I tu zaczyna się moja historia, zaczyna się kończyć.
Zawsze chciałem być szczęśliwym ojcem, mieć nie tylko możliwość przekazania swojego materiału genetycznego, ale także móc w pewnym stopniu uczestniczyć w życiu swoich potomnych.
Pewnego dnia, spacerując sobie wokół mojej 'rezydencji' usłyszałem radosne nawoływanie mojej partnerki. I już wszystko było jasne. Nadszedł ów wyczekiwany przeze mnie okres. Ojciec, jak to ładnie brzmi, prawda? Więc jak tylko to do mnie dotarło zacząłem drzeć się wniebogłosy, chciałem wykrzyczeć całemu światu szczęśliwą nowinę. Niech cały świat cieszy się razem ze mną! O ile pamięć mnie nie myli całe zdarzenie miało miejsce w czwartkowy wieczór. I wtedy wszystko się zaczęło, istny koszmar...
W piątek dzieci nie było, zostały porwane. Nie miałem wątpliwości kto to zrobił, to był mój gospodarz, Rafał, u którego wynajmowałem lokum. Na pewno był zaskoczony, że tak szybko go rozgryzłem, za każdym razem kiedy wchodził na teren posesji ganiałem za nim i pytałem, prosiłem, najpierw grzecznie, później coraz bardziej nachalnie, aż w końcu widocznie go to zaczęło drażnić... W niedzielny poranek wytarmosił z naszego gniazdka moją partnerkę, nic nie mogłem zrobić (był ode mnie dużo, dużo wyższy), zabił ją na moich oczach ucinając głowę siekierą. To było straszne. Mój świat do reszty się zawalił. Mimo że miałem taką możliwość, nie chciałem szukać innej. Postanowiłem się zemścić.
Od tamtej pory nikt nie miał prawa wejść na mój teren, a już w szczególności Rafał. Nie zważając na nic, pełen sprzecznych emocji, rzucałem się na niego, raz udało mi się nawet go dotkliwie pobić. Wtedy myślałem, że dał za wygraną, że już przestanie mnie niepotrzebnie nachodzić. Myliłem się. Bardzo. Tydzień po śmierci mojej ukochanej, przyszedł czas na mnie. Zginąłem w ten sam sposób, o tej samej porze.
W niedzielę, 22 lipca około godziny 9.00
***
Nazywam się Rafał, od niedawna mieszkam na wsi. Jakiś miesiąc temu wpadłem na pomysł fermy kurzej. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Kurnik, zagroda, trochę kur, młody kogucik, wszystko jak trzeba. Jestem człowiek religijny, w związku z tym w każdy piątek nie jadam mięsa. A że od nie dawna mam kury, postanowiłem zjeść jajecznicę ze świeżych jaj. Miałem szczęście, że w czwartkowy wieczór znalazłem w kurniku jajka, wiedziałem że tam będą, kogut darł się niesamowicie.
W niedziele za to, jako że dzień święty nakazane święcić, pozwoliłem sobie na rosołek z kury. Nawet mi się udał, czego szczerze mówiąc się nie spodziewałem...
Już wtedy kogut zaczął się dziwnie zachowywać. Łaził za mną gdakał, jakby miał do mnie o coś żal. Ale od ostatniej niedzieli stał się nie do zniesienia, nie dało się wejść nie tylko do kurnika, ale w ogóle do zagródki. Rzucał się na mnie, dziobał, drapał... a facet na targu mówił że będzie łagodny...
Jakiś czas to znosiłem, ale kiedy w piątek prawie wydziobał mi oko pomyślałem: "Nieee, stary, tak się bawić nie będziemy". W związku z czym w kolejną niedziele, tj. 22 lipca, znowu miałem rosół na obiad. Najwyżej kupię sobie drugiego koguta.