wtorek, 18 czerwca 2013

Człowiek nie wielbłąd

Któregoś pięknego, słonecznego dnia, wracając z przechadzki, widziałem pana, któremu świat stanął na głowie. Po czym to poznałem? Może po tym jak widowiskowo, niczym w amerykańskim filmie akcji, wywinął piękne salto, zapewne myląc niebo ze stałym gruntem. Jestem przekonany, że zachciało mu się przejść się po tych uroczych cumulusach. A może po tym, że bełkotał coś nie zrozumiale i leżał w miejscu, w którym leżeć nie powinien. Na schodach, głową w dół.
Po przeprowadzonych wstępnych oględzinach, stwierdziłem wysoki stan nietrzeźwości wspomnianego delikwenta i brak poważniejszych uszczerbków na zdrowiu, typu wstrząs mózgu, złamana kość (jakakolwiek), skręcony kark... Nie prawda. Przeszedłem obok niego obojętnie potwierdzając statystyki o ludzkiej znieczulicy.
Ale nie o tym chciałem wspomnieć.
Piliście kiedyś w miejscu publicznym? Tak szczerze. Wiem, że tak. Skąd to wiem? Mamy dziwny stosunek do zakazów, szczególnie tych, które uważamy za głupie. A skąd wiemy, że te zakazy są głupie? Cóż, wystarczy się trochę wysilić i użyć twardej, niezachwianej i jak zawsze niezawodnej chłopskiej logiki. Na przykład picie w miejscach publicznych. Bo jeszcze nikt z tego powodu, bezpośrednio, zdaje się nie zginął. Zawsze mi się również wydawało, że badanie natężenia alkoholu we krwi na podstawie wydychanego powietrza jest równie skuteczne jak jedzenie zupy widelcem. Niby coś wskazuje, ale to nie to samo. W końcu po skosztowaniu cukierka o smaku adwokatowym również da nam wynik pozytywny w takiego rodzaju testu.
Ale dajmy spokój Bogu ducha winnym organom ścigania i ich przedpotopowym metodom śledczym pamiętającym przejście Mojżesza przez Morze Czerwone.
Nawiążmy do tego, że owoc zakazany smakuje lepiej. Pijąc schłodzone piwko w parku, na ławeczce, czujemy się odprężeni, nabieramy (przynajmniej do pewnego momentu) nowych sił, nie tylko fizycznych, ale i psychicznych. Problemy przestają być problemami.
Całość tego sielankowego obrazka psują mi starsze panie, matki z dziećmi i inni, że tak to nazwę, użytkownicy parku: krzywo na mnie spoglądają, przyśpieszają w moim pobliżu kroku (żeby nie zarazić się Bakcylem żula) odciągają dzieci, robią zniesmaczone miny.
A teraz wyobraźmy sobie, że dozwolone jest spożywanie umiarkowanych ilości alkoholu w miejscach publicznych. W parku widzimy grupkę przyjaciół oblewających zakończenie egzaminów, kilku starszych panów pod drzewem raczy się pojedynczymi kieliszkami Żołądkowej, na wzmocnienie, z uśmiechami wspominających czasy, kiedy to poznawali swoje drugie połówki.
Wiem, to jest bardzo optymistyczna wersja. Dlaczego? Choćby biorąc pod uwagę kolejną zasadę poniekąd rządzącą światem: podaj dłoń, wezmą rękę.
Jednakże bodajże w Rosji ten system działa bez zastrzeżeń. Wolno sobie golnąć flachę w miejscu publicznym. Przynajmniej dopóki nie znieważamy miłościwie nam panującego, Oświeconego Towarzysza Stalina (a nie, to nie te czasy).
Wszystko, a w szczególności alkohol, spożywany z umiarem, jest jakby to ująć... kondensatorem... nie, wróć. Katalizatorem pozytywnych emocji, wrażeń. Nie nakłaniam tu nikogo do picia piwa do każdej możliwej okazji, bo opinia o Polakach, że jesteśmy pijakami raczej się nie zmieni.
Ale... czy tak naprawdę jest co zmieniać? Napić można się w klubach, na imprezach, u znajomych, u rodziny. Świętujesz koniec egzaminów: do klubu. Albo do marketu po asortyment i gnasz do kumpla. A może zebrało ci się na wspominki? Scenariusz jak wyżej. Miejsc nie brakuje. Czasem jest go więcej niż nam się pozornie wydaje. Z tym że, tak jak mówiłem. Zakazany owoc smakuje lepiej.
Wasze zdrowie.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz