wtorek, 14 kwietnia 2015

Happy as fuck

Post pierwotnie miał być o tym, jakie szczęście mnie ostatnio spotkało i jak bardzo się z tego faktu cieszę. Ale że żadne specjalnie warte uwagi szczęście mnie ostatnio nie spotkało, a mnie od ogólnopojętej radości tak daleko, jak mniej więcej dnu Rowu Mariańskiego do szczytu Olympus Mons.
Kiedy ślina przynosi na język słowa, których wypowiedzenie wiąże się z dość przykrymi konsekwencjami. Niezależnie od tego do kogo są skierowane, czy to wróg czy przyjaciel.
Kiedy nie chcesz tych słów powiedzieć, ale je wykrzyczeć tak, żeby usłyszało je całe miasto. A przynajmniej osoby w promieniu mniej więcej kilometra. Zdzierając sobie struny głosowe aż zacznie się pluć krwią.
Na szczęście do głosu dochodzą resztki rozsądku.
Bałem się dziś cały czas, jak pozwalam sobie to nazwać, ostatecznego "pęknięcia". Nie było by to tak trudne, gdyby nie fakt, że zacząłem pękać jakieś trzy dni temu. Kiedy dojdzie do pęknięcia ostatecznego, stracę resztki kontroli, zdrowego rozsądku i wszystkiego co ogólnie definiuje człowieka.
Wyobraźcie sobie wybuch wulkanu. Ale taki konkretny. Jak na przykład wybuch Krakatau w 1883 roku. Jeśli nie wiadomo o czym mówię, polecam wujka google.
W każdym razie mam takie trochę na przerost przeświadczenie, że katastrofa będzie miała podobny rozmiar. Przynajmniej w skali mojego małego świata, do którego zalicza się najbliższe grono przyjaciół, rodzina, znajomi ze studiów.
Widocznie było po mnie widać,że coś jest nie tak, poznałem po minach ludzi i pytaniach w stylu: co się dzieje?, ile wypiłeś?, coś ty jej powiedział?.
Dziś byłem trochę bardziej uszczypliwy, szorstki. Czasem milczący, na boku, chciałem spokojnie stłumić, stłamsić negatywne emocje. Starałem się odepchnąć niektórych żeby nie oberwali falą uderzeniową, niestety odniosłem wrażenie że oni odbierają to jako kolejny żart, zabawę towarzyską. Słowem, nie pomagali.
Najzabawniejsze jest to, że nie mam bladego pojęcia skąd taki stan rzeczy się wziął. Co mogło mieć wpływ na mój humor? Mam kilka hipotez, przedstawię je pokrótce.
  • Po pierwsze; może na to mieć wpływ jedna z nowo poznanych osób. Nie bezpośrednio oczywiście. Zawsze bardziej przejmowałem się innymi niż sobą, nie lubię kiedy moi znajomi z najbliższego otoczenia mają problem w którym nie potrafię pomóc, wyzwala to u mnie poczucie bezsilności. Ale tak było od zawsze, więc to pewnie nie to.
  • Może wpływ ma moja sytuacja na uczelni? Ostatnio miało miejsce kilka nieciekawych zdarzeń, ale przecież jeśli chodzi o kontakty z otoczeniem, czy to wykładowcy, czy nauczyciele, powinny mnie zahartować doświadczenia z gimnazjum, kiedy byłem traktowany przez nauczycieli jak śmiecia który wie albo za dużo (biologia, chemia, fizyka), albo za mało (matematyka, język polski i języki obce). Znowu pudło.
  • A może sytuacja rodzinna? Miało miejsce kilka wydarzeń ostatnimi czasy na które nie miałem wpływu, a które miały wpływ na mnie, niewątpliwy i może nawet decydujący. Bez zagłębiania się w szczegóły, są rzeczy których uniknąć się nie da, po prostu. Tak to jest skonstruowane, tak miało być, będzie i wątpię, żeby za mojego życia miało się tu coś zmienić.
Podsumowując, najlepszym wyjściem będzie po prostu uznać, że wpływ na zaistniały stan rzeczy mają po prostu wszystkie te czynniki. I cała masa innych, mniej istotnych, pobocznych powodów na których wymieniane szkoda mi czasu i nerwów.
Może po prostu zaakceptuję to wszystko takim jakie jest, uznając te rzeczy za nierozrywaną, niezmienną całość.
A resztę wyrzucić, po prostu wyrzucić. To co uciska mózg i sprawia, że odczuwa się migrenowe bóle jest niepotrzebne. Może nie z punktu widzenia neurochirurgii.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz