Organ który w przecudny sposób przy wykorzystaniu światła z otoczenia dostarczają nam bodźców estetycznych, które dalej przetworzone na impulsy nerwowe przesyłane są do mózgu, gdzie z kolei ulegają przetworzeniu do formy która umożliwia nam prawidłowe (poniekąd) postrzeganie otaczającego nas świata.
Jak wszyscy wiemy, oczy da się oszukać. Wiedzą o tym wszyscy, którzy mieli kiedykolwiek styczność z iluzją optyczną.
Ale nie o tym miało być. Percepcja nie jest jedyną funkcją oczu, przynajmniej według mnie. O tej drugiej funkcji chciałem dziś wspomnieć co nie co.
Na pewno nie jest nikomu obcy związek frazeologiczny "oczy zwierciadłem duszy". Ponieważ oczy są w stanie przekazać wprawnemu obserwatorowi wielu ciekawych informacji o obserwowanym. Nadmieniając jednocześnie, że ja wprawnym obserwatorem nie jestem. Z tego właśnie powodu są celem mojego zainteresowania, rzekłbym, fetyszu.
Ktoś może się uśmiechać, ale jeśli oczy nie "uśmiechają się" razem z nim, to to nie jest prawdziwy uśmiech, tylko pusty gest. Dzięki oczom jesteśmy w stanie odróżnić emocje od mimiki.
Złość, smutek, żal, radość, nienawiść... i wiele, wiele innych. Te wszystkie emocje mogą być przekazywane między innymi za pośrednictwem oczu.
Można być u schyłku życia i mieć oczy pełne życiodajnej energii, jak również być w pełni sił witalnych a oczy puste, bez wyrazu. Zupełnie jak u trupa.
Dalej. Kobiety wiedzą już, że mężczyźni nie raz mówiąc o oczach mają na myśli wiadome kobiece wdzięki. To wielce mnie i mnie podobnych kaleczy, ponieważ automatycznie jestem przez płeć piękną katalogowany i umieszczany na półce razem z pożałowania godnymi supersamcami niepotrafiącymi docenić głębszego sensu w postrzeganiu urody. Mimo że to może tak wygląda, nie chcę się w jakikolwiek sposób wywyższyć na tle innych. Po prostu taki jestem. Esteta. Nie ma związku? Zaraz nawiążę.
Kiedyś pewna moja znajoma nie wierzyła w moje czyste jak diament intencje i postanowiła mnie sprawdzić. Test wyglądał następująco: miałem jej się cały czas patrzeć w oczy. Bez względu na otoczenie i okoliczności. Choćby się paliło i waliło. Więc patrzę, spokojnie, nie natarczywie, tak po prostu. Nagle ona zaczęła odpinać guziki koszulki...
Oczywiście, przeszedłem ten test pomyślnie. Swoją drogą, dzięki wyrobionemu szerokiemu polu widzenia byłem w stanie stwierdzić, że moja znajoma pod względem zawartości stanika mogła konkurować jedynie z dziewczynkami z późnych klas podstawówki...
Ale oczy miała ładne, koloru który zwykłem nazywać lodowatym błękitem.
Taki sam kolor oczu miał pewien chłopak mieszkający niedaleko mnie, brat mojej kolejnej znajomej, tym razem z czasów gimnazjum. Ale o tym za chwilkę.
Poznałem kiedyś dziewczynę, której oczy miały z kolei ciepły odcień zieleni. Mogłem się w nie patrzeć całymi godzinami czerpiąc niemałą przyjemność w zatracaniu się w ich głębi. Co ciekawe, z wzajemnością. Jednak do czasu. Podczas jednej z naszych długich, wręcz niekończących się rozmów stwierdziła, że ma w klasie znajomego o przecudnym kolorze oczu, jednak tylko te oczy jej się w nim podobały. Jak się później okazało, był to ten sam osobnik, o którym wspominałem wcześniej. A więc znałem go. Wiedziałem gdzie mieszka. I bynajmniej nie darzyłem go ciepłym uczuciem.
Kiedy zaproponowałem jej, że przyniosę jej jego oczy w srebrnej szkatułce (uwielbiała srebro) z aksamitną, czerwoną wyściółką, sprawiła wrażenie co najmniej zniesmaczonej. A kilka lat później wyszła za mąż.
Trzymając się tematyki oczu, że smutkiem muszę stwierdzić, że sam nie mam pojęcia jakiego koloru są moje. Dlaczego? Bo faceci nie znają się na kolorach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz