Zakładałem, że będzie to fascynująca historyjka z morałem o osobie która poprosiła mnie o opisanie jej w jakikolwiek sposób. Chciałem napisać coś optymistycznego, napawające nadzieją na lepsze jutro, ale nic takiego nie przychodzi mi do głowy. Chciałem też napisać tekst z lekka obraźliwy, jednak ona powiedziała, że nawet gdybym napisał, że wezmę ją od tyłu, to jej nie zdenerwuję. 'No to jestem w dupie' pomyślałem (paradoksalnie). Straciłem wątek zanim go posiadłem. Ale wszystko przede mną, mam jeszcze parę dni do napisania tego...
No właśnie, czego? Nazwijmy to może... chybioną charakterystyką.
A więc tak, zacząłem wszystko od początku właśnie dziś, o godzinie 11:48.
To tak, szczerze mówiąc nie pamiętam zbyt wiele o naszej koleżance z wcześniejszych lat (a szkoda, bo teraz jest koniec edukacji w technikum i wiele ciekawych kontaktów pójdzie w niepamięć), może poza tym, że częściej jej nie było niż była.
W związku z tym, że przeciętny człowiek wyrabia sobie zdanie o drugiej osobie w ciągu około 15 sekund, moje pierwsze odczucia o, nazwijmy ją V (żeby było oryginalniej od X i jednocześnie zachowując anonimowość) wyglądały mniej więcej tak: O %$*#@!
Jej spokój był wielce niepokojący, mógłby powiedzieć, że straszny. Ubrana na czarno, z kontrastującymi, ciemnorudymi (ale jednak rudymi) włosami wyglądała jak... jak nie wiem co. Nie widziałem jeszcze rzeczy bądź osoby do której mogłem ją wtedy porównać.
Ale to tylko pierwsze, i jak się zwykle okazuje, chybione zdanie. Nie wolno sobie wyrabiać opinii o drugiej osobie w ciągu tych kilku zasranych sekund. Czasami braknie życia żeby poznać w 100% drugą osobę a my (zwykli szarzy ludzie) oceniamy na podstawie stereotypów. Wielce mnie to drażni.
Dosyć moralnych gadek, wróćmy do głównego tematu. Jak się później okazało, nasza bohaterka to nawet miła osoba. potrafiąca powiedzieć to, co chce powiedzieć tak, aby ją zrozumiano (co w dzisiejszych czasach jest coraz trudniejsze, można to zaobserwować u dorastającej 'młodzieży').
Owszem, mówiła czasem o dość makabrycznych rzeczach które ją spotkały w życiu, np:
V: Jestem zombie!
Ja: Dlaczego tak uważasz?
V: mam znikome ciśnienie krwi, praktycznie nie żyję.
J: Suuupeeerr!
(wtedy mnie to bawiło)
W tak zwanym międzyczasie, V zmieniła swój 'styl'. Glany odeszły do lamusa (a może dalej je zakłada, na specjalne okazje? Nie będzie mi dane się tego dowiedzieć), ubierała się bardziej barwnie (do czerni doszła czerwień), jak mi powiedziała, polubiła gorsety. Pamiętam jeszcze jak na rozpoczęcie roku przyszła z tak intensywnie rudymi włosami, że można było odnieść wrażenie, że jej się głowa pali. Niby się mówi w takich sytuacjach De gustibus non disputantum est, ale mnie osobiście się to bardzo podobało.
I tutaj ciemna plama w pamięci zajmująca jakiś rok. Zaczęły się zajęcia z labolatorium, siedziałem koło niej (początkowo nie byłem z tego zachwycony). Okazało się że jest świetną i bardzo skrupulatną
laborantką. Teraz się z tego śmieje, ale za każdym razem jak brała jakikolwiek kwas do rąk, odchodziłem na bezpieczną odległość. Kiedyś powiedziała: 'Nikt w moim najbliższym otoczeniu nie może czuć się
bezpiecznie.' Może po prostu miała zły humor. A może to prawda?...
W każdym razie, zawsze mi pomagała jak sobie nie radziłem. W tedy zdałem sobie sprawę z tego, że to świetny materiał na dobrego kumpla.
Bo nie zachowywała się jak typowa dziewczyna:
'Pewnie zauważyłeś, chodzę do toalety bez obstawy'
'Już wiem dlaczego tapeciary są takie głupie. Tony makijażu które nakładają na twarz uciskają im czaszkę, a tym samym mózg który powoli obumiera z braku dostępu tlenu'.
I wiele innych których aktualnie nie pamiętam. No i zawsze paliła mocniejsze papierosy niż kolesie z naszej klasy.
W ostatniej klasie podczas wigilii klasowej, a właściwie pod jej koniec, bardzo zaskoczyło mnie jej zachowanie. Sytuacja wyglądała mniej więcej tak: W klasie zostałem tylko ja i garstka dziewczyn, w tym V.
Pomagałem im sprzątać ten burdel jaki zostawiła reszta osobników należąca do naszej klasy. Kiedy wszystkie śmieci były uprzątnięte, dziewczyny zaczęły się żegnać w typowy tylko dla dziewczyn sposób. W pewnym momencie V mówi: 'Popatrzcie na niego, on taki sam smutny siedzi. Przytulmy go!'. I o dziwo, wszystkie dziewczyny się na mnie rzuciły i wyściskały. Poczułem się naprawdę, nie wiem, miło? W każdym razie nikt nigdy mi nie zrobił takiej niespodzianki. Poczułem się naprawdę bardzo wyjątkowo.
I tu znowu nic się nie działo przez pewien, bliżej nie określony czas.
Przez ten czas dowiadywałem się o V wiele ciekawych rzeczy. To że lubi gry komputerowe wiedziałem już od dawna.
Na którejś lekcji informatyki poprosiła mnie do swojego stanowiska i pokazała jaką muzykę preferuje. Mówi się, że muzyka wiele mówi o słuchającym ją człowieku. Gówno prawda. Tym bardziej jak słucha się tak skrajnych rodzajów jak bodajże trance i metal. Szczerze mówiąc nawet niespecjalnie słuchałem wtedy tej muzyki. Po prostu się zawiesiłem. Skupiłem się na bieżącej chwili. W myślach wszystko analizowałem.
Dobra, bo znowu piszę nie na temat. Jakiś czas temu V do mnie napisała i wymienialiśmy się linkami z muzyką i rozmawialiśmy o różnych pierdołach. O jakich chyba nie muszę pisać. Pomyślałem sobie
'Kurde, to niby ja zawsze byłem ten z ciężkim życiem...'
W porównaniu z tym co przeszła V to ja miałem sielankę'. Te wszystkie wydarzenia sprawiły, że jest taka a nie inna. Jest Sobą.
Podsumowując, żeby nie było: V jest nałogowym palaczem, miłą dziewczyną i świetnym kumplem/kumpelą (niepotrzebne skreślić), można nawet śmiało stwierdzić, że przyjacielem. Kawę i Coca-Colę pije litrami, lubi czarny humor, między innymi kawały o Żydach. Niestety jest zamknięta w sobie, otwiera się tylko dla niektórych osób, dla reszty chowa się za maską i w szczelnej skorupie, w której jak nigdzie czuje się bezpiecznie.
Mogę nawet powiedzieć, że zawdzięczam jej trochę dobrego.
Dzięki niej zawsze lepiej mi szło z "laborki", ale to już było mówione.
Może to dziwnie zabrzmi, ale dzięki V zaczęły mi się podobać rude dziewczyny (w tym momencie na mojej twarzy zawitał przygłupi uśmiech). Ma jeszcze ogromny mózg.
V to żywy dowód na to że prawdziwe piękno jest schowane w człowieku (i nie mówię tu o szukania piękna pod tu zacytuję: tonami makijażu, bo go się tam nie znajdzie), w duszy, i nie widać go od razu. Tylko w tym wypadku piękno ma wcale nie brzydką oprawkę, i nie ma się co chować za maską. Taka moja dygresja.
"Jeśli zaobserwowano jakieś rozbieżności od tematu (a zaobserwowano na pewno), lub ma się pewne zastrzeżenia do treści, proszę dogonić i złapać autora (tak, będzie uciekał)"
***
Tego posta znalazłem nie tak dawno w skrzynce mailowej wykonując porządki. Miał on nie ujrzeć nigdy światła dziennego. Został napisany w zamierzchłych czasach, kiedy byłem jeszcze dumnym uczniem technikum. Od tamtego czasu, tak jak przewidziałem, relacje z wieloma ludźmi z dawnej klasy osłabły, a niektóre nawet przestały istnieć. Podobna sytuacja ma miejsce również w przypadku V. Kontakt jest niestety znikomy. Ale najważniejsze jest to, że ona cały czas pozostaje sobą. Skąd to wiem? Dziś z nią rozmawiałem. Gdy spytałem, czy ma udane życie, "jak ze snu", odpowiedziała mi:
'W snach jestem seryjnym mordercą, który pozbywa się z ciał dowodów mocząc je w wannie pełnej perhydrolu'.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz