Było już "Piekło", teraz nadszedł czas na przeciwny biegun.
Jakiś czas temu napisała do mnie znajoma, z prostym zapytaniem kiedy się spotkamy na piwo. Po krótkiej wymianie zdań zadała mi nie tak wbrew pozorom dziwne pytanie: "Co z Twoim humorem? Jakiś smutny jesteś". Ja smutny? Czytając tą wiadomość wpadłem w nagły napad śmiechu, który przeszedł poprzez opętańczy chichot do pustego rechotu. Ależ ja nie jestem smutny, mam dobry humor, moje życie ostatnimi czasy jest tak przepełnione słodyczą, że sram ambrozją i pocę się miodem.
W czwartek dla przykładu wracając z uczelni podśpiewywałem sobie i wesolutko pląsałem. A jak jakieś licealistki się podśmiewywały ze mnie, zrobiłem psikusa i kopnąwszy pobliską kupkę śniegu obsypałem mokrą breją. Bo czemu nie. Po zakupach wrzuciłem trochę miedzi do puszki harcerce, niech ma, nie istotne na co tam teraz zbierają. Tym bardziej, że poznałem w niej bratnią duszę, bo też miała glany. Z tymże zdecydowanie bardziej zadbane od moich.
Wyszedłem sobie na spacer (ostatnio jakoś zaniedbałem ten rodzaj spędzania wolnego czasu), dłuższy niż planowałem, dodatkowo w dobrym towarzystwie. Następnym razem odwiedzę cmentarz, bo dawno mnie na żadnym nie było. Będę straszył stare mohery...
Bezpodstawnie dobry humor, którego tak się ostatnio obawiałem, mam tylko nadzieję, że tym razem nie wyparuje on tak szybko i irracjonalnie.
Moja, że tak pozwolę sobie powiedzieć: wręcz euforia, skłoniła mnie nawet dziś do refleksji. Oto doszedłem do wniosku, że pora w końcu zabrać się za siebie, ogarnąć gniotące mnie z praktyczne każdej strony problemy (ale nie tak jak ostatnio, żadnych półśrodków, zamiatania po dywan). Fakt, będę musiał zrezygnować z niektórych rzeczy, ale zaszkodzić to raczej mi nie powinno. Wycofam się na jakiś czas trochę z życia towarzyskiego, może nawet trochę bardzo. Albo owo towarzystwo zmienię. Plany są ambitne...
Dlatego od razu biorąc moją przekorę pod włos zakładam że nic z tego nie będzie, wszystko spali na panewce, nic się nie uda. Bo, jak zawsze powtarzałem, oszczędzę sobie w ten sposób rozczarowań jakby mi się rzeczywiście nie udało. A nuż się pozytywnie zaskoczę i mi się uda. Co, ja nie dam rady?! Potrzymaj mi piwo.
Swoją drogą usłyszałem że to złe założenie, że mi szkodzi. Cóż, czas pokaże. Życzcie mi powodzenia. Miłej nocy z piątku na poniedziałek.
O wszystkim i o niczym. O tym co mnie wkurza, drażni, bawi, śmieszy, zastanawia. O moich przemyśleniach i innych różnych pierdołach. O mnie.
sobota, 3 grudnia 2016
wtorek, 22 listopada 2016
Fantazja
"Ty mały, mściwy, zawistny..." usłyszałem któregoś dnia od znajomego któremu w niewyjaśnionych okolicznościach spłonął pokój.
Tyle słowem wstępu. Zacząłem miewać ostatnio spore problemy z zasypianiem. Na szczęście wszystko uległo zmianie, kiedy to spotkałem pewną osobę która zgodziła mi się pomóc za drobną opłatą. Nie mając wiele do stracenia (poza pieniędzmi, których nawiasem mówiąc nie posiadam już zbyt wiele) zgodziłem się na ten układ. w związku z tym moje problemy z bezsennością odeszły do lamusa po tym jak zacząłem co jakiś czas brać amfetaminę. Owszem, skutki uboczne bywają drażniące, ale dla tego poczucia wszechmocy mogę zaryzykować i łyknąć tabletkę. Niewątpliwie pomaga mi to w pracy, gdzie muszę (a może chcę?) zapieprzać fizycznie nieraz ponad swoje siły fizyczne. Kolejny argument na "tak", dzięki temu zostałem doceniony w pracy do tego stopnia, że niekiedy nawet wołano na mnie per "kierowniku", a ludzie mi się tłumaczą przed każdym odejściem z miejsca pracy gdzie i po co idą.
W międzyczasie odkryłem pewną ciekawą rzecz (fakt, miałem takie przeczucie, ale miałem nadzieję, że jest ono mylne), ale o tym zaraz.
Swojego czasu miałem dwa, może trzy dni cholernie dobrego humoru, nic, dosłowne nic nie potrafiło go zepsuć. Na czym w takim razie polegało moje przeczucie? Miałem wrażenie, że jestem w zbyt dobrym nastroju i bałem się, że wykorzystam cały swój przydział szczęścia do końca roku w zaledwie kilka dni. Sprawdziło się. Nagle z dnia na dzień stałem się dużo bardziej drażliwy, więcej rzeczy i sytuacji mnie denerwowało (dla przykładu, pukanie do drzwi, piętro niżej).
A co takiego odkryłem? Że kiedy mam skapciały nastrój nie warto sobie go poprawiać towarzystwem innych ludzi, bo moje samopoczucie zostanie poddane silnej nadinterpretacji, co z kolei tylko zaczęło pogłębiać mój depresyjny stan. Na szczęście nie udzielał się on innym ludziom, nie pozwalałem na to. Po prostu wychodziłem.
A co robiłem żeby poprawić sobie humor? Na początku były nieudane próby bazujące na mojej przekornej naturze, że nie dożyję czterdziestki. Zacząłem nawet zapraszać znajomych na swój pogrzeb, wybierałem sobie repertuar na uroczystość, takie tam. Pomagało, ale na dłuższą metę mi się znudziło. Wymyśliłem zatem inne sposoby. Na przykład wyglądając przez okno wyobrażałem sobie że chodzę po ulicy i zarzynam nożem spacerujących tamtędy ludzi. Albo rozbijam im głowy ciężkim, tępym przedmiotem. Wachlarz możliwości poszerzał się w zależności od stopnia dystroficzności (właśnie odkryłem w sobie talent do tworzenia neologizmów...) humoru: podpalenia pokoi konkretnych osób, otrucia, wyobrażenia pakowania ciał do worków...
Myślę, że w tym miejscu mogę śmiało zakończyć wpis. Ciekaw jestem reakcji otoczenia, o ile jakiekolwiek będą.
Tyle słowem wstępu. Zacząłem miewać ostatnio spore problemy z zasypianiem. Na szczęście wszystko uległo zmianie, kiedy to spotkałem pewną osobę która zgodziła mi się pomóc za drobną opłatą. Nie mając wiele do stracenia (poza pieniędzmi, których nawiasem mówiąc nie posiadam już zbyt wiele) zgodziłem się na ten układ. w związku z tym moje problemy z bezsennością odeszły do lamusa po tym jak zacząłem co jakiś czas brać amfetaminę. Owszem, skutki uboczne bywają drażniące, ale dla tego poczucia wszechmocy mogę zaryzykować i łyknąć tabletkę. Niewątpliwie pomaga mi to w pracy, gdzie muszę (a może chcę?) zapieprzać fizycznie nieraz ponad swoje siły fizyczne. Kolejny argument na "tak", dzięki temu zostałem doceniony w pracy do tego stopnia, że niekiedy nawet wołano na mnie per "kierowniku", a ludzie mi się tłumaczą przed każdym odejściem z miejsca pracy gdzie i po co idą.
W międzyczasie odkryłem pewną ciekawą rzecz (fakt, miałem takie przeczucie, ale miałem nadzieję, że jest ono mylne), ale o tym zaraz.
Swojego czasu miałem dwa, może trzy dni cholernie dobrego humoru, nic, dosłowne nic nie potrafiło go zepsuć. Na czym w takim razie polegało moje przeczucie? Miałem wrażenie, że jestem w zbyt dobrym nastroju i bałem się, że wykorzystam cały swój przydział szczęścia do końca roku w zaledwie kilka dni. Sprawdziło się. Nagle z dnia na dzień stałem się dużo bardziej drażliwy, więcej rzeczy i sytuacji mnie denerwowało (dla przykładu, pukanie do drzwi, piętro niżej).
A co takiego odkryłem? Że kiedy mam skapciały nastrój nie warto sobie go poprawiać towarzystwem innych ludzi, bo moje samopoczucie zostanie poddane silnej nadinterpretacji, co z kolei tylko zaczęło pogłębiać mój depresyjny stan. Na szczęście nie udzielał się on innym ludziom, nie pozwalałem na to. Po prostu wychodziłem.
A co robiłem żeby poprawić sobie humor? Na początku były nieudane próby bazujące na mojej przekornej naturze, że nie dożyję czterdziestki. Zacząłem nawet zapraszać znajomych na swój pogrzeb, wybierałem sobie repertuar na uroczystość, takie tam. Pomagało, ale na dłuższą metę mi się znudziło. Wymyśliłem zatem inne sposoby. Na przykład wyglądając przez okno wyobrażałem sobie że chodzę po ulicy i zarzynam nożem spacerujących tamtędy ludzi. Albo rozbijam im głowy ciężkim, tępym przedmiotem. Wachlarz możliwości poszerzał się w zależności od stopnia dystroficzności (właśnie odkryłem w sobie talent do tworzenia neologizmów...) humoru: podpalenia pokoi konkretnych osób, otrucia, wyobrażenia pakowania ciał do worków...
Myślę, że w tym miejscu mogę śmiało zakończyć wpis. Ciekaw jestem reakcji otoczenia, o ile jakiekolwiek będą.
wtorek, 20 września 2016
Koniec
Tak dużo rzeczy do zrobienia, tak mało czasu i chęci...
Dawno nie marudziłem, postanowiłem to zmienić. Ale zanim zacznę, chcę wyraźnie zaznaczyć zanim ktoś się zacznie miotać jak wisielec na gałęzi, że to co teraz mam zamiar napisać służy tylko i wyłącznie mnie i mojej skołatanej psychice. Naprawdę nikogo nie zmuszam do czytania moich wypocin. Wszystko jasne? Super, to startujemy.
Od jakiegoś czasu zaczęły mnie nachodzić dziwne myśli. Faktem jest, że od kilku miesięcy mam masę problemów, które miażdżą mnie i mój, że tak to ujmę, hart ducha. Zastanawiam się na przykład, całkiem poważnie, co by było, jakbym teraz wszystko, jak leci, z góry na dół olał. Studia, pracę, problemy dnia codziennego.
Dalej...
Nie dawniej jak dwa, może trzy tygodnie temu jechałem pociągiem, gdzie i po co nie ma tu najmniejszego znaczenia. Inaczej niż zwykle, a na pewno inaczej niż wszyscy, usiadłem tyłem do kierunku jazdy. Co w tym dziwnego? Zupełnie nic. Po prostu gdzieś kiedyś przeczytałem/usłyszałem, że w razie wypadku osoby siedzące właśnie w ten sposób mają większą szansę na przeżycie. I właśnie wtedy mnie dopadły moje dziwne myśli: przecież jakby teraz nadjeżdżał z naprzeciwka inny pociąg, to znając moje szczęście i tak bym zginął. Albo stracił nogi. Albo przynajmniej czucie w nich. Poza tym, nie mam tego szczęścia na tyle, żeby właśnie teraz, w tym momencie, jechał pociąg z naprzeciwka pędząc dokładnie po tym samym torze co mój, więc nie mam co liczyć na udowodnienie swoich hipotez.
Dalej...
Chciałbym się również pochwalić w tym miejscu moimi problemami zdrowotnymi. Od jakiegoś czasu mam kilka takich fajnych dolegliwości. Przykład? Proszę bardzo. Co jakiś czas puchną mi dłonie, szyja, ramiona, ucho (zawsze tylko jedno), palce stóp. Ne mam pojęcia co to jest, może jakiś uczulenie? Nieistotne, przynajmniej na chwilę obecną. Ale powiem szczerze, że zaznałem swojego rodzaju niepokoju, kiedy to bodajże w sobotę, poczułem dziwną falę ciepła na prawym policzku. Zaintrygowany poszedłem sprawdzić co jest grane. Nie poznałem swojej twarzy. Nigdy nie uważałem się za jakoś specjalnie urodziwego, ale jak zobaczyłem swoje odbicie w lustrze to mało nie krzyknąłem. Wyjaśnijmy tutaj coś, wiem jak wygląda opuchnięta twarz, chorowałem na świnkę, po wizycie u dentysty też miewałem tego typu rewelacje. Ale wiszącego bezwładnie policzka na własnej twarzy jeszcze nie widziałem. Teraz jak o tym pomyślę, to nawet zabawnie wyglądało.
Zdarzają mi się również gwałtowne ataki kaszlu. Z każdym takim atakiem, z nadzieją wyobrażam sobie że to zaawansowane stadium raka. Niestety, na chusteczkach wciąż nie mogę się doszukać śladów krwi... Skąd się wziął ów kaszel też jest ciekawą historią. Postanowiłem się spotkać po pracy ze znajomą, dawno się nie widzieliśmy, pogadalibyśmy, zapomniałbym przynajmniej na chwilę o niektórych problemach... Po pracy, wiadomo, trzeba się odświeżyć. Nie zdążyłem dobrze wyjść spod prysznica, dzwoni telefon. Bo "ileż można czekać, nikt nie myje się tak długo, a ona nie ma tyle czasu...:", takie tam babskie marudzenie. No to niewiele myśląc wyszedłem tylko przecierając głowę ręcznikiem. Błąd. A mogłem się cholera postawić, w myśl zasady kocha, poczeka. Trudno, odpokutuję. Nawiasem tylko napomnę: tak, byłem umówiony na konkretną godzinę. I tak, zostałem w pracy dłużej niż zwykle. Bywa.
Dalej, choć nie do końca...
Dlaczego takim razie nie byłem jeszcze u lekarza? To proste, nie mam ubezpieczenia. Nie stać mnie po prostu na wizytę. Owszem, mogę się jeszcze podciągnąć pod ubezpieczenie mojej matki, ale do tego jest potrzebna zdana sesja. Z tym też jest problem, bo chodzę do pracy i na praktyki.
Wychodzi z tego nawet zabawny łańcuszek zależności: żeby mieć czas na naukę, musiałbym nie chodzić na praktyki, nie będę chodził na praktyki - nie zaliczę sesji, nie zaliczę sesji - nie załatwię sobie ubezpieczenia, nie załatwię sobie ubezpieczenia - nie pójdę do lekarza, nie pójdę do lekarza - zginę w męczarniach i w osamotnieniu. To może by tak nie chodzić do pracy? Nie da rady, muszę mieć za co jeść. A nie od dziś wiadomo, głodny, nie jesteś sobą. A długotrwały głód prowadzi do powolnej i bolesnej śmierci. Ale ale, chwilunia, przecież mam pracę, powinienem być ubezpieczony. Cóż nie jestem, moja umowa nie obejmuje ubezpieczenia. Finito!
Dalej...
Prze ostatni weekend nie mogłem znaleźć motywacji i siły do zrobienia czegokolwiek. Miałem dość dziwny humor, dawało mi się odczuć coś w rodzaju nieuzasadnionej nostalgii, do tego ta pogoda... brak słońca zniosę, bo go po prostu nie lubię, ale żeby deszcz padał nieprzerwanie przez prawie trzy dni?! Dodatkowo cały czas męczyły mnie na przemian dwie te same melodie: ta i ta również.
Postanowiłem więc obejrzeć sobie jakiś odstresowująco-odmóżdżający film. Wpisałem więc w wyszukiwarce frazę "dobry film sf 10/10" i włączyłem pierwszy lepszy z listy. Pech, wróć, moje szczęście chciało, że ten film miał wątki dramatyczne, psychologiczne i całą mas tym podobnych, które zamiast pozwolić mi się w spokoju rozerwać, strzaskały moją psychikę jak rozkapryszony gówniarz szklankę. Za kruchy jestem na takie filmy. Efekt? Po seansie cały się trząsłęm, głos mi się łamał, a ja sam czułem się jak rozbita emocjonalnie nastolatka (przepraszam, nie mam pojęcia jak czuje się "rozbita emocjonalnie nastolatka", po prostu takie porównanie wydaje nie się tu najbardziej trafne). Także był "kocyk bezpieczeństwa", była herbatka na uspokojenie i tego typu rewelacje.
Ulga przyszła następnego dnia rano. Po przebudzeniu czułem coś, co mi poprawiło humor i dodało trochę sił, mianowicie przyjemny, pulsujący ból (to nie błąd, tu miało być słowo "ból") rozchodzący się falami po całym ciele. Dlaczego to mi dodało sił? Bo dzięki temu fenomenalnemu zjawisku poczułem, że żyję. Czułem płynącą w żyłach krew, unoszenie się i opadanie klatki piersiowej, wyraźne bicie serca. Prawdziwe katharsis.
I na koniec, zagadka muzyczna: z jakiej piosenki pochodzą te słowa:
"Chce mi się spaać, spać,
już idę spać, już idę spać, już idę spać
Stop!
Dawno nie marudziłem, postanowiłem to zmienić. Ale zanim zacznę, chcę wyraźnie zaznaczyć zanim ktoś się zacznie miotać jak wisielec na gałęzi, że to co teraz mam zamiar napisać służy tylko i wyłącznie mnie i mojej skołatanej psychice. Naprawdę nikogo nie zmuszam do czytania moich wypocin. Wszystko jasne? Super, to startujemy.
Od jakiegoś czasu zaczęły mnie nachodzić dziwne myśli. Faktem jest, że od kilku miesięcy mam masę problemów, które miażdżą mnie i mój, że tak to ujmę, hart ducha. Zastanawiam się na przykład, całkiem poważnie, co by było, jakbym teraz wszystko, jak leci, z góry na dół olał. Studia, pracę, problemy dnia codziennego.
Dalej...
Nie dawniej jak dwa, może trzy tygodnie temu jechałem pociągiem, gdzie i po co nie ma tu najmniejszego znaczenia. Inaczej niż zwykle, a na pewno inaczej niż wszyscy, usiadłem tyłem do kierunku jazdy. Co w tym dziwnego? Zupełnie nic. Po prostu gdzieś kiedyś przeczytałem/usłyszałem, że w razie wypadku osoby siedzące właśnie w ten sposób mają większą szansę na przeżycie. I właśnie wtedy mnie dopadły moje dziwne myśli: przecież jakby teraz nadjeżdżał z naprzeciwka inny pociąg, to znając moje szczęście i tak bym zginął. Albo stracił nogi. Albo przynajmniej czucie w nich. Poza tym, nie mam tego szczęścia na tyle, żeby właśnie teraz, w tym momencie, jechał pociąg z naprzeciwka pędząc dokładnie po tym samym torze co mój, więc nie mam co liczyć na udowodnienie swoich hipotez.
Dalej...
Chciałbym się również pochwalić w tym miejscu moimi problemami zdrowotnymi. Od jakiegoś czasu mam kilka takich fajnych dolegliwości. Przykład? Proszę bardzo. Co jakiś czas puchną mi dłonie, szyja, ramiona, ucho (zawsze tylko jedno), palce stóp. Ne mam pojęcia co to jest, może jakiś uczulenie? Nieistotne, przynajmniej na chwilę obecną. Ale powiem szczerze, że zaznałem swojego rodzaju niepokoju, kiedy to bodajże w sobotę, poczułem dziwną falę ciepła na prawym policzku. Zaintrygowany poszedłem sprawdzić co jest grane. Nie poznałem swojej twarzy. Nigdy nie uważałem się za jakoś specjalnie urodziwego, ale jak zobaczyłem swoje odbicie w lustrze to mało nie krzyknąłem. Wyjaśnijmy tutaj coś, wiem jak wygląda opuchnięta twarz, chorowałem na świnkę, po wizycie u dentysty też miewałem tego typu rewelacje. Ale wiszącego bezwładnie policzka na własnej twarzy jeszcze nie widziałem. Teraz jak o tym pomyślę, to nawet zabawnie wyglądało.
Zdarzają mi się również gwałtowne ataki kaszlu. Z każdym takim atakiem, z nadzieją wyobrażam sobie że to zaawansowane stadium raka. Niestety, na chusteczkach wciąż nie mogę się doszukać śladów krwi... Skąd się wziął ów kaszel też jest ciekawą historią. Postanowiłem się spotkać po pracy ze znajomą, dawno się nie widzieliśmy, pogadalibyśmy, zapomniałbym przynajmniej na chwilę o niektórych problemach... Po pracy, wiadomo, trzeba się odświeżyć. Nie zdążyłem dobrze wyjść spod prysznica, dzwoni telefon. Bo "ileż można czekać, nikt nie myje się tak długo, a ona nie ma tyle czasu...:", takie tam babskie marudzenie. No to niewiele myśląc wyszedłem tylko przecierając głowę ręcznikiem. Błąd. A mogłem się cholera postawić, w myśl zasady kocha, poczeka. Trudno, odpokutuję. Nawiasem tylko napomnę: tak, byłem umówiony na konkretną godzinę. I tak, zostałem w pracy dłużej niż zwykle. Bywa.
Dalej, choć nie do końca...
Dlaczego takim razie nie byłem jeszcze u lekarza? To proste, nie mam ubezpieczenia. Nie stać mnie po prostu na wizytę. Owszem, mogę się jeszcze podciągnąć pod ubezpieczenie mojej matki, ale do tego jest potrzebna zdana sesja. Z tym też jest problem, bo chodzę do pracy i na praktyki.
Wychodzi z tego nawet zabawny łańcuszek zależności: żeby mieć czas na naukę, musiałbym nie chodzić na praktyki, nie będę chodził na praktyki - nie zaliczę sesji, nie zaliczę sesji - nie załatwię sobie ubezpieczenia, nie załatwię sobie ubezpieczenia - nie pójdę do lekarza, nie pójdę do lekarza - zginę w męczarniach i w osamotnieniu. To może by tak nie chodzić do pracy? Nie da rady, muszę mieć za co jeść. A nie od dziś wiadomo, głodny, nie jesteś sobą. A długotrwały głód prowadzi do powolnej i bolesnej śmierci. Ale ale, chwilunia, przecież mam pracę, powinienem być ubezpieczony. Cóż nie jestem, moja umowa nie obejmuje ubezpieczenia. Finito!
Dalej...
Prze ostatni weekend nie mogłem znaleźć motywacji i siły do zrobienia czegokolwiek. Miałem dość dziwny humor, dawało mi się odczuć coś w rodzaju nieuzasadnionej nostalgii, do tego ta pogoda... brak słońca zniosę, bo go po prostu nie lubię, ale żeby deszcz padał nieprzerwanie przez prawie trzy dni?! Dodatkowo cały czas męczyły mnie na przemian dwie te same melodie: ta i ta również.
Postanowiłem więc obejrzeć sobie jakiś odstresowująco-odmóżdżający film. Wpisałem więc w wyszukiwarce frazę "dobry film sf 10/10" i włączyłem pierwszy lepszy z listy. Pech, wróć, moje szczęście chciało, że ten film miał wątki dramatyczne, psychologiczne i całą mas tym podobnych, które zamiast pozwolić mi się w spokoju rozerwać, strzaskały moją psychikę jak rozkapryszony gówniarz szklankę. Za kruchy jestem na takie filmy. Efekt? Po seansie cały się trząsłęm, głos mi się łamał, a ja sam czułem się jak rozbita emocjonalnie nastolatka (przepraszam, nie mam pojęcia jak czuje się "rozbita emocjonalnie nastolatka", po prostu takie porównanie wydaje nie się tu najbardziej trafne). Także był "kocyk bezpieczeństwa", była herbatka na uspokojenie i tego typu rewelacje.
Ulga przyszła następnego dnia rano. Po przebudzeniu czułem coś, co mi poprawiło humor i dodało trochę sił, mianowicie przyjemny, pulsujący ból (to nie błąd, tu miało być słowo "ból") rozchodzący się falami po całym ciele. Dlaczego to mi dodało sił? Bo dzięki temu fenomenalnemu zjawisku poczułem, że żyję. Czułem płynącą w żyłach krew, unoszenie się i opadanie klatki piersiowej, wyraźne bicie serca. Prawdziwe katharsis.
I na koniec, zagadka muzyczna: z jakiej piosenki pochodzą te słowa:
"Chce mi się spaać, spać,
już idę spać, już idę spać, już idę spać
Stop!
czwartek, 2 czerwca 2016
Dzień pełen wrażeń
Wstaję rano, przecieram oczy, ubieram się, zdawać by się mogło: zwykła codzienna rutyna. Błąd. Jestem cholernie podekscytowany, dziś, właśnie tego dnia, pierwszego czerwca zrobiłem sobie świetny prezent na dzień dziecka: bilet na koncert jednego z moich ulubionych zespołów. Ale po kolei.
Zwolniłem się wcześniej z zajęć, żeby zdążyć na pociąg i móc się zameldować w umówionym miejscu i czasie z kumplem z którym miałem na tenże koncert się udać. Niestety, PKP pokrzyżowało moje plany, pociąg na początkową (!) stację spóźnił się dziesięć minut, następnie pozbawiając mnie resztek złudzeń nałapał na trasie dodatkowe dziesięć minut spóźnienia.
Jakimś cudem dotarłem na miejsce zbiórki, a niewątpliwa w tym zasługa mojej kochanej matki, która przyjechała po mnie na dworzec i złożyła życzenia z okazji dnia dziecka. W domu zjadłem coś na szybko i wybiegłem. Kolegę spotkałem dokładnie tam, gdzie się spodziewałem. Zapaliliśmy, w międzyczasie ostrzegł mnie że bywa bardzo nerwowy za kółkiem, jeszcze bardziej niż zwykle i zdarza mu się rzucać mięsem. Do kogo te słowa, myślę sobie, czym można mnie zaskoczyć w kwestii wulgaryzmów? Po przejechaniu pierwszego skrzyżowania zacząłem tracić pewność siebie w tej kwestii, a kiedy trafiliśmy na rowerzystów tamujących ruch, doszedłem do wniosków, że mój słownik wulgaryzmów trzeba od nowa zredagować dodając kilka nowych rozdziałów.
Kilka wiązanek później, dotarliśmy szczęśliwie do celu, obyło się nawet bez ofiar śmiertelnych. Znaleźliśmy szczęśliwie miejsce parkingowe i czym prędzej udaliśmy się do klubu.
Podczas supportu, pod sceną, w miejscu domyślnie przeznaczonym na pogo dostrzegłem pewnego jegomościa, który niewątpliwie pod wpływem bliżej niezidentyfikowanych środków stwierdził, że podłoga jest jego drugą najpotrzebniejszą w życiu rzeczą, co dobitnie udowadniał z impetem uderzając w nią głową w regularnych odstępach czasu.
Z minuty na minuty mój przygłupawy uśmiech nabierał na sile: zaczęło się, weszli na scenę, zaczęli grać. Niesamowite uczucie, kiedy pod wpływem muzyki twoje wnętrzności spontanicznie zamieniają się miejscami, niejako ciesząc się razem z tobą faktem obecności na koncercie, na który czekało się przeszło miesiąc. Potężne fale srogiej muzyki wywoływały ciarki na całym ciele tylko utwierdzając mnie w przekonaniu, że jestem we właściwym czasie i miejscu. Zaczęło się pogo...
Dziesiątki ciał potrzebujących w równym stopniu co ja wyładować wszelkie frustrację życia obijając się o siebie z impetem w przypadkowych kierunkach. Teraz wiadomo, dlaczego ludzie słuchający tego rodzaju muzyki są na co dzień tak spokojni.
Po koncercie, z obitymi żebrami, pulsującym bólem głowy, kulejąc i jęcząc z bólu ale i z nieskrywaną satysfakcją i szerokim uśmiechem opuściłem klub wraz z moim kolegą. W trakcie całego koncertu pozwoliłem sobie uraczyć się czterema piwami naprawdę nikczemnej jakości, ale za to przyjemnie schłodzonymi, co uratowało mi niewątpliwie życie.
Droga powrotna minęła jak z bicza strzelił w porównaniu z katorgą przeżywaną w drodze na koncert. Po drodze odbyłem dla umilenia czasu ciekawą rozmowę telefoniczną, pełną napięcie i nagłych zwrotów akcji niczym w filmach Spielberga. Po prostu musiałem znajomej się pochwalić jak było na koncercie na który niestety nie mogła pojechać. A szkoda, ale jestem pewien, że jeszcze nie raz będzie okazja to jakoś nadrobić. Z tego miejsca chciałem ją także pozdrowić (niejako na jej życzenie).
Następnego dnia o nieludzko wczesnej porze zwlokłem się z łóżka żeby zdążyć na pociąg powrotny do akademika. Po wykonaniu pierwszych dwóch kroków moje nogi odmówiły posłuszeństwa niemal rzucając moim ciałem o podłogę. Przemagając kolejne wszechogarniające fale bólu podniosłem się niczym heros po wygranej bitwie i zacząłem się szykować do drogi.
Także i tym razem matula mnie poratowała podwożąc mnie na dworzec. Pożegnałem się grzecznie i wsiadłem do pociągu.
Na stacji przesiadkowej odkryłem że mam jeszcze dziesięć minut, postanowiłem wykorzystać ten czas i zapaliłem papierosa. W międzyczasie zadzwonił telefon, mama chciała się czegoś dowiedzieć, gdzie trzymam jakieś papiery czy coś w tym stylu. Zajęty rozmową, niewyspany, zniszczony życiem wsiadłem do pociągu. rozmową się zakończyła, pociąg ruszył, a ja grzecznie zapytałem konduktorki, o której będziemy na stacji która mnie interesuje. Odpowiedź nie tyle mnie zbiła z tropu, co wręcz przeraziła: wsiadłem do złego pociągu. Na szczęście jechał w podobnym kierunku do którego zmierzałem, więc wysiadłem na ostatniej stacji wspólnej dla tych pociągów i czekałem już na ten właściwy. Około czterdziestu minut. Umiliłem sobie ten czas czytając książkę, co wywołało niemałe zdumienie u ludzi. No bo jak to? Facet wyglądający tak jak ja, czyli jak stereotypowy ćpun z amerykańskich seriali, zamiast walnąć sobie na dworcu w żyłę czyta książkę?! Któż to widział, skandal! Miałem wrażenie, że zaraz ktoś podbiegnie do mnie i zaoferuje pomoc w znalezieniu żyły i jeszcze mi poda strzykawkę.
Koniec końców, dotarłem do celu mojej podróży, aby w ciszy i spokoju akademika opisać to co mnie spotkało. A teraz wracam do szarego życia, bywajcie.
Zwolniłem się wcześniej z zajęć, żeby zdążyć na pociąg i móc się zameldować w umówionym miejscu i czasie z kumplem z którym miałem na tenże koncert się udać. Niestety, PKP pokrzyżowało moje plany, pociąg na początkową (!) stację spóźnił się dziesięć minut, następnie pozbawiając mnie resztek złudzeń nałapał na trasie dodatkowe dziesięć minut spóźnienia.
Jakimś cudem dotarłem na miejsce zbiórki, a niewątpliwa w tym zasługa mojej kochanej matki, która przyjechała po mnie na dworzec i złożyła życzenia z okazji dnia dziecka. W domu zjadłem coś na szybko i wybiegłem. Kolegę spotkałem dokładnie tam, gdzie się spodziewałem. Zapaliliśmy, w międzyczasie ostrzegł mnie że bywa bardzo nerwowy za kółkiem, jeszcze bardziej niż zwykle i zdarza mu się rzucać mięsem. Do kogo te słowa, myślę sobie, czym można mnie zaskoczyć w kwestii wulgaryzmów? Po przejechaniu pierwszego skrzyżowania zacząłem tracić pewność siebie w tej kwestii, a kiedy trafiliśmy na rowerzystów tamujących ruch, doszedłem do wniosków, że mój słownik wulgaryzmów trzeba od nowa zredagować dodając kilka nowych rozdziałów.
Kilka wiązanek później, dotarliśmy szczęśliwie do celu, obyło się nawet bez ofiar śmiertelnych. Znaleźliśmy szczęśliwie miejsce parkingowe i czym prędzej udaliśmy się do klubu.
Podczas supportu, pod sceną, w miejscu domyślnie przeznaczonym na pogo dostrzegłem pewnego jegomościa, który niewątpliwie pod wpływem bliżej niezidentyfikowanych środków stwierdził, że podłoga jest jego drugą najpotrzebniejszą w życiu rzeczą, co dobitnie udowadniał z impetem uderzając w nią głową w regularnych odstępach czasu.
Z minuty na minuty mój przygłupawy uśmiech nabierał na sile: zaczęło się, weszli na scenę, zaczęli grać. Niesamowite uczucie, kiedy pod wpływem muzyki twoje wnętrzności spontanicznie zamieniają się miejscami, niejako ciesząc się razem z tobą faktem obecności na koncercie, na który czekało się przeszło miesiąc. Potężne fale srogiej muzyki wywoływały ciarki na całym ciele tylko utwierdzając mnie w przekonaniu, że jestem we właściwym czasie i miejscu. Zaczęło się pogo...
Dziesiątki ciał potrzebujących w równym stopniu co ja wyładować wszelkie frustrację życia obijając się o siebie z impetem w przypadkowych kierunkach. Teraz wiadomo, dlaczego ludzie słuchający tego rodzaju muzyki są na co dzień tak spokojni.
Po koncercie, z obitymi żebrami, pulsującym bólem głowy, kulejąc i jęcząc z bólu ale i z nieskrywaną satysfakcją i szerokim uśmiechem opuściłem klub wraz z moim kolegą. W trakcie całego koncertu pozwoliłem sobie uraczyć się czterema piwami naprawdę nikczemnej jakości, ale za to przyjemnie schłodzonymi, co uratowało mi niewątpliwie życie.
Droga powrotna minęła jak z bicza strzelił w porównaniu z katorgą przeżywaną w drodze na koncert. Po drodze odbyłem dla umilenia czasu ciekawą rozmowę telefoniczną, pełną napięcie i nagłych zwrotów akcji niczym w filmach Spielberga. Po prostu musiałem znajomej się pochwalić jak było na koncercie na który niestety nie mogła pojechać. A szkoda, ale jestem pewien, że jeszcze nie raz będzie okazja to jakoś nadrobić. Z tego miejsca chciałem ją także pozdrowić (niejako na jej życzenie).
Następnego dnia o nieludzko wczesnej porze zwlokłem się z łóżka żeby zdążyć na pociąg powrotny do akademika. Po wykonaniu pierwszych dwóch kroków moje nogi odmówiły posłuszeństwa niemal rzucając moim ciałem o podłogę. Przemagając kolejne wszechogarniające fale bólu podniosłem się niczym heros po wygranej bitwie i zacząłem się szykować do drogi.
Także i tym razem matula mnie poratowała podwożąc mnie na dworzec. Pożegnałem się grzecznie i wsiadłem do pociągu.
Na stacji przesiadkowej odkryłem że mam jeszcze dziesięć minut, postanowiłem wykorzystać ten czas i zapaliłem papierosa. W międzyczasie zadzwonił telefon, mama chciała się czegoś dowiedzieć, gdzie trzymam jakieś papiery czy coś w tym stylu. Zajęty rozmową, niewyspany, zniszczony życiem wsiadłem do pociągu. rozmową się zakończyła, pociąg ruszył, a ja grzecznie zapytałem konduktorki, o której będziemy na stacji która mnie interesuje. Odpowiedź nie tyle mnie zbiła z tropu, co wręcz przeraziła: wsiadłem do złego pociągu. Na szczęście jechał w podobnym kierunku do którego zmierzałem, więc wysiadłem na ostatniej stacji wspólnej dla tych pociągów i czekałem już na ten właściwy. Około czterdziestu minut. Umiliłem sobie ten czas czytając książkę, co wywołało niemałe zdumienie u ludzi. No bo jak to? Facet wyglądający tak jak ja, czyli jak stereotypowy ćpun z amerykańskich seriali, zamiast walnąć sobie na dworcu w żyłę czyta książkę?! Któż to widział, skandal! Miałem wrażenie, że zaraz ktoś podbiegnie do mnie i zaoferuje pomoc w znalezieniu żyły i jeszcze mi poda strzykawkę.
Koniec końców, dotarłem do celu mojej podróży, aby w ciszy i spokoju akademika opisać to co mnie spotkało. A teraz wracam do szarego życia, bywajcie.
sobota, 19 marca 2016
Kaleka do kwadratu
To że mieszkam w akademiku jest faktem dość wydaje mi się powszechnie znanym wśród moich znajomych. Z czym mieszkanie w akademiku się wiąże chyba nie trzeba tłumaczyć. Nauka wielokrotnie przegrywa pod względem atrakcyjności z perspektywą napicia się w dobrym towarzystwie. Także w sytuacji gdy do sesji jeszcze daleko a do nauki nic nie ma, nikt nie zauważa żadnych przeciwwskazań do napicia się.
Tak też było kilka dni temu, kiedy współlokator zaproponował kulturalne napicie się wódki. Pomysł dobry, nic nie stało na przeszkodzie we wprowadzeniu go w życie. Jak to się skończyło, nie trzeba tłumaczyć, jednak wartym wspomnienia wydaje się to, co miało miejsce po degustacji wódki.
Zmęczony życiem i przytłoczony codziennością kieruję się w stronę łóżka, w wiadomym celu. Droga mi się dłużyła niemiłosiernie, a perspektywa wspinaczki na górny pokład piętrowego łóżka zdawała się mnie przytłaczać. Pomimo licznych przeszkód jednak jakimś cudem udało mi się dotrzeć do podnóża łóżka. Przede mną zostało zdobycie szczytu. Już u samego wierzchołka jednak coś poszło nie tak. Na łóżku siedział jakiś kosmaty koleś z chamskim uśmieszkiem. Diabeł jak nic, myślę sobie. Wyszczerzył do mnie swoje śnieżnobiałe kły i dał mi prztyczka w czoło. Siła uderzenia była tak wielka, że rzuciło mną na drzwi. Komentarz współlokatora: Jeb...eś jak Tupolew w brzozę.
Ja natomiast leżąc w nienaturalnej pozie pod drzwiami śmiałem się jak debil ze swojej nieporadności. Jednak podczas próby podniesienia się nie było mi już tak do śmiechu. Niemiłosiernie silny ból przeszył moje lewe ramię, coś było ewidentnie nie tak. Ale, poboli i przestanie, myślę sobie. Wgramoliłem się na łóżko, nieproszony gość gdzieś wyparował. Czyli teren bezpieczny, można w spokoju kłaść się spać.
Rano było już poważniej. Zwlekam się z mojego legowiska, z przerażeniem stwierdzam, że ból nie tylko nie minął, ale i wzrósł na sile. Wychodzę do łazienki, słyszę za sobą: Gdzie leziesz? Odpowiedź jakoś sama mi się wymknęła, niejako bez udziału mózgu: zesrać się z bólu.
Postanowiłem, że tak nie można zostawić tej sprawy, więc zaplanowałem wycieczkę do szpitala celem udania się do specjalisty który mi powie co jest źródłem mojego bólu. Jakże się srogo przeliczyłem...
W pierwszym szpitalu dowiedziałem się, że nie ma odpowiedniego specjalisty który będzie mógł mi pomóc. Więc musiałem, chcąc nie chcąc, udać się do kolejnego. Tu też nie było mi dane uzyskać, pomocy, lekarz był zbyt zajęty żeby rzucić okiem na moją rękę. Ulitowała się nade mną jakaś pielęgniarka. Popatrzyła na rękę, pokiwała mądrze głową i stwierdziła, że wszystko w porządku. Nie ma opuchlizny, zaczerwienienia, ręka jest tylko lekko stłuczona. Nieistotnym jej się wydawał fakt, że boli jak cholera przy nawet próbie poruszenia ręką. Na odchodne rzuciła tylko, że mam przez dwa tygodnie oszczędzać rękę i wszystko będzie w porządku.
I tu jest problem. Jestem osobą leworęczną, a moje wrodzone szczęście sprawiło, że uszkodzoną mam właśnie tą rękę.
Sytuacja jest analogiczna do tej, którą opisywałem ostatnio, kiedy to skręciłem kostkę. Tak, to był ten sam szpital. Ten sam do którego miałem się nie zbliżać na choćby kilometr. Dostałem wtedy równie profesjonalną pomoc.
Dlaczego kaleka do kwadratu? Kuśtykam i mam nie do końca sprawną rękę. Zastanawia mnie, co będzie następne. Może dla odmiany coś po prawej stronie? Bo jak na razie, wszystkie poważniejsze urazy które mi się przytrafiły w ciągu ostatnich lat obejmowały tylko lewą stronę ciała: Prawie ucięty palec lewej dłoni, rozerwana błona bębenkowa w lewym uchu i skręcona kostka. Tak, lewa.
Czym mnie jeszcze zaskoczy moje szczęście? Ja obstawiam prawe kolano. Dla równowagi.
Tak też było kilka dni temu, kiedy współlokator zaproponował kulturalne napicie się wódki. Pomysł dobry, nic nie stało na przeszkodzie we wprowadzeniu go w życie. Jak to się skończyło, nie trzeba tłumaczyć, jednak wartym wspomnienia wydaje się to, co miało miejsce po degustacji wódki.
Zmęczony życiem i przytłoczony codziennością kieruję się w stronę łóżka, w wiadomym celu. Droga mi się dłużyła niemiłosiernie, a perspektywa wspinaczki na górny pokład piętrowego łóżka zdawała się mnie przytłaczać. Pomimo licznych przeszkód jednak jakimś cudem udało mi się dotrzeć do podnóża łóżka. Przede mną zostało zdobycie szczytu. Już u samego wierzchołka jednak coś poszło nie tak. Na łóżku siedział jakiś kosmaty koleś z chamskim uśmieszkiem. Diabeł jak nic, myślę sobie. Wyszczerzył do mnie swoje śnieżnobiałe kły i dał mi prztyczka w czoło. Siła uderzenia była tak wielka, że rzuciło mną na drzwi. Komentarz współlokatora: Jeb...eś jak Tupolew w brzozę.
Ja natomiast leżąc w nienaturalnej pozie pod drzwiami śmiałem się jak debil ze swojej nieporadności. Jednak podczas próby podniesienia się nie było mi już tak do śmiechu. Niemiłosiernie silny ból przeszył moje lewe ramię, coś było ewidentnie nie tak. Ale, poboli i przestanie, myślę sobie. Wgramoliłem się na łóżko, nieproszony gość gdzieś wyparował. Czyli teren bezpieczny, można w spokoju kłaść się spać.
Rano było już poważniej. Zwlekam się z mojego legowiska, z przerażeniem stwierdzam, że ból nie tylko nie minął, ale i wzrósł na sile. Wychodzę do łazienki, słyszę za sobą: Gdzie leziesz? Odpowiedź jakoś sama mi się wymknęła, niejako bez udziału mózgu: zesrać się z bólu.
Postanowiłem, że tak nie można zostawić tej sprawy, więc zaplanowałem wycieczkę do szpitala celem udania się do specjalisty który mi powie co jest źródłem mojego bólu. Jakże się srogo przeliczyłem...
W pierwszym szpitalu dowiedziałem się, że nie ma odpowiedniego specjalisty który będzie mógł mi pomóc. Więc musiałem, chcąc nie chcąc, udać się do kolejnego. Tu też nie było mi dane uzyskać, pomocy, lekarz był zbyt zajęty żeby rzucić okiem na moją rękę. Ulitowała się nade mną jakaś pielęgniarka. Popatrzyła na rękę, pokiwała mądrze głową i stwierdziła, że wszystko w porządku. Nie ma opuchlizny, zaczerwienienia, ręka jest tylko lekko stłuczona. Nieistotnym jej się wydawał fakt, że boli jak cholera przy nawet próbie poruszenia ręką. Na odchodne rzuciła tylko, że mam przez dwa tygodnie oszczędzać rękę i wszystko będzie w porządku.
I tu jest problem. Jestem osobą leworęczną, a moje wrodzone szczęście sprawiło, że uszkodzoną mam właśnie tą rękę.
Sytuacja jest analogiczna do tej, którą opisywałem ostatnio, kiedy to skręciłem kostkę. Tak, to był ten sam szpital. Ten sam do którego miałem się nie zbliżać na choćby kilometr. Dostałem wtedy równie profesjonalną pomoc.
Dlaczego kaleka do kwadratu? Kuśtykam i mam nie do końca sprawną rękę. Zastanawia mnie, co będzie następne. Może dla odmiany coś po prawej stronie? Bo jak na razie, wszystkie poważniejsze urazy które mi się przytrafiły w ciągu ostatnich lat obejmowały tylko lewą stronę ciała: Prawie ucięty palec lewej dłoni, rozerwana błona bębenkowa w lewym uchu i skręcona kostka. Tak, lewa.
Czym mnie jeszcze zaskoczy moje szczęście? Ja obstawiam prawe kolano. Dla równowagi.
sobota, 12 marca 2016
Kolaps
Na wstępie chciałem z góry przeprosić za słownictwo jakiego mam zamiar użyć. Aż do tego momentu najbardziej wulgarnymi słowami jakimi raczyłem osoby które z braku perspektywy ciekawszego zajęcia czytają brednie które tu wypisuję były "cholera" i ewentualnie "dupa". Właśnie dziś mam zamiar to zmienić.
Miało to nastąpić już jakiś czas temu. Stało się właśnie teraz, ze spotęgowaną do niebotycznych wartości mocą. Kiedy jak zawsze naiwnie myślałem, że już mi przeszło. Jeśli miałbym tą sytuację do czegoś porównać, to byłby to niewątpliwie uśpiony wulkan. Na zewnątrz wszystko spokojnie, ale nigdy nie można być pewnym czy przypadkiem nie pierdolnie. I jak mocno.
Jestem wręcz flegmatycznie spokojny, nic mi się nie chce: to powoduje, że jeszcze bardziej się denerwuję, bo przecież powinienem być totalnie wkurwiony, a jestem tak cholernie obojętny. Nie rozumiem tego, co powoduje u mnie kolejne falę frustracji.
Już po feriach byłem w dość nieciekawym humorze, łatwiej mnie było zdenerwować, ale ostatnio przeszedłem sam siebie. Jakiś dowód, przykład? Proszę bardzo. Wkurwia mnie wszystko na literę "A", począwszy od Aachen, poprzez arolium na ażurze skończywszy. Żeby innym literom alfabetu nie było smutno, w imię równouprawnienie, przez kolejne tygodnie będę się bezpodstawnie wyżywał na pozostałych.
Abstrahując trochę od tematu mojego chujowego humoru skorzystam z okazji by przyznać rację moim znajomym. Wiem już jak się czuli kiedy po pijaku ich przepraszałem za wszystkie moje życiowe błędy i chore sytuacje które odjebałem. I wiem już jak słowo "przepraszam" chujowo wtedy brzmi.
I chciałem z miejsca podziękować mojej kumpeli (nie mam siły na pisanie słówka na "P", ale ona wie, że nie lubię go nadużywać i mam nadzieję, że nie będzie zła z tego powodu) z roku, za jej próby poprawienia mi samopoczucia. Zapytała mnie ostatnio co mi poprawi mi nastrój. Odpowiedziałem szczerze, że niewątpliwie byłby to karnet na strzelnicę. Mówiąc to wyobrażałem sobie siebie z półautomatem strzelającego do jabłek umieszczonych na głowach ludzi których nie lubię. Dawno nie strzelałem, mogłem wyjść z wprawy, ale nawet w przypadku gdy nie trafiłbym w jabłko strata nie była by dla mnie bolesna. Należy tu dodać, że owa kumpela zadeklarowała, że za pierwszą wypłatę załatwi mi taki karnet. Trzymam za słowo.
Chciałem jeszcze na zakończenie dodać, że ten post był pisany sukcesywnie od stycznia, potrzebowałem tylko jakieś sytuacji, bodźca, który popchnie mnie do sfinalizowania tegoż posta.
Dobra, dość tego pierdolenia, jest robota do zrobienia.
Miało to nastąpić już jakiś czas temu. Stało się właśnie teraz, ze spotęgowaną do niebotycznych wartości mocą. Kiedy jak zawsze naiwnie myślałem, że już mi przeszło. Jeśli miałbym tą sytuację do czegoś porównać, to byłby to niewątpliwie uśpiony wulkan. Na zewnątrz wszystko spokojnie, ale nigdy nie można być pewnym czy przypadkiem nie pierdolnie. I jak mocno.
Jestem wręcz flegmatycznie spokojny, nic mi się nie chce: to powoduje, że jeszcze bardziej się denerwuję, bo przecież powinienem być totalnie wkurwiony, a jestem tak cholernie obojętny. Nie rozumiem tego, co powoduje u mnie kolejne falę frustracji.
Już po feriach byłem w dość nieciekawym humorze, łatwiej mnie było zdenerwować, ale ostatnio przeszedłem sam siebie. Jakiś dowód, przykład? Proszę bardzo. Wkurwia mnie wszystko na literę "A", począwszy od Aachen, poprzez arolium na ażurze skończywszy. Żeby innym literom alfabetu nie było smutno, w imię równouprawnienie, przez kolejne tygodnie będę się bezpodstawnie wyżywał na pozostałych.
Abstrahując trochę od tematu mojego chujowego humoru skorzystam z okazji by przyznać rację moim znajomym. Wiem już jak się czuli kiedy po pijaku ich przepraszałem za wszystkie moje życiowe błędy i chore sytuacje które odjebałem. I wiem już jak słowo "przepraszam" chujowo wtedy brzmi.
I chciałem z miejsca podziękować mojej kumpeli (nie mam siły na pisanie słówka na "P", ale ona wie, że nie lubię go nadużywać i mam nadzieję, że nie będzie zła z tego powodu) z roku, za jej próby poprawienia mi samopoczucia. Zapytała mnie ostatnio co mi poprawi mi nastrój. Odpowiedziałem szczerze, że niewątpliwie byłby to karnet na strzelnicę. Mówiąc to wyobrażałem sobie siebie z półautomatem strzelającego do jabłek umieszczonych na głowach ludzi których nie lubię. Dawno nie strzelałem, mogłem wyjść z wprawy, ale nawet w przypadku gdy nie trafiłbym w jabłko strata nie była by dla mnie bolesna. Należy tu dodać, że owa kumpela zadeklarowała, że za pierwszą wypłatę załatwi mi taki karnet. Trzymam za słowo.
Chciałem jeszcze na zakończenie dodać, że ten post był pisany sukcesywnie od stycznia, potrzebowałem tylko jakieś sytuacji, bodźca, który popchnie mnie do sfinalizowania tegoż posta.
Dobra, dość tego pierdolenia, jest robota do zrobienia.
czwartek, 18 lutego 2016
Podróż życia
Czasami, w życiu każdego z nas nadchodzi
taki czas. Czas udania się w daleką podróż, bez względu na koszty i
konsekwencje. Podróż którą niedawno odbyłem może i nie była jedną z takich, bo
nie była ani najdłuższa (choć nie mogę powiedzieć o niej jak o sielankowym
spacerze do przyosiedlowego sklepu), ani najkrótsza, nie była też specjalnie
kosztowna. To co w takim razie ją na tyle wyróżniało, że jest warta wspomnienia
w tym miejscu? W sumie sam nie wiem.
Etap pierwszy: autobus, dystans około 18
km
Ten etap upłyną beż większych kłopotów czy
komplikacji. Wsiadam do autobusu, rozglądam się i znajduję miejsce do siedzenia
zdolne pomieścić nie tylko moją osobę, ale także moje przerośnięte ego i dość
duży bagaż. Jednak cała droga upłynęła mi na dywagacjach w stylu: gdzie do
jasnej cholery jeżdżą te wszystkie starsze panie dość niechlubnie i stereotypowo
określane mianem "moherowych beretów"? Zagadka rozwiązała się na końcu
tegoż etapu. Na podstawie tego co zobaczyłem, myślę, że mogę śmiało wysnuć
hipotezę mówiącą, że każdy wolny dzień te kobiety spędzają na objechaniu
jakimkolwiek środkiem komunikacji miejskiej wszystkich obiektów sakralnych w
promieniu około stu kilometrów od miejsca ich zamieszkania. Tak, wszystkie
panie wysiadły na przystanku koło kościoła.
Etap drugi: pierwszy pociąg, dystans: 21
km
Ach, dzieci. Małe słodkie istotki, gaworzą,
śmieją się i niezależnie od wieku poprawiają humor wszystkim w swoim otoczeniu.
Siedzę zatem w pociągu, sam na cztery miejsca. Wchodzi jakaś wycieczka szkolna,
około dwudziestka dzieci i cztery (!) wychowawczynie. Po jaką cholerę tyle
opiekunek do tak małej grupy? Dzieci momentalnie przejęły kontrolę nad jednym
wagonem, ale zrobiły to w typowy dla swojego wieku (na oko maksymalnie trzecia
klasa podstawówki) finezyjny sposób. Dla przykładu, zanim zajęły miejsca koło
mnie, zapytały niezwykle grzecznie, czy nie będzie mi przeszkadzać ich
towarzystwo. Ależ oczywiście, że nie. Zawsze uważałem, że lubię dzieci. Inaczej
nie kształciłbym się chyba na pedagoga, nie?
Na trzech miejscach które były wolne koło
mnie zmieściło się sześcioro dzieci: cztery dziewczynki i dwójka chłopców.
Najpierw przyglądały mi się dość uważnie, a kiedy zorientowały się, że nie
podsłuchuję zaczęły rozmawiać na swoje tematy. Kto kogo lubi i takie tam. Dla
przykładu:
- A Piotrek kocha Mariolcię!
- Po czym poznałeś?
- Bo jak usłyszał jej imię to się
zarumienił jak burak!
I na takich tematach mogła by upłynąć cała
droga do kolejnego miejsca przesiadki, niestety tak nie było.
W pewnym momencie wyraźnie było widać, że
jeden z chłopców nie dogaduje się z jedną z dziewczynek. Norma w tym wieku.
Nagle dziewczynka użyła argumentu-zabójcy: jesteś u pani!
Może to ja jestem dziwny, może nie, ale
kiedy ja byłem w trzeciej klacie podstawówki po usłyszeniu czegoś takiego
skutecznie opadały wszelkie emocje, towarzystwo się wyciszało...
Ten chłopczyk jednak znalazł odpowiedni
kontrargument: To idź. No idź. No zap...dalaj!
Dalsze rozmowy dzieci także były ciekawe.
Tak jak się obawiałem, dzieci mają bogate życie seksualne (Bo ja przyszłam do
Fabiana dać mu notatki, a on mnie ciągnął do łóżka...), niektóre terminy które
powinny poznać zdecydowanie w późniejszym wieku także są im znane (Bo wiesz Piotrusiu,
ja nie mogę bo jestem bezpłodna. Na co Piotruś: nie zaszkodzi spróbować).
Słyszeliście kiedyś o grze w butelkę? Te dzieci też. A znacie zasadę mówiącą o
karnych zadaniach? Nie? Te dzieci tak (... i jak na ciebie wypadnie dostajesz
kutasa do buzi...). Chciałbym móc powiedzieć, że to co tu piszę to bujda na
resorach, ale to nie prawda. Mnie także się oberwało. Chłopcy zauważyli, że mam
kolczyk w lewym uchu i wzorem mojego kolega z roku doszli do konkretnego
wniosku: Ten pan to pedał. Tylko mówce po cichu, bo usłyszy...
Nie wiedziałbym tego wszystkiego gdyby nie
to, że padła mi bateria w odtwarzaczu mp3.
Etap trzeci: w dalszym ciągu pociąg,
dystans 370 km
Wchodzę do pociągu z nadzieją że najdłuższą
część podróży będę mógł w spokoju przesiedzieć jak nie w pustym to przynajmniej
niezbyt pełnym przedziale. Niestety, nadziej umarła jeszcze zanim zdążyłem
wypowiedzieć wszystkim znane na jej temat przysłowie. Może myślicie, że
siedziałem chociaż przy oknie? Nie, to by było zbyt komfortowe. Pocieszającą
myślą zadawała się być ta, że jechałem w przedziale ze studentkami, i to wcale
nie brzydkimi. Z krainy marzeń i snów wyrwały mnie słowa jednej z nich: może
pomógłby mi pan poprawić torbę na półeczce? Więc wstałem, jak zawsze chętny do
pomocy. Definitywnie na ziemię sprowadziło mnie silne uderzenie w szczękę, chyba
z łokcia. Wtedy dotarło do mnie że te słowa nie były skierowane do mnie, tylko
do wielkiego faceta siedzącego vis-à-vis mnie, a którego dziwnym trafem
mój wzrok pominął. Uderzył mnie oczywiście nieumyślnie. Nie zauważył takiego
pokurcza jak ja. Wtedy usłyszałem dziwny skrzek. Dało się jednakowoż z niego
wyłapać konkretne słowa: Nie tak ta torba ma być, nie tu, tak ją pan daj, nie
na górę, z góry może spadnąć, daj na dół, nieeee, nie wzdłuż, w poprzek pan daj...
Jak się okazało, mojemu spojrzeniu umknęła
także starsza pani siedząca przy oknie w różowym kostiumie. Myślę sobie, no
tak, mogłem trafić gorzej. Ale nie jest źle, po lewej ładna studentka, tak samo
po prawej. Po skosie na przeciwko również jest na czym oko zawiesić. Nie jest
źle...
Następnym razem jak przyjdzie mi do głowy
choćby tak pomyśleć, odgryzę sobie język. Po przejechaniu kilku stacji do
przedziału wszedł starszy jegomość. Do dziewczyny po mojej lewej uprzejmie
rzekł: Teee, lala, to moje miejsce, wypad! I tak, zamiast koło ładnej
dziewczyny, po mojej lewej stronie siedział, jak się później okazało, stary,
nieokrzesany kacap.
Nadchodzi czas kontroli biletów: wszyscy
mają, wszyscy pokazują, oprócz jegomościa po mojej lewej. Bo jego obraża fakt,
że ma pokazać bilet, on był kolejarzem kiedy konduktora na świecie nie było, to
oburzające itp itd. Nawiązał się nawet ciekawy dialog:
Staruch: Smarkaczu ty, ja parowozami w pkp
jeździłem a ciebie jeszcze na świecie nie było, ty mi tu masz czelność o bilet
prosić. I na dodatek mnie z kibla wywaliłeś, kiedy chciałem kulturalnie
papierosa zapalić, wstydziłbyś się, młodziku!
Konduktor: Słuchaj pan, do emerytury zostało
mi trzy dni. Także nie taki młodzik. Po wtóre, albo pan pokazujesz bilet, albo
pana na następnym zadupiu wywalam z pociągu.
S: A dokąd to jedziesz, syneczku?
K: A do końca
S: I ty naiwnie masz nadzieję, że dojedziesz
do celu, że nic ci się po drodze nie stanie?...
K: Dawaj bilet, pierdzielu, bo wywalam na
zbity pysk!
S: Zero szacunku do starszych, co za
parszywe czasy... Żeby mi to był ostatni raz! Trzymaj ten bilet i won mi z oczu!
Wspomniany pan całą, kilku godziną drogę
umilał wszystkim czas. Nie pominął nawet mnie: O, widzę pospaliśmy sobie, teraz
kanapeczka? Smacznego! Ale chyba się pan na mnie nie gniewa, bo ma pan minę
jakby właśnie pan planował komuś zrobić krzywdę...
Ja jak to ja, nie odpowiedziałem,
stwierdziłem, że odszekanie wywoła niekontrolowany słowotok ze strony naszego
współpasażera, darowałem sobie. Współczuję za to dziewczynom. Biedne, nic im
nie pomagało: nosy w książkach/notatkach, udawanie pochłonięcia przez lekturę
(komentarz starszego pana: czytanie jest do dupy, ja nie czytam i mam się
zaj...ście), słuchanie muzyki przez słuchawki (A czego to teraz takie śliczne
dziewczyny słuchają?), czy nawet spanie (Eeej, ale nie śpijcie, kto ze mną
porozmawia?).
W międzyczasie warto wspomnieć, że nasz
bohater dbał o to, aby poziom alkoholu we krwi nie tylko nie spadał poniżej z
góry ustalonego poziomu, ale stale rósł.
W pewnym momencie wyszedł na korytarz
ochłonąć, postać (i chyba sprawdzić stan swojej koordynacji psychoruchowej).
Potrącił go szybko przechodzący konduktor: Co jest, k...a?! Łazi to to i
przeszkadza, zaj...ne cholerstwo! Do roboty byś się ch...u zabrał!
Zauważyłem również, że wiek starszego pana
zmieniał się w zależności od sytuacji. Jak rozmawiał z konduktorem, był od
niego trzydzieści lat starszy, za to kiedy rozmawiał ze studentkami, był, jak
to on stwierdził, o dwa lata starszy od najmłodszej (...może dla ciebie śliczna
to nie jest duża bariera, ale choćbyś nie wiem jak się wdzięczyła nie masz
szans się przez nią przebić...).
No i mój rodzynek, wisienka na torcie. Po
zapytaniu każdego skąd jest, nasz bohater był wielce oburzony, że nikt nie chce
mu powiedzieć w jakim mieście i na jakiej ulicy mieszka. Pozwolę sobie go w tym
miejscu nawet zacytować: Co wy, k...a, wstydzicie się tego gdzie mieszkacie? To
niepojęte. Ja na przykład mieszkam w Sosnowcu i się nie wstydzę...
Etap ostatni: a jakże – pociąg, dystans
58 km
No i w końcu, koniec końców, ostatnia część
podróży. Tu dla odmiany bez żadnych komplikacji, dziwnych sytuacji czy
nietypowych pasażerów. Za to przejeżdżałem przez małe miasteczko, którego nazwa
nie wiem czemu kojarzy mi się do tej pory z jakąś zaraźliwą i wyjątkowo wredną
chorobą układu trawiennego: Pałecznica.
Jeśli powrót też ma być tak napompowany
przeróżnymi atrakcjami jak stereotypowy kulturysta ruską metą, to ja się
przejdę na piechotę. Widzimy się na miejscu, życzcie mi szerokiej drogi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)