wtorek, 20 września 2016

Koniec

Tak dużo rzeczy do zrobienia, tak mało czasu i chęci...
Dawno nie marudziłem, postanowiłem to zmienić. Ale zanim zacznę, chcę wyraźnie zaznaczyć zanim ktoś się zacznie miotać jak wisielec na gałęzi, że to co teraz mam zamiar napisać służy tylko i wyłącznie mnie i mojej skołatanej psychice. Naprawdę nikogo nie zmuszam do czytania moich wypocin. Wszystko jasne? Super, to startujemy.
Od jakiegoś czasu zaczęły mnie nachodzić dziwne myśli. Faktem jest, że od kilku miesięcy mam masę problemów, które miażdżą mnie i mój, że tak to ujmę, hart ducha. Zastanawiam się na przykład, całkiem poważnie, co by było, jakbym teraz wszystko, jak leci, z góry na dół olał. Studia, pracę, problemy dnia codziennego.
Dalej...
Nie dawniej jak dwa, może trzy tygodnie temu jechałem pociągiem, gdzie i po co nie ma tu najmniejszego znaczenia. Inaczej niż zwykle, a na pewno inaczej niż wszyscy, usiadłem tyłem do kierunku jazdy. Co w tym dziwnego? Zupełnie nic. Po prostu gdzieś kiedyś przeczytałem/usłyszałem, że w razie wypadku osoby siedzące właśnie w ten sposób mają większą szansę na przeżycie. I właśnie wtedy mnie dopadły moje dziwne myśli: przecież jakby teraz nadjeżdżał z naprzeciwka inny pociąg, to znając moje szczęście i tak bym zginął. Albo stracił nogi. Albo przynajmniej czucie w nich. Poza tym, nie mam tego szczęścia na tyle, żeby właśnie teraz, w tym momencie, jechał pociąg z naprzeciwka pędząc dokładnie po tym samym torze co mój, więc nie mam co liczyć na udowodnienie swoich hipotez.
Dalej...
Chciałbym się również pochwalić w tym miejscu moimi problemami zdrowotnymi. Od jakiegoś czasu mam kilka takich fajnych dolegliwości. Przykład? Proszę bardzo. Co jakiś czas puchną mi dłonie, szyja, ramiona, ucho (zawsze tylko jedno), palce stóp. Ne mam pojęcia co to jest, może jakiś uczulenie? Nieistotne, przynajmniej na chwilę obecną. Ale powiem szczerze, że zaznałem swojego rodzaju niepokoju, kiedy to bodajże w sobotę, poczułem dziwną falę ciepła na prawym policzku. Zaintrygowany poszedłem sprawdzić co jest grane. Nie poznałem swojej twarzy. Nigdy nie uważałem się za jakoś specjalnie urodziwego, ale jak zobaczyłem swoje odbicie w lustrze to mało nie krzyknąłem. Wyjaśnijmy tutaj coś, wiem jak wygląda opuchnięta twarz, chorowałem na świnkę, po wizycie u dentysty też miewałem tego typu rewelacje. Ale wiszącego bezwładnie policzka na własnej twarzy jeszcze nie widziałem. Teraz jak o tym pomyślę, to nawet zabawnie wyglądało.
Zdarzają mi się również gwałtowne ataki kaszlu. Z każdym takim atakiem, z nadzieją wyobrażam sobie że to zaawansowane stadium raka. Niestety, na chusteczkach wciąż nie mogę się doszukać śladów krwi... Skąd się wziął ów kaszel też jest ciekawą historią. Postanowiłem się spotkać po pracy ze znajomą, dawno się nie widzieliśmy, pogadalibyśmy, zapomniałbym przynajmniej na chwilę o niektórych problemach... Po pracy, wiadomo, trzeba się odświeżyć. Nie zdążyłem dobrze wyjść spod prysznica, dzwoni telefon. Bo "ileż można czekać, nikt nie myje się tak długo, a ona nie ma tyle czasu...:", takie tam babskie marudzenie. No to niewiele myśląc wyszedłem tylko przecierając głowę ręcznikiem. Błąd. A mogłem się cholera postawić, w myśl zasady kocha, poczeka. Trudno, odpokutuję. Nawiasem tylko napomnę: tak, byłem umówiony na konkretną godzinę. I tak, zostałem w pracy dłużej niż zwykle. Bywa.
Dalej, choć nie do końca...
Dlaczego takim razie nie byłem jeszcze u lekarza? To proste, nie mam ubezpieczenia. Nie stać mnie po prostu na wizytę. Owszem, mogę się jeszcze podciągnąć pod ubezpieczenie mojej matki, ale do tego jest potrzebna zdana sesja. Z tym też jest problem, bo chodzę do pracy i na praktyki.
Wychodzi z tego nawet zabawny łańcuszek zależności: żeby mieć czas na naukę, musiałbym nie chodzić na praktyki, nie będę chodził na praktyki - nie zaliczę sesji, nie zaliczę sesji - nie załatwię sobie ubezpieczenia, nie załatwię sobie ubezpieczenia - nie pójdę do lekarza, nie pójdę do lekarza - zginę w męczarniach i w osamotnieniu. To może by tak nie chodzić do pracy? Nie da rady, muszę mieć za co jeść. A nie od dziś wiadomo, głodny, nie jesteś sobą. A długotrwały głód prowadzi do powolnej i bolesnej śmierci. Ale ale, chwilunia, przecież mam pracę, powinienem być ubezpieczony. Cóż nie jestem, moja umowa nie obejmuje ubezpieczenia. Finito!
Dalej...
Prze ostatni weekend nie mogłem znaleźć motywacji i siły do zrobienia czegokolwiek. Miałem dość dziwny humor, dawało mi się odczuć coś w rodzaju nieuzasadnionej nostalgii, do tego ta pogoda... brak słońca zniosę, bo go po prostu nie lubię, ale żeby deszcz padał nieprzerwanie przez prawie trzy dni?! Dodatkowo cały czas męczyły mnie na przemian dwie te same melodie: ta i ta również.
Postanowiłem więc obejrzeć sobie jakiś odstresowująco-odmóżdżający film. Wpisałem więc w wyszukiwarce frazę "dobry film sf 10/10" i włączyłem pierwszy lepszy z listy. Pech, wróć, moje szczęście chciało, że ten film miał wątki dramatyczne, psychologiczne i całą mas tym podobnych, które zamiast pozwolić mi się w spokoju rozerwać, strzaskały moją psychikę jak rozkapryszony gówniarz szklankę. Za kruchy jestem na takie filmy. Efekt? Po seansie cały się trząsłęm, głos mi się łamał, a ja sam czułem się jak rozbita emocjonalnie nastolatka (przepraszam, nie mam pojęcia jak czuje się "rozbita emocjonalnie nastolatka", po prostu takie porównanie wydaje nie się tu najbardziej trafne). Także był "kocyk bezpieczeństwa", była herbatka na uspokojenie i tego typu rewelacje.
Ulga przyszła następnego dnia rano. Po przebudzeniu czułem coś, co mi poprawiło humor i dodało trochę sił, mianowicie przyjemny, pulsujący ból (to nie błąd, tu miało być słowo "ból") rozchodzący się falami po całym ciele. Dlaczego to mi dodało sił? Bo dzięki temu fenomenalnemu zjawisku poczułem, że żyję. Czułem płynącą w żyłach krew, unoszenie się i opadanie klatki piersiowej, wyraźne bicie serca. Prawdziwe katharsis.
I na koniec, zagadka muzyczna: z jakiej piosenki pochodzą te słowa:
"Chce mi się spaać, spać,
już idę spać, już idę spać, już idę spać
Stop!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz