W związku z tym, że mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że wiosna zawitała u nas na dobre, pozwoliłem sobie na krótką retrospekcję...
2. grudzień 2010:
Zima trwa dopiero pięć dni. A ja już mam jej serdecznie dość.
Sześć dni temu odczytałem na termometrze temperaturę +10 stopni. Następnego dnia spadł śnieg, przy temperaturze 0 stopni. Dzisiaj wychodząc do szkoły stwierdziłem ze zgrozą, że na zewnątrz panuje oszołamiająco niska temperatura -10 stopni C.
Taka nagła zmiana pogody woła o pomstę do nieba.
Wracając do domu autobusem i rozmawiając z kolegą, zatraciłem poczucie orientacji w czasie i przestrzeni. Chcąc sprawdzić w jakim jesteśmy położeniu i gdzie jesteśmy skierowałem swój wzrok w kierunku okna. Doznałem niewyobrażalnego szoku, kiedy zauważyłem, że okna są zamarznięte od wewnątrz. No nic, trzeba się wziąć i zeskrobać trochę tego szronu, jeśli nie chcę przegapić punktu docelowego mojej podróży. Po nastu minutach męczenia się z uciążliwym szronem przy pomocy paznokci i rękawa, zagrzewany do dalszej pracy jedynie dopingiem ze strony kolegi, doznałem kolejnego szoku. Pozwoliłem sobie zauważyć, że mój wysiłek poszedł na marne, ponieważ widok za oknem był bez wyjątku jednolicie biały. Nie powiem, zdenerwowało mnie to. W iście teatralny sposób cofnąłem się od okna i po kilku sekundach poczułem jak wybucha we mnie wielki wulkan bezsilności i wycieka ze mnie lawa niezwykle soczystych wulgaryzmów. Kolejne fale frustracji zapowiadały się nie mieć końca, kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że znajduję się w miejscu publicznym i nie wszyscy pasażerowie życzą sobie wsłuchiwać się w mój bogaty słownik wulgaryzmów. Skończyłem, a właściwie urwałem, rozejrzałem się z obawą po twarzach współpasażerów i, ku ogólnej mej radości, nie zobaczyłem na ich twarzach grymasów z których można by odczytać coś w stylu: na stos z nim!, nabijmy go na pal!, powieśmy!, tylko niewinne i pełne pobłażliwości uśmiechy.
Tylko jedna starsza pani się nie śmiała. Minę miała raczej zafrasowaną. Domyśliłem się czemu. Jej długi, zimowy płaszcz miał taki sam kolor co otaczający nas aktualnie ze wszystkich stron śnieżny puch. Sądząc po wyglądzie, pani miała pewnie już wnuki.
Oczyma wyobraźni widziałem sytuację, kiedy owa pani wychodzi na spacer z tymi to wnukami.
Nagle się przewraca (wbrew pozorom nie ma w tym nic nietypowego, gdyż lód, sprawca tego niemiłego incydentu, pokrywa bez wyjątku wszystkie powierzchnie płaskie), i wpada w zaspę. Śnieżnobiały kaftanik doskonale ją maskuje. Biedne dzieciątka myślą, że babcia je zrobiła w bambuko uciekając do domu a je zostawiając w takim nieciekawym położeniu.
Ale wróćmy do wątku głównego. Nie lubię zimy. Prawdopodobnie tylko i wyłącznie dlatego, że jest zimno. Tak. Niskie temperatury to nie jest to, co lubię najbardziej.
Ale kiedyś to nie przeszkadzało. Choćby na dworze panował iście syberyjski mróz, wychodziło się z kumplami na sanki. A właściwie na górkę, bo sanki nie zawsze się miało. Nie, nie żyliśmy w tak skrajnym ubóstwie, że rodziców nie było stać na sanki dla dzieci. Po prostu sanki zostały starte w pył podczas ostatniego 'wypadu na górkę'.
No to jak nie na sankach, to na czym? Na dupie, na worku, na koledze, na tzw. jabłku. Wachlarz możliwości był zaskakująco szeroki.
Konsekwencjami naszych spotkań nie przejmowaliśmy się w ogóle. A były to miedzy innymi: bogate w treści moralne kazanie ze strony rodziców za zniszczone spodnie, zgubioną czapkę, rękawiczkę (zawsze jedną, nigdy nie gubiły się obie) i tym podobne. Liczyli się tylko kumple i dobra zabawa. Czasem, patrząc na tak właśnie beztrosko bawiące się dzieci, ludzie w moim wieku zadają sobie pytanie: Jak one tak mogą bez alkoholu?
Nie wiem, gdzie podziałem się tamtym 'ja'. Ta głupia i praktycznie bezpodstawna radość na widok pierwszego śniegu...
Nie ważne wtedy było, że ulice zakorkowane, bo jakiś idiota w BMW przecenił swoje 'umiejętności' i nie dostosował prędkości do panujących na drodze warunków. Nie ważne, że jakiś bezdomny upił się w nocy i zamarzł na śmierć. Nic nie było ważniejsze od kumpli i naszych zabaw.
Zastanówmy się, co się mogło stać, że teraz patrzę na to wszystko zupełnie inaczej.
Chyba już wiem. O Boże, ja dorosłem. Przestałem być dzieckiem i wkraczam w pokręcony świat dorosłych. Nie będzie już sanek, nie będzie wypadów na górkę.
Teraz czekają mnie studia, ewentualnie praca, walczenie ze wszystkimi i wszystkim o każdy ciężko zarobiony grosz, za którego zdobycie przyjdzie mi przypłacić nieraz własnym zdrowiem i nerwami.
Kolejna retrospekcja, bez daty.
Kiedy padał śnieg, do mojego pokoju wpadła siostra (nie zwracając najmniejszej uwagi na to, że właśnie się uczę) i krzyczy:
-Wyjrzyj przez okno! No wyjrzyj! Zobacz, popatrz tylko!
-Spadaj, uczę się.
-No nie bądź taki, wyjrzyj przez okno!
Po jakiś dwudziestu minutach, dla świętego spokoju, wyjrzałem przez to okno:
-No i co takiego niezwykłego tam jest? - spytałem z nieukrywaną nutką irytacji w głosie
-Nie widzisz?
-Nie.
-NIE WIDZISZ?
-...
-ŚNIEEEEG!!!
Jako starszy brat, czuję się zobligowany do tego, żeby siostra jak najdłużej trwała w przekonaniu, że zima jest wspaniałą porą roku i żeby możliwie najdłużej była małą dziewczynką. Albo przynajmniej, żeby jej przejście w dorosłe życie nie było takim gwałtownym i zwalającym z nóg ciosem w tył głowy, jak w moim przypadku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz