środa, 17 października 2012

Głód

Wstęp stosunkowo nietypowy, zacznę pytaniem za sto punktów:
Na pytanie: "idziesz zapalić?" odpowiesz:

A "Nie, dzięki, nie palę                                              C "Ograniczam"
B "Jasne!"                                                                D "Rzucam"

Tyle słowem wstępu.
Nie tak dawno, bo jakieś trzy dni temu, przeprowadziłem pewien eksperyment: sprawdziłem co się stanie jeśli nie będę jadł przez kilka dni. Ograniczyłem się tylko do picia wody. Głupota? Nie zaprzeczę. Zrobiłem to po części w imię nauki. Ale wbrew pozorom coś osiągnąłem. Doszedłem do pewnych bardzo ciekawych wniosków i obserwacji (najciekawsze zauważyłem dosłownie przed chwilą, mianowicie zapomniałem zjeść obiad):
1)  Po pewnym czasie nie czuje się głodu;
2)  Nie miałem żadnych widocznych problemów ze zdrowiem czy samopoczuciem, co mnie wielce zaskoczyło;
3)  Ale najdziwniejsze było to, że jakoś nie specjalnie odczuwałem potrzebę zjedzenia czegokolwiek.

Skoro nie ma większych problemów z opanowaniem takiego mechanizmu niezbędnego do życia jakim jest odczuwanie głodu, to dlaczego np. palacze nie potrafią sobie poradzić z głodem nikotynowym? Przecież:
1) Potrzeba nie lada wysiłku, żeby przestać odczuwać głód na dłuższy okres czasu;
2) Oznaki głodu są dużo bardziej widoczne, choćby pod postacią rozdrażnienia;
3) Głód tytoniowy odczuwa się miejscami znacznie silniej jak typowy głód spowodowany brakiem pożywienia;
4) No a pozatym to kosztuje trochę więcej niż bochenek chleba...

Więc w czym problem? W 'silnej woli'? Tylu ludzi zarzeka się, że ma silną wolę, a jak przychodzi co do czego, okazuje się ona zaskakująco słaba. A może chodzi o to, że nie przyłożyliśmy się do sprawy i nie rozważyliśmy terminu jakim jest uzależnienie? W pewnej mądrej książce, której tytułu nie chcę przytaczać, przeczytałem, że: Jeśli przyznasz się szczerze, sam przed sobą, że owszem, jesteś uzależniony, to 51% drogi prowadzącej do zerwania  z nałogiem jest już za tobą. No dobra, a co z pozostałymi 49%? Zapytajcie jakiegoś palacza... Dobra, przyznaję się. Zdarza mi się zapalić... czasem... no, może trochę częściej... na pewno częściej niż bym chciał czy potrzebował. O ile można tu powiedzieć o potrzebie. Co mnie i moich znajomych dziwi to to, że dalej jestem wyczulony na smród dymu papierosowego. Pierwszego papierosa zapaliłem z ciekawości, a następne, żeby nie czuć jak inni w moim towarzystwie palą. Co z tym robię? To proste, ograniczam. Palę coraz mniej. Dlatego teraz, w nagrodę za wytrwałość, idę na małego dymka...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz