem się, że Bóg zrobił nam psikusa umieszczając Polskę między Niemcami a Rosją.
Potem gimnazjum. Próbowali mi wybić część poznanej w podstawówce wiedzy, żeby wypełnić powstałe luki nowymi bzdurami. Na przykład: Ziemia nie jest kulą. A czym?! Ziemniakiem?! Nie. Ziemia to spłaszczona biegunowo elipsoida. To nie mogli nam tego powiedzieć w podstawówce? Okazało się, że nie, ponieważ nasze mózgi były nie wtedy gotowe na taką wiedzę. Gówno prawda. Mój był gotowy.
Okazało się również że poloniści lepiej potrafią odczytać intencje Adama Mickiewicza zawarte w treści "Pana Tadeusza". Nawet jeśli żadnych intencji nie było. Dalej...  Nawet jak stoję to jestem w ruchu. Doprawdy fascynujący fakt, tylko po kiego diabła jest mi on potrzebny?! Mało tego, a+b=c! W gimnazjum zaczęto mnie również germanizować.
W ramach mojego osobistego protestu, próbując uświadomić społeczeństwu, sobie i (a może w szczególności) nauczycielom, że w polskich szkołach przygotowuje się do życia w świecie który nie istnieje, przestałem się uczyć.
Dalszym etapem w skomplikowanym procesie mającym na celu wyedukowanie jak największej liczby młodego pokolenia w jak najkrótszym czasie, była szkoła średnia. Postawiono mnie przed decyzją, do której podjęcia jakoś nie specjalnie się garnąłem. Wybór szkoły. A wybór był przeogromny:

  1. szkoła zawodowa - kolejna szkoła, zaraz po podstawówce, w której nauka nie idzie na marne. Kończąc tą szkolę jednak automatycznie przypinamy sobie karteczkę z napisem: ROBOL
  2. liceum - dziesiątki, setki, tysiące kierunków, których nazwy raczej niewiele mi mówią. Kończąc liceum skazujemy się na konieczność dalszego nauczania, do czego zresztą owa szkoła nas przygotowuje
  3. technikum - łączy wady obu poprzednio wymienionych szkół.
Ja wybrałem technikum. Ale nie był to ani samodzielny ani w pełni świadomy wybór. Kierowałem się sugestiami otoczenia (które zresztą widziało same zalety tej szkoły): przygotowanie do danego zawodu, tytuł technika (którego zresztą nie zdobyłem), średnie wykształcenie, możliwość dalszego kształcenia... Wszystko pięknie i ładnie, aż chce się żyć.
Ale po co mi do jasnej cholery znać wykres funkcji f(x) i wszystkie jej własności?! I z jakiej racji doszli do wniosku że wartości ciągów arytmetycznych i geometrycznych przydadzą mi się w dorosłym życiu (a nie przyda się na pewno, nawet w przyszłym wcieleniu)? Po co mi znać częstotliwości fal światła widzialnego? Czy zapytają mnie o te pierdoły na rozmowie kwalifikacyjnej?! NIE!
Podsumowując, co nam da nauka w szkole, a czego nie:


1.Język polski:
    -potraficie rozwiązać problem bytu Jacka Soplicy z perspektywy Króla Edypa w oparciu o Cierpienia młodego Wertera
    -nie potraficie się dogadać w towarzystwie z powodu małego zasobu słownictwa, nie potraficia napisać poprawnie życiorysu
2.Matematyka:
    -zadanie typu: "g(x)=x+6, f(x)=-1/2+4x+6: wyznacz wartość funkcji względem symertrii osi 0y" nie robi na was większego wrażenia
    -mylicie się w podstawowych obliczeniach, nie potraficie myśleć logicznie, postępujecie według schematów
3.Język angielski:
    -znacie całą gramatykę, posiadacie spory zasób słownictwa (wiecie że sophisticated znaczy wyrafinowany)
    -nie potraficie nawiązać normalnej rozmowy z kolegą z zagranicy
4.Język niemiecki: tutaj problem wygląda podobnie jak w języku angielskim.
5.Religia:
    -jesteście głęboko uduchowieni, znacie cytaty z Pisma Świętego, chcecie zdawać maturę z religii
    -wkurza was postawa wszystkowiedzącego księdza, który nie pozwala wam przedstawić swojego zadania na dany temat, na lekcjach modlicie się do ściany, bo krzyże usunięto
6.Historia:
    -znacie całą historię świata, od czasów Mezopotamii do dziś
    -nie macie bladego pojęcia o własnych korzeniach
7.Biologia:
    -wiecie, że cytoplazma ameby jest zróżnicowana na ektoplazmę i endoplazmę
    -nie wiecie jakiego leku użyć w przypadku przeziębienia
8.Geografia:
    -wiecie, że krzewinki rosną w klimacie umiarkowanym, i że świat wydobywa 10 mln ton miedzi rocznie
    -nie potraficie się posługiwać mapą samochodową i bardzo słabo znacie swoja miasto oraz jego okolice. 
Po ukończeniu edukacji w Polsce, z najlepszymi wynikami, idziecie na podbój rynku pracy. Nie dostaniecie jej. Dostanie ją jakiś idiota bez wykształcenia, który ma znajomości.
Jeśli ktoś się ze mną nie zgadza, niech przemówi teraz, lub zamilknie na wieki. Głośniej, nie słyszę...



P.s: W ramach przerywnika, odcinając się trochę od właściwie pesymistycznego klimatu postu pozwolę sobie zauważyć:
Jeeee, jaka fajna opcjaaaaa! Na pewno będę z niej korzystał!

czwartek, 22 listopada 2012

Obiekt

W związku ze zbliżającej się ku końcowi kolejnej i zarazem ostatniej fazy eksperymentu, mającym na dogłębne zbadanie obiektu, załączam dokumentację z dotychczasowymi wynikami badań i danymi obiektu.

Dane osobowe: Rafał K., syn Ryszarda Kalinowskiego.
Miejsce zamieszkania: wciąż niepewne.
Wymiary: wzrost: przeciętny
                szerokość: mierna
                długość: wystarczająca.
                głębokość: niezbadana
Wiek: z każdym dniem zbliża się ku śmierci
Płeć: Domniemany mężczyzna
Cechy szczególne: nie zauważono, wyjąwszy wyjątkowe lenistwo (nie chce mu się spać), wszelkie wady postawy i przejawianie niepokojących zainteresowań (filozofia, ostre przedmioty, czytanie...).
Życiowe cele: Nietypowe. Obiekt dalej planuje zostać człowiekiem i dążyć do źródła szczęścia, w miarę możliwości posiąść nie tyle praktyczne co ciekawe doświadczenia.
Opinia biegłych: Przeprowadzone przez najlepszych specjalistów badania jednoznacznie stwierdzają, że osobnik jest aspołeczny i niebezpieczny dla najbliższego otoczenia z nim włącznie.
Diagnoza: Schizofrenia, zaburzenia osobowości, choroba błędnego koła, nerwica.
Leczenie: medycyna nie dysponuje na chwilę obecną wystarczającymi środkami by uratować podobne przypadki, jednakże stale prowadzone są badania mające na celu szybką zmianę tego przykrego stanu rzeczy. Jako leczenie zastępcze proponuje się natychmiastowe uśpienie obiektu.

Badania zakończone, obiekt zmarł w trakcie procedury uśpienia. Dalsze poszukiwania materiału na idealnego premiera Polski będą kontynuowane.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Para bellum...

Dość! Przelała się czara gorycz i teraz odczuwam palącą potrzebę pozbycia się kumulującej się we mnie z każdym dniem żółci! Tak być dłużej nie może! Za wiele jest rzeczy których być nie powinno. To strasznie frustrujące, wręcz potęgujące mój i tak kolosalny rozstrój emocjonalny.
Ale zacznijmy od początku. Zamierzam wypowiedzieć wojnę rzeczom które mnie denerwują. A trochę tego się nazbierało. A więc...
  • Dlaczego ludzie umierają, a zwierzęta zdychają? Wiem, dziecinne. Ale spójrzmy na to świeższym okiem. Śmierć jest jednakowa, dla każdego, nie zależnie od płci, wieku, wyznania, gatunku. Że niby co, zwierzęta są organizmami niższymi, bo nie mają tak rozwiniętych społeczności? Nie potrafią kochać? Nie mają jakichkolwiek uczuć? A teraz w drugą stronę. Jakie zwierzę zabija dla przyjemności, ranią innych, wyrządzają swojemu gatunkowi taką zbrodnię jaką jest choćby wojna? To zwierzęta powinny umierać, a ludzie zdychać. W końcu to one były tu przed nami. To my jesteśmy gośćmi, a one gospodarzami. A my bezczelnie nadużywamy ich gościnności.
  • Co to do cholery znaczy: "Jasne, znam cię. A raczej znałem/am, kiedy chodziliśmy razem do szkoły/pracy. Teraz nie możemy utrzymywać pod żadnym pozorem ze sobą kontaktów, mam nowe życie. Było minęło". Czy tylko ja widzę coś złego w zrywaniu wszelkich znajomości z tak, nie oszukujmy się, prozaicznego i durnego powodu? Czy tylko dlatego że jedna ze wspólnych nam rzeczy jaką była szkoła/praca zmarła śmiercią naturalną? Co w tym normalnego? Znajomości powinno się pielęgnować, dbać o nie. Jestem skłonny porównać znajomości do swojego rodzaju biżuterii. A takich rzeczy się nie wyrzuca od tak. To, że nie pasuje ci do nowego krawata/sukienki, to nie znaczy że masz się tego pozbyć. Nigdy nie wiadomo co i kiedy się przyda.  
  • Tolerancja. Wszyscy wiedzą co to jest, a ja nie będę tego kwestionował. Na razie. Denerwują mnie ludzie, którzy są rzekomo tolerancyjni, np: "Jestem tolerancyjny, ale wkurzają mnie pedały". Myślę, że to idealny przykład. Doskonale obrazuje, że dany osobnik nie ma pojęcia o tolerancji. Pozerstwo? Raczej głupota. Ja doskonale zdaję sobie sprawę, że do bycia tak tolerancyjnym, jak bym sobie tego życzył, wiele mi brakuje.
  • Hałas. Wszyscy uważają, że skoro słucham takiego, a nie innego rodzaju muzyki, to musi być tzw. pierdolnięcie. Nic bardziej mylnego. Lubię cisze i spokój. Lubię dni, kiedy wyspany wstaje, idę do kuchni, robię dla wszystkich śniadanie, a to wszystko w błogiej ciszy... Niedoczekanie. Problem polega na tym, że jeszcze w moim życiu takiej sytuacji nie zaznałem. Wstaje rano, słyszę jak sąsiad się dusi kolejną paczką papierosów, pies sąsiadki wita się ze światem, siostra biega we wszystkich kierunkach (nawet tych przeczącej zasadom grawitacji), a to wszystko potęguje kolejny sąsiad wiercący wiertarką udarową ścianę nośną bloku i dogorywającej imprezy w bloku obok. Żyć nie umierać. Dlatego będę się starał o pozwolenie na broń. Chwilę pocierpię z powodu serii wystrzałów, ale za to po wszystkim nastąpi błoga, długo oczekiwana cisza.
  • Nadchodzące pokolenie. nawiązując do poprzedniego punktu, jedno z głównych źródeł hałasu... Ale nie o tym miało być. Jeśli tylko spróbuję sobie wyobrazić, że pokolenie mojej siostry ma zarabiać na moją emeryturę... Jasna cholera, co to będzie. Skoro teraz już teraz Sodoma i Gomora wymiękają przy tym co się wyprawia w szkołach. Nauczyciele boją się uczyć! To absurdalne! Dlatego planuję te wszystkie rozwydrzone bachory umieścić w 'ośrodkach' resocjalizacyjnych o zaostrzonym rygorze. Na skraju jakiegoś zadupia, gdzie nie ma zasięgu ani internetu, gdzie będą jedli to co sobie sami upolują... Cóż, pomażyć można.
Dalsze wymienianie sobie daruję, pisałbym do usranej śmierci i bym nie pozbył się do końca poczucia żalu do domniemanej siły wyższej, którą tutaj pozwolę sobie nazwać 'Organizatorem świata'. Na kolejnych pozycjach mojej listy są między innymi: chory światopogląd, organizację jaką jest kościół chrześcijański i jego polityka (te słowa nie powinny mieć ze sobą tyle wspólnego), zastępy 'moherowych beretów', dworcowi kloszardzi, gwiazdy popu, akwizytorzy, i wiele, wielu innych.
A zatem si vis pacem para bellum. Więc kto idzie ze mną ręka w górę! Co? Tylko tyle?...


Jak zwykle, jeśli ktoś ma objekcje do tego co napisałem, niech je zachowa dla siebie.