poniedziałek, 8 lipca 2013

Nihil novi

Ten tydzień był cudowny! Najlepszy tydzień w moim życiu!
Spotykałem się z dawno niewidzianymi znajomymi. Aktywny wypoczynek pod postacią licznych spacerów i wycieczek rowerowych, raz krótszych, raz dłuższych. Czasami samemu, czasami w towarzystwie. Ale nigdy bez satysfakcji.
Dostałem w końcu pracę. Może nie jest to szczyt moich marzeń, ale nie od razu Kraków zbudowano.
Przeczytałem wielce zajmującą książkę o upadłych aniołach, zapoznawałem się z wierszami Wiesławy Szymborskiej, zastanawiałem się nad... Nad wieloma rzeczami.
Gdy pewnego dnia, bodajże w środę rozpętała się naprawdę poważna burza, w myśl idei: inteligentny człowiek nigdy się nie nudzi, zachwycałem się niezwykle pasjonującym baletem błyskawic na wieczornym niebie, w akompaniamencie potężnego zestawu perkusyjnego pod postacią grzmotów. Prosta przyjemność dla kogoś takiego jak ja. Podziwianie potęgi przyrody pokazującej się z przerażającej i jednocześnie pięknej strony, budząc szacunek tak niewiele znaczącego (o ile nie nic) bytu jakim jest człowiek.
Zażegnałem wszelkie rodzinne spory których (wstyd się przyznać) nie raz byłem zarzewiem. Pogodziłem się z matką, poprawiłem stosunki z siostrą.
W sobotę odwiedziłem z dobrym kumplem nasze wspólne znajome z czasów kiedy to na nas można było mówić "gównarzeria". Były wspominki i nie tylko. Dowiedziałem się czym się różni rzeźnia od ubojni, dlaczego czopki są dobre na wszystko, co takiego fascynującego można znaleźć w foliowych workach przy drodze ... i wielu, wielu innych pasjonujących rzeczy, bardziej lub mniej związanymi z życiem codziennym.
W niedzielę w ramach kolejnej wycieczki rowerowej pojechałem na pobliski festyn, zupełnie niespodziewanie udało mi się załapać na występ kabaretu Łowcy. B. Idealne zakończenie tygodnia

***

A później się obudziłem. Ja. Mentalnie skapiały dziad w przepoconym podkoszulku, którego jedynymi produktywnymi zajęciami są dłubanie palcem w pępku i wlewanie w siebie kolejnych litrów gównianej jakości piwa z sieci sklepów nazwanej na cześć małego, nakrapianego stawonoga*.
Sprawa z pracą okazała się wielkim nieporozumieniem. "Popełniono błąd na linii przekazu informacji pomiędzy pośrednikiem a naszą firmą". Wie pani co? Gówno mnie to obchodzi.
Kłótnia z matką zaognia się do tego stopnia, że żeby wszyscy pozostali cali i zdrowi staram się nie przebywać w domu.
"Czytanie książek? Dobre sobie. Przecież to bezproduktywne marnowanie czasu", usłyszałem kiedy kolejna moja książka lądowała w koszu.
Całe szczęście, że znajomi, koledzy, koleżanki i przyjaciele nie są tutaj od początku do końca psychodeliczną ucieczką od gorzkiej prawdy. Gdyby nie oni, już dawno by mnie wynosili do hotelu w Rybniku w uroczym, doskonale skrojonym i twarzowym kaftaniku "na obserwację".
Nie wierzę w Boga. Wiara w niego burzy świat, który został zbudowany na solidnych kolumnach nauki które postawiono w naszych głowach podczas toku nauczania szkolnego. Tylko komu ja w takim razie mam dziękować za tych wszystkich ludzi którzy mają cierpliwość do mnie i chętnie mnie wysłuchają z moimi problemami?

*Dla mniej domyślnych: chodzi o biedronkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz