poniedziałek, 5 stycznia 2015

Pierwszy!...

... post tego roku. Z tej okazji życzę sobie wszystkiego najlepszego. Bo jak chcesz żeby coś było zrobione dobrze, zrób to sam. Można by tym samym powiedzieć (prawdopodobnie obrażając kilka osób), że najlepsze życzenia noworoczne jakie dostałem w tym roku złożyłem sobie sam.
A teraz, starym dobrym zwyczajem, z subtelnością ciosu młotkiem w twarz, przechodzimy do właściwego tematu postu.
Ogólnie znaną prawdą jest, że jak ma się coś ważnego do zrobienia zawsze znajdzie się coś innego do roboty. Ilość i natężenie "tych innych" zajęć jest wprost proporcjonalna do priorytetu zadania pierwotnego. Dodatkowym czynnikiem demotywującym jest brak nad sobą osoby potrafiącej przypilnować lub zachęcić do działania. Do czego zmierzam?
Jako że jestem dumnym ze swojego statusu studentem, muszę się uczyć. Za kilka dni mam kolokwium. Nie potrafię się zagonić do nauki. Czym się to objawia? Pokój w akademiku jest czysty jak nigdy, podłoga umyta, kurze pościerane, naczynia umyte, zakupy zrobione (pomimo rażących braków środków na koncie). Porządek w szafie też jest. Zrobiłem już wszystko czym mógłbym się odciągnąć od nauki, więc wyszedłem szukać w akademiku form życia innych od kurzu który do mnie zagadał kiedy wyciągałem śmieci spod łóżka. Niestety, nie udało mi się. Od sylwestra akademik tętni życiem jak Dolina Śmierci w Stanach Zjednoczonych.
Jednak wczoraj wróciła jedna z sąsiadek na łączniku (który to z braku zajęcia wcześniej również wysprzątałem). Zawsze robiła mi awantury o głośno grającą muzykę. Miała do tego niesamowite wyczucie czasu, przychodziła się uskarżać zawsze równo o 22:01. Że niby już jest cisza nocna. Współlokator zasugerował mi kiedyś żeby jej wyperswadować, że w takim miejscu jak akademik pojęcie ciszy nocnej jest terminem czysto abstrakcyjnym, ale jakoś mi jej szkoda.
Jakże zatem wielkie było moje zaskoczenie, kiedy wczoraj wieczorem około godziny 23:00 zaczęła się wydobywać zza ściany seria niezidentyfikowanych dźwięków znanych szerzej jako muzyka pop. Doszedłem do wniosku, że sąsiadka miała udanego sylwestra. Na tyle udanego, że atmosfera szampańskiej zabawy jeszcze się jej trzymała. Bo nikt normalnie nie włącza (nie tylko takiej ale w ogóle) tak głośno muzyki bez zbędnego powodu. Na zastanawianiu się cóż to mógł być za powód zeszło mi kilka następnych kilka godzin które mogłem spożytkować na naukę.
Dzień następny schodzi mi na zaglądaniu w każdy kąt pokoju w poszukiwaniu pozostałości po niezwykle oczytanych, elokwentnych i rozmownych kępkach kurzu. Oczywiście nie znalazłem. Znalazłem za to w skrzynce mailowej wiadomość od pani magister z informacją że nie zaliczyłem poprawki z kolokwium. Bosko.
Współlokator wróci najprawdopodobniej jutro, więc do jutra załatwię sobie lustro żeby mieć z kim pić. No, chyba że ktoś przyjdzie sprać mnie na kwaśne jabłko w celu zachęcenia mnie do nauki. Znam kilka osób które dysponują argumentami o podobnej sile i skuteczności. Teraz tylko pozostaje pytanie: czekać na nie, czy brać się za naukę?

1 komentarz:

  1. Bierz się za naukę! :D Ja dzisiaj wracam, więc tak do 20 musisz być "naumiany", bo piwko jakieś będzie. :D Pozdrawiam. M.

    OdpowiedzUsuń