Są święta. Rzeczą wiadomą jest, że w tymże okresie idzie się całą rodziną do kościoła na mszę świętą. Mimo, że się tego nie chce robić i mimo że w tym czasie można na setki innych znacznie przyjemniejszych sposobów zmarnować swój czas.
Ja na przykład, pozmywałem naczynia, przetarłem podłogi i jeszcze znalazłem czas żeby pograć na komputerze pierwszego dnia świąt.
Natomiast następnego dnia popełniłem jeden z największych błędów mojego życia. Mianowicie poszedłem do kościoła. Nie obyło się rzecz jasna bez kolędowania. O zgrozo. Uszy to mnie bolą do teraz.
Barwa i natężenie głosu, a właściwie dźwięku wydobywającego się z krtani niepozornie wyglądającej pani ulokowanej tuż nad moim uchem obejmowała niesamowity zakres. Od dźwięków tak wysokich jak pisk zdolny do kruszenia szkła po coś wydającego z siebie rzężący dźwięk. Zupełnie jak zarzynane prosię.
Gdzieś po drodze był jeszcze basowy pomruk, ale pozwolę sobie to pominąć.
Ktoś powie: Dobrze, kolędy kolędami, starsze panie w kościele odstawmy na bok. Co z ludźmi którzy lubią śpiewać?
Niech śpiewają przed lustrem. Albo pod prysznicem. Gdziekolwiek, byle nikt nie był skazany na ich słuchanie. Człowiek tego typu zazwyczaj czuje się niesamowicie pokrzywdzony przez los tym, że nie jest (i nigdy nie będzie) drugim Luciano Pavarotti.
No dobrze, znowu odezwie się jakiś sceptyk. A co z wokalnymi talentami pijaków?
Moja odpowiedź jest prosta jak metr kabla w kieszeni, jak zwykł mawiać mój wujek. Od każdej reguły istnieją wyjątki ją potwierdzającą. Dlaczego śpiewanie po pijaku należy uznać za taki wyjątek? Otóż ludzie pod wpływem alkoholu robią różne głupich rzeczy, których na trzeźwo by nie zrobili. Być może doskonale wiedzą o co mi chodzi w tym momencie i całym sercem stoją za mną murem. A przynajmniej kiedy są trzeźwi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz