Ten ból... Coraz silniejszy, pulsujący ból na wysokości łopatek... chciałbyś już zemdleć, ale coś ci nie pozwala... zupełni jakby wyższa siła chciała ci zadać jak największy ból... sztywnymi rękoma próbujesz rozmasować drętwiejące plecy, sięgasz, dotykasz czegoś, myślisz że to nie jest twoje ciało, dopiero po dłuższym czasie dochodzi do ciebie że to twoje własne plecy... panicznie próbujesz chaotycznymi ruchami pobudzić krążenie, już nie czujesz bólu, masz nadzieje że twoje męczarnie się w końcu skończyły. Jaki ty byłeś głupi... słyszysz trzask, jakby ktoś Ci łamał kości, kolejna, porażająca fala bólu, wręcz agonii... łapiesz się za plecy... dotykasz ich, z przerażeniem cofasz dłonie, patrzysz na nie... są całe we krwi... Twojej krwi.
Rozglądasz się po pomieszczeniu, spodziewasz się wypatrzeć kogoś, kto ci pomoże, choćby dobije. Nic, ciemna przestrzeń, nie widać ścian, tylko podłoga i sufit... pierwszy pytanie: gdzie ja do cholery jestem?! Zanim zdążysz je przemyśleć i spróbować na nie odpowiedzieć, słyszysz serię trzasków, dźwięk dartego materiału, czyżby to twoja skóra?... coś ci ścieka po plecach... tak, to twoja krew. 'Jak tak dalej pójdzie, to się wykrwawię' myślisz. To cud, że masz siłę myśleć, biorąc pod uwagę to, że leżysz skulony w niemałej kałuży. Sam. Przestraszony. Obolały. Próbujesz wstać. już podnosisz tułów, nagły skurcz w okolicy lędźwi powala cię z powrotem twarzą do ziemi... umazany, leżysz krzyżem. Odpoczywasz. Po około pięciu minutach, dociera co ciebie, że coś Cię przykrywa, a konkretnie Twoje ręce. Z trudem, niechęcią i pewnym strachem otwierasz zlepione krwią i zaschniętymi łzami oczy. Ukazuje Ci się powód Twoich cierpień. Spod warstwy zakrzepłej krwi przebijał się białe, nie, śnieżnobiałe skrzydło. Obracasz głowę w drugą stronę. To samo. Nie wierzysz. Nie chcesz uwierzyć. Nie mając siły zastanawiać się, co się właściwie stało, wycieńczony wracasz do poprzedniej pozycji, czując się w niej najbezpieczniej. Zwinięty, z podkurczonymi pod brodę kolanami zasypiasz...
Nie ma jednoznacznie szczęśliwego zakończenia, nie mam zamiaru tłumaczyć się, dlaczego to napisałem, czym się kierowałem. Tyle w zupełności wystarczy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz